usa

Ok, jest 1:22 mego czasu, 31 marca 2008 r. … – vol.2

Dzień szósty, 2 kwietnia, środa
A wybrałem sie do Miasta tak sobie pochodzić. Wysiadłem na George Washington Bus Terminal na 175th lub 179th ulicy (Harlem) i w metro czym prędzej do 4th ulicy. To sobie poszedłem na sam dół prawie na Wall Street. Tak się sobie kręciłem po alejach ale głownie Broadway’u się trzymałem. Zapytać się o drogę raz musiałem, bo coś za nisko Downtown myślałem, że już jestem i minąłem dzielnicę biznesu. Ale nie 😉
Porobiłem zdjęcia, przeszedłem obok czegoś, gdzie kiedyś stały dwie wieże WTC (World Toilet Center) i na górę do Uli pod pracę na lunch (11 West 42nd St) pognałem. Lunch, jak lunch, miłe japońskie jedzenie. W dordze “po” jeszcze papieros w parku i na autobus, a Ula do pracy. A i zadzwonił Kraszan, więc się umówiliśmy na telefon później, bo głupio i nieelegancko tak w towarzystwie przez godzine nawijać przez komórę 😉
O ok. 18:00 zjawiły się trzy osoby z mojej podstawówki i pojechaliśmy coś zjeść i pogadać. Mieszkają 11 minut samochodem od nas. Jedzenie bardzo dobre. Na przystawkę szrimpsy i buffalo wings, a na główne “Colorado Rnegade” – taki stek z pieczarkami i szparagami na wierzchu. Do tego sałatka z French dressingiem i mashed ziemniaki. Pycha. Aha, średnio wysmażony był mój stek! Później zawinęliśmy się na chatę do znajomych (dwoje z nich jest małżeństwem i mają 5-letniego syna Damn Iana, tzn. Damjana). Bardzo fajne spotkanie pomimo tego, że się 17 lat nie widzieliśmy!!! I “that’s it”. Do domu kumpel mnie odstawił koło 23, bo i tak pod Princeton mieszka więc „carem” zajechał do nas.
Dzień siódmy, 3 kwietnia, czwartek
Pojechalem do B&H store na rogu 9th Ave i 34th ulicy kupić w końcu cholerny aparat dla kumpla. Oczy z orbity mało co nie wyskoczyły. Sklep naprawdę przeogromny! Zamówiłem com chciał, dorzuciłem torbę i wybrałem metodę odbioru – dostawa (koszt 15 baksów. Gdybym na miejscu odebrał, to by był doliczony jeszcze podatek 8.7%, czyli ok. 90 kilku dolarów).
W drodze powrotnej obcykałem Empire State Building i na nogach do Bryant Park na lunch.
I wróciłem do Fair Lawn pisać pamiętnik, bo mnie Łysy upomina, że nie piszę. To piszę!
Aaa, jest dziwna pogoda, bo jakos chłodnowato, a nogi się pocą. A trzeba wam wiedzieć, że nałożyłem soksy do kostek cienkie i trampki. I sobie skarpety zafarbowałem tymi fajnymi Convers’ami!
Właśnie sobie patrzę na pocztę wrzuconą przez dziurę w drzwiach. Hm, ciekawe od kiedy Ula prenumeruje “Seventeen”???!!! artykuły o tym, jak zwrócić uwagę chłopaka i jakieś okresowe historie u dziewcząt. 17 lat to chyba jakaś opóźniona ta młodzież w USA. OK, już wiem, szybka konsultacja przez ICQ z Ulą i spojrzenie na adres. Listonosz się pomylił. 20-20 adres, a nie 20-18, czyli sąsiedzi.
A propos sąsiadów, to wieczorem wpadła Wiolka i pogadaliśmy trochę. Dogadaliśmy się, że jej stary nic nie robi z rana, więc możemy pojeździć po stanie w piątek. Miło! Ja mam „car”, a on wiedzę z zakresu topografii stanu.
