Uncategorized

clap hands, czyli jak sie lecialo

Sane, sane, they’re all insane,
fireman’s blind, the conductor is lame
A Cincinnati jacket and a sad-luck dame 
Hanging out the window with a bottle full of rain
Clap hands, clap hands, clap hands, clap hands

 

Oj ciezko sie lecialo. Dluzylo sie strasznie. Jakis bachor przez 80% lotu darl niestety ryja. Ale tak wrednie darl, a nie zeby go cos bolalo. Pol samolotu obracolo sie wymownie w jego strone.

LOT to niestety wies. Jeden ekranik na caly bok samolotu, ktory sniezy, skacze, przerywa. Poza tym jakis badziew puszczali. Zegary mieli nie ustawione i caly czas czas w miejscu wylotu i przylotu wynosil o 2 godziny wiecej niz byl. Angielski kapitana i stewardess koszmarny. Ale usmiechalismy sie. Liznalem rekomendowana ksiazke, strzelilem pol sudoku 16×16, kilka krzyzoweczek i sie nie moglem doczekac ladowania.

Pan kapitan powiedzial, ze jakis koszmarny tlok na JFK i bedziemy czekac 40 min. To tego mi bylo trzeba, kolejnych minut w niewygodnosci. Krecilismy sie 100 km przed Miastem, az w koncu zaczelismy ladowac. Zrobila sie godzinna obsuwa. Za nami co chwile jakies wielgachne samoloty ladowaly. No tlok na tym JFK.

Pan kapitan lamana angielszczyzna zaczal przepraszac za opoznienie spowodowane warunkami pogodowymi. “Ale udalo nam sie wyladowac”. Pan kapitan tez wspomnial, ze mielismy duzo szczescia, bo kupa lotow byla odsylana na zastepcze lotniska. Szkoda, ze nas na Newark nie wyslali. Zaoszczedzilo by mi to kupe czasu. Ula z Sasza twierdza, ze zadne to tam warunki pogodowe, pewnie to Boston nie przyjmuje lotow, bo tam jakies terrorysty. Zlapali ponoc jednego Czeczenca i cale miasto jest pod ostrym nadzorem wojskowym. Ludzie do pracy nawet nie poszli. W Polsce to nawet jak sie samolot rozbije to tylko tydzien zaloby jest, a nie dni wolne. Heh, ale jak Polako-papiezo zszedl, to na pogrzeb dali wolne. Szkoda, ze nie wybrali znowu Polaka.

I co zaczeli ludzie robic po tym jak pan kapitan opowiedzial dzielnie, ze mimo zlych warunkow on wyladowal? Zabili brawo. Klaskali rekami!

Boze po co??

Wylecialem z samolotu. Pozegnalem sie z panem siedzacym obok i polecialem do oficera, czekajac na najgorsze, czyli na koleje. Ale pomyslalem sprytnie, ze skoro tak samoloty odsylaja na inne lotniska, to moze nie bedzie tlumu? Nie bylo! Lotnisko opuscilem tak jak chcialem, ciut po 18, mimio tego, ze wyladowalismy 17:44. Czyli 20 minut na odprawe. Pan oficer migracyjny zapytal sie krotko “czego?”, to mu wytlumaczylem, ze ja z wizytacja. “Kim ci znajomi?”, to mowie, ze kolezanka ze szkoly, a jej Pan, to jej pan. Nawet nie musialem dokanczac o Panu, bo przerwal mi tak, jak komisja egzaminacyjna na mojej obronie magistra. “Co robi w Polsce?”. Robi w marketingu w najwiekszym polskim banku. “Zdjecie jakies nienajbardziej aktualne. Wlosy troche urosly”. Zero responsu. Rob pan panie zdjecia, bierz pan panie odciski.

Jak mnie przewialo na dworze! myslalem, ze mnie porwie wiatr!!!

Air train oczywiscie przed nosem zamknal m drzwi. Na szczescie co 2 minuty jezdzi. LIRR (Long Island Rail Road) uciekl mi zanim zdazylem wejsc na schody prowadzace na peron. Ale na szczescie za 5 minut byl nastepny w kierunku Penn Station.

Na dworzec w Miescie zajechalem 19:08, pociag NJ Tranist do Panstwa odjezdzal 19:08. Czyli moglem sie nie spieszyc. Wyszedlem na gore popatrzec na Miasto i stwierdzilem, ze ide na autobus. o 19:30 ostatni express do Panstwa jechal. Zakladalem, ze na niego juz nie zdaze, czyli o 19:50 na jakis lokalny sie zalapie. To wobec tego mam czas na fajke, na relaksacyjna rozmowe z Pania. Okazalo sie, ze Ula tez drepcze w kierunku PABT i chce zdazyc na ostatni express. To sie zmobilizowalem i zdazylismy sie spotkac przed dworcem, zeby razem juz wsiasc do autobusu.

Posiedzielim do polnocy mojego, czyli do 6 rano waszego czasu i scielo mnie z nozek. Zdazylem tylko zuby wypucowac i padlem.

wstalem o 5 i czekam az panstwo wstanie. Ponoc malysz o 7 sie zrywa. Heh, to jeszcze 30 min. Chcialem sobie kapiel przygotowac, ale cholera woda obudzilaby wszystkich. No w sumie weekend jest.

Ile mozna spac. W Polsce o tej porze w weekend, to ja juz albo na szmacie, albo w drodze do Lidla.

Wlasnie! Ciekawe czy tu jest Lidl?

Dzis, w zaleznosci od pogody, pojedziemy do Miasta na cos tam nowego co otworzyli. Heighs jakiestam. Albo na lono natury pojedziemy.

 

Aha, i scinam wlosy. Wczoraj na Miescie dopadla mnie wilgotnosc i ten pot, co ma sie wrazenie, ze sie czlowiek klei od brudu. Musze tylko je dzis wykapac i zobaczyc, czy sie pozakrecaja od pogody. Moze mi afro zrobia?!

Ktos drzwiami trzasna! Sadzac po odglosach to najmlodszy wstal.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.