Tag: film

blair witch project

Każdy wie, że jestem fanem horrorów. Ostatnio jest posucha, bo filmy na Netflix są strasznie … niestraszne! Nudą wieje. Głupotą. Śmiech na sali.

Mam kilka (można na palcach jednej ręki wyliczyć) ulubionych strasznych horrorów:

– Nocne Mary z Ulicy Wiązów

– Krzyk (ale tylko jedynka, bo później to była jakaś masakra i rżnięcie, i dziabanie)

– Blair Witch Project

 

Ten ostatni obraz wiedzie prym. Widziałem go tylko raz, bo się boję replay’a. Na samą myśl mnie ciarki przechodzą. Freddy’ego Krugera też się bałem, ale patrzyłem nań kilka razy. Nawet miałem jakieś lęki przed snem i koszmary mną targały. Taki straszny film. No a o tej wiedźmie to za cholerę nie mogę się przemóc! Raz widziane i basta! Legendarne, żeby nie powiedzieć epickie straszydło.

Pamiętam 1999 rok, kiedy Pan od przyszłego Państwa z Europy na K. powrócił z wakacji z USA. Opowiedział mi wtedy o strasznym filmie. Jak mi opowiadał, to mi kapcie spadły, włos się zjeżył, bałem się ruszyć i miałem pełno w gaciach! Po seansie w Ameryce sporo osób nie ruszyło się z fotela, tak ich ze strachu wbiło w fotel. No opowieść o tym filmie wystraszyła mnie. Ale również zchallengowała! Musiałem to zobaczyć. To były chyba jeszcze czasy, że super filmy wyświetlane w USA nie wchodziły synchronicznie na ekrany polskich kin. Trzeba było swoje odstać. Na szczęście w kolejkach my Polacy mamy wprawę.

Nadszedł ten dzień! Nie pamiętam z kim zasiadłem na fotelu. W sumie nie to było kardynalne. WIDZIAŁEM ten film. I powiem tak – o kurczaczki! Nie pamiętam, kiedy mnie tak strach przeleciał. Autentycznie się bałem. Nie będę zdradzał szczegółów, bo może ktoś nie widział, ale takie patyczki w lesie i ołtarzyki były prymarne w tym quasi dokumencie (bo to niby nie horror był, tylko dokument o wiedźmie).

I teraz coś powiem strasznego! Wielki Pe ma taki fajny lasek koło domu. I tak sobie hasałem wcześniej, spacerowałem. Do czasu. W marcu mnie kolega zapytał, czy to ja jakiś ołtarzyk zrobiłem na drzewku w jego lasku. Odpowiedziałem mu szybko – plażo proszę cię (english: beach please). No musiałbym na głowę upaść, żeby jakieś domki na drzewie strugać, czy coś podobnego. O sprawie zapomniałem.

Teraz tak dla poddzierżenia razgawora zapytałem o ten ołtarzyk. I o cholera! Ciarki mnie wróciły!

Wiedźma z Blair przybyła do Kwakowa! Przestaję jeździć do Wielkiego Pe, albo niech kolega zacznie drzwi na klucz zamykać na noc! Ołtarzyk ten ma takie podstaweczki drewniane, okrągłe. Dokładnie jest ich tyle, ile liter w imieniu Wielkiego Pe. I najgorsze jest to, że ktoś to na brzozie zrobił! Gwoździe specjalnie wbił. I te dwa kamyki! Które niby rzekomo przywiozłem znad morza 21 lutego!

A obok ktoś ławeczkę zrobił. Siedzisko jest deską/dyktą ze … stodoły Wielkiego Pe! Powiedziałem mu pół żartem, pół serio, że brakuje tu tylko fotki jego jak śpi. Widziałem ostatnio taki durny horror na Netflix. I tam właśnie bohaterka dostała email ze zdjęciem siebie jak śpi we własnym łóżku. Grr i brr. Zszedłbym na śmierć, gdyby ktoś mi coś takiego przesłał.

