zasiadałem ja ci już do bloga od jakiegoś czasu. Ale tak mi się nie chce. Ale jak mi czas gdzieś pędzi. Pewnie się starzeję, bo jak głosi książka – czas biegnie szybciej, gdy się starzejemy. Dziwna sentencja. Przecie my się starzejemy od momentu przyjścia na świat.
Miałem naskrobać coś wcześniej, ale nie wyszło. 1 października miałem napisać, że 20 lat w banku mi właśnie mija. A wczoraj przejeżdżałem obok mojego pierwszego pracodawcy. Co prawda pracowałem w Auchanie 15 miesięcy, ale cały czas pamiętam ten czas i miło go wspominam. Eh, czas pędzi.
Strasznie się rozbudował i zabudował ten sklep. Kiedyś z ulicy było widać. Teraz już nie bardzo. A halę powiększali, kiedy jeszcze ja pracowałem u Francuza. Myślałem, że przy okazji na kawę wpadnę do Rudej Ewy, ale napisała mi, że na Ursynowie teraz pracuje. No nic. Innym razem.
Miałem też strzelić tytuł „piąte przez dziesiąte” 5 października, ale jakoś nie wyszło. Jak mi się nie chce.
Już nawet nie wiem, gdzie byłem i co robiłem. Wpadłem do Bee i Mee na chwilę. Oj było pysznie. Mee chyba mnie bardzo polubiła, bo daje się dotykać! Szok. Reszta trzódki jakaś spękana nadal. Myślałem, że pomogę przy winobraniu, ale Wielki Pe dopiero w ten weekend zabrał się za winogrona. A w ten weekend, to ja jakoś nie mogę. Eh, babie lato nadeszło. Słońce i pogoda!
Obejrzałem sobie kilka odcinków Makłowicza w podróży. Padło na Skanię, Goteborg i jakiś środkowy stan w Szwecji. Akurat szwedzkie towarzystwo przyjechało do Polski na wycieczkę, więc na bieżąco mogłem zweryfikować prawdę z ekranu. Kiwali głową, że tak, że mlask, że pycha. Tylko mi się oblizywali.
Pewna Norweżka w szwedce dźgnęła Dunkę finką – takie skandynawskie zdanie.
I nauczyłem się, że na Goterborg mówi się Jotieboj. Dziwny ten szwedzki. Niderlandzki jeszcze gorszy.
Dopiero jak pan Robert M. zawitał do Vastmanland, to się Szwedom oczka otworzyły. A co to? Nie znam tego! Nie jadłem nigdy. Ha! Pamiętam, jak kiedyś w Dzień Dobry TVN albo innym morning show kamera odwiedziła miasto na B. we wschodniej Polsce. I tam pani pod Ratuszem jakieś napoje białostockie zaczęła wychwalać. O-o! a co to!? Nie znam tego! Nie piłem nigdy! – tak krzyczałem do szklanego ekranu.
I podczas tych podróży kulinarnych po Szwecji odkryłem gravlaxa. To znaczy, znałem ten dań wcześniej, ale w innym wydaniu. W Stanach Katia kiedyś na urodziny nam przedstawiła łososia w soli i cukrze. Spodobało mi się szalenie i od tamtej pory sobie przyrządzam. A tu pan Makłowicz upstrzoną w rybką w burakach częstował nas. Lubię kolor ten, więc dań mi się ogromnie spodobał i zaintrygował. Postanowiłem sobie zrobić. I w czwartek był ten dzień. Postudiowałem ja ci receptury i wybrałem dwie – w soku z cytryną i w soku z pomarańcza. Byłem pewny, że to w soku z buraka się robi, ale będąc w nowo otwartym Lidlu, sięgając po sok, postanowiłem sprawdzić, jak się robi gravlax. Uffff, było blisko. Butelka z sokiem już w rękach była. To się buraka starkowanego kładzie na rybę! Nigdy nie podobał mi się pomysł gotowania łososia w soku z cytryny, ale ten akurat przepis mnie zaintrygował … wykończeniem dania skropieniem wódką. Mlask!
Zrobiłem tak jak kazali. I dziś spróbowałem. Pobawiłem się jedzeniem. Słoneczko sobie zrobiłem na śniadanie. Muszę przyznać, że w soku z pomarańczy jednak bardziej mlask i mniam zrobiłem!
A co do Lidla, to muszę donieść wszem i wobec, że modły moje zostały wysłuchane. Od kilkunastu lat jeżdżąc po Wawie w oko rzucał mi się ten sklep. Lidlu tu, Lidla tam, tu obok tego i tak dalej. Zazdrościłem i wołałem – dlaczego na Sadybie nie ma! Jest tylko jakaś marna Biedra!
Śmiałem się, że do Lidla napiszę, żeby otworzyli na mojej dzielni. Ale nie napisałem, bo aż tak źle ze mną nie było jeszcze. Co sobota leciałem na ul. Alternatywy i szopingowałem się. Akurat w weekend dojazd zajmował bez mała 12 minut. Później jeszcze odkryłem Lidla obok tu, obok tam i ciut dalej za rzeką. No jeździło się do sklepu po całej Warszawie południowej. Ale zawsze jak gdzieś widziałem Lidla to zazdrościłem mieszkańcom i tak sobie płakałem – kiedy to, a kiedy będzie Lidl u mnie.
