Tag: horror

blair witch project

Każdy wie, że jestem fanem horrorów. Ostatnio jest posucha, bo filmy na Netflix są strasznie … niestraszne! Nudą wieje. Głupotą. Śmiech na sali.

Mam kilka (można na palcach jednej ręki wyliczyć) ulubionych strasznych horrorów:

– Nocne Mary z Ulicy Wiązów

– Krzyk (ale tylko jedynka, bo później to była jakaś masakra i rżnięcie, i dziabanie)

– Blair Witch Project

 

Ten ostatni obraz wiedzie prym. Widziałem go tylko raz, bo się boję replay’a. Na samą myśl mnie ciarki przechodzą. Freddy’ego Krugera też się bałem, ale patrzyłem nań kilka razy. Nawet miałem jakieś lęki przed snem i koszmary mną targały. Taki straszny film. No a o tej wiedźmie to za cholerę nie mogę się przemóc! Raz widziane i basta! Legendarne, żeby nie powiedzieć epickie straszydło.

Pamiętam 1999 rok, kiedy Pan od przyszłego Państwa z Europy na K. powrócił z wakacji z USA. Opowiedział mi wtedy o strasznym filmie. Jak mi opowiadał, to mi kapcie spadły, włos się zjeżył, bałem się ruszyć i miałem pełno w gaciach! Po seansie w Ameryce sporo osób nie ruszyło się z fotela, tak ich ze strachu wbiło w fotel. No opowieść o tym filmie wystraszyła mnie. Ale również zchallengowała! Musiałem to zobaczyć. To były chyba jeszcze czasy, że super filmy wyświetlane w USA nie wchodziły synchronicznie na ekrany polskich kin. Trzeba było swoje odstać. Na szczęście w kolejkach my Polacy mamy wprawę.

Nadszedł ten dzień! Nie pamiętam z kim zasiadłem na fotelu. W sumie nie to było kardynalne. WIDZIAŁEM ten film. I powiem tak – o kurczaczki! Nie pamiętam, kiedy mnie tak strach przeleciał. Autentycznie się bałem. Nie będę zdradzał szczegółów, bo może ktoś nie widział, ale takie patyczki w lesie i ołtarzyki były prymarne w tym quasi dokumencie (bo to niby nie horror był, tylko dokument o wiedźmie).

I teraz coś powiem strasznego! Wielki Pe ma taki fajny lasek koło domu. I tak sobie hasałem wcześniej, spacerowałem. Do czasu. W marcu mnie kolega zapytał, czy to ja jakiś ołtarzyk zrobiłem na drzewku w jego lasku. Odpowiedziałem mu szybko – plażo proszę cię (english: beach please). No musiałbym na głowę upaść, żeby jakieś domki na drzewie strugać, czy coś podobnego. O sprawie zapomniałem.

Teraz tak dla poddzierżenia razgawora zapytałem o ten ołtarzyk. I o cholera! Ciarki mnie wróciły!

Wiedźma z Blair przybyła do Kwakowa! Przestaję jeździć do Wielkiego Pe, albo niech kolega zacznie drzwi na klucz zamykać na noc! Ołtarzyk ten ma takie podstaweczki drewniane, okrągłe. Dokładnie jest ich tyle, ile liter w imieniu Wielkiego Pe. I najgorsze jest to, że ktoś to na brzozie zrobił! Gwoździe specjalnie wbił. I te dwa kamyki! Które niby rzekomo przywiozłem znad morza 21 lutego!

A obok ktoś ławeczkę zrobił. Siedzisko jest deską/dyktą ze … stodoły Wielkiego Pe! Powiedziałem mu pół żartem, pół serio, że brakuje tu tylko fotki jego jak śpi. Widziałem ostatnio taki durny horror na Netflix. I tam właśnie bohaterka dostała email ze zdjęciem siebie jak śpi we własnym łóżku. Grr i brr. Zszedłbym na śmierć, gdyby ktoś mi coś takiego przesłał.

Wielki Pe się przejął i zrobił wielkie oczy.