Wielki Pe się przejął i zrobił wielkie oczy.

Ale serio, co to za pomysł z tym ołtarzykiem? Dzieci nie ma we wsi, czyli to nie one. Letników nie ma, bo to była zima. Obok co prawda jest zdrowo stuknięty sąsiad Wojtek, co zimą chodzi na bosaka, a teraz w samych majtkach i boimy się co będzie latem, ale nie podejrzewamy go o to. Najgorsze jest to, że rok temu Wielki Pe dokładnie w tym miejscu znalazł pół … wieńca pogrzebowego. No teraz jak to piszę, to mi się włos jeży. Kto dostał drugie pół? Przydałby się 07 zgłoś się, ale niestety porucznik Borewicz zagadki w niebie teraz rozwiązuje.

I chyba dziś miałem koszmar przez to wszystko! Śnię sobie, że idę parkingiem i pije kawę. Niby nic strasznego, prawda? Nagle patrzę, a tam mój wykładowca ze studiów, pan prof. dr Tadeusz Popławski. Szalenie go lubiłem. Fajny facet, z poczuciem humoru, żadnych tam kijów w dupie, jak to mieli inni uczelniani profesorowie. No ludzki człowiek ten Pan Tadeusz. Sporo lasek z roku pisało u niego magisterkę. Ja też chciałem, ale temat fuzji i przejęć nie był w kręgu jego zainteresowań, więc mnie odrzucił i trafiłem do starego dziada Stefana. Co to był za dziad! Pisanie pracy, to był koszmar!

No i ten prof. dr Tadeusz do mnie zamachał. I tu już jest dziwne, c’nie? Podbijam do niego i się pytam:

– pan mnie kojarzy?

– tak. Jesteś Maciej – mówi prof. dr

– ooo. To miło, że pamiętasz. Przecież musiałeś mieć z 1 000 studentów – odpowiadam i się nawet nie dziwię czemu mówię od razu „na Ty”

(Wykładowca wygląda dokładnie jak 20 kilka lat temu. Nie zestarzał się, czyli … wampir!)

I tak sobie pogadaliśmy i zaproponowałem mu, żebyśmy wskoczyli na Uniwerek (on mnie uczył na Polibudzue), bo chcę mu coś pokazać. Tu już się lampka powinna zapalić, c’nie? O dziwo Tadeusz się zgodził. I co za akcja! Na Uniwerku, na Matmie (studiowałem to cudo przez moment) przywitał mnie rektor. I mówi do mnie tak – prawie 4 dekady czekaliśmy na pana. Połechtał moje ego. No, żeby mnie tak pamiętać? Po jednym semestrze brylowania na korytarzach wydziału Matematyki?

Tadek kiwa i w uśmiechu, i podziwie głową, a ja … baranieję. WTF?! – chciałoby się rzec, ale nie powiedziałem tak, no bo majestat przede mną stał, Jego Magnificencja Rektor.

Szef UwB wręcza mi uroczyście uroczystą i bardzo oficjalną teczkę. Że niby taka państwowa i oficjalna. Ale tu powinna się zapalić mi druga lampka, bo nie spostrzegłem orła na okładce. Za to na całej powierzchni widzę komunikat spersonalizowany. Coś w stylu:

Szanowny panie Macieju. Uprzejmie informujemy, że od 23 lat nie jest pan studentem Wydziału Matematyki Finansowej Uniwersytetu w Białymstoku. Niniejszym został pan skreślony z listy studentów. W środku znajdzie Pan swoje świadectwo maturalne.

I teraz tak. Na serio szukałem kiedyś swojego świadectwa ukończenia liceum. I tak wydedukowałem, że musi być na tej Matmie. I na serio rzuciłem tę matmę. Wstałem i wyszedłem z zajęć i nigdy nie wróciłem już. Oczywiście za kilka dni wywaliliby mnie z uczelni, bom nie zdał jednego (z dwóch) egzaminu poprawkowego (na drugi się nawet nie pofatygowałem).