I tak sobie ostatnio przechadzałem się po dzielni Stegny (sąsiedzkie osiedle) i cóżem ja uwidział! Naklejki lidlowskie na nowym apartamentowcu! Nawet z sąsiadami się radowaliśmy i tydzień temu ciekawiliśmy się, kiedy będzie otwarcie. Cwana gapa jestem i szybko odpaliłem apkę Lidla i sprawdziłem najbliższy sklep. Był, pokazał się, już jest w ich lokalizacjach. Ale niestety przez najbliższe 7 dni przy godzinach otwarcia stało: zamknięty. W czwartek postanowiłem skoczyć do sklepu na granicy Stegien/SnD/Ursynów. Ale coś mnie w drodze podkusiło. Zaglądam ja ci w apkę, a tam … otwarte. Mój Lidl w końcu otwarty. Od 6 rano! Pędzę.
I faktycznie jest, stoi. Upstrzony balonikami. Ludzi nie za tłumnie. Zakupy były przyjemne. Na końcu dali kawę gratis. Pani coś nie chciała mi dać balonika, ale i tak bym nie wziął. Mam Lidla pod domem!!!
Życie jest dobre!
W tygodniu wybrałem się do biura … trzy razy. Postanowiłem, że będę się teraz ładnie(j) stroił. Już mam dość jeansów i t-shirtów. Wyciągnąłem z szafy spodnie nienoszone ze 3 lata. Nie zakładałem ich, bo opinały mój tyłek dosyć ciasno i bałem się, że przy kucnięciu lub usiądnięciu pękną mi na tyłku. Dodatkowo kiedyś usłyszałem w radio, że podczas lockdownu ludzie przytyli średnio 5 kg. No to wiadomix, że żadne portki mi na tyłek teraz nie wejdą. Ale, bo zawsze jest jakieś „ale” postanowiłem spróbować. Zawsze muszę sprawdzić, czy się uda. Zawsze można powiedzieć, że się nie da. Wolę spróbować i zobaczyć, czy da się, czy nie. Nawet wiem, że wódkę z red bullem da się długo pić.
Wsadzam ja ci lewą nogę, prawą. ZAPINAM zamek i … GUZIK i … ta-da!
Życie jest bardzo dobre!!!
Dobra, jest sobota. Czas na siłownię. O jeżu, jak mi się nie chce iść!
Gdyby ktoś mi powiedział nie tak dawno – a może byś wyskoczył z nami do Grecji – to powiedział sobie – puknij się w głowę Maciek! Ale nie tak bardzo dawno zaproponowano mi wyskoczenie na Santorini i … nie puknąłem się w głowę. Jadę.
I się zaczęło. Słodkokwaśna mówi, że piekło. Pan od Państwa z Europy na K. doradza zabezpieczyć się, bo ponad 40 stopni. Koleżanka grozi, że w cieniu się nawet można usmażyć. Oj! Куда я попал!
Gdyby ktoś mi powiedział nie tak dawno temu – a może byś mi pomógł ścianę postawić – to powiedziałbym sobie – puknij się w głowę Maciek! Ale nie tak bardzo dawno Słodkokwaśna poprosił, żebym pomógł mu listwy przykręcić. No to pomogłem. Okazało się, że listwy ponad 4 metrowe trzeba było nieść na ramieniu, na piechotę, przez 2 i pół kilometra (tyle wynosi droga od Castoramy do nowego studia foto kolegi). Oczywiście oprócz listew trzeba było zrobić i inne rzeczy. Także ściana stoi. Jak na nasz pierwszy raz, to powiem, że całkiem ładnie nam poszło. Proszę się tylko nie opierać.
Tu tylko trzy fotki, ale pewnie na profilu kolegi więcej. Duma! To znaczy hasztag duma/pride.
Słodkokwaśna zapytał się jeszcze, czy kładłem kiedyś panele podłogowe. Odrzekłem, że nie, ale że chętnie się nauczę. Nie chciałem się jakoś pukać w głowę. Może czas się przebranżowić? Niektórzy w mojej pracy zaczynają „żartować”, że w Lidlu zaczynają płacić więcej niż w naszej pracy robocie.
Gdyby ktoś mi powiedział nie tak dawno temu, że Ula z Teksasu przyleci, to bym powiedział sobie – puknij się w głowę Maciek! Jak? W pandemii? Nie wpuszczą. Ale Ule są sprytne i udało się. Dziś mamy miting towarzyski. W ubiegłym tygodniu nawet zaoferowałem, że u mnie możemy się spotkać. Bym napichcił, ugościł, napoił. Ale po rozmowie z Piątkiem stwierdziliśmy, że lepiej do knajpy. Pukłem się w głowę, bo olśniło mnie – przecie w piątek jest żar niemiłosierny! Pogotujemy się u mnie w mieszkaniu. Także idziemy do Gesslera do Warszawy Wschodniej. Mniam! Mam nadzieję, że będzie pyszniej i taniej, niż sławny już na cały polski internet obiad Anny Muchy (tej aktorki). Trzeba tylko pamiętać, żeby nie brać ostryg. Na szczęście nasza trójka to tatara fany. Ula z Teksasu nawet w Teksasie zamawia i je. Ale Ula z New Jersey z kolei mówi, że w życiu nie zaryzykowałaby dania z surowego mięsa w Stanach. Cóż, jedna i druga żyje.
