życie

co się odwlecze, to …

No właśnie. Jakieś sto lat temu, za górami, za lasami miałem ja ci okres odwiedzania miast na Be. Białystok, Budapeszt, Bukareszt, Berlin i ten niezapomniany projekt. Kiedyż to było? W 2019? Chyba. Miała też być Bruksela, ale kolega Rafał wziął się ożenił i na wesele zaprosił. A w tym czasie mogłem byłem pojechać do stolicy Unii Europejskiej. Żal taki wtedy był. Ale okazało się, że niepotrzebnie, bo wesele okazało się być pyszne, a weekend deszczowy w Brukseli był. Także uff.

Co do Białegostoku, to niedawno zobaczyłem artykuł o moim rodzinnym mieście. Książkę przy okazji reklamowali – Sekrety Białegostoku. Od razu link z artykułem do Uli z Nowego Dżerzeja podesłałem. A ta mi fotkę rzeczonej książki pokazuje. Że niby ma. To czemu ja tego nie widziałem u niej? Tyle razy byłem, ze 14 musi będzie. I parę ostatnich razy spałem w „bibliotece”. Może czas szperać ludziom po szafkach będąc w gościach? Książkę też sobie nabyłem i już leży na stole. Będzie czytane w ten independycyjny, niepodległy weekend.

Z ostatnich nowości, to Słodkokwaśna w końcu otworzył swój przybytek i można normalnie, jak człowiek zjeść kanapki Banh Mi i inne przysmaki. I jedna bardzo ważna uwaga! Jak mówię obsłudze, że ma być ostro, to w końcu jest ostro. A nie jakieś tam pfe pfe mi robią. Że ni to szczypie, ni to gryzie. Ostro, to ostro. Za pierwszym razem powiedziałem nawet, że „tak jak dla Łysego ostro”. Chłopiec się ucieszył i wyostrzył mi kanapeczkę tak, że oj. Teraz powiedziałem po prostu „bardzo ostro”.

A propos Wiednia, to zapomniałem wcześniej dodać jeszcze jedno spostrzeżenie – strasznie zarzygane miasto. Co prawda wymiotów nie było widać, ale plamy na chodniku co chwile trzeba było omijać.

A tak wspominając jeszcze stolicę Austrii muszę przyznać, że sznycelek za mną chodził. Postanowiłem w ostatni weekend go ugotować. Kiedyż to ja ostatnio jadłem takie pyszności? Ze 3 lata temu? Jak mi pan doktór przepisał dietę niskotłuszczową i kazał przez pół roku uważać na to co jem. Po 6 miesiącach postanowiłem zjeść schabowego. Jako nagroda, jeśli wyniki byłyby o niebo lepsze, albo tak normalnie, jeśli rygor żywieniowy nic by nie przyniósł. Wybrałem się do knajpki o nazwie Polski Stół, już na Wilanowie i … było ble. Także w ten weekend był schabowy grany. Powiem nieskromnie, że wyszedł bardzo dobry. A pichciło mi się pysznie, bo sobie co chwilę gardło płukać musiałem od tego na głos czytania przepisów kulinarnych (przymrużenie oczka).

Aha, dzięki Ula za fartucha!

Co do USA, to widzę, że w końcu się otworzyły. Hm, no cóż, chyba jeszcze moja noga tam nie powstanie. Nie chcę i nie będę testów robił. Zaczekam chwilkę, może coś poluzują. Zapytać się muszę Uli z jeszcze Texasu, jak ona te testy w Waw robiła. To znaczy, jak wynik miała napisany. Po naszemu, czy po ichniemu. Bo tak się zastanawiam, skąd ten oficjer na lotnisku będzie to rozumiał po polsku? Ale coś słyszałem w radio, że sprawdzania wszelkich wymogów spadły na linie lotnicze. Czyli to chyba stewardessa będzie musiała weryfikować. Ok. Pożyjemy, zobaczymy. W 2022 chyba jakąś małą wycieczkę do Miasta wypadałoby zorganizować? Ale Nowy Jork nie jest na Be. Boston w sumie też fajny.