I jakie kurna cztery dekady! Skoro to było w 1998 roku. Choć zaczekajcie. Niechże przekalkuję. Lata 90., 00., 10., 20. To są w sumie cztery dekady! O jeżu, ale żem stary jest już. Na studiach musiałem mieć ze 20 kilka lat. Cztery dekady to ze 40 lat, czyli mam ni mniej, ni więcej tylko … 29 lat! Jaka prosta kwotacja: 20+ + 40 = 29. Hm, nie dziwota, że chcieli mnie z tej Matmy wywalić, skoro nie umiem elementarnego sumowania (oblałem Elementarną Teorię Liczb między innymi. Liczby się zemściły na mnie teraz jak widać).

I powiedzcie teraz, co ja mam o tym wszystkim sądzić? Czy kolegę Wielkiego Pe mi ktoś chce ubić? Może żona z córką coś z Belgii knują? Bo to zawsze spadek i przyjemności finansowe? A może faktycznie Wiedźma Blair dotarła w końcu z USA do Polski?

I gdzie do cholery jest moje świadectwo maturalne?

szczepcio i tońcio

zaszczepiłem się koło domciu. Eh, prawie szybka akcja. Gdyby nie …

Pani omdlała, jak ja już miałem zostać dziabnięty. Wyprosili wszystkich i była reanimacja. Co chwilę ktoś otwierał drzwi od salki i widziałem postępy w cuceniu kobiety.

Najpierw „halo halo wszystko dobrze”.

Później widzę jak młoda pomoc medyczna trzyma kroplówkę.

Za trzecim razem nic nie widziałem, bo postawili parawan.

Chłopiec stojący na straży co chwila informował wszystkich, żeby dobrze wypełnić ankiety i że jeszcze chwilkę trzeba zaczekać.

– ale wszystko w porządku z tą panią? – pytam?

– tak, tak. Wszystko dobrze. Akcję serca jej robią – rezolutnie odpowiada młody medyk

 

Hm, nie znam się, ale wydaje mi się, że akcja serca jest daleko od „wszystko dobrze”.

Po 20 minutach pani została dokładnie osłonięta parawanami i zaczęto nas wpuszczać.

Nic nie poczułem.

Po południu spojrzałem na telefon na apkę „health”, czyli zdrowie i się przeraziłem! Niepodobnością było to, co zobaczyłem. Co się ze mną stało tego dnia do tej pory. Taka sytuacja ma bardzo rzadko miejsce! Aplikacja pokazała mi bez mała 4 000 kroków zrobionych! Jeszcze z 6 tysięcy mi brakowało do dziennego wymogu. Trzeba iść – myślę sobie. Ale zauważyłem, że mnie ręka zaczyna dawać się we znaki. Boli jakby. Takie uczucie, jak siostra w podstawówce mnie lała (z pięści w ramię). Zły znak.

Mimo wszystko wychodzę i się przechadzam. Z kroku na krok czuję, jak mnie rozbiera. Oj nie. Weekend w łóżku.

Przeszedłem się koło instytutu, który robi testy na i szczepi przeciw covidowi.

Gazy techniczne spotkałem. Mam tylko nadzieję, że w tej szopie nie szczepią!

Może w końcu dokończę film na Netflix. Mam znowu fazę na horrory. I teraz tak w transzach oglądam „Unforgettable”. No obraz niezbyt wysoko oceniany, ale ja lubię. Taki klasyk.

Stary rozwodzi się z całkiem całkiem blond żoną. Wszystko na miejscu mająca ex. Tylko wredota jej jakoś na ryju wyłazi (tak mówiła na początku obecnego millennium moja koleżanka z pracy Ula o naszej mobberce, tzn. pani kierownik). W sumie ta blondi przez większość filmu jakaś nadymana chodziła, więc troszkę jej to urodzie zaszkodziło. Wydaje mi się, że miała problem z alkoholem (ale niskokalorycznym).