Gdyby ktoś mi powiedział dawno, dawno temu, że na zgodę Administracji na klimatyzację będę czekał 3 miesiące, to bym powiedział sobie – puknij się w głowę Maciek! Jakie 3 miesiące. Na pewno dłużej. Szybko proszę porachować. 2 marca uprzejmie zapytałem się w mailu, czy mogę. A 4 lipca dostałem na skrzynkę mailową i do skrzynki na listy odpowiedź. TAK, MOGĘ! Hurra. Był już dziś pan od klimy. Trzech innych też już zbriefowanych. Także czas podjąć decyzję komu wydać te parę złotych. Eh!
Nie tak dalej, jak w środę, jechałem do Lidla. A drogę sobie chciałem skrócić i tak na skuśki przez Orlen przejechałem. Za stacją paliw jest takie samotne drzewo. Zauważyłem konar, uchyliłem się. Wracając – już nie. Ale żem się puknął w głowę! Gdyby nie kask, to bym chyba zszedł na śmierć, bo mimo ochrony łba i tak gwiazdki zobaczyłem.
Na szczęście mam neurologa wśród znajomych, to poproszę, żeby mnie opukał i osłuchał. Który to już raz się … uderzyłem w łeb? Raz na żaglach bomem zaliczyłem, bo nasz sternik nie wydawał komend i sobie zrobił zwrot przez maszt. To nawet tomografię robiłem wtedy. Ze 4 lata temu na rowerze miałem kraksę. Eh. I teraz to cholerne drzewo. Już nawet chciałem zadzwonić do Piotra G., żeby piłę mechaniczną pożyczył, co by ściąć to cholerstwo!
Miał być Dry February, a wyszedł mi jakiś semi-dry.
Ale rozmawiałem z Panem od Państwa z Europy na K. i ten podtrzymał mnie na duchu, kiedy powiedziałem mu, że pękłem, że nie zrealizowałem postanowienia. W sumie 30 dni suchych można by zrobić w ciągu roku. Po co w ciągu jednego miesiąca? Lubię z mądrymi porozmawiać.
Z kolei inny, zarażony, kolega nie wydał mnie przed Sanepidem, ale postanowiłem sam się zamknąć w domu. Co prawda kontrola do kumpla dzwoniła, ale zadawali niewłaściwe pytania. Poza tym postanowiono skierować trop na ewentualne miejsce zakażenia (komisariat policji). Kolega dzień przed spotkaniem świadczył usługi tamże.
Zacząłem doceniać mój zakupoholizm. Zawsze jak jestem w sklepiku (czy to Lidl, czy to Biedra, czy inne), to coś do koszyka wpadnie. A to jakaś puszka, a to jakiś instant. No różne takie kolorowe, ciekawe, nieznane produkty.
Dodatkowo, niech żyje mój pan rzeźnikmieszek, który albo nie wie co to mało, albo myśli, że ja mam wojsko do wykarmienia. Ostatnio dał mi 3 gnaty. A jeszcze wcześniej jakiś miks mięs wołowych, jak się dowiedział, że będę zupę pichcił.
I teraz to wszystko się opłaciło! Mam jak znalazł. Gotuję sobie, sprzątam, siedzę w domu.
Ale dziś, siódmego dnia, wyszłem se kroków narobić.
Nie będę pisał, co słonko widziało, bo po pierwsze primo – kogo to interesuje, a po drugie primo – nie było dziś za bardzo słonka.
Na koniec mojej piechoty, iścia mego napotkałem dwie dziewoje. Niby nic w tym dziwnego, ale moim oczom ukazał się dziwny widok! Co ta jedna lasunia miała na nogach!?! Portmonetko-buty!?
PS. Zdjęcia można wziąć z mego blogu i wrzucić na MordoKsiążkę lub Insta, jeśli ktoś sobie winszuje. W szokum jest! Co za pomysłowe botki. Pewnie jakiś Dobromir je wykonał. Albo sam Adam Słodowy!
PS2. W piątek przeżyłem drugi szok (a właściwie pierwszy, bo dziś niedziela)! Rozmawiałem z dawno nierozmawianym Arkiem-Zegarkiem. Powiedziałem mu przy okazji, że Nick Cave wydał ścichapęk płytę. I on, ten mój przyjaciel, największy fan australijskiego artysty, NIE WIEDZIAŁ o tym! Ja mu uprzejmie o tym doniosłem. W zaskoczeniem go wprowadził (czy: w zaskoczenie gom wprowadził?)! W szokum jest!
Dzień płyt CD wczoraj udany. Oczywiście był Marillion i … spadł deszcz. Zaskakująco przyjemnie zabrzmiał Waterboys i ich „Dream Harder”. Nauczyłem się, że płyta Charlie Winstona „Hobo” trafić powinna na kupkę „płyty do oddania Djep”.
Yamaha Pianocraft miała wczoraj co robić.
