życie

plusk

spod prysznica słychać PLUSK, to Kaczora kąpie Tusk

 

nie żadne mi tu alergije! Na nic te peelingi cukrowe! Żadne świerzby! Nie-e!

Mam pluskwy, plusk jego mać! Choć nie, czas przeszły. Miałem ja ci pluskwy.

Od miesiąca coś mnie swędziało. Na ciele żadnych oznak. Alergia pewnie. Ale nie tak dalej jak w czwartek 16 września zauważyłem, że beztrosko pomyka sobie robaczek. Szybkie foto PSTRYK, PSTRYK i rozesłałem wiadomości z prośbą o rozpoznanie, identyfikację. Wielki Pe ma brata leśnika i szybko napisał mi, że to jakaś wesz jelenia. Wygoogleowałem i patrzę, że to faktycznie wszy jelenie vide strzyżaki sarnie. Niby taki latający kleszcz, ale na szczęście boreliozy nie sprzedaje. Ufff. Kolega zza granicy skonsultował w pracy i odpisał szybko – bed bugs! Och nie.

W poniedziałek wróciłem z krótkiej wycieczki i poszedłem spać. Pomyślałem, że jak 3 dni nie jadły, to nic mnie nie ruszy. Pewnikiem zdechły z głodu. Ale cholery zaczęły mnie gryźć jak opętane. We wtorek rano otwieram internety i znajduję artykuł o tym jak się pozbyć … pluskiew. Przeraża mnie ta permanentna inwigilacja. Wszystko już o nas wiedzą te internety. Ale czytam sobie z zaciekawieniem i z każdym zdaniem nie do śmiechu mi było. Niestety nie da się łatwo usunąć tego cholerstwa. Nie mam też za bardzo możliwości w domu, żeby skutecznie przeprowadzić eksterminację. Gdyby było minus 20, to bym zawołał kolegów i raz dwa łóżko na dwór byśmy wystawili. Do zamrażalnika się niestety nie zmieściło. Z porad, przydatnych mi, zapamiętałem dwie rzeczy – para wodna. Ha! mam pralkę z funkcją pary oraz kiedyś miałem mopa parowego. Gówniane urządzenie, nie za bardzo się sprawdzało, więcej wody niż pary, więc wyrzuciłem. Teraz szybciutko do allegro po pomoc się zwróciłem i z dnia na dzień dostarczyli nowy mopik parowy (małe takie kupiłem. Nie większe niż dzbanek).

Będę kląć. Dobra, skurwysyny, jedziemy z tym koksem – tak powiedziałem, po czym rozkręciłem łóżko na drobne części.

Pokrowce, które się udało zdjąć wrzuciłem do pralki parowej. Firanki, pościel, zasłonki również się wykąpały. Jedne tekstylia zażyły kąpieli wodnej w 60 stopniach, drugie tylko wyparowałem. W ciągu dnia rozmawiałem z koleżanką z pracy i ta mi klarownie przedstawiła temat pozbywania się cholerstwa z domu. Też miała pluskwy, tak się jej wydawało. Nogi łóżka kazała mi okleić taśmą dwustronną. Bo jakby chciały wejść do mnie na materac w nocy, to się przykleją. I też wspomniała o parze, o zamrażalniku. Dodała jeszcze ozonowanie mieszkania i żelazko. Na szczęście u koleżanki okazało się, że ma … alergię. Szczęściara.

Na ramie łóżka znalazłem dwa, sporych rozmiarów skupiska czarnych kropek. Jajeczka znaczy. Przetarłem szmatą nasączoną płynem do dezynfekcji z Orlenu i … NIC. No to potraktowałem intruza parą wodną. Oj, od razu się zrobiła czarna maź. Przetarłem szybko, przyłożyłem żelazko i się uśmiechałem – gińcie skurwysyny.

Kolega ze Szwecji co chwilę pisał – are those motherfuckers gone?