No i tej byłej, (nie)szanownej już małżonce zaczął gul chodzić, jak zobaczyła z kim prowadzi się jej ex-stary. No i do tego mamuśka tej blond piękności dorzucała do pieca i tej swojej biednej córce kołki ciosała, krytykowała na każdym kroku. Damą być chyba miała córka mamusi. No i prawie jej wyszło, bo blond ex-żona tego chłopca nawet bardzo dystyngowana była. Mówiła pełnym zdaniem, umiała sztućców używać przy stole, konno jeździła. Nie wiem tylko, czy znała francuski.

Mamusię chyba gra też blond piękność, bo któraś z oryginalnych Aniołków Charliego. Ale to stare dzieje, więc się mogę mylić. Dla mnie aniołki to Cameron Diaz, Drew Barrymore i Lucy Liu.

Nie muszę pisać chyba co była żona zaczęła wyprawiać. Zaczęło się od „hej, zostańmy dobrymi psiapsiółkami. Zapraszam na lunch”.

Później w ruch poszły niewinne kłamstewka i intryżki (małe intrygi). Była też zabawa w „co innego mówię i zachowuję się przy nowej narzeczonej, a co innego przy byłym mężu”. Także klasyczne gierki wrednej … plaży (beach).

Szlag panią trafił, jak na telefonie swojej następczyni zobaczyła AjMasaż z gratulacjami … ślubu. Jakiś stary AjFołn, bo dzisiejsze modele pokazują tylko, że jest wiadomość od danej osoby. Nie pokazuje się już treść na zablokowanym ekranie. Ale nie o to chodzi. To był punkt zwrotny. Blondi wtedy osiągnęła maksymalny poziom zazdrości i minimalny dystynkcji.

No w sumie się nie dziwię. Bo jakby się okazało, że moja ex-żona przygruchałaby sobie nie byle kogo, tylko Rosario Dawson, to też bym chyba zaczął jakiś horror.

Także film polecam, jakby ktoś nie miał co robić, albo źle się czuł po szczepionce. Jak ktoś nie reflektuje, to zawsze może sięgnąć po niezawodne klasyki klasy B – Ślimaki i Maglownica. Ale tych filmów nie da się oglądać na trzeźwo, a jak wiemy po iniekcji nie można spożywać płynów % przez 3 dni.

https://www.youtube.com/watch?v=40iP9nILXoA

 

niektórych rzeczy nie da się odzobaczyć

ale da się odsłuchać. Ciekawe.

Mózg nasz płata figle. Raz coś zobaczymy, co nas wzdryga i chcemy szybko o tym zapomnieć, i koniec. Widzimy to co jakiś czas przed oczami. I psuje to nam dzień, humor i powoduje, że robimy „brrr”. Dlatego też przestałem oglądać mecze naszej reprezentacji w piłkę kopaną. Tego się po prostu nie da oglądać.

A z tym odsłuchaniem też jest podobnie. Kiedyś podesłałem pani prof. ze Szczecina filmik z piosenką „Gdzie jest słonko, kiedy śpi” i ją trafiło. Napisała mi nawet, żebym szedł w cholerę, bo teraz ta piosenka chodzi za nią cały dzień. Ha!

 

Nie będę sypał przykładami, czego nie należy oglądać, bo nie da się tego odzobaczyć.

Aha, jeszcze małe sprostowanie na temat milicji. Wczoraj kolega, emerytowany policjant przesłał mi filmik. Pan redaktor zagadywał grupkę młodych mężczyzn pod NBP w Warszawie. Okazało się, że to przebrani milicjanci. Kiedy zaczął ich pytać co tu robią, czy są funkcjonariuszami policji, młodzi się szybko usunęli z kadru. Mój kumpel pod filmikiem napisał mi tylko, że jako policjantowi w stanie spoczynku jest mu wstyd. Kiedy się te protesty skończą?

