życie

blair witch project

Każdy wie, że jestem fanem horrorów. Ostatnio jest posucha, bo filmy na Netflix są strasznie … niestraszne! Nudą wieje. Głupotą. Śmiech na sali.

Mam kilka (można na palcach jednej ręki wyliczyć) ulubionych strasznych horrorów:

– Nocne Mary z Ulicy Wiązów

– Krzyk (ale tylko jedynka, bo później to była jakaś masakra i rżnięcie, i dziabanie)

– Blair Witch Project

 

Ten ostatni obraz wiedzie prym. Widziałem go tylko raz, bo się boję replay’a. Na samą myśl mnie ciarki przechodzą. Freddy’ego Krugera też się bałem, ale patrzyłem nań kilka razy. Nawet miałem jakieś lęki przed snem i koszmary mną targały. Taki straszny film. No a o tej wiedźmie to za cholerę nie mogę się przemóc! Raz widziane i basta! Legendarne, żeby nie powiedzieć epickie straszydło.

Pamiętam 1999 rok, kiedy Pan od przyszłego Państwa z Europy na K. powrócił z wakacji z USA. Opowiedział mi wtedy o strasznym filmie. Jak mi opowiadał, to mi kapcie spadły, włos się zjeżył, bałem się ruszyć i miałem pełno w gaciach! Po seansie w Ameryce sporo osób nie ruszyło się z fotela, tak ich ze strachu wbiło w fotel. No opowieść o tym filmie wystraszyła mnie. Ale również zchallengowała! Musiałem to zobaczyć. To były chyba jeszcze czasy, że super filmy wyświetlane w USA nie wchodziły synchronicznie na ekrany polskich kin. Trzeba było swoje odstać. Na szczęście w kolejkach my Polacy mamy wprawę.

Nadszedł ten dzień! Nie pamiętam z kim zasiadłem na fotelu. W sumie nie to było kardynalne. WIDZIAŁEM ten film. I powiem tak – o kurczaczki! Nie pamiętam, kiedy mnie tak strach przeleciał. Autentycznie się bałem. Nie będę zdradzał szczegółów, bo może ktoś nie widział, ale takie patyczki w lesie i ołtarzyki były prymarne w tym quasi dokumencie (bo to niby nie horror był, tylko dokument o wiedźmie).

I teraz coś powiem strasznego! Wielki Pe ma taki fajny lasek koło domu. I tak sobie hasałem wcześniej, spacerowałem. Do czasu. W marcu mnie kolega zapytał, czy to ja jakiś ołtarzyk zrobiłem na drzewku w jego lasku. Odpowiedziałem mu szybko – plażo proszę cię (english: beach please). No musiałbym na głowę upaść, żeby jakieś domki na drzewie strugać, czy coś podobnego. O sprawie zapomniałem.

Teraz tak dla poddzierżenia razgawora zapytałem o ten ołtarzyk. I o cholera! Ciarki mnie wróciły!

Wiedźma z Blair przybyła do Kwakowa! Przestaję jeździć do Wielkiego Pe, albo niech kolega zacznie drzwi na klucz zamykać na noc! Ołtarzyk ten ma takie podstaweczki drewniane, okrągłe. Dokładnie jest ich tyle, ile liter w imieniu Wielkiego Pe. I najgorsze jest to, że ktoś to na brzozie zrobił! Gwoździe specjalnie wbił. I te dwa kamyki! Które niby rzekomo przywiozłem znad morza 21 lutego!

A obok ktoś ławeczkę zrobił. Siedzisko jest deską/dyktą ze … stodoły Wielkiego Pe! Powiedziałem mu pół żartem, pół serio, że brakuje tu tylko fotki jego jak śpi. Widziałem ostatnio taki durny horror na Netflix. I tam właśnie bohaterka dostała email ze zdjęciem siebie jak śpi we własnym łóżku. Grr i brr. Zszedłbym na śmierć, gdyby ktoś mi coś takiego przesłał.

Wielki Pe się przejął i zrobił wielkie oczy.

Ale serio, co to za pomysł z tym ołtarzykiem? Dzieci nie ma we wsi, czyli to nie one. Letników nie ma, bo to była zima. Obok co prawda jest zdrowo stuknięty sąsiad Wojtek, co zimą chodzi na bosaka, a teraz w samych majtkach i boimy się co będzie latem, ale nie podejrzewamy go o to. Najgorsze jest to, że rok temu Wielki Pe dokładnie w tym miejscu znalazł pół … wieńca pogrzebowego. No teraz jak to piszę, to mi się włos jeży. Kto dostał drugie pół? Przydałby się 07 zgłoś się, ale niestety porucznik Borewicz zagadki w niebie teraz rozwiązuje.