Ale serio, co to za pomysł z tym ołtarzykiem? Dzieci nie ma we wsi, czyli to nie one. Letników nie ma, bo to była zima. Obok co prawda jest zdrowo stuknięty sąsiad Wojtek, co zimą chodzi na bosaka, a teraz w samych majtkach i boimy się co będzie latem, ale nie podejrzewamy go o to. Najgorsze jest to, że rok temu Wielki Pe dokładnie w tym miejscu znalazł pół … wieńca pogrzebowego. No teraz jak to piszę, to mi się włos jeży. Kto dostał drugie pół? Przydałby się 07 zgłoś się, ale niestety porucznik Borewicz zagadki w niebie teraz rozwiązuje.

I chyba dziś miałem koszmar przez to wszystko! Śnię sobie, że idę parkingiem i pije kawę. Niby nic strasznego, prawda? Nagle patrzę, a tam mój wykładowca ze studiów, pan prof. dr Tadeusz Popławski. Szalenie go lubiłem. Fajny facet, z poczuciem humoru, żadnych tam kijów w dupie, jak to mieli inni uczelniani profesorowie. No ludzki człowiek ten Pan Tadeusz. Sporo lasek z roku pisało u niego magisterkę. Ja też chciałem, ale temat fuzji i przejęć nie był w kręgu jego zainteresowań, więc mnie odrzucił i trafiłem do starego dziada Stefana. Co to był za dziad! Pisanie pracy, to był koszmar!

No i ten prof. dr Tadeusz do mnie zamachał. I tu już jest dziwne, c’nie? Podbijam do niego i się pytam:

– pan mnie kojarzy?

– tak. Jesteś Maciej – mówi prof. dr

– ooo. To miło, że pamiętasz. Przecież musiałeś mieć z 1 000 studentów – odpowiadam i się nawet nie dziwię czemu mówię od razu „na Ty”

(Wykładowca wygląda dokładnie jak 20 kilka lat temu. Nie zestarzał się, czyli … wampir!)

I tak sobie pogadaliśmy i zaproponowałem mu, żebyśmy wskoczyli na Uniwerek (on mnie uczył na Polibudzue), bo chcę mu coś pokazać. Tu już się lampka powinna zapalić, c’nie? O dziwo Tadeusz się zgodził. I co za akcja! Na Uniwerku, na Matmie (studiowałem to cudo przez moment) przywitał mnie rektor. I mówi do mnie tak – prawie 4 dekady czekaliśmy na pana. Połechtał moje ego. No, żeby mnie tak pamiętać? Po jednym semestrze brylowania na korytarzach wydziału Matematyki?

Tadek kiwa i w uśmiechu, i podziwie głową, a ja … baranieję. WTF?! – chciałoby się rzec, ale nie powiedziałem tak, no bo majestat przede mną stał, Jego Magnificencja Rektor.

Szef UwB wręcza mi uroczyście uroczystą i bardzo oficjalną teczkę. Że niby taka państwowa i oficjalna. Ale tu powinna się zapalić mi druga lampka, bo nie spostrzegłem orła na okładce. Za to na całej powierzchni widzę komunikat spersonalizowany. Coś w stylu:

Szanowny panie Macieju. Uprzejmie informujemy, że od 23 lat nie jest pan studentem Wydziału Matematyki Finansowej Uniwersytetu w Białymstoku. Niniejszym został pan skreślony z listy studentów. W środku znajdzie Pan swoje świadectwo maturalne.

I teraz tak. Na serio szukałem kiedyś swojego świadectwa ukończenia liceum. I tak wydedukowałem, że musi być na tej Matmie. I na serio rzuciłem tę matmę. Wstałem i wyszedłem z zajęć i nigdy nie wróciłem już. Oczywiście za kilka dni wywaliliby mnie z uczelni, bom nie zdał jednego (z dwóch) egzaminu poprawkowego (na drugi się nawet nie pofatygowałem).

I jakie kurna cztery dekady! Skoro to było w 1998 roku. Choć zaczekajcie. Niechże przekalkuję. Lata 90., 00., 10., 20. To są w sumie cztery dekady! O jeżu, ale żem stary jest już. Na studiach musiałem mieć ze 20 kilka lat. Cztery dekady to ze 40 lat, czyli mam ni mniej, ni więcej tylko … 29 lat! Jaka prosta kwotacja: 20+ + 40 = 29. Hm, nie dziwota, że chcieli mnie z tej Matmy wywalić, skoro nie umiem elementarnego sumowania (oblałem Elementarną Teorię Liczb między innymi. Liczby się zemściły na mnie teraz jak widać).