 

No dobra, co słonko widziało? Otóż wczoraj byłem nieposłuszny. Plany weekendowe się zmieniają szybko. Znajomi się przerazili zarazy i lockdown’u i zostałem sam w domu. Postanowiłem nadrobić zaległości filmowe. Barek pełen alkoholu, dobry film, cóż za pyszna sobota. Ale na sam przód stwierdziłem, że może coś na trzeźwo obejrzeć. I to już był poważny błąd. Pamiętam czasy, kiedy ze Słodkowaśną oglądaliśmy świetne filmy z serii „Tego się nie da oglądać na trzeźwo”. Pisaliśmy pijackie SMS-y do Pana z Europy na K., że dobry film widzieliśmy. Nasz przyjaciel próbował oglądać i szybko odpisywał, że nie da się tego oglądać. Albo „czy naprawdę ten film mi się podobał?”. Dziwne, ale wtedy nie wydawało mi się, że żałuję, że oglądałem, że chciałbym coś odzobaczyć. Polecam filmy: Maglownica (1995) i Ślimaki (1988).

No to wczoraj łożę się na sofie, odpalam Netflix i przeglądam. Milion tytułów, ale oczywiście nic ciekawego. Wchodzę w polskie kino i widzę ten ostatni film, tego miliardera, co rok temu na Mazurach podwoził motorówkę kelnerkę. Do żony już nie dopłynął. Tragiczna historia.

Film nagradzany, z pozytywnymi recenzjami, z międzynarodową obsadą (m.in. Bill Pullman, ten od Lost Highway Davida Lyncha). No to myślę sobie – to jest to!

The Coldest Game/Ukryta Gra dzieje się w 1962 roku głównie w Pekinie/PKiN. Kilka ujęć też jest z Brooklynu.

Przypomniało mi się, jak jakiś czas temu Pan z Euorpy na K. dzielił się ze mną informacją, że widział, że zna i że bardzo nie poleca. Że lepiej nie oglądać. Ale jak wiemy, Pan z Europy na K. jest starszym dziadem, więc co on tam może wiedzieć. Nie zna się. Także nie posłuchałem rad kolegi. Nieposłuszny byłem.

Odpalam film i patrzę. Jest Brooklyn, jest Warszawa, jest … nudno. Ten film jest po prostu zły. Niby jest jakaś historia, motyw przewodni, ale kompletnie nie wciąga. Ta gra w szachy też taka jakaś nijaka. Niby grają, ale nie wiadomo jak. Pach, pach i zwycięstwo. Pach, pach i proponuję remis. I chyba też są jakieś duże skróty myślowe w wątku głównym, bo w pewnym momencie cofnąłem się o pół godziny, do pewnej sceny, bo myślałem, że coś przegapiłem, nie załapałem. Ale nie.

Jedyny plus tego filmu, to fakt, że często mówią po rosyjsku.

Niestety filmu nie da się odzobaczyć. Panie z Europy na K. jest pan starszy, więc mądrzejszy. Teraz to już wiem. Powinienem był posłuchać.

 

kraina miodem i mlekiem

… cieknąca. To oczywiście Polska, moi kochani.

Najbogatszy kraj na świecie.

Zarazy czas? Tarcza 1.0! Tarcza 2.0! 3.0! 4.0! Kurna, dajcie nieskończoność.0!

Ktoś zauważył, że nie ma wersji 2.1, czy też 3.2. Nie, nie. Są zera. Bo każda wersja następna jest lepsza, cudowniejsza, bardziej „ozdrowiona” (nie, nie zdałbym teraz matury z polaka). 2.1, czy też 3.2 oznaczałoby, że w wersjach „matkach”/wyjściowych/bazowych są jakieś niedoskonałości, błędy wręcz. A przecie te programy są niepokalanie poczęte. Ja z tych tarcz widzę tylko ZERO.

Pomożemy tu i tam. 500+ zostawiamy, 13 dla emerytów będzie. Nie ma kasy? Jak to nie ma? Dodrukujemy.