Dzień ósmy, 4 kwietnia, piątek
OK, jest 9:35 idę budzić sąsiada. O i widzę pocztę rozwożącą. Może mój aparat puka do mych drzwi, pobiegnę go przywitać. Ale nie ;-(
Ok, poczta nie do mnie, więc pojechaliśmy z Robertem na przejażdżkę po stanie. Jako, że sąsiad ma pierdolca (pardon my french, ale żadne inne słowo nie oddaje tego, co ma sąsiad), tak jak ja, na punkcie muzy, więc większość czasu spędziliśmy w sklepach muzycznych. Fcuk, ponad 100 $ poszło 😉
Wróciwszy do domu zauważyłem kartkę z UPS notyfikującą, że był kurier z moim aparatem. Stuff happens you know. OK, Ula pojechała na bazę wieczorem i odebrała mój nowiutki Nikon d80. Wieczorem zajechał Rudy, kolega z pracy Państwa, i pojechaliśmy na kulki. Rudy wyglądał na bardzo pewnego gracza, ale cholera przegrał ze mną i chyba był niepocieszony. Poza tym wzbudziłem respect, bo nikt tu nie odważa się pić alku z red bullem. Co za cieniasy!!! Lata wprawy! Aha, Rudy jest z Gujany i mieszka w Paterson. Paterson, to jest miejscowość, która kiedyś była zamieszkiwana przez Żydów i była bardzo bogatą miejscowością. Później bogata ludność, jak to bogata ludność, zaczęła zatrudniać biedną pomoc. I tak się zrobiło, że nagle większość ludzi była pomocą, nie bogatymi mieszkańcami, więc mieszkańcy się wyprowadzili i nastała ciemność.
Po kulkach zajechaliśmy do familii Rudy’ego. Scena jak z “Ojca Chrzestnego”, każdy jest kuzynem, bratem kogoś przy stole. Ogólnie picie i ogladanie jakiegoś TV show. Część z Peru, część z Gujany. Po wizycie zajechaliśmy do baru. Okolica ogólnie ciemna i wyglądająca na nie za ciekawą ale z Saszą mieliśmy wsparcie, więc nie było źle. Jak się wchodzi do baru, to po prawej ma się monopolowy, po środku stół do bilarda, po lewej bar. I oczywiście Rudy na prawo, na sam przód, zakupił wódę i po lewej sok i szklanki z lodem. Ja oczywiście Red Bulla i coś co Rudy rekomendował. Jezu, co za gówno!!! Gorsze niż Burn!!! Niestety do strip baru już nie dotarłem. Się upiłem lekko (ale tylko lekko). Wyjście bardzo tolerancyjne, kształcące i fajne!
Dzień dziewiąty, 5 kwietnia, sobota
Rano, wstaliśmy szybko. Czułem się jak młody Bóg i popołudniu pojechaliśmy do parku gdzieś tam. Wieczorem mieliśmy mecz NBA – New Jersey Nets vs Toronto Raptors. Przed meczem zaczepiłem sąsiadów czy mają kartę do aparatu, bo mój aparat przyjechał bezeń. Kartę zapakowali w oddzielna przesyłkę, jak sie okazało i przyjdzie w poniedziałek. Okazało się, że sąsiedzi maja ochotę na socializing, więc czekali cierpliwie aż wrócimy z meczu. Well, sam mecz, to taki “czar prysł”. Zawsze NBA kojarzyło się z czymś boskim, absolutem sportowym wręcz. To tak jak zobaczenie finalu J+S Cup w tenisie w Wawie w 2006 roku. Zwykłe boisko, jakieś dzieci grają w kosza (średnia wieku 27 lat). Także gdzie ta magia z TV, jak się relacje po nocach kiedyś oglądało? Otoczka dookola meczu fajna. Taki mały festyn. W przerwie chciałem kupić coś do jedzenia. Beznadziejny hotdog (buła i parówa) kosztował 4 baksy. Poszedłem do baru po Guinnessa. Pan chciał zobaczyć moje ID. Pokazałem. Nie nadawało się, bo dziwne i nie amerykańskie, więc „passport” chciał. Nie miałem. Ula w końcu kupiła! Co za debil! Następnym razem, jak mi zakwestionują polski dowód osobisty, to zapytam się czy dyskryminują mój kraj. Zobaczymy jaki efekt będzie.
Zdjecia jakieś tam wyszły. Większość rozmazana, niestety!
Po powrocie, Sasza oświadczył, że sąsiedzi się dopytywali. Niezręcznie było pójść, bo prawie 23 była i raczej czas na wizyty późny. Ale zastukaliśmy i poszliśmy. Bardzo fajne spotkanie. Ci z Zielonej Gory, to faktycznie fajni ludzie! Skończyliśmy o 2. Aha, Robert ma bi-polar, to taki mental disorder!
Dzień dziesiąty, 6 kwietnia, niedziela
Zanim zacznę. Wczoraj kupiłem 1,5 kilo schabu i się marynowało. Żeby na dziś było!
Wstaliśmy późno, jak to po imprezie długiej. Szasza wygnał nas na rowery. Musieliśmy pojechać do parku położonego 6 mil od nas. Na szczęście Pan się pomylił i wycieczka w dwie strony wyniosla niecałe 9 mil (chyba 15 km. Uff). Po rowerach obiad. Przepyszny, muszę przyznać, mojego autorstwa!