I powiedzcie teraz, co ja mam o tym wszystkim sądzić? Czy kolegę Wielkiego Pe mi ktoś chce ubić? Może żona z córką coś z Belgii knują? Bo to zawsze spadek i przyjemności finansowe? A może faktycznie Wiedźma Blair dotarła w końcu z USA do Polski?

I gdzie do cholery jest moje świadectwo maturalne?

szczepcio i tońcio

zaszczepiłem się koło domciu. Eh, prawie szybka akcja. Gdyby nie …

Pani omdlała, jak ja już miałem zostać dziabnięty. Wyprosili wszystkich i była reanimacja. Co chwilę ktoś otwierał drzwi od salki i widziałem postępy w cuceniu kobiety.

Najpierw „halo halo wszystko dobrze”.

Później widzę jak młoda pomoc medyczna trzyma kroplówkę.

Za trzecim razem nic nie widziałem, bo postawili parawan.

Chłopiec stojący na straży co chwila informował wszystkich, żeby dobrze wypełnić ankiety i że jeszcze chwilkę trzeba zaczekać.

– ale wszystko w porządku z tą panią? – pytam?

– tak, tak. Wszystko dobrze. Akcję serca jej robią – rezolutnie odpowiada młody medyk

 

Hm, nie znam się, ale wydaje mi się, że akcja serca jest daleko od „wszystko dobrze”.

Po 20 minutach pani została dokładnie osłonięta parawanami i zaczęto nas wpuszczać.

Nic nie poczułem.

Po południu spojrzałem na telefon na apkę „health”, czyli zdrowie i się przeraziłem! Niepodobnością było to, co zobaczyłem. Co się ze mną stało tego dnia do tej pory. Taka sytuacja ma bardzo rzadko miejsce! Aplikacja pokazała mi bez mała 4 000 kroków zrobionych! Jeszcze z 6 tysięcy mi brakowało do dziennego wymogu. Trzeba iść – myślę sobie. Ale zauważyłem, że mnie ręka zaczyna dawać się we znaki. Boli jakby. Takie uczucie, jak siostra w podstawówce mnie lała (z pięści w ramię). Zły znak.

Mimo wszystko wychodzę i się przechadzam. Z kroku na krok czuję, jak mnie rozbiera. Oj nie. Weekend w łóżku.

Przeszedłem się koło instytutu, który robi testy na i szczepi przeciw covidowi.

Gazy techniczne spotkałem. Mam tylko nadzieję, że w tej szopie nie szczepią!

Może w końcu dokończę film na Netflix. Mam znowu fazę na horrory. I teraz tak w transzach oglądam „Unforgettable”. No obraz niezbyt wysoko oceniany, ale ja lubię. Taki klasyk.

Stary rozwodzi się z całkiem całkiem blond żoną. Wszystko na miejscu mająca ex. Tylko wredota jej jakoś na ryju wyłazi (tak mówiła na początku obecnego millennium moja koleżanka z pracy Ula o naszej mobberce, tzn. pani kierownik). W sumie ta blondi przez większość filmu jakaś nadymana chodziła, więc troszkę jej to urodzie zaszkodziło. Wydaje mi się, że miała problem z alkoholem (ale niskokalorycznym).

No i tej byłej, (nie)szanownej już małżonce zaczął gul chodzić, jak zobaczyła z kim prowadzi się jej ex-stary. No i do tego mamuśka tej blond piękności dorzucała do pieca i tej swojej biednej córce kołki ciosała, krytykowała na każdym kroku. Damą być chyba miała córka mamusi. No i prawie jej wyszło, bo blond ex-żona tego chłopca nawet bardzo dystyngowana była. Mówiła pełnym zdaniem, umiała sztućców używać przy stole, konno jeździła. Nie wiem tylko, czy znała francuski.

Mamusię chyba gra też blond piękność, bo któraś z oryginalnych Aniołków Charliego. Ale to stare dzieje, więc się mogę mylić. Dla mnie aniołki to Cameron Diaz, Drew Barrymore i Lucy Liu.

Nie muszę pisać chyba co była żona zaczęła wyprawiać. Zaczęło się od „hej, zostańmy dobrymi psiapsiółkami. Zapraszam na lunch”.