Mnie już na pierwszym roku ekonomii mówili, że drukowanie kasy to niezbyt dobry pomysł dla gospodarki. Ale cóż, Pinokio wie lepiej. A ta, wiecznie wyglądająca na zmęczoną, strzyga z worami pod oczami, profesor kardiochirurgii mnie wręcz przeraża. Właśnie! Netflix powinien go zaangażować do czegoś.

Oglądałem ostatnio „The Eddy”, serial od roku reklamowany i owiany tajemnicą w polskim internecie. Bo Joanna Kulig gra. Moje uwielbienie dla niej okazywałem już kilka razy. Fajna babka, fajnie gra, fajnie śpiewa. I tu … niestety jest wszystko niefajnie. Gra taka sobie, śpiew cienki. I pokazali ją jak typową Polkę. Jak już mówi po naszemu, to oczywiście „kurwa” musi być. Serial jest nudny, bez pomysłu, nijaki. Kompletnie nie wiem o co chodzi.

Przerzuciłem się na serial o oponach, co mi Słodkokwaśna zachwalał. Izraelski. Fulda chyba się nazywa. Obejrzałem kawałek pierwszego epizodu i stwierdzam, że o oponach mało tam jest, ale serial wciągnął. Fauda?

Lubię horrory, lubię się bać. Zawsze się śmieję na horrorach. Z takich najstraszniejszych wymienić mogę Lśnienie i Blair Witch Project. Jak o tym drugim mi Pan z Europy na K. opowiadał w 1999 roku, to ciarki mnie przechodziły. Do dziś przechodzą! Strasznie straszny. 

I tak zerkam na Netflix i ich horrory. I nic nie ma. Nie lubię filmu, w którym nic się nie dzieje. Wczoraj zacząłem „I’m that Pretty Thing That Lives In the House”. Nie dałem rady. Pani się snuje po domu ostrzegając na początku, że 3 dni wcześniej skończyła 28 lat i 29 nie dożyje. Ja chyba też nie. Z nudów można umrzeć. Strasznie kiepski.

I takich filmów jest na pęczki. Unikam już „slow burn” albo „psychological”, bo wiem, że to będzie STRASZNA chała.

Aha, ja też mam ładną rzecz, która żyje w moim domu. Sami zobaczcie na to odbicie na zdjęciu (zakreślone).

Lubię slashery, odmianę horrorów. Nie ma kiepskich filmów w tym gatunku. Scenariusz może być fatalny. Tam zawsze się rżną, piłują, tną, dziabią. Fajnie. Lubię. Dobra rozrywka przy obiedzie.

No i ten nasz wytrzeszcz oczu, co dowodzi zarazą w Polsce mógłby z powodzeniam zagrać coś. Myślę, że bym się porządnie wystrachał patrząc na niego. Panie Szumowski, rzuć pan politykę. Hollywood czeka.

Dziś mogli byliśmy byli wybrać nową lub starą (nie sugerujmy niczego) Głowę Państwa. I komu to przeszkadzało? Postalibyśmy w kolejce do urny i oddali głos i byłoby z głowy. Ale nie. Polskę stać na to, by odwołać wybory, unieważnić je i zaproponować nową datę. W nosie to mam. Czy to będzie płaczka, czy to będzie budyń, czy kto tam jeszcze. Mielibyśmy to już (prawie) z głowy. A tak, to szopka nadal będzie trwać.

Dziś jadę sobie rowerem wzdłuż Wisełki. Bydła od groma na rowerach. Tak, uważam, że policja powinna zrobić porządek z niedzielnymi rowerzystami. Dziś miałem 3 potencjalne kraksy. Ale ja nie o rowerze.

Jadę i widzę plakacik. Na płocie na wysokości Konstancina. Na posterku portret naszej Marionetki, nienajważniejszego człowieka w kraju i hasełko takie:

Mój Prezydent 

Andrzej Duda

Kochani, zaklnę, bo muszę. Bo tak mi się wyrwało na sam przód, jak zobaczyłem tę agitkę. A najważniejsze, to zawsze być sobą, nieprawdaż? I chyba tą złotą myślą, tym bon motem takim zakończę mój dzisiejszy wpis. 

