usa

Mój pierwszy raz i w ogóle geneza

Moim marzeniem od zawsze było zobaczyć NYC, zwiedzić Australię i wsiąść w samochód w RPA i pojechać do Kairu (albo odwrotnie). Pomysł ostatni już nie jest w moich planach. Za to bardziej mnie Chiny i Wietnam ciągną.
Tak naprawdę to ten wpis powinien być pierwszym wpisem na moim blogu. Ale wtedy jeszcze nie miałem pojęcia o blogach.
Na początku 21. wieku memu tacie pan w Ambasadzie powiedział NIE. Bo na pewno przy okazji wizyty u brata w Chicago, mój tato skorzysta z okazji i znajdzie pracę i zostanie tam na stałe. Widocznie pan nie wziął w ogóle pod uwagę stanu zdrowia aplikującego o wizę. Dlatego też ja powiedziałem sobie wtedy głośne i stanowcze NIE. Nie będę prosił się o pozwolenie na wjazd na teren USA. W międzyczasie moja przyjaciółka poleciała z mężem pod NYC. On kontrakt w pewnej firmie, a ona jako żona z możliwością na szukanie legalnej pracy. I tak mnie namawiali na wizytę, a ja skutecznie i uparcie mówiłem NIE. Po kilku latach wzbraniania się przed pójściem na ul. Piękna po wizę przełamałem się. Wszystko trwało w sumie 30 min. Stanie na ulicy, przed Ambasadą nic nieznaczące 30 sekund. Zdziwiły mnie dwie rzeczy w środku tej placówki. Odpraw a odpraw. Prawie jak na lotnisku. Po drugie, myślałem, że błaganie o wizę to pieśń przeszłości. Ale okazało się, ze w 2006 roku niektórzy tak się zachowują jeszcze.
Koszt wizy: 100$ (ok. 320 zł). Zdjęcie gratis od znanego i zaprzyjaźnionego fotografa.
Dostałem wizę na 10 lat i teraz to już tylko prawie z górki było. Zawsze istniała możliwość zawrócenia mnie na lotnisku. Ale nie zaprzątałem tym sobie głowy.
Także marzenie nr 1 zaczęło się powoli ziszczać.
W połowie marca 2007 roku zjawiłem się na JFK. Pan wpuścił, więc ucieszyłem się jak dziecko, że już to wszystko mam za sobą i mogę cieszyć się spełnianiem marzenia.
Ula i Sasza oczywiście czekali na mnie na lotnisku. Zajechaliśmy jeszcze do ich znajomych z wizytą. Ja oczywiście za plecak, za walizkę z bagażnika. No bo co będę skarby zostawiał w aucie. Ula popatrzyła się na mnie i rzekła – zostaw to, tu nie kradną. Ameryka pomyślałem. I faktycznie później to już nawet w zaprzyjaźnionych miejscach nie musiałem zamykać samochodu.
Pierwszego dnia obudziłem się zmarznięty na kość. Pomyślałem sobie, jak ja mam tu tak prawie trzy tygodnie spędzić, to nie podoba mnie się to. Zamarznę wcześniej. Na szczęście okazało się, że drzwi wejściowe się w nocy otworzyły od podmuchu (bo nikt ich nie zakluczył). Uf, nikt mnie nie ukradł. Później już było ciepło i przytulnie. Pamiętać tylko musiałem o zamykaniu drzwi na klucz.
Przyleciałem do USA przeziębiony, więc pierwszy dzień pobytu spędziłem w domu. Miałem czas na asymilację, przyswajaniem się do nowych okoliczności. Dowiedziałem się gdzie apteka jest.
Po pracy Sasza pokazał mi mapę Manhattanu na maps Google. Rzuciłem okiem i powiedziałem, że skoro Londyn ogarnąłem szybko, to prosty urbanistycznie plan wyspy to dla mnie pikuś. Byłem już gotowy na następny dzień. Na przywitanie się z Miastem.
Wsiadłem na pokazanym wcześniej przystanku w autobus ekspresowy i po 40 minutach już byłem w Mieście. Zimno, padający na zmianę albo razem deszcz ze śniegiem. Buty mnie się przemoczyły od razu, więc w sercu Manhattanu zakupiłem nowe. I się tak rozglądam. Na wprost rząd drapaczy z szarym niebem w oddali. Z tyłu to samo. Zadzieram głowę i nic tylko te wieżowce. Gdzie ja trafiłem! Nie podoba mnie się to kompletnie! Szaro, buro, zimno i do domu daleko. Zacząłem chaotyczny spacer. Skręcałem tam, gdzie wydawało mi się, że powinienem. Oczywiście za każdym rogiem zdjęcie robiłem. Po ponad godzinie usiadłem gdzieś na kawę (okazało się później, że było to tuż przy Grand Central Station) i sam do siebie powiedziałem – jak ja mam tu spędzić prawie trzy tygodnie?! Jest fatalnie, jestem rozczarowany! Nie podoba mi się tu kompletnie.
A mówiono, że jak się zobaczy Nowy Jork, to albo się w nim zakocha albo znienawidzi. W moim przypadku okazywało się po pierwszym dniu, że jest to mój pierwszy i ostatni raz w tym miejscu.
Załamany wróciłem do domu. Sasza później pokazał mi Miasto raz jeszcze, pokazał mi gdzie mieści się informacja turystyczna, w której mogę wziąć sobie mapkę wyspy i metra.
Patrząc później na zdjęcia, okazało się, że tego pierwszego, feralnego dnia kręciłem się jak kupa w przeręblu dookoła Times Square 😉
Od drugiego dnia wszystko się odmieniło. Przestało padać (a może nadal padało ale nie zwracałem już na to uwagi), nawet słonce się przedzierało przez chmury. Jak ręką odjął. Znalazłem moje miejsce na Ziemi! Zakochałem się w tym miejscu. Nie mam teraz problemu z wybieraniem miejsca na dłuższe wakacje.
I tak codziennie pisałem maile do znajomych. Co u mnie słychać, co widziałem i jak wrażenie. W jednym dniu powstawało kilka różniących się maili adresowanych do różnych osób. Niestety nie mam ich zachowanych. Szkoda, bo sam już teraz jestem ciekaw moich pierwszych, prawdziwych odczuć z poznawania Miasta.
Dlatego też przy drugiej wizycie zacząłem pisać pamiętnik. Ale był to po prostu plik w Word-zie, który codziennie aktualizowałem i rozsyłałem jako załącznik. Nie musiałem już pisać sto razy jednego dnia co robiłem i gdzie byłem.
Przy kolejnej wizycie pojawił się już temat blogu. Podszedłem profesjonalnie do komentowania moich wakacji, wrażeń i odczuć.
Dziś, po kilku latach, odnalazłem plik z wyjazdu w 2008 roku i zamierzam go za chwile opublikować. Niestety były to początki, nie myślałem jeszcze o publikowaniu tego jako blog, więc forma i słownictwo może być bardzo potoczna. Nie chciałem tego zmieniać, więc wrzucam to tak jak jest. Może podzielę to na dwie części, bo wyszlo 10 stron. Więcej niż matura z polskiego 😉

Stąd właśnie wziął się pomysł na ten blog, który teraz chętnie prowadzę, a wy czytacie.

0 Komentarzy

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.