Bez kategorii

niemożność i nieochoczość

Jak się ma taki widok za oknem i jak się ma taką aurę przez 90% lipca, to nachodzi niemożność i nieochoczość.

Wczoraj się zapowiedzieliśmy sobie i umówiliśmy na wyjście na miasto. Do UFO na Rozdrożu. Bardzo fajne miejsce, tylko szkoda, że nieczynne 😉 Chyba aura pokrzyżowała plany wszystkim. Na szczęście dużo nie mieliśmy zakupionego, więc oczekując pozostałej części znajomych, rozkoszowaliśmy się również rozmową. Nie dość, że zimno, to jeszcze zaczęło siąpić. Poradziliśmy sobie idąc do Okien. Ale na podwórku o tej porze dnia i nocy, też sama nieprzyjemność i dyskomfort. Nieważne, bo nie o tym miałem pisać.

Obiecywałem, zapowiadałem, przygotowałem sobie entree i nic. Post toaletowy na razie jest pustą obietnicą. Ale jakaś niemożność i nieochoczość mnie naszła. Może pójdę do sklepu i kupię boczek i karkówkę na wieczór? Może czas wstać z wyra? Tyle pytań i propozycji, a mnie jakaś niemożność i nieochoczość ogarnęła.

Naprawdę czuję się jak jesień ale nie czuję się jednak  jakbym był dwa miesiące przed Australią. Brr i grr na przemian z grr i brr.

A mówią, że w USA mają tylko jedno żniwo. Upałów żniwo. I nawet nasza wysłanniczka mieszkająca tam informuje mnie, że weekend w basenie i przed TV spędza, bo taki gorąc. Ja też tak chcę! Dlaczego w tygodniu, kiedy trzeba wbijać się w spodnie i koszule, jest nieznośnie ciepło i duszno. A jak nadchodzi tygodnia koniec, pogoda drastycznie się załamuje?

Nawet moja rukola przejawia oznaki niemożności i nieochoczości. Na szczęście, tak jak pisałem, nie mam napinki. Wyrośnie lub nie wyrośnie, jej sprawa. Oczywiście wolałbym opcje numer jeden, bo we dwójkę zawsze raźniej.

Co do “obietnic z toalety” zapowiedzianych jakiś niedawny czas temu, mam nawet w głowie post o moim pierwszym świadomym koncercie, do którego nie mam biletu, więc nie muszę go szukać w antyramach toaletowych. Czyli wszystko gotowe i podane. Tylko kliknąć “nowy wpis” na moim blogu i pisać. Ale nie. Jakaś quasi jesienna depresja mnie dopada. Jakaś niemożność i nieochoczość.

Na szczęście miałem możność i ochoczość do napisania tego wątku. Ten pierwszy wpis o moim dziewiczym koncercie będzie chyba dużym zaskoczeniem dla znawców mojej osoby, więc z drugiej strony nie chcę psuć niespodzianki pisząc coś na siłę, wbrew ochoczości. Tylko ochoczości, bo możność zawsze jest, o ile dostawca netu dostarcza net.

Czuję, że ten wpis działać zaczyna “możnie” i ochoczo na mnie. Właśnie mam chęć na wstanięcie i pójście do łazienki celem porannej (?) toalety. Tak, wstaję i idę do sklepu. Nic nie cieszy jak stanie przy garach i pichcenie. Hmm, ciekawe czy kurze same się zetrą, czy samo się odkurzy? Łóżko na pewno samo się nie pościeli – to już niestety wiem.

Ciekawe czy na innych ten mój wpis też zadziała “możnie” i ochoczo.

A w trójce ulubiony Depeche Mode i ich “Walking in My Shoes”. Jak ulał do aury za oknem 😉

WSTAJĘ, SZKODA DNIA!

“Ciągle pada. Nagle ogniem otworzyły się niebiosa. Potem zaczął deszcz ulewny siać z ukosa. Lliście klonu się zatrzęsły w wielkiej trwodze. A ja? A ja chodzę i niestraszna mi wichura ni ulewa, Ani piorun, który trafił obok drzewa, słucham wiatru, który wciąż inaczej śpiewa.”

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.