Chuj, nie mój!

strachopiór

Albo piórostrach. Czyli słynne kalambury rozgrywane u kolegi Przemka, co najlepszy tatar na świecie robi. (przymrużenie oczka)

Miałem do pokazania hasło „UPIÓR”. To pokazuję pióro i ducha. Członki mojego zespołu już chyba zmęczone były, bo nie mogli zgadnąć. Pan z Europy na K. wpadł na pomysł, że hasło to STRACHOPIÓR albo PIÓROSTRACH (już teraz, po latach, nie pamiętamy. Także obie nazwy są zapamiętane).

Wyglądam jak upiór dziś!

Moja szczoteczka obudziła mnie o 2, 4 i 4:30 rano! Za drugim razem zawinąłem ją w ręcznik i zamknąłem drzwi do łazkenki. Za trzecim razem – zabrałem ją na dywan. Jestem nieprzytomny. Na szczęście jakieś długie i nudne spotkanie teraz, to mogę sobie klepać wpis.

Jakby co, to na bardzo ważnego maila odpisuję. Ale na szczęście nikt się mną nie interesuje.

Rano chciałem wypucować ząbki i niestety – szczoteczka wyzionęła ducha. To pewnie temu już mnie nie straszyła. Nie miała po prostu siły. Podładowałem trochę i … NIC. Cholera. Szlag trafił. W drodze do pracy udało się kupić nową na allegro. Inny model tym razem – zdrowe dziąsła/gum healthy.

Taka jak moja kosztuje teraz 190 zł. Hmmm, 4 lata temu dałem za nią ponad 500 zł. Zobaczymy jak ten nowy model. Przez te 4 lata nakupowałem od groma końcówek do szczoteczki na amazonie. W polsce strasznie drogie, a w ameryce chyba 16$ za 10 lub 8 sztuk. Niby mają pasować do mojego nowego modelu. Jak nie, to:

Po pierwsze, primo – załamka będzie.

Po drugie, … primo – oddam siostrze.

Po trzecie, … primo – sprzedam, jeśli po drugie nie będzie pasowało.

Jak tak biegałem w nocy, to podpatrywałem jak tam Oskary.

 

Nie rozumiem polaków, którzy się tym tak emocjonują. Poczytałem już komentarze rozwścieczonych kinomanów na temat najlepszego obrazu.

Jak można coś takiego wyróżnić!?

Film nic nie wnosi!

Zero gry aktorskiej! Jak film może być najlepszy, jeśli pominięto gry aktorskie w kategoriach dla aktorów!?

Wszystko było realizowane pod dyktando reżystera i jego wizji!

 

Nie kumam. To zapraszam za kamerę i nakręcenie filmu. Pogadamy wtedy.

A może właśnie to o to chodzi, że kreacje aktorskie nierzucające na kolana i niepowalające, a film właśnie ma to coś?

 

W tym roku poniosło mnie. Wszedłem w mainstream. Obejrzałem, a właściwie próbowałem obejrzeć, wszystkie nominowane filmy w kategorii „De Najlepszy Obraz”. Plus dorzuciłem do tego „Gorący Temat/Bombshell”, bo zarówno Charlize Theron i Margot Robbie były nominowane do najlepszej aktorki pierwszoplanowej (ta pierwsza) i drugoplanowej (ta druga). Film taki sobie … amerykański. Gry aktorskiej nie zauważyłem u pań. Ale amerykański kolega powiedział mi, że Charlize odegrała świetnie postać Megyn Kelly. Także mogę się nie znać. Film oparty na faktach. Mnie najbardziej podobał się John Lithgow jako szef Roger Ailes.

To co tam takiego było nominowanego?

