życie

poszukiwany, poszukiwany

a miałem do książki usiąść. A herbaty zielonej z prażonym migdałem, co w Słupsku kupiłem, naparzyłem sobie.

Poszukiwany jestem!

Kryminał mi się u Wielkiego Pe w oczy rzucił, jakżem go nawiedzał w ostatni weekend. Morderca bez twarzy! Spodobał mi się tytuł. Jakiś Henkel Mankell ze Szwecji napisał. Coś mi ta Szwecja ostatnio się narzuca i pojawia.

Po ostatnich wojażach do Malmo i Kopenhagi, a właściwie po przejechaniu się przez most, naszła mnie ciągota do powrócenia i dokończenia serialu – Most nad Sundem/Broen/Bron.

Kilka lat nazad, na fali uniesień i wzniesień innych, postanowiłem zerknąć na ten świetny kryminał. Odcinków kilka, bo raptem z 4. Ale kurczaczki! Każdy trwa z 90 minut, jak nie lepiej. To dłużej niż Potop! Chyba nawet pierwszego epizodu nie skończyłem.

Ale zerknę. Powrócę, bo most mi się podobał, bo i Szwecja, i Dania odwiedzone niedawno. W tej książce akcja dzieje się w Skanii i często pada nazwa Ystad i czasem Malmo. To czytam. Jak siadłem w Kwakowie, to się oderwać nie mogłem. Nawet jak Wielki Pe mówił, że idzie spać, to się cieszyłem, że jeszcze poczytam. A ten nie szedł, tylko coś mi gadał. W efekcie wypożyczyłem sobie tę pozycję i czytam na Sadybie. Henkel Mankell bardzo fajnie pokazuje Szwedów, a ja lubię takie opowieści. Tak jak Murakamiego, który Japończyków maluje ciekawie. Nada i Japonię nawiedzić w końcu.

Aha, w Kwakowie trafiliśmy na czas Dożynek. Gminne i Powiatowe. Na te drugie sam Matołusz zapraszał. Ale w niedziele od rana lało, więc czmychnąłem do Warszawy.

A te Gminne? Hm, no cóż, takie … dożynkowe. Nie było pistoletów na pistonki i kapiszony, także nuda. Chyba mi się coś z odpustem pomyliło.

Ale były kumoszki, były wycinanki z owoców, origami, zespół śpiewający, no wszystko to, co powinno być na takich zabawach. Piwo i jadło też było, ale jam kierował, tom nie interesował się.

W weekend troszkę chciałem pomóc koledze przy winobraniu, ale pogoda Zach-pomu nie rozpieszczała w tym roku i nie wiadomo, czy jakiś rocznik 2021 powstanie. No szkoda by było, gdyby się zmarnowało.

Mee, Bee, maleństwo, Peruwiańska i Lama jakieś denerwujące były. Tylko meczały i żreć chciały.

Chyba czas pomyśleć o zimniej zimie i czapkach jakichś, rękawiczkach? A może zgrzebny kożuszek wyjdzie z pięciu zwierzątek? A jedzenia ile będzie? Trzeba przekonać gospodarza.

Oczywiście odpaliliśmy kociołek i się obżarłem. Ale na szczęście spalić kalorie można na hamaku oraz na siłowni. A jako, że jestem teraz fit i sport oriented, to poćwiczyłem sobie pod chmurką!

Naszło nas też na robienie serów. Choć z tym robieniem, to bym nie przesadzał. Po prostu czarów mlecznych nie rzucałem, tylko czasem coś tam potrzymałem, odcedziłem, obróciłem, przycisnąłem. No zobaczymy co z tego będzie. Mam dwa w lodówce. Poczekamy.

No i naparzyłem sobie czaju, zmyłem skorupy i pomyślałem, że habazie wywalę, bo jutro będzie 2 tygodnie jak stoją. Nie wiem co to dokładnie. Myślałem, że białe goździki, ale nie. Nie znam się i nie mam ręki do kwiatów (po mamusi).

Nawet niespecjalnie się wystroiłem. Narzuciłem na tyłek poplamione dresy z AberCrombie + Fitch (co żem je uwalił w studio Słodkokwaśnej, jak podłogę kładliśmy) i podbiłem do brązowego kontenera z tyłu bloku.

Wracawszy, oczy me przykuła samotna wiadomość na tablicy ogłoszeń. Wyjątkowo pusta była plansza, także ta jedna kartka się rzucała w oczy. Zauważyłem tak jakby moje nazwisko nań. Pewnie mi się przywidziało, bo co to za ogłoszenie z moim nazwiskiem. Ale rzucam dokładniej okiem i widzę, że jak drut stoi tam moje imię, nazwisko i tytuł – PAN. Toż to ja! Trochę się zbiłem z tropu, bom od razu pomyślał, że pewnie któraś sąsiadka ma pretensje za zbyt głośną muzykę. Ale pomyślałem, że w sumie moje nazwisko znają tylko te sąsiady od klimatyzacji, bom musiał od nich akcetpy zbierać. I już sobie pomyślałem, ze pewnie klima cieknie komuś. No pięknie – pomyślałem. Ale ale. W ten piątek będzie miesiąc, jak mi zamontowali urządzenie grzewczo-chłodzące i w ten sam piątek minie dokładnie miesiąc, jak upały odeszły. Czyli to nie to!

Podchodzę pod tablicę i widzę

 

Wjeżdżam na górę i dzwonię. W windzie myślę sobie o tym, które to mieszkanie będzie i wyszło mi na to, że to somsiady, które mieszkają po tej samej stronie bloku co ja, tylko od razu na wejściu. Dzwoni i dzwoni ten domofon. Żałuję, że po kratkę i długopis nie poszedłem wcześniej, bo bym w przypadku absencji, nieotwarcia drzwi, mógł anonsik zostawić, że to ja ten pan Maciej D., że mieszkam w tym bloku pod numerem takim, a takim, a mój numer telefonu to 69….69. Ale usłyszałem zgrzyt przekręcanego klucza i ujrzałem … przedpokój w boazerii.

– słucham? – pan sąsiad zapytał się bezbarwnie

Tak, znam typa z widzenia.

– dzień dobry, ma Pan ponoć kartkę do mnie. To ja jestem Maciej – informuję

Pan znika i pojawia się z kopertą w ręce.

– gdyby pan tu nie mieszkał, to bym zaniósł na pocztę i pewnie by do Ameryki odesłali – mówi

Zerkam na kopertę i mówię mu:

– ale tu jest 27, a nie 77. Listonosz nie zauważył.

Sąsiad robi wielkie oczy

– ale to nie szkodzi, bo i tak mieszkam pod … (tu podaję prawdziwy numer lokalu) – uzupełniam.

Biorę list, otwieram i piszę do Uli krótkie Ula, Ula, Ula. Mój numer … (tu podaję prawdziwy numer lokalu).

Taka ciekawostka. Bon Jovi z New Jersey i Ula z New Jersey. Koincydencja taka.

Z emocji zszedłem aż na parter. Ale to na dobre wyszło, bom zobaczył, że na drugiej tablicy też kartka wisi. Zerwałem szybko i rozejrzałem się, czy gdzieś jeszcze pan sąsiad nie nakleił informacji. Chyba czysto! Uff.

Poszukiwany jestem!

A co Ula mi przesłała? Oprócz prywatnej korespondencji taki rysuneczek. A ogony chodziły za mną ostatnio. Skąd ta Ula mogła to wiedzieć?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.