Później w ruch poszły niewinne kłamstewka i intryżki (małe intrygi). Była też zabawa w „co innego mówię i zachowuję się przy nowej narzeczonej, a co innego przy byłym mężu”. Także klasyczne gierki wrednej … plaży (beach).

Szlag panią trafił, jak na telefonie swojej następczyni zobaczyła AjMasaż z gratulacjami … ślubu. Jakiś stary AjFołn, bo dzisiejsze modele pokazują tylko, że jest wiadomość od danej osoby. Nie pokazuje się już treść na zablokowanym ekranie. Ale nie o to chodzi. To był punkt zwrotny. Blondi wtedy osiągnęła maksymalny poziom zazdrości i minimalny dystynkcji.

No w sumie się nie dziwię. Bo jakby się okazało, że moja ex-żona przygruchałaby sobie nie byle kogo, tylko Rosario Dawson, to też bym chyba zaczął jakiś horror.

Także film polecam, jakby ktoś nie miał co robić, albo źle się czuł po szczepionce. Jak ktoś nie reflektuje, to zawsze może sięgnąć po niezawodne klasyki klasy B – Ślimaki i Maglownica. Ale tych filmów nie da się oglądać na trzeźwo, a jak wiemy po iniekcji nie można spożywać płynów % przez 3 dni.

https://www.youtube.com/watch?v=40iP9nILXoA

 

niektórych rzeczy nie da się odzobaczyć

ale da się odsłuchać. Ciekawe.

Mózg nasz płata figle. Raz coś zobaczymy, co nas wzdryga i chcemy szybko o tym zapomnieć, i koniec. Widzimy to co jakiś czas przed oczami. I psuje to nam dzień, humor i powoduje, że robimy „brrr”. Dlatego też przestałem oglądać mecze naszej reprezentacji w piłkę kopaną. Tego się po prostu nie da oglądać.

A z tym odsłuchaniem też jest podobnie. Kiedyś podesłałem pani prof. ze Szczecina filmik z piosenką „Gdzie jest słonko, kiedy śpi” i ją trafiło. Napisała mi nawet, żebym szedł w cholerę, bo teraz ta piosenka chodzi za nią cały dzień. Ha!

 

Nie będę sypał przykładami, czego nie należy oglądać, bo nie da się tego odzobaczyć.

Aha, jeszcze małe sprostowanie na temat milicji. Wczoraj kolega, emerytowany policjant przesłał mi filmik. Pan redaktor zagadywał grupkę młodych mężczyzn pod NBP w Warszawie. Okazało się, że to przebrani milicjanci. Kiedy zaczął ich pytać co tu robią, czy są funkcjonariuszami policji, młodzi się szybko usunęli z kadru. Mój kumpel pod filmikiem napisał mi tylko, że jako policjantowi w stanie spoczynku jest mu wstyd. Kiedy się te protesty skończą?

 

No dobra, co słonko widziało? Otóż wczoraj byłem nieposłuszny. Plany weekendowe się zmieniają szybko. Znajomi się przerazili zarazy i lockdown’u i zostałem sam w domu. Postanowiłem nadrobić zaległości filmowe. Barek pełen alkoholu, dobry film, cóż za pyszna sobota. Ale na sam przód stwierdziłem, że może coś na trzeźwo obejrzeć. I to już był poważny błąd. Pamiętam czasy, kiedy ze Słodkowaśną oglądaliśmy świetne filmy z serii „Tego się nie da oglądać na trzeźwo”. Pisaliśmy pijackie SMS-y do Pana z Europy na K., że dobry film widzieliśmy. Nasz przyjaciel próbował oglądać i szybko odpisywał, że nie da się tego oglądać. Albo „czy naprawdę ten film mi się podobał?”. Dziwne, ale wtedy nie wydawało mi się, że żałuję, że oglądałem, że chciałbym coś odzobaczyć. Polecam filmy: Maglownica (1995) i Ślimaki (1988).

No to wczoraj łożę się na sofie, odpalam Netflix i przeglądam. Milion tytułów, ale oczywiście nic ciekawego. Wchodzę w polskie kino i widzę ten ostatni film, tego miliardera, co rok temu na Mazurach podwoził motorówkę kelnerkę. Do żony już nie dopłynął. Tragiczna historia.

Film nagradzany, z pozytywnymi recenzjami, z międzynarodową obsadą (m.in. Bill Pullman, ten od Lost Highway Davida Lyncha). No to myślę sobie – to jest to!