Spotkałem wczoraj znajomych i opowiedziałem im o nadciągającej nocy komety. I tak sobie o Budce Suflera pogwarzyliśmy. Dziś rano włączyłem ich kilka płyt! Ale na szczęście tych pierwszych, nie tych koszmarów z takim tangiem i balem wszystkich śniętych. Brrr na samą myśl. Okazało się, że Budka nie nagrała żadnej płyty z Felicjanem Andrzejczakiem. To dlatego nie znalazłem na serwisie muzycznym tego natrętnego przeboju. To znaczy jest, ale w wykonaniu wokalisty z jakoś sprzed kilku lat, nie w duecie z Budką z lat 80-tych. Ale Urszula też w tej nowej wersji nuci, także nie jest najgorzej. Ponoć pan Felicjan miał już nagraną płytę z Budką ale nigdy się ona nie ukazała. Ponoć Cugowski wrócił i wyrugował kolegę. I w 1984 roku po przearanżowaniu utworów powstała płyta z Cugowskim pt. „Czas Czekania, Czas Olśnienia”.
Ale i tak pan Felicjan zapisał się w historii muzyki 3 bardzo dobrymi utworami: Jolka, Jolka pamiętasz, Czas Ołowiu i Noc Komety.
W porę się opamiętałem czego ja słucham i włączyłem szybko Closterkeller. Eh, dawno nie słyszałem.
Dziś kontynuacja słuchania płyt CD. Oczywiście artysta na niedziele może być tylko jeden – Tom Waits. No to zaczynamy charczenie.
Ta niedziela jest jak film, taniej klasy “B” – nieeeeee. tylko nie to! Ratunku!
Kilka lat temu, ze 4 bodajże, wymyśliłem sobie, że chciałbym w roku, w którym skończę 40 lat popełnić 40 wpisów. Zastanawiałem się, czy to możliwe, czy to łatwe. I właśnie wtedy postanowiłem, że taką próbę generalną zrobię. Nie udało mi się. Ciężko jednak było. Tylko 24 wpisy powstały. Czyli 2 posty na miesiąc. No nic. Do 40 mam jeszcze … 11 lat (przymrużenie oczka), także mam czas. Tak z ciekawości przeliczyłem tegoroczne posty i wychodzi mi, że ten właśnie, co czytacie jest … 59 wpisem w 2020 roku! Nieźle! A tak niemrawo rok zacząłem, bo pierwszy artykuł powstał dopiero 8 lutego. Czyli ta zaraza jednak coś dobrego dała. Na szczęście już nie muszę się gimnastykować z tym wyczynem „40 wpisów na 40 lat”.
Wczoraj w drodze do Lidla spotkał mnie deszcz. Tak lało, że trafiłem do Biedronki. Kupiłem arbuza. Po raz pierwszy w tym roku. I arbuz był smaczny. Polecam.
Sobota! Już znowu czuję ten entuzjazm, ten porządek. Ranne wstawanie, szmata, sklep, gary! Eh.
8 rano ktoś puka, ktoś stuka, ktoś wierci, ktoś boruje. Do jasnej cholery! Pamiętam 6 lat temu, jak administracja mi przysłała regulamin przeprowadzania remontów. I tam stało:
sobota od 9 do 14
a żeby to pan tak wziął i raz zawiercił. Nie! Pan sekundę boruje i stop. Wrr stop wrrrr stop warkocz, warkocz, warkocz. O 9 pan przestał.
Wściekły się zwlokłem z wyra i cóż, pora zacząć nie marnować dnia.
W moim budynku jest jakaś wymiana oświetlenia na korytarzach. To ta ekipa skoro świt wzięła się za robotę. Ruskie jakieś, bo pan radyjo miał włączone w tym języku. A może Ukraińcy albo BialiRusini. Eh. Kinga Rusin i jej wypad na Oskary i słynne selfie z Adele na prywatnej imprezie u Jaja Zet i Bejąse.
Ale ok. Zostawmy ten wielki świat. Jaki TVN, takie … dziennikarki.
Poleciałem to pana Rowerka, żeby nadmuchać oponkę lub ją wymienić. 30 zł dziękuję bardzo.
Także Słodkokwaśna możesz wpaść po swoje dwa kółka.
Mój blok to dramat. Ludzie nie szanują ani siebie, ani innych. Wracam tydzień temu od Słodkokwaśnej i przy wejściu kupa. Rozmazana i obok taka nadepnięta. Akurat za mną sąsiad szedł, to chwilę porozmawialiśmy.
Administracja nasza co chwile jakieś odezwy nam wiesza. Zakaz, nakaz, uprzejmie to i tamto. Lubię im na tych plakacikach błędy ortograficzne poprawiać. Już raz czy dwa miałem ochotę zamieścić odezwę do Administracji z informacją, że oni są dla nas, a nie my dla nich, i żeby trochę z tonu spuścili. Kilka razy byłem u nich z pytaniem o to, kiedy pojawi się znowu kosz na śmieci przy wejściu.
– za chwilę będzie. Zamówiony jest
– pani kochana. Przez rok to Państwo zamawiacie?
– nie no co Pan, od niedawna nie ma
Machnąwszy ręką, zmieniwszy temat
– a kontener na szkło postawicie kiedyś?