Wytępiłem, tak mi się wydawało, robactwo. Część z nich spieprzała w panice i nie była czujna. Ale ja i mój podręczny odkurzacz nie daliśmy im szans. Łóżko skręciłem, jak to zwykle bywa, z większymi problemami niż przy rozkręcaniu. Ale cały radosny poszedłem spać. Gryz, gryz! No nie. O 3 rano znowu się obudziłem i zacząłem się drapać. Wściekłość i bezradność sięgnęła zenitu.

W środę rano otwieram skrzynkę na listy, a tam …

I teraz mnie olśniło. Przecie z miesiąc temu rozmawiałem z sąsiadami o tym, że klatki nam będą pryskać. I sąsiad oświadczył – no to teraz do mieszkań będą uciekać.

I to by się zgadzało. Dzwonię do Pana Robaka i się umawiam. Na szczęście udało się na następny dzień. Przyjechał chłopczyk, nabrał wody, dodał preparatu i zmoczył mi całe mieszkanie tak, że panele mi w niektórych miejscach napuchły. No i 200 zł się należało, bo pluskwy są trudne do usunięcia. Okazało się, że firma jest z … Białegostoku. Za dużo tych zbiegów okoliczności.

Zapytałem się przy okazji, czy dużo mają zleceń w moim bloku. Okazało się, że sporo. Czyli Sąsiad Prorok miał rację – pouciekało towarzystwo do mieszkań. Tę moją durną administrację to w powietrze wysadzić chyba tylko. Nie myślą.

Także chata opryskana. Pierwszą noc spędziłem u sąsiada, bo wróciwszy z siłki poczułem zapach płynu i wolałem nie ryzykować. Okazało się, że sąsiadka ma remoncik u siebie i od kilku dni korzystała z uprzejmości uprzejmego sąsiada. Na szczęście były dwa pokoje i dwa łóżka, także nie przeszkadzałem sąsiadowi w pomaganiu sąsiadce.

Wczoraj w ramach 30-lecia znajomości umówiliśmy się na drinka. Oczywiście okazja była żadna. Po prostu Monia napisała jakiś czas temu, żeby wyskoczyć na miasto i przepłukać gardełka. W ubiegłym tygodniu mieliśmy się spotkać, ale jakiś niedomagający byłem.

Wylądowaliśmy w końcu w Whisky in the Jar. Oj, proszę omijać. Byliśmy tam trzeci raz – pierwszy, ostatni i o jeden raz za dużo. Najjaśniejszym punktem knajpy była bardzo sympatyczna obsługa. Drink niestety wodnisty, stek ciepły. Nie wiedziałem, że ziemniaki opiekane też można spieprzyć. Ale żeberko Pana od Państwa z Europy na K. całkiem całkiem. Dziwne ceny piw mają. Pszeniczne kosztuje 14,90 złociszy, a IPA 16,90. Po co te dziwne końcówki? Na szczęście po mat-fizie i po jednym semestrze matmy jestem, to raz dwa rozprawiłem się z rachunkami i nas porachowałem.

Och! I tu na koniec taki smuteczek! Monika napisała do nas kilka dni temu, że nie lubi jak się doń mówi Monia! Ale jak to? Po 29 latach mamy na Monię nie mówić Monia? Przecie Monia zawsze była Monią. Monia, no weź!

Moniczko też nie lubi. To piętno naszej pani prof. od matmy. Uleńko, Basieńko, Moniczko – tak zdrabniała dziewczyny. Widzę, że trauma została.

Wczoraj, powróciwszy do domu, z pewną taką nieśmiałością zamknąłem oczęta. Było mi już wszystko jedno – gryźcie, bierzcie i jedzcie ze mnie wszystkie. Jakieś było moje zdziwienie, kiedy rano się obudziłem i była prawie 9! Żadnego swędzenia! Taki ze mnie exterminator. Życie znowu jest dobre.

 

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.