The Coldest Game/Ukryta Gra dzieje się w 1962 roku głównie w Pekinie/PKiN. Kilka ujęć też jest z Brooklynu.

Przypomniało mi się, jak jakiś czas temu Pan z Euorpy na K. dzielił się ze mną informacją, że widział, że zna i że bardzo nie poleca. Że lepiej nie oglądać. Ale jak wiemy, Pan z Europy na K. jest starszym dziadem, więc co on tam może wiedzieć. Nie zna się. Także nie posłuchałem rad kolegi. Nieposłuszny byłem.

Odpalam film i patrzę. Jest Brooklyn, jest Warszawa, jest … nudno. Ten film jest po prostu zły. Niby jest jakaś historia, motyw przewodni, ale kompletnie nie wciąga. Ta gra w szachy też taka jakaś nijaka. Niby grają, ale nie wiadomo jak. Pach, pach i zwycięstwo. Pach, pach i proponuję remis. I chyba też są jakieś duże skróty myślowe w wątku głównym, bo w pewnym momencie cofnąłem się o pół godziny, do pewnej sceny, bo myślałem, że coś przegapiłem, nie załapałem. Ale nie.

Jedyny plus tego filmu, to fakt, że często mówią po rosyjsku.

Niestety filmu nie da się odzobaczyć. Panie z Europy na K. jest pan starszy, więc mądrzejszy. Teraz to już wiem. Powinienem był posłuchać.

 

wieża radości, wieża …

… strachu

 

Lubię te moje haj-faj. Małe zgrabne, miło życie umila. Pięknie i donośnie gra. Dziękuję szalenie panie z Europy na K. za sugestię. Dobry wybór. Jedyny minusik, to strasznie wolne włączanie się.

Dziś mnie wieża postanowiła wystraszyć.

Ale zaczęło się to wszystko od naigrywania się z horrorów. Najpierw próbowałem patrzeć na LIVED albo DEVIL (nie pamiętam dokładnie, bo od tyłu było albo DEVIL, albo LIVED). O maryjo! Co za dramat. Wszystkie straszności działy się w windzie podczas gaśnięcia światła. Stoją ludzie, cyk, gaśnie światło, wrzask, pyk, nastaje jasność i leży. Cały we krwi, rozharatany, poźgany. Reszta towarzyszy drze się. Łapka w dół.

Od wczoraj zabrałem się za serial o nazwie „Straszny dwór w Bly” (również nie pamiętam tytułu). Strasznie nudny, strasznie niestraszny, strasznie się wlecze akcja. Na dodatek z akcentem brytyjskim mówią (ale to akurat nie aż takie straszne). Po dwóch odcinkach porzuciłem. Muszę wejść, dać łapkę w dół i odhaczyć z mojej listy. Brrr.

Poszedłem wczoraj spać wcześnie. Pół godziny przed godziną duchów. I śpię. Śpi mi się nawet nie najgorzej. Nagle słyszę coś. Otwieram oczy i nasłuchuję. Ok, wieża się wyłączyła z prądu i lekko hałasuje. Ale do sprzętu jest podpięty telefon i niestety daje sygnały dźwiękowe i świetlne, że przestaje się ładować. Piekarnik sygnalizuje zresetowanie zegarka. Blin!

No dobra, nie ma światła – stwierdzam i próbuję zasnąć.

Po kilku króciutkich chwilach słyszę, że światło wraca.

Światło! Nosisz je w sobie.

Światło! Nie zgaśnie choćbyś chciał

 

Nie wiem czemu przypomniał mi się pierwszy dorosły przebój Kukulii Natalskiej.

Jak się wszystko włącza, to wieża sygnalizuje głośniej swoją inicjalizację, a telefon to już wariuje. Nie kumam tego Samsunga. Jak ktoś mnie o coś prosi, żeby w tym telefonie zrobić (np. wysłać wizytówkę), to jak dziecko we mgle jestem. iPhone jakiś prostszy i bardziej intuicyjny. Ale to tylko moje zdanie.

No dobra, światełka pogasły, dźwięki ustały i …

tak jeszcze z 5 razy w ciągu krótkiego czasu.

Wstałem o 5.14 czasu warszawskiego! Nie powiem w jakim stanie. Bo niewyspany to za mało powiedziane.