– a nie ma?
– nie ma
– jest
– zapraszam. Blok 50 metrów stąd
– wie Pan. Proszę poczekać, bo od października nowa firma będzie, to kontenery nowe będą
(rozmowa odbył się na koniec września)
Wyszedłwszy stamtąd w niesmaczeniu.
Administracja zakazała stawiać worki ze śmieciami na rampie i nie rzucać na ziemię, jak się kontener wypełni.
Czywiście kto sam z siebie podstawi kontener? A po co będę innym pomagał? Ostatnio zwizualizowali problem. Powiesili zdjęcie z masą śmieci dookoła wejścia tylniego. Poinformowali również, że gryzonie się gromadzą przez to. Tak, kiedyś wychodziwszy z bloku widziałem jak szczur po poręczy sobie hasał.
Idę sobie raz do skrzynki na listy. Obok sąsiadka wyrzuca śmieci. Oczywiście nie ma kontenera, więc stawia na rampę.
– przepraszam, co pani robi?
– wyrzucam śmieci
– przecież Administracja prosi, żeby nie stawiać śmieci na rampie. Ciężko się przejść dookoła bloku?
– ale inni też tak stawiają
– aha, no tak, jak inni też tak stawiają, to jest ok
To taka sama zasada, jak kierowcy parkujący gdzie popadnie z włączonymi światłami awaryjnymi. Przecie to nie wykroczenie. Światła awaryjne mam włączone, to jest wszystko ok.
No jaszka!
Ludzie, co to za kraj, co to za miejsce!
Wracając do soboty. Zaprowadziłem rower do pana i pomyślałem, że do Lidla skoczę, bo jakieś grecki smakowitości mają i jakiś zestaw 5 pojemników do przechowywania. Wziąłem siatę z napisem „Dzień Dobry” i idę do serwisu. Ale pan chyba ruchu nie miał, bo powiedział, że od ręki zrobi. Fajnie!
Wróciłem do domu, łamiąc zakaz skrętu w lewo z warsztatu do mnie. Nie włączałem świateł awaryjnych, po prostu złamałem prawo kodeksu ruchu drogowego. Nie udawałem, że jest inaczej. Wziąłem plecak i popedałowałem do najnowiusieńskiego Lidla na Wilanowie! Koło Państwa z Europy na K. No prawie koło.
Ostatnio nauczyłem się, żeby jednak apkę Lidla włączyć. Znowu trafiłem w kasie na pana Roberta z serii „Uczę się”. Strasznie miły pan. Ostatnio jak byłem, to zobaczyłem, jak ludzie rozbierają pudełka z łososiem z wózka. Myślę sobie – oho, społeczeństwo nauczone, świadome i mięsa nie je. Tylko rybki.
59,99 zł/kg – eee, normalna cena, nie ma szału. Ale wezmę sobie jedno pudełko – pomyślałem.
Na kasie pan do mnie mówi:
– a ma pan aplikację Lidla?
– mam. Wczytałem kartę
– a aktywował Pan kupon na łososia? Panie, 20 zł taniej za kilogram będzie. Warto.
– ooo, ok
Pan zerka na paragon na ekraniku
– widzi Pan, 5 zł taniej na tym pudełeczku
– ooo, super, dziękuję Panu
– trzeba patrzeć na te kupony, bo można zaoszczędzić
I dziś znowu trafiam na kasę do Pana Roberta. Nadal ma „Uczę się”. Ale ja już przecie wyedukowany, wiem wszystko. Wiem jakie są kupony. Nabyłem sobie mini-patelnię. 14,99 zł normalnie (tyle co w IKEA). Nawet oglądałem ją w alejce. Ale stwierdziłem, że w IKEA sobie kupię. Przy kasie przeglądam kupony i widzę, że nie zauważyłem wcześniej kuponu na patelenkę! Upust 5 złociszy. Zadzieram kiecę i lecę!
Zrobiłem sobie nawet takie funny insta story.
– czy aktywował Pan kupon na patelnię?
– oczywiście – odpowiadam cały w uśmiechu
– a nie wziął Pan drugiego humusu? 60% taniej będzie
O cholera! Jakieś promo poza apką! Ależ mnie Lidl podszedł!
– ooo, nie zauważyłem
– to niech Pan idzie ja zaczekam
– nie, nie, za duża kolejka. Następnym razem. Ale dziękuję za info
– wie Pan, trzeba patrzeć na etykiety na półkach. To poza aplikacją jest
– ok, dziękuję
Bardzo miły Pan. Lidl jakoś ostatnio poszedł w odstawkę, ale przeprosiłem się z nim po otwarciu sklepu na Wilanowie. Będzie chodzone.
Co to za kraj, co to za miejsce?
Tydzień temu wpadłem do lokalnego barku na piwo. Akurat był niedawno owdowiały Stasio, co przychodzi tu chyba prawie codziennie i gra w rzutki. Z każdym gra.
– cześć Stasiu
– cześć Maciek. Zagrasz ze mną w rzutki?
– ok ale daj się piwa napić
– ok, to ja idę zapalić
i tak Stasiu zagaduje prawie każdego, kto w tym lokalu kiedykolwiek rzutki trzymał w ręku.