 

Ford vs Ferrari lub Le Mans 66

Chyba po niecałej godzinie wyłączyłem. Nie zaciekawiło mnie to w ogóle. Matt Damon i Christian Bale robiący sobie dobrze na ekranie. Taki sobie efekt. Kompletnie nie chiało mi się czekać, żeby sprawdzić, czy Ford zbuduje tego forda i pokona Ferrari.

 

Irlandczyk

Lubię filmy Martina Scorsese, a szczególnie te nowojorskie i o gangsterach. Długość produkcji nie wystraszyła mnie. Podzieliłem sobie na 3 części. Ale czy to najlepszy film? Oj chyba nie aż tak. Film po prostu dobry.

 

Jojo Rabbit

Wyłączyłem zniesmaczony po 30 minutach. Nie kumam zabiegu pokazania wesołego chłopczyka przekomarzającego się z Hitlerem. Nie! Nein!

 

Joker

Dwa podejścia miał ten film. Raz u Słodkokwaśnej patrzyliśmy. Po ponad godzinie wyłączyliśmy pytając „o czym jest ten film?”. Za drugim razem, w zaciszu domowym przyjrzałem się. Film ciekawy. Żoakłin Finiks, czy jak się wymawia to imię też dobrego świruska zagrał. Ale tu mam wrażenie, że każdy by świetnie tego trefnisia pokazał. Ale przyznać trzeba, że Oskar zasłużenie przyznany. Z takich psychobohaterów do dziś pamiętam American Psycho. Czytałem książkę i oglądałem film. Dwukrotnie się dobrze bawiłem.

 

Małe Kobiety

Jesssu. Wyłączyłem też jakoś prędko. Za stary chyba jestem na filmy o dojrzewaniu. Za kostiumy należało się. Brawo. W tym obrazie zwróciłem uwagę na dwie rzeczy: bezkonkurencyjną Meryl Streep i kostiumy właśnie.

 

1917

W skrócie – widziałem 30 minut. Chłopcy miotający się po okopach. Przygód Kilka Wróbla Ćwirka chyba ciekawsze. Nie nakręcili tego filmu dla mnie.

 

Pewnego razu w … Hollywood

Lubię Tarantino. Ale ten film to jego najsłabsze dzieło. Brad Pitt świetny i nagroda za drugoplanowego aktora zasłużona. Byłem w kinie ze znajomymi na tym. Grubo po ponad godzinie kolega szepnął rozgoryczony – w tym Tarantino nie ma Tarantino. Film ok, ale czy Najlepszy Obraz? Chyba nie.

 

Historia Małżeńska

Mój faworyt. Szkoda trochę Adama Driver’a. No ale ten Żaokłin to murowany faworyt był. Scarlett też świetna. I też miała pecha, że na Rene Zellweger  wpadła. Trzeba by zobaczyć ten film o Judy Garland. Wolę Scarlett taką jak tu, niż w tych Awendżersach i tym podobnych. Historia życiowa, urzekła mnie. Oglądało się przyjemnie. Najlepszy film to mógł być jak najbardziej. Laura Dern! Co ona wyprawia ostatnio?! Świetna w Wielkich Kłamstewkach i teraz tu – świrnięta lekko adwokatka. Najjaśniejszy punkt filmu. Brawo! Ooo, grała też w Małych Kobietach, a Scarlett w Jojo Rabbit. Zapracowane panie.

 

Parasite

Myślałem, że i tego filmu nie dane mi będzie do końca obejrzeć. Nie cierpię ludzi pasożytów, darmozjadów. Ale z taką nutką niepewności postanowiłem dać szansę. No lekko mnie film zszokował swoim rozwojem akcji.

Cieszę się, że wygrał tyle nagród. Może to otrzeźwi trochę Hollywood, bo część amerykańskich produkcji to pokaz przepychu, dużej kasy i braku sensu. Szkoda mi trochę Historii Małżeńskiej. Ale przegrać z Parasite, to jak wygrać.

 

Ok. Spotkanie się chyba powoli kończy.

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