Okazało się, że ruter się zresetował i zaczęło się odszukiwanie ustawień, haseł i tak dalej. Na szczęście poradziłem sobie i znowu mam łaj-faj w domu.

Loguję się do pracy. Bateria w telefonie 0%. Skrrrrt

legendy (nie)miejskie

Candyman. Candyman. Candyman.

Ależ jam się bał tego horroru. Dobra opowieść. I czy wy wiecie, że nigdy w życiu nie wypowiedziałem do lustra trzy razy tego słowa! 

Ale Beatlejuice już tak. I głowa mała! Nic się nie stało. Bummer. Czyli legenda (nie)miejska.

Czarna wołga! Oj to było straszne. O co chodziło z tym autem? Że dzieci porywała? Ale, że co? Chodziło o to, żeby się od domu nie oddalać, czy żeby nie bawić się przy drodze? Daleko od szosy. Uwielbiałem ten serial. Ponoć ta Ania pracowała na tym samym uniwerku co pani prof. ze Szczecina.

Ja się czarnej wołgi bałem. Babcia Stasia straszyła nią. Właśnie. Czy nadawanie imion może być legendą (nie)miejską? Babcia Stasia, matka mojego Taty Stasia i jego brata Eugeniusza. I moja mama Eugenia. Dobrze, że rodzice nie poszli tym tropem i nie nazwali mnie Katarzyniusz albo Katarzyn. Miałem ponoć być Rafał. Brrrr. Wolę już Klaustrofobiusz. Kiedyś wciskałem kit dzieciom Państwa z Europy na K., że tak mam naprawdę na imię. Nawet się chyba dały wpuścić w maliny. Wymyśliłem kiedyś dobre imię, ale wstydzę się go używać – Genitaliusz. Jakieś takie … chujowe.

Na mojej dzielni spotkałem ostatnio auto. Nie czarną wołgę, a biały misiowóz.

Co do legend (nie)miejskich, to opisałem parę historii na blogu – DJ Yamnick i Has(z)ło. No wiadomix, że to się może każdemu przytrafić.

Uwaga! Raz na zawsze wyjaśniam. Przygoda DJ Yamnicka, to nie jest żadna autobiograficzna trauma! To nie o mnie! Mnie się nigdy język nie omsknął jak igła po winylu! Proszę mi tu nic nie imputować!

Co do tej historii, to muszę przyznać, że dostałem ją od mojego serdecznego przyjaciela Radka z pracy, zwanego od tygodnia Daddy, Sugar Daddy albo tato-Radek. Skubany wysłał mi to w robocie. Robiliśmy na jednym open space dzielonym szafami, obrazami i czort wie czym jeszcze. To musiał być jakiś 2007 lub 2008 rok. Siedzieliśmy w innych pokojach, ale raptem 2 metry od siebie. Jak się wstało, to można było się zobaczyć. No i ta cwana gapa wysłała mi maila z przygodami młodego wojaka DJ Yamnicka. Jak skończyłem, to spadłem z krzesła na podłogę i nie mogłem powstać. Po prostu wyłem ze śmiechu. Koleżanki na mnie patrzyły jak na wariata. Mój szef zza ścianki zapytał „Panie Maćku, czy dobrze się pan czuje?”. Nie dałem rady nawet odpowiedzieć. Zwijałem się na podłodze. Jedyne co widziałem, to rozhahahaną buzię mojego kumpla, który sadystycznie wyjrzał zza obrazu popatrzeć na mój śmiech. Dzięki stary!

Od jakiegoś tygodnia kolega jest nazywany przeze mnie tato-Radek, Daddy albo Sugar Daddy. Choć chyba tego ostatniego jeszcze nie użyłem oficjalnie. Dziś będzie premiera. Wyślę mu AjMasaż, że go obsmarowałem nazywając go Słodkim Tatuśkiem. Nie, tu nie ma żadnych seksualnych podtekstów. Radka po prostu szalenie lubię. Jest mega cierpliwy na moje wszelkie zapytania odnośnie ajProduktów. Hmm, dziwne, a czemu do Arka-Zegarka nie dzwonię. Ten też mega szurnięty na punkcie firmy z Cupertino. A z Radziem staliśmy się rodziną, bo wykupiliśmy pakiet office rodzinny. Jakby ktoś chciał, to zapraszamy. W robocie mamy zniżkę, także pakiet Office 365 wynosi “tylko” 300,99 zł/rok. Mamy już 3 członków, czyli na razie 100,33 zł/rok na osobę. Tato-Radek, ja i jeszcze jeden kumpel. Propsy posiadania tego pakietu? 1 TB na onedrive oraz pakiet Microsoft Office. Chętnych zapraszam do kontaktu. Nie, to nie jest legenda miejska. Samiuśka prawda.

