usa

teksański smok

Howdy Y’all!

Marzenia się spełniają. Trzeba tylko mocno chcieć.

Jak kończyłem studia, to chciałem być … księgowym. Na szczęście się nie udało. Może za słabo chciałem.

Teksas chciałem odwiedzić. Jakoś nie wychodziło. Do teraz.

Zaleciałem nawet sprawnie. Sprint nie miał tak strasznego opóźnienia jak potrafi mieć. Tylko 26 minut obsuwki.

Nie lubię wylatywać z Miasta. Bo to koszmar, bo niespodzianka, bo niewiadoma. Od wyjścia z domu na wsi, do dotarcia na LaGuardię minęło ciut ponad 2 godziny. To tak jakbym z Białegostoku wylatywał. Masakra. Już o JFK nie wspomnę. Miałem takie dwa razy, że z miejsca do samolotu wszedłem. A bałem się, że nie polecę. O ile za pierwszym razem chodziło o Charleston, więc byłby mały ból, jakbym nie poleciał, to za drugim już miałem stan przedzawałowy, bo jechałem na lot powrotny do domu.

Także jestem w Dallas i wybieram się do car rental. Po środku niczego jest to lotnisko, ta wypożyczalnia, to miasto.

Podbiłem w końcu do wypożyczalni Hertza. Już nauczyłem się od Piotrka G., że trzeba od razu na Złotego Członka lecieć, bo i tak nie pogonią, jeśli nim nie jesteś. A prawda jest taka, że oni wszystkim dają taki status, jak się człowiek zaloguje do ich programu. Takiż status i jamże miał. Ale nie robiłem rezerwacji przez apkę, bo ta bardzo ssała ostatnimi czasy. Wyłączała się. Dramat.

No to udaję głupiego, że jestem Złoty Członek ale się nie widzę na tablicy. Pan przygarnął. Czarny taki z akcentem z serii „lekki dramat”. Ale jakoś dogadalim się. Pan miły bardzo. Bardzo się przejmował, że system się wiesza, że wszystko długo trwa. A ja mu mówiem – ok, nie ma sprawy. Za piątym ok-ejem dorzuciłem, że przede mną tylko 9 godzin jazdy. A była prawie 18.00, czyli 6 pi em. W końcu pan mi dał pustą kartkę z numerem rezerwacji i mówi, że mam iść po auto. Zapytałem się go o umowę. Pan się podrapał po głowie, jak Pomysłowy Dobromir i dopisał na kartce magiczne słowo „incomplet”. Chyba to meksykańsku znaczy to samo co po angielsku „incomplete”. Coż, najwyraźniej pan w młodości nie wiedział, że skończy w Najwspanialszym Kraju Na Świecie i się na lekcjach angielskiego nie przykładał. Ależ nie bądźmy złośliwi i małostkowi. Najważniejsze to się dogadać. Zapytałem się na koniec, czy nie powinienem dostać od niego umowy. Pan powiedział, że przy wyjeździe pani mi da „complete”. I prawie wziął mnie za rękę i wyprowadził na parking i powiedział:

take any car you want

Myślałem, że jaja pan robi i dla żartu mówię:

For real? Any car? Even that pick-up?

Pan się zawahał na sekundkę i rzekł:

Yes, my friend. Go, open the door. See?

Pan mnie władował do auta. Drewno, skóra. Dodge RAM. Bestia.

Myślę sobie raz się żyje.

Jak jeździłem w ubiegłym tygodniu do Kansas City w Missouri, to Ula zapytała jak się Hiundaj Sonata sprawowała i ile palił. Powiedziałem jej, że prawie 34 mile na galon. Ponoć respect.

Mój Dodge żłopie jak smok – 16 mpg! Z torbami w tym Teksasie pójdę!

Aaaaa. Przejeżdżałem koło jednej rafinerii. Robi wrażenie.

Siedzę w aucie i nie wiem co mam zrobić. Nie ma drążka do zmiany biegów. Ale domyśliłem się, że pokrętłem się to wszystko robi. Podpiąłem telefon i ruszyłem, bo 9 godzin przede mną. Pokręciłem się po lotnisku przy Dallas jak Grzegorz Filipowski na lodzie i pomyślałem, że wrócę oddać tego smoka! Strach jechać. Wielkie bydle. Ale jakoś nie da się google map obsługiwać jak się samemu jedzie. Siri ogarnia tylko Maps, a te u mnie są wyłączone. No to pojechałem przed siebie.

Super auto! Jedyny minusik, który różni go od Sonaty, to to, że jak w Hjundaju się nastawia car play, to przycisk „mów” uruchamia Siri. A tu niestety jakaś obca baba się wtrąca. Także Siri trzeba uruchamiać z telefonu. A jak wiemy, w USA nie można dotykać telefonu podczas jazdy.

Także to jedyny minusik. Włączasz tempomat, to Dodge sam rozumie, że przed nim jest auto i zwlania. Włączasz długie światła, to Dodge widzi, że coś jedzie i przełącza na krótkie. Wajcha od kierunkowskazu jest też do wycieraczek. Chwile mi to zajęło. Fotel na różne strony się układa, przesuwa.

Po 22.30 stwierdziłem, że czas spać. Zajechałem do jakiejś miejscowości i bałem się jechać po niej. Na chwilę zatrzymałem się, żeby graty rozsypane w aucie pozbierać, bo latały za bardzo po podłodze i też się bardzo bałem. Miasto straszne. Wcześniej zatrzymałem się na małe siku, tankowanko przy okazji i jamu, bo ssało. Pogadałem sobie z obsługą – chłopiec i dziewczynka. Zainteresowani byli moim akcentem. Dziewczynka podjarała się akcją roadtrip. Też ponoć lubi. Ciekawe, czy autostop w Teksasie też jest nielegalny? Byle nie skończyło się to Teksańską Masakrą Piłą Mechaniczną.

Także Teksas mi się podoba! Marzenia się spełniają!

2 komentarze

  • Grzesiek

    “Włączasz tempomat, to Dodge sam rozumie, że przed nim jest auto i zwlania. Włączasz długie światła, to Dodge widzi, że coś jedzie i przełącza na krótkie.” To pierwsze nazywa się tempomat adaptacyjny. Nic nadzwyczajnego. W większości samochodów jest. To drugie to adaptacyjne światła drogowe. Też w miarę popularne w europejskich samochodach.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.