A Staś jest sympatyczny. Strasznie się wkręcił w grę. Na początku, to każdy go ogrywał, bo pan starszy nie trafiał w tarczę. A dziś? Własny sprzęt, trening codziennie! I zaczął ogrywać najlepszych. No coż, ze mną mu jeszcze tak dobrze nie idzie. Ostatnio Stasio nawet nową barmankę Lolę wciągną w ten sport. Ostatnio mówiła mi:
– wczoraj ograła pana Marka i pana Grzesia w rzutki
Lola jest z Ukrainy i ma ukraińskie końcówki, jak mówi po polsku.
– Wow! Nieźle, gratulacje – powiedziałem.
Duży sukces faktycznie, bo jeszcze Marka, jak Marka, ograć można. Dobry jest, ale widać, że on idzie na szybkie zwycięstwo. Wali potrójne 20 czasem, ale częściej wchodzą mu 1 i 5. Także ten rejon tarczy ma obrzucony. Ale jak przyjdzie mu zakończyć grę w innym rejonie planszy, to już gorzej. Ale jak skubany trafi 60, to się go później ciężko goni. Myślę, że na przestrzeni lat, mam z nim remis. Albo ciut do przodu jestem. Ale ograć Grześka? Fiu, fiu. Kolega 18 lat trenował bada. Grałem z nim kiedyś w tenisa. Dobry skubany jest. Silny. Dobra wytrzymałość. Ograł mnie. W rzutki widać, że ma takie podejście sportowe (tak ze Stasiem to oceniliśmy). Z Grześkiem w lotki mam bilans ujemny. Ale lubię z nim grać, bo to wyzwanie. Także Lola popsiała się wyjątkowo ogrywając obu panów.
I Lola mi opowiada, jak dzień wcześniej o mało nie została pobita, czy czort wie do czego by doszło.
W barze był ruch, nawet spory. Jeden podpity koleś zaczął się do barmanki przystawiać. Jak się okazało, że nici z tego, to koleś zaczął być agrsywny. Lola kazała mu przestać albo opuścić lokal. Bałwan z kolei jej rzekł:
Spierdalaj na Ukrainę
Lola włączyła alarm ochrony. Ale nie zadziałał. Zadzwoniła do właścicielki i do swojego chłopaka. Zrobiło się gorąco. Pijak chciał wejść za bar mówiąc, że Polska dla Polaków. Obok siedziało dwóch chłopaków i na szczęście stanęli w jej obronie. Kolega tego ćwoka był chyba bardziej ogarnięty i mniej pijany, bo szybko zawinął kolegę z baru.
Zdjęcia z monitoringu lokalu wydrukowano i mamy gablotkę z serii „tych panów nie obsługujemy”.
Co to za kraj, co to za miejsce!?
Kolejna akcja, już z moim udziałem. Wchodzę do baru na bronksa. A żeby się zrelaksować, żeby pograć w moją grę, która mne wciągnęła. Magiczne obrazki są na smartfona. Przepadłem. To w sumie nie gra, ale logiczna zabawa, łamigłówka taka. Tym razem wybrałem jakiś duży rysunek i dwa razy już go resetowałem, bo coś nie tak poszło.
Chyba jakiś pies wyjdzie z tego obrazka.
Wchodzę do baru. Prawie wszystkie stoliki zajęte, oprócz tego pod telewizorem. Staś gra z Markiem. Przy barze tylko jedno miejsce wolne, w kącie. Co było mi na rękę, bo nie miałem ochoty na rozmowy. Chciałem sobię główkę połamać tylko. Okazało się, że obok siedział Jimmy, chłopak z Kenii. Poznałem go kiedyś, ale dawno go nie widziałem. Jimmy rozmawiał z dwoma Polakami. Jeden ni hu hu po angielsku i chyba było mu nie w smak, że jakoś gadki nie ma i siedzi jak ta pała. A drugi coś tam dukał. Biedaczysko myślał, że jak będzie głośno dukać, to będzie mu lepiej po tym angielsku szło. Także kolo był głośny, ale ja się wyłączyłem i nie słuchałem o czym rozmawiają. Tego niekumatego po angielsku znam z widzenia. To taki kolo, co prosto w oczy nie powie, a jakiś komentarz w powietrze rzuci. Ja go zawsze ignorowałem, bo twierdzę, że jak ktoś chce mi coś powiedzieć, to niech mi to powie prosto w twarz.
Także piję piwo i jestem w swoim świecie.
– ale rozumiesz trochę po polsku? – odezwał się ten niekumaty
– rozumie troche – rzekł Jimmy
– jesteś czarnuchem?
Myślałem, że się przesłyszałem. Ale nie, bo baran powtówrzył pytanie. Jimmy bardzo inteligentnie udał, że aż tak dobrze nie rozumie po polsku. Ale jestem pewien, że zrozumiał pytanie.
– jesteś czarnuchem?
Pomyślałem, że może kolesie sobie żartują. Tak jak ja ze Słodkokwaśną żartowaliśmy sobie z Namka, a on z nas.
– jesteś czarnuchem? Wstydzisz się, że jesteś czarnuchem?