Ostatnio, lecąc do Malmo mieliśmy akcję usuwania pasażera. Przyjechałem do samolotu pierwszym autobusem. Miałem rząd numer 1, więc słyszałem o czym mówią stewardessy z obsługą lotniska. Jakiś pan awanturował się w drugim busie. Nie chciał założyć maseczki. Na bramce awantura. W autobusie też kłótnia. Stewardessy na słuchawce z obsługą bramki słuchają relacji z zajścia. Dziewczyny postanowiły się nie ceregielić i wezwały straż graniczną. Do samolotu pan pasażer już nie wsiadł. Część ludzi podchodziła do obsługi samolotu i prosiła o zmianę decyzji, że niesprawiedliwe to było, że pasażer już się uspokoił i założył maseczkę. Inni z kolei mówili, że bardzo dobrze, bo zdjąłby maseczkę w samolocie i na pokładzie, w powietrzu byłaby burda. Jestem za interwencją. Wiemy, jak należy podróżować. Nie podoba się, to zapraszamy na prom do Ystad. Choć nie. W aucie siedzieć chyba nie można (tak przynajmniej było na trasie Mykonos – Santorini), więc na łódce też trzeba by zakrywać usta i nos. Konkluzja moja jest taka: nie przestrzegasz zasad, to wypad. Ale! Bo zawsze jest jakieś ale. Ten pan podróżował z 5-letnim dzieckiem, które oczywiście się wystraszyło całej sytuacji i płakało przerażone w autobusie. Brawo tata idiota! Szkoda dziecka.

Co do odwlekania. Jakiś czas temu Wielki Pe uprzejmie doniósł, że robota mu wraca powoli w Beneluksie. Już jakieś terminy palcem po wodzie miał podawane, ale coś tam nie wychodziło. Albo akurat ja nie mogłem, jak on tam był. No i teraz udało się zgrać wszystko. Wielki Pe do szanownej małżonki jedzie z okazji kolejnych jej urodzin, to się zabieram też. Na szczęście kolega ma osobną chatę gdzieś w Brukseli, więc nie będę wadził w rodzinnych świętowaniach. Belgia jaka jest każdy widzi – MAŁA. Zalatuję na Charleroi i co ja się dowiaduję!? Muszę wsiąść w jakiś PKS, metro i jakiś miejski autobus. Chyba ze dwie godziny będę się dostawał do miasta. Pytałem się nawet Wielkiego Pe, czy dziecię jego ma samochód i czy nie zechciałoby przyjechać po szanownego tatusia. Okazało się, że ma wehikuł, ale nie przyjedzie, bo … kolega zna swoją córkę. No co za niewychowana młoda dama. I jaka niewdzięczna.

Także to Szarlerła to chyba już musi we Francji! Bo przecie Belgia aż tak duża nie jest, żeby dwie godziny po niej jeździć? Pamiętam jak kiedyś z Panem od Państwa z Europy na K. pojechaliśmy na letni zarobek do Holandii. Wakacje 1996 roku, bo akurat Igrzyska Olimpijskie w Atlancie były. I pamiętam, że medal zdobyliśmy w pięcioboju i musiałem jakiemuś kierowcy z Irlandii, co nas na stopa zabrał tłumaczyć nas sukces. Tak ni z gruszki, ni z pietruszki powiedziałem, że „we won gold medal in … pentathlon?”. Nie miałem wtedy zielonego pojęcia czy pięciobój po angielsku, to pentatlon, ale brzmiało to wielce prawdopodobnie. Tak samo jak nie wiem, czy Królikarnia, to Rabbitarium (heheszek taki).

Pamiętam, że wysiedliśmy wtedy w Antwerpii, zrobiliśmy ze 2, góra 3 kroki i już byliśmy w Holandii. Taka mała ta Belgia (przymrużenie oczka).

Także do Brukseli jadę. Odwlekło się, ale nie uciekło.

Tak mnie teraz do głowy przychodzą myśli, że jednak te języki obce człowiek pamięta. Jak przez mgłę, ale pamięta. Aż sam się dziwię, że nie wywietrzało wszystko i jakieś dziwne wyrazy znam nadal.

Niemiecki szedł jak krew z nosa w liceum, a tu proszę! Po 26 latach od opuszczenia liceum, będąc w Austrii nadal szprecham jak Niemiec.

Wielki Pe mi podesłał jakieś bilety na autobus i rezerwację do restauracji i ja nadal kojarzę francuskie wyrazy! Gare! Przecie to dworzec!

Gare du Midi/Zuidstation – no przecie to Dworzec Południowy. A Süd po niemiecku to południe. Czyli kojarzę i francuski, i ten ichni – flamandzki/niderlandzki. Nie zginę znaczy.

Muszę tylko szybko postanowić co robić w stolicy Unii Europejskiej. Piwo, frytki, czekolada! Jako że nie jem frytek i staram się unikać słodyczy, to będzie piwo, piwo, piwo. Wiadomo, że nikt nie robi lepszego trunku z pianką jak Belgia.

No i spieszmy się kochać Unię Europejską, bo Kaczystan za chwilę albo z niej się wypisze, albo Unia nas wypier….li

***** ***

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.