I chyba dziś miałem koszmar przez to wszystko! Śnię sobie, że idę parkingiem i pije kawę. Niby nic strasznego, prawda? Nagle patrzę, a tam mój wykładowca ze studiów, pan prof. dr Tadeusz Popławski. Szalenie go lubiłem. Fajny facet, z poczuciem humoru, żadnych tam kijów w dupie, jak to mieli inni uczelniani profesorowie. No ludzki człowiek ten Pan Tadeusz. Sporo lasek z roku pisało u niego magisterkę. Ja też chciałem, ale temat fuzji i przejęć nie był w kręgu jego zainteresowań, więc mnie odrzucił i trafiłem do starego dziada Stefana. Co to był za dziad! Pisanie pracy, to był koszmar!

No i ten prof. dr Tadeusz do mnie zamachał. I tu już jest dziwne, c’nie? Podbijam do niego i się pytam:

– pan mnie kojarzy?

– tak. Jesteś Maciej – mówi prof. dr

– ooo. To miło, że pamiętasz. Przecież musiałeś mieć z 1 000 studentów – odpowiadam i się nawet nie dziwię czemu mówię od razu „na Ty”

(Wykładowca wygląda dokładnie jak 20 kilka lat temu. Nie zestarzał się, czyli … wampir!)

I tak sobie pogadaliśmy i zaproponowałem mu, żebyśmy wskoczyli na Uniwerek (on mnie uczył na Polibudzue), bo chcę mu coś pokazać. Tu już się lampka powinna zapalić, c’nie? O dziwo Tadeusz się zgodził. I co za akcja! Na Uniwerku, na Matmie (studiowałem to cudo przez moment) przywitał mnie rektor. I mówi do mnie tak – prawie 4 dekady czekaliśmy na pana. Połechtał moje ego. No, żeby mnie tak pamiętać? Po jednym semestrze brylowania na korytarzach wydziału Matematyki?

Tadek kiwa i w uśmiechu, i podziwie głową, a ja … baranieję. WTF?! – chciałoby się rzec, ale nie powiedziałem tak, no bo majestat przede mną stał, Jego Magnificencja Rektor.

Szef UwB wręcza mi uroczyście uroczystą i bardzo oficjalną teczkę. Że niby taka państwowa i oficjalna. Ale tu powinna się zapalić mi druga lampka, bo nie spostrzegłem orła na okładce. Za to na całej powierzchni widzę komunikat spersonalizowany. Coś w stylu:

Szanowny panie Macieju. Uprzejmie informujemy, że od 23 lat nie jest pan studentem Wydziału Matematyki Finansowej Uniwersytetu w Białymstoku. Niniejszym został pan skreślony z listy studentów. W środku znajdzie Pan swoje świadectwo maturalne.

I teraz tak. Na serio szukałem kiedyś swojego świadectwa ukończenia liceum. I tak wydedukowałem, że musi być na tej Matmie. I na serio rzuciłem tę matmę. Wstałem i wyszedłem z zajęć i nigdy nie wróciłem już. Oczywiście za kilka dni wywaliliby mnie z uczelni, bom nie zdał jednego (z dwóch) egzaminu poprawkowego (na drugi się nawet nie pofatygowałem).

I jakie kurna cztery dekady! Skoro to było w 1998 roku. Choć zaczekajcie. Niechże przekalkuję. Lata 90., 00., 10., 20. To są w sumie cztery dekady! O jeżu, ale żem stary jest już. Na studiach musiałem mieć ze 20 kilka lat. Cztery dekady to ze 40 lat, czyli mam ni mniej, ni więcej tylko … 29 lat! Jaka prosta kwotacja: 20+ + 40 = 29. Hm, nie dziwota, że chcieli mnie z tej Matmy wywalić, skoro nie umiem elementarnego sumowania (oblałem Elementarną Teorię Liczb między innymi. Liczby się zemściły na mnie teraz jak widać).

I powiedzcie teraz, co ja mam o tym wszystkim sądzić? Czy kolegę Wielkiego Pe mi ktoś chce ubić? Może żona z córką coś z Belgii knują? Bo to zawsze spadek i przyjemności finansowe? A może faktycznie Wiedźma Blair dotarła w końcu z USA do Polski?

I gdzie do cholery jest moje świadectwo maturalne?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.