Odstawiłem piwo i telefon i w bardzo brzydkich słowach zapytałem się bałwana, czy zdaje sobie z tego sprawę, o co pyta? I czy on jest dumny z bycia białasem? Na koniec rzuciłem, że jest rasistą.
Wróciłem do gry i znowu usłyszałem jakieś komentarze do mnie ale rzucone w powietrze. Zgodnie z tradycją zignorowałem kolesia.
Ale znowu bałwan zadał te dwa pytania.
– możesz zabrać swojego kolegę i wyjść stąd? – poprosiłem tego co coś tam dukał po angielsku.
Ćwok był już zrobiony i chyba nie podobało mu się, że bar nie kręci się wokół niego. To musiał zagaić rozmowę. Bałwan wyszedł pierwszy, a jego kolega zaczął przepraszać za niego.
– stary nie przepraszaj, tylko zwróć uwagę koledze, że jest rasistowskim ćwokiem – poprosiłem.
Widać było, że koleś się strasznie zawstydził za kolegę.
Zapytałem się później Stasia i Marka, czy znają tego bałwana, bo on tu nie raz przychodził, a moje chłopaki są klientami tego baru dużo dłużej niż ja.
Marek powiedział, że to jakiś członek bandy Mokotowskiej.
Ok, jak mnie znajdą na dnie Wisły albo Jeziorka Czerniakowskiego w betonowych butach, to szukajcie tropu w tym wpisie.
Jimmy podziękował za wsparcie i opowiedział, że książkę napisał – Strangers at the gate: Black Poland
To chyba po tej akcji druga część powstanie. Eh.
– Maciek, zagrasz ze mną – zapytał namolnie Staś
– oj Stasiu, nie chce mi się. A Marek co? Już nie chce?
– Marek idzie do domu
– no dobra, to zagram. Ale Jimmiego bierzemy do gry
– dobra, to na 3 nastawię – rzekł uradowany jak dziecko Stasio.
No chłop po stracie żony ma dwie rozrywki – bawienie wnuka i te rzutki.
– Jimmy, do you wanna play darts with us?
– ok
Chyba na 5 czy 6 gier, Stasio wygrał jedną, ostatnią. Jimmy ani jednej, ale skubany dobrze sobie radził! Ale jak to mówi Pan z Europy na K. – beginner’s luck. Tak też podsumował mój wczorajszy debiut w squasha. Tzn. mój niesamowity popis gry w tę grę.
Ale serio mówiąc, to nie wiem co się dzieje z naszym społeczeństwem.
Co to za kraj, co to za miejsce?
Kurna, znowu potarem sobie oko, uprzednio posiekawszy red hot chili pepper. Jejks. Piecze. Tylko teraz nie sikać, nie sikać!!!
Dawno nie pisaliśmy, więc na wstępie pożyczę solenizantkom i jubilatkom październikowym wszystkiego najlepszego.
Lata 80. wróciły do łask. Dziś zaczęliśmy z Panią inżynier popisywać do siebie o Izabeli Trojanowskiej i o Bajmie.
Kiedyś umieściłem post o moich koncertach i biletach, które miałem w łazience. Obiecywałem pisać o poszczególnych koncertach ale jakoś nie po drodze mi było.
Teraz napomknę, że mój piwerwszy koncert w życiu, to występ Bajmu w amfiteatrze białostockim. Fanem byłem strasznym. Znałem wszystko na pamięć. Tłum skandował „Józek, Józek“. W końcu doczekaliśmy się. Eh. Nadeszły lata 90., a wraz z nimi znienawidzenie do tegoż zespołu. Straszne znienawidzenie, wręcz wstręt. W 21. wieku, w ramach wykonywania czynności służbowych musiałem wysłuchać aż PIĘCIU, identycznych występów!!! Praca w warunkach szkodliwych. Ale też miałem okazję zobaczyć z bliska paniom wokalistkę, zwaną Beatom Kozidrak. Hm, z bliska nie taka straszna, nawet, nawet rzeknę uczciwie.
Z kolei Iza Trojanowska przewija się ostatnio po necie. Że taka zapomniana, że taki skarb to był, że taka sex bomba. No nie wiem. Nigdy nie byłem fanem jej talentu zarówno muzycznego, jak i aktorskiego. Kojarzę ją tylko z „07 zgłoś się“, gdzie zagrała ex-żonę Sławka porucznika Borewicza oraz z „Kariery Nikodema Dyzmy“. Aktorka jednego grymasu. Drewno w śpiewie i w aktorstwie. A też ją kiedyś widziałem z bliska, wizytując pewien oddział. Dziś na onet piszą o nieznanych szczegółach z jej życia. Ooo, wyjechała nawet z mężem do USA. To może ten aktor z „Suits“ co się nazwywa Gabriel Macht, to jej syn? Bo też z niego artysta jednej miny. Nie wiem czy pani inżynier ze Szczecina życzy sobie, żebym zdradzał jej sekrety, ale muszę powiedzieć o jednym. Ok, to nie zdradzę. Zawoaluję osobę, o którą chodzi. Znam pewną osobę, paniom pewnom, która mieszka, dajmy na to w Łodzi. I ona się strasznie wkręciła, żeby nie powiedzieć zakochała, w tego aktora. Gabriel to, Gabriel tamto, Gabriel cmok, Gabriel mlask. I ona ogląda „Suits“ właśnie dla niego. Czyli jeśli pan aktor jest synem pani aktorki rzeczonej, to koleżanka, dajmy na to, z Łodzi jest … boję się kończyć. Izabela Trojanowska jest jej macochą, teściową lub też synową. A może ojcem?!?! Co za historia.