O Has(z)ło nie będę nawet zaczynać. To ewidentna legenda miejska. Wy’google’owałem kilka historii z pointą haszło i jednak ta, którą wrzuciłem jest najlepsza. Sztos!

Co do (nie)legend.

Kiedy siekasz malutką papryczkę chilli, to zawsze, ale to, motyla noga, zawsze, wyszoruj ręce po. Z 10 razy! Bo 9 to za mało! Bo będzie piekło. Oczko jak potrzesz po siekaniu, to, oj tam oj tam, powiesz „hej, ale mnie oczko piecze i pijesz dalej”. Ale jak kurczaczki pójdziesz sikać (i jesteś chłopczykiem), to współczuję! Piecze jak diabli. I ten czort Słodkokwaśna się jeszcze z ciebie śmieje. Wniosek? Siadać na siku po siekaniu chilli!

Ale ostatnio odkryłem ciekawą zależność. Tzn. Słodkokwaśna mi powiedział. Szparagi. Jak po szparagach idziesz na jedynkę, to to jest prawda. Nie żadna legenda. Siuśki dziwny mają zapach. I dziś na ten przykład tak sobie myślę w toalecie – oj, czuję, że chyba dziś szparagi jadłem!  A dziwne jest to, że czemu się nie myśli jedząc szparagi – oooo, to siuśki będą miały dziwny zapach dzisiaj? Ten ludzki mózg jest naprawdę zadziwiający.

Rok temu była legenda miejska! Pyton. Kurczaczki, jak ja się bałem rowerem jeździć, bo ponoć wężyk upodobał sobie Nadwiślę. Akurat tam, gdzie rowerowałem się często. I nawet kartkę widziałem, że uwaga, że pyton. Brrr. Brzydzę się wężami i krokodylami.

A jeszcze wcześniej przecie złoty pociąg był poszukiwany.

Legenda (nie)miejska z lat 80-tych. To dla dziewczynek. Niektóre madki krzyczały na swe córki, żeby nie grały w gumę, bo im się … macica obsunie. Serio! Słyszałem to na własne uszy.

Legenda miejska – szczur wyskakuje z klozetu. Oooo, ja pisałem o wężu.

Ostatnia chyba już (nie)legenda. Jakiś bloger kilka lat temu napisał, że chce napisać 40 wpisów na swoje czterdziestolecie. I ponoć mu się nie udało. Oj to ja powiem, że też się do tego przymierzam. I tak sobie rachuję, że to właśnie jest mój 42 wpis w tym roku. Czyli to naprawdę da się to zrobić. Dzięki Bogu ja mam jeszcze 11 lat na ten challenge typu „40 wpisów na 40 lat”.

I tych legend jest bez liku. Ja powiem prawdę. Cudownie mnie się piszę przy moim nowym stoliku. Trochę w łokcie uwiera. Ale za to ile przestrzeni! Zachwyconym tym moim nowym stolikiem jest.

Były legendy to musi być urban. Lubię ten widok!

kraina miodem i mlekiem

… cieknąca. To oczywiście Polska, moi kochani.

Najbogatszy kraj na świecie.

Zarazy czas? Tarcza 1.0! Tarcza 2.0! 3.0! 4.0! Kurna, dajcie nieskończoność.0!

Ktoś zauważył, że nie ma wersji 2.1, czy też 3.2. Nie, nie. Są zera. Bo każda wersja następna jest lepsza, cudowniejsza, bardziej „ozdrowiona” (nie, nie zdałbym teraz matury z polaka). 2.1, czy też 3.2 oznaczałoby, że w wersjach „matkach”/wyjściowych/bazowych są jakieś niedoskonałości, błędy wręcz. A przecie te programy są niepokalanie poczęte. Ja z tych tarcz widzę tylko ZERO.

