życie

jak mi się nie chce

zasiadałem ja ci już do bloga od jakiegoś czasu. Ale tak mi się nie chce. Ale jak mi czas gdzieś pędzi. Pewnie się starzeję, bo jak głosi książka – czas biegnie szybciej, gdy się starzejemy. Dziwna sentencja. Przecie my się starzejemy od momentu przyjścia na świat.

Miałem naskrobać coś wcześniej, ale nie wyszło. 1 października miałem napisać, że 20 lat w banku mi właśnie mija. A wczoraj przejeżdżałem obok mojego pierwszego pracodawcy. Co prawda pracowałem w Auchanie 15 miesięcy, ale cały czas pamiętam ten czas i miło go wspominam. Eh, czas pędzi.

Strasznie się rozbudował i zabudował ten sklep. Kiedyś z ulicy było widać. Teraz już nie bardzo. A halę powiększali, kiedy jeszcze ja pracowałem u Francuza. Myślałem, że przy okazji na kawę wpadnę do Rudej Ewy, ale napisała mi, że na Ursynowie teraz pracuje. No nic. Innym razem.

Miałem też strzelić tytuł „piąte przez dziesiąte” 5 października, ale jakoś nie wyszło. Jak mi się nie chce.

Już nawet nie wiem, gdzie byłem i co robiłem. Wpadłem do Bee i Mee na chwilę. Oj było pysznie. Mee chyba mnie bardzo polubiła, bo daje się dotykać! Szok. Reszta trzódki jakaś spękana nadal. Myślałem, że pomogę przy winobraniu, ale Wielki Pe dopiero w ten weekend zabrał się za winogrona. A w ten weekend, to ja jakoś nie mogę. Eh, babie lato nadeszło. Słońce i pogoda!

Obejrzałem sobie kilka odcinków Makłowicza w podróży. Padło na Skanię, Goteborg i jakiś środkowy stan w Szwecji. Akurat szwedzkie towarzystwo przyjechało do Polski na wycieczkę, więc na bieżąco mogłem zweryfikować prawdę z ekranu. Kiwali głową, że tak, że mlask, że pycha. Tylko mi się oblizywali.

Pewna Norweżka w szwedce dźgnęła Dunkę finką – takie skandynawskie zdanie.

I nauczyłem się, że na Goterborg mówi się Jotieboj. Dziwny ten szwedzki. Niderlandzki jeszcze gorszy.

Dopiero jak pan Robert M. zawitał do Vastmanland, to się Szwedom oczka otworzyły. A co to? Nie znam tego! Nie jadłem nigdy. Ha! Pamiętam, jak kiedyś w Dzień Dobry TVN albo innym morning show kamera odwiedziła miasto na B. we wschodniej Polsce. I tam pani pod Ratuszem jakieś napoje białostockie zaczęła wychwalać. O-o! a co to!? Nie znam tego! Nie piłem nigdy! – tak krzyczałem do szklanego ekranu.

I podczas tych podróży kulinarnych po Szwecji odkryłem gravlaxa. To znaczy, znałem ten dań wcześniej, ale w innym wydaniu. W Stanach Katia kiedyś na urodziny nam przedstawiła łososia w soli i cukrze. Spodobało mi się szalenie i od tamtej pory sobie przyrządzam. A tu pan Makłowicz upstrzoną w rybką w burakach częstował nas. Lubię kolor ten, więc dań mi się ogromnie spodobał i zaintrygował. Postanowiłem sobie zrobić. I w czwartek był ten dzień. Postudiowałem ja ci receptury i wybrałem dwie – w soku z cytryną i w soku z pomarańcza. Byłem pewny, że to w soku z buraka się robi, ale będąc w nowo otwartym Lidlu, sięgając po sok, postanowiłem sprawdzić, jak się robi gravlax. Uffff, było blisko. Butelka z sokiem już w rękach była. To się buraka starkowanego kładzie na rybę! Nigdy nie podobał mi się pomysł gotowania łososia w soku z cytryny, ale ten akurat przepis mnie zaintrygował … wykończeniem dania skropieniem wódką. Mlask!

Zrobiłem tak jak kazali. I dziś spróbowałem. Pobawiłem się jedzeniem. Słoneczko sobie zrobiłem na śniadanie. Muszę przyznać, że w soku z pomarańczy jednak bardziej mlask i mniam zrobiłem!

A co do Lidla, to muszę donieść wszem i wobec, że modły moje zostały wysłuchane. Od kilkunastu lat jeżdżąc po Wawie w oko rzucał mi się ten sklep. Lidlu tu, Lidla tam, tu obok tego i tak dalej. Zazdrościłem i wołałem – dlaczego na Sadybie nie ma! Jest tylko jakaś marna Biedra!

Śmiałem się, że do Lidla napiszę, żeby otworzyli na mojej dzielni. Ale nie napisałem, bo aż tak źle ze mną nie było jeszcze. Co sobota leciałem na ul. Alternatywy i szopingowałem się. Akurat w weekend dojazd zajmował bez mała 12 minut. Później jeszcze odkryłem Lidla obok tu, obok tam i ciut dalej za rzeką. No jeździło się do sklepu po całej Warszawie południowej. Ale zawsze jak gdzieś widziałem Lidla to zazdrościłem mieszkańcom i tak sobie płakałem – kiedy to, a kiedy będzie Lidl u mnie.

I tak sobie ostatnio przechadzałem się po dzielni Stegny (sąsiedzkie osiedle) i cóżem ja uwidział! Naklejki lidlowskie na nowym apartamentowcu! Nawet z sąsiadami się radowaliśmy i tydzień temu ciekawiliśmy się, kiedy będzie otwarcie. Cwana gapa jestem i szybko odpaliłem apkę Lidla i sprawdziłem najbliższy sklep. Był, pokazał się, już jest w ich lokalizacjach. Ale niestety przez najbliższe 7 dni przy godzinach otwarcia stało: zamknięty. W czwartek postanowiłem skoczyć do sklepu na granicy Stegien/SnD/Ursynów. Ale coś mnie w drodze podkusiło. Zaglądam ja ci w apkę, a tam … otwarte. Mój Lidl w końcu otwarty. Od 6 rano! Pędzę.

I faktycznie jest, stoi. Upstrzony balonikami. Ludzi nie za tłumnie. Zakupy były przyjemne. Na końcu dali kawę gratis. Pani coś nie chciała mi dać balonika, ale i tak bym nie wziął. Mam Lidla pod domem!!!

Życie jest dobre!

W tygodniu wybrałem się do biura … trzy razy. Postanowiłem, że będę się teraz ładnie(j) stroił. Już mam dość jeansów i t-shirtów. Wyciągnąłem z szafy spodnie nienoszone ze 3 lata. Nie zakładałem ich, bo opinały mój tyłek dosyć ciasno i bałem się, że przy kucnięciu lub usiądnięciu pękną mi na tyłku. Dodatkowo kiedyś usłyszałem w radio, że podczas lockdownu ludzie przytyli średnio 5 kg. No to wiadomix, że żadne portki mi na tyłek teraz nie wejdą. Ale, bo zawsze jest jakieś „ale” postanowiłem spróbować. Zawsze muszę sprawdzić, czy się uda. Zawsze można powiedzieć, że się nie da. Wolę spróbować i zobaczyć, czy da się, czy nie. Nawet wiem, że wódkę z red bullem da się długo pić.

Wsadzam ja ci lewą nogę, prawą. ZAPINAM zamek i … GUZIK i … ta-da!

 

Życie jest bardzo dobre!!!

 

Dobra, jest sobota. Czas na siłownię. O jeżu, jak mi się nie chce iść!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.