Na wieczór zapodaliśmy sobie kino. Państwo wybrało “10 000 BC”. Ja sie wahałem pomiędzy “Shutter”, “Ruin” i ” Shot-Loss”. PIerwszy film miał PG13 (po wypadku chłopak widział sytuacje jak zdjęcia, tylko że na nich duchy były. Nie wnikajmy), więc stwierdziłem, że bajka dla dzieci. “Ruin” brzmiał beznadziejnie, wiec pozostał “Stop – Loss”. Kino, jak kino. “Kinoteka” tyle, że większa, jak wszystko w USA. Ile można reklam puszczać przed filmem!!?? Z trailerów nic ciekawego. Durny film dla dzieci “son of Rambow”, Nicolas Cage w cliché filmie o płatnym mordercy zakochującym się w pannie (shanghai cośtam) oraz bardzo fajnie obsadzony, wyglądający nieźle “Street Kings” (Keanu Reeves, Forest Whitaker i Common, The Game – muzycy).
Stop-loss to jest sytuacja, kiedy żołnierz wraca z Iraku i chce już z niej wystąpić. Ale niestety z dyspozycji prezydenta, który jest wodzem armii, wciela go na nowo i przypisuje mu nowe zadanie, misje. Czyli żołnierz zamiast do domu wraca do Iraku, jest “stop-lossed”. Ryan Philippe był niezły, taki Tom Cruise w “Urodzonym 4 lipca”, tylko że w wersji XXI-wiecznej. Ok, wojnę w Iraku mam w … (dokładnie tam). I uważam, że ci ludzie są świadomi tego, co wybierają, więc temat mnie nie rusza i nie znajduję go kontrowersyjnym itd. Każdy dorosły wie co to wojna. Ale obrazki jakie są pokazywane są warte zobaczenia filmu. Jesli ktoś jest wrażliwy, to się tym filmem delikatnie wstrząśnie. Tacy jak ja stwierdzą, że typowa propaganda i nic nieoczywistego (czego masz się spodziewać po wojnie? Miłych przeżyć i pięknych widoków?). Ale ogólnie polecam, jak się nie ma nic ciekawszego do obejrzenia. Po filmie kończenie nadawanego w TV “Miłość, szmaragd i korodyl” i lulu, bo jutro do Miasta!
Dzień jedenasty, 7 kwietnia, poniedziałek
Po 9 zapukał pan hydraulik. I dobrze, bo przynajmniej mnie obudził. Już miałem się do miasta zbierać ale pogoda była słaba, więc z sąsiadem powolny objazd stanu zapodaliśmy. Nie działo się nic szczególnego. Taki to sobie dzień. Wieczorem jeszcze do ulubionego centrum handlowego dokończyć zakupy.
Dzień dwunasty, 8 kwietnia, wtorek
Sąsiedzi rano obudzili, bo przynieśli obiecany kij do bejsbola. Niezły, drewniany kołek! Przyda się w Polsce.
Dziś pogoda lepsza, wiec do Miasta czas ruszyć. Wysiadłem na 179th street i chciałem na most wejść porobić zdjęcia z widokiem na Manhattan ale znowu ta dziwna mgła i wszystko jakieś takie niewyraźne. Ok, innym razem. W metro linia A i do 59th ulicy na Columbus Square. Tam juz do Central Parku wszedłem i poszwędałem się aż do 90th ulicy na Wschód. Chcialem zobaczyć tą kolejkę “górska” przez Queensboro Bridge więc tak sobie szedłem do wschodniego wybrzeża, od 5th Ave do FDR Dr (pierwsza droga na Manhattanie od Wschodu; pierwsza aleją jest York Avenue). I tak sobie doszedłem do tego mostu ale zauważyłem, że kolejka jeździ rzadko, więc nie chciałem marnować czasu. Poszedłem dalej. I tak zygzakiem aż do rogu 42nd ulicy i 9 Alei (jeden „block” w dół i jedna „avenue” w prawo). W sumie wyszło 6 godzin chodzenia. Wieczorem przyjechało Państwo i zdecydowało, że jedziemy zjeść kolację w Fort Lee połączone z nocnym ogladaniem panoramy Manhattanu. Zamówiłem “ośmionożkę” z makaronem. Pikantne cholerstwo!
Panorama Miasta imponująca. Znowu nie było statywu, więc wykorzystałem budkę telefoniczną i krawężniki. Niektóre zdjęcia wyszły. Gorzej z kadrem, bo wszystko na oko ustawiałem. Jak aparat stał na budce telefonicznej, to do wizjera mialem z 20 cm. Trochę zabawy ale grunt, że nie są tak rozmazane jakbym robił z ręki.