Wracają do lat 80. Parę dni temu zacząłem odświeżać pewną znajomość. W związku z tym do życia wskrzesiłem dialog zapoznawczy. Można by rzec o tej rozmowie, że to już klasyka gatunku:
– Dawid, привет, как тебя зовут?
– Dawid
No to my uże poznakomilis.
Wykupiłem kurs języka rosyjskiego przy konsulacie warszawskim! Szok.
Grupa wraz ze mną liczy 6 osób. Jak się okazało, jedna koleżanka spadła z grupy wyższej, bo tam była tylko konwersacja i lektorka nic po polsku nie chciała mówić. Jedna osoba w grupie mówi nawet z jakimś cieniem rosyjskiego akcentu, reszta duka i się jąka po polsku myśląc, że to rosyjski. Także nie wypadam blado i nie odstaję.
Kurs znalazłem w poniedziałek, więc szybko zadzwoniłem i dowiedziałem się co i jak. Poleciałem na egzamin i uzyskawszy 92% девушка przydzieliła mnie do grupy A2. Wystarczło tylko zapłacić i już. Nie chciałem tak od razu się określać, więc zapytałem, czy można pieniądze odzyskać, jeśli mi się to nie spodoba. Dziewczynka odrzekła, że po pierwszym miesiącu tak. I tu byłem w kropce, bo do końca miesiąca zostawały jedne zajęcia. Czyli musiałbym zapłacić, pójść na zajęcia i poprosić o zwrot, jeśli nie dałbym rady na kursie. Zapytałem się dziewczynki, czy mogę pójść za darmo na pierwsze zajęcia i zapłacić po nich, jeśli mi się spodoba. Pani spojrzała na, chyba, swego szefa, pana po 50, z pytającym wzrokiem. Pan coś odpowiedział po rosyjsku i nastała cisza. Pomyślałem sobie, że pewnie teraz moja kolej na respond ale, cholera, pan nie zakończył zdania pytaniem, więc nie wiem o co chodzi. Po kilku chwilach odezwałem się „to jak, mógłbym tak zrobić?“. Pan znowu przemówił i tym razem zrozumiałem. Faktycznie bardzo dobre te kursy językowe w tym konsulacie. Postęp widoczny w trymiga.
Na zajęcia poszedłem z zeszytem i długopisem. 5 minut przepisywałem datę! Maryjo, jak się pisze rosyjskie litery! Koszmar.
Jak się okazało data nie była aż tak trudna. Pani napisała wyraz ledwomieszczący się na tablicy. Nie dałem rady powtórzyć. Dochodziłem do trzeciej sylaby i koniec.
Podsumowując. Zajęcia fajne. Zapłaciłem. Będę uczęszczał.
Napisałem po „ypoky“ (lekcji) do największej ekspertki języka puszkinowego we wszechświecie, żeby podzielić się wrażeniami i żeby dowiedzieć się, czy moja pani expertka umie szybko powiedzieć ten długi wyraz. No i okazało się, że umiała! Szacun. Wyszło też, że to ulubiony wyraz jej Pana. Słowo to bowiem nie znaczy tylko „warte zobaczenia“ ale również „rzecz o dobrych cechach, przymiotach“ (primiet – cecha). Ciekawe czy małysz też umie to powiedzieć? Jeśli tak, to mój poziom znajomości rosyjskiego będzie niższy niż poziom czteroipółlatka! Może lepiej nie pytać.
Kupiłem wczoraj uczebnik, który użytkownicy instagrama widzieli zapewne. Także naukę ponownie czas zacząć.
Uwielbiam wolne piątki. Można na spokojnie wstać o 6.30 i normalnie na godzinę 8.00 pojechać do … Lidla. Kupiłem w końcu przepyszne marcepanowe ciasteczka (o tym też wiedzą użytkownicy instagrama), które zawsze wyżeram będąc u Słodkokwaśnej. Zjadłem pół pudełka, popiłem drugą kawą i jest mi … niedobrze.
O 9.30 przyjechał kolega od mebli z nowym mistrzem. Poprzednia złota rączka wymiękła. Okazało się, że ja za dużo wymyślałem(?!) whatta shocker! A tak chłopiec się chwalił, że on uwielbia wyzwania, i że mi zrobi tak, że będzie super. Hm, nie zrobił, nie dokończył i nie jest super. Zobaczymy co pan nowa-złota-rączka mi zaprezentuje. Jak to się mówi – pożyjemy, zobaczymy!.
Jutro święto zmarłych, zwane również świętem wszystkich śniętych. Czyli zakańczając równie pożyczam wszystkim świętym i śniętym wszystkiego najlepszego. Oby do taty nie zapomnieć jutro zadzwonić z życzeniami. Cała rodzina taka swięta – ja, siostra i mama rodzeni w niedziele, a tato 1 listopada! Rodzina święta jak żadna inna.