Pomożemy tu i tam. 500+ zostawiamy, 13 dla emerytów będzie. Nie ma kasy? Jak to nie ma? Dodrukujemy.

Mnie już na pierwszym roku ekonomii mówili, że drukowanie kasy to niezbyt dobry pomysł dla gospodarki. Ale cóż, Pinokio wie lepiej. A ta, wiecznie wyglądająca na zmęczoną, strzyga z worami pod oczami, profesor kardiochirurgii mnie wręcz przeraża. Właśnie! Netflix powinien go zaangażować do czegoś.

Oglądałem ostatnio „The Eddy”, serial od roku reklamowany i owiany tajemnicą w polskim internecie. Bo Joanna Kulig gra. Moje uwielbienie dla niej okazywałem już kilka razy. Fajna babka, fajnie gra, fajnie śpiewa. I tu … niestety jest wszystko niefajnie. Gra taka sobie, śpiew cienki. I pokazali ją jak typową Polkę. Jak już mówi po naszemu, to oczywiście „kurwa” musi być. Serial jest nudny, bez pomysłu, nijaki. Kompletnie nie wiem o co chodzi.

Przerzuciłem się na serial o oponach, co mi Słodkokwaśna zachwalał. Izraelski. Fulda chyba się nazywa. Obejrzałem kawałek pierwszego epizodu i stwierdzam, że o oponach mało tam jest, ale serial wciągnął. Fauda?

Lubię horrory, lubię się bać. Zawsze się śmieję na horrorach. Z takich najstraszniejszych wymienić mogę Lśnienie i Blair Witch Project. Jak o tym drugim mi Pan z Europy na K. opowiadał w 1999 roku, to ciarki mnie przechodziły. Do dziś przechodzą! Strasznie straszny. 

I tak zerkam na Netflix i ich horrory. I nic nie ma. Nie lubię filmu, w którym nic się nie dzieje. Wczoraj zacząłem „I’m that Pretty Thing That Lives In the House”. Nie dałem rady. Pani się snuje po domu ostrzegając na początku, że 3 dni wcześniej skończyła 28 lat i 29 nie dożyje. Ja chyba też nie. Z nudów można umrzeć. Strasznie kiepski.

I takich filmów jest na pęczki. Unikam już „slow burn” albo „psychological”, bo wiem, że to będzie STRASZNA chała.

Aha, ja też mam ładną rzecz, która żyje w moim domu. Sami zobaczcie na to odbicie na zdjęciu (zakreślone).

Lubię slashery, odmianę horrorów. Nie ma kiepskich filmów w tym gatunku. Scenariusz może być fatalny. Tam zawsze się rżną, piłują, tną, dziabią. Fajnie. Lubię. Dobra rozrywka przy obiedzie.

No i ten nasz wytrzeszcz oczu, co dowodzi zarazą w Polsce mógłby z powodzeniam zagrać coś. Myślę, że bym się porządnie wystrachał patrząc na niego. Panie Szumowski, rzuć pan politykę. Hollywood czeka.

Dziś mogli byliśmy byli wybrać nową lub starą (nie sugerujmy niczego) Głowę Państwa. I komu to przeszkadzało? Postalibyśmy w kolejce do urny i oddali głos i byłoby z głowy. Ale nie. Polskę stać na to, by odwołać wybory, unieważnić je i zaproponować nową datę. W nosie to mam. Czy to będzie płaczka, czy to będzie budyń, czy kto tam jeszcze. Mielibyśmy to już (prawie) z głowy. A tak, to szopka nadal będzie trwać.

Dziś jadę sobie rowerem wzdłuż Wisełki. Bydła od groma na rowerach. Tak, uważam, że policja powinna zrobić porządek z niedzielnymi rowerzystami. Dziś miałem 3 potencjalne kraksy. Ale ja nie o rowerze.

Jadę i widzę plakacik. Na płocie na wysokości Konstancina. Na posterku portret naszej Marionetki, nienajważniejszego człowieka w kraju i hasełko takie:

Mój Prezydent 

Andrzej Duda

Kochani, zaklnę, bo muszę. Bo tak mi się wyrwało na sam przód, jak zobaczyłem tę agitkę. A najważniejsze, to zawsze być sobą, nieprawdaż? I chyba tą złotą myślą, tym bon motem takim zakończę mój dzisiejszy wpis. 

Chuj, nie mój!

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