Dzień trzynasty, 9 kwietnia, środa
Standardowo z George Washington Bus Terminal linia A. Tym razem do 34th ulicy i 8 Alei. Dokupiłem brakujący obiektyw do aparatu w B&H. I w dół do mostów Manhattan i Brooklyn. Znowu zygzakiem do wschodniej części wyspy. Tym razem Downtown od wschodu wyglądał slumsowo (Uptown prezentował się o wiele lepiej. Ale tam mnóstwo museum itd). Od 23rd ulicy zaczyna się China Town, więc chyba nic dziwnego. Zjadłem ohydny lunch w chińskim fast foodzie przy moscie Manhatańskim (mam zdjęcie, więc pokażę). Chciałem przejść przez Manhattan Bridge i wrócić Brooklyn Bridge, ale ten most ma siatki i ciężko zdjęcia robić. Postanowiłem więc przejść się tym drugim. Te mosty po stronie Brooklynu są bardzo blisko siebie i są oddzielone przybrzeżnymi parkami. Niestety nie dało się zrobić takich zdjęć, żeby dolny Manhattan był pod mostem (remont okolic mostu). Zrobiłem więc takie jakie się dało i tak ten cholerny smog, czy też mgła chyba nigdy nie opuszcza Miasta. Dziwny klimat. Jak wyjeżdżałem z Miasta, to nawet chmury zakrywały iglicę Empire State Building.
Wieczorem, po powrocie Państwa (które przywiozło schrimps z chińczyka) pojechałem po zakup związany z wywozem laptopa, czyli plecaka.
Dzień czternasty, 10 kwietnia, czwartek
Jeszcze dwa dni temu ustawiłem się z sąsiadem, że pojedziemy dziś w stan. Pojechaliśmy do Jersey City. Tam jest pomnik Katynia, za którym rozpościera się panorama Manhattanu. Po obu stronach pomnika stały kiedyś dwie wieże. Ale rozebrali je w drugiej polowie 2001 roku (ponoć stały na drodze powietrznej niektórych samolotów).
Później rzut oka na statuę wolnosci w Ellis Island Park (o ile pamięć mie nie zawodzi). Stamtąd widać pieknie jak przez mgłę prezent od Holendrow oraz Lower Manhattan (no i dziadowska czesc Brooklynu, ale kto by o tym chciał wspominać).
W drodze powrotnej obejrzenie malych wodospadow.
Ogólnie dużo mil się zrobiło. Już chyba cały bak Uli zdążyłem wyjeździć. Nie wiem jak po minimum 4 pasmowych drogach można zachować limit prędkości 55 mph??? Jedni mówią, że można dodać 5-7 mil na godzinę i bezpiecznie jechać. Sąsiad z kolei powiedział, że aż do 15 mph. Więc wolałem słuchać się jego i jeździłem do 70 mph (czyli śmieszne 112 k/h).
Powrót wcześnie, o około 14:00. Zajechaliśmy na lunch w naszym Fair Lawn. Niestety dramat. Poprosiłem o ice tea i dostałem herbatę z fusami i mnóstwem lodu. Ohyda. Ale ponoć to standard na wsiach. Burgery są faktycznie przegigantyczne!!! Sałatka “cole slaw” niestety już była przemaluteńka!!! Pojemnik o średnicy 4 cm! Dziwne, pewnie jakiś francuski przysmak.
A, I nauczyć się nie mogę jeszcze szybkiego mnożenia %. Rachunek w pubie na Hell’s Kitchen 18,92$ i weź tu szybko dodaj 18% napiwku. Szybko, szybko, bo pani się niecierpliwi. Poza Miastem już tylko 15% ale przy dziwnych kwotach to i tak jest problem. 21.40$ za ohydny lunch plus 3,60$ ohydnego napiwku. Ciekawe ile to procent?! (start-wszystkie program-akcesoria-kalkulator-ok, liczę). Więcej niż 16 (prawie 17%)!!! Powinni mnie na rękach nosić następnym razem!
Dobra szybkie zakupy w Shop Rite i do domu Państwu obiad robić!
Dodam jeszcze parę słów o pogodzie. Dzis jest 23 st C i jest jak dla mnie bardzo ciepło. Aż za ciepło! Plus wyższa niż w Polsce wilgotność! Teraz już wiem, że nie przyjadę tu w okresie maj-wrzesień.

0 Komentarzy

    • mdobrogov

      z kijem bejsbolowym to była przedziwna i niesamowita historia. Kij sobie stał przy drzwiach i czekał na moje przedwylotowe pakowanie. Pewnego dnia siedzę sobie w domu i jakiś kolo się ładuje do mieszkania w kominiarce. Zerwałem się i złapałem za kij………….. Kij się po prostu nie zmieścił w walizce, więc go oddałem

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.