podróże,  życie

belgie

kurczaczki, wszystko dobre, co się dobrze kończy.

Cóż mam rzec. To może od tyłu. Tyle, że chyba od początku mi wyjdzie.

Lądując w piątek na Charleroi zobaczyłem dziki tłum na terminalu do odlotów. Pomyślałem wtedy, że można się wcześniej pojawić w poniedziałek, co by się znowu nie stresować na lotnisku. Dziś czytam na stronie lotniska, że sugerują mi przybycie o 12:15 … trzy godziny przed odlotem. OK, pozbierałem zabawki i ruszyłem nogami na dworzec, robiąc przy okazji kroki. 4 km zleciało szast-prast.

Dojechałem na lotnisko o 12:20 i pędziłem szybkim, to znaczy moim normalnym krokiem, do odprawy. Przejście przez kontrolę graniczną zajęło mi … 3 minuty. Grrrrr. Zacząłem szukać jakiegoś lounge’u. Na internecie zobaczyłem, że wejście kosztuje 25 euro (online płatność), albo 28 (na miejscu płatność). Ale nie znalazłem saloniku i się szlajam po terminalu. Maleństwo to Charleroi. Na pięterku odkryłem food court. Zjadłem coś, co w menu nazywało się pizza. Smak daleki od włoskiego placka. Ale cóż, wyboru nie było. Zszedłem na dół na piwo, na zakupy. Siadam do stolika i widzę wiadomość od Wizzair – opóźniony lot. Oh mon dieu (chyba: o mój Boże).

W tv leci powtórka meczu mistrzostw tenisistów – HuHu (Hubert Hurkacz) vs Medviedev. Wynik znam, więc tylko zerkam na kluczowe momenty.

Tydzień mam napięty w Polsce. Jutro jakieś teamsy, w środę pożegnanie koleżanki w Gdyni, bo już czas na emeryturę jej nadszedł (jak ja jej zazdroszczę), a w czwartek konferencja i pogrzeb kolegi na Wólce. Nie wiem jak logistycznie to ogarnę.

Rozmawiałem wczoraj z Wielkim Pe, że może by przyjechać za robotą tu? Do struktur unijnych? Ponoć na dzień dobry jako A5 dostałbym 3500 euro. Podatków się nie płaci. Chata jest tanio do wynajęcia, bo Wielki Pe z mieszkania nie za bardzo korzysta. A czasem wpadają jacyś inni tłumacze na przenocowanie. Także parę euro-złociszy zostałoby na rozpustę i oszczędności.

Bo chyba nie powiedziałem, że apartament Wielkiego Pe mnie urzekł! W pierwszej minucie zakomunikowałem mu, że po powrocie gadam z moim panem z polskiej pracy i jadę do Brukseli pracować zdalnie! Mieszkanie jest przytulne, fajnie urządzone i w układzie amfilady (co bardzo lubię). Dzielnia Schaerbeek, zwana przez Polaków Skarbek.

Cóż mogę powiedzieć? Belgią oczarowanym jest. Podoba mi się ta dwu, a nawet trzyjęzyczność. Wczoraj wyskoczyliśmy do Brugii i spędziliśmy fantastycznie czas. No czułem się jak w średniowieczu albo na zamku u Gargamela. Przetestowaliśmy kilka piw belgijskich. Nawet wzięliśmy 12 piwek w ramach beer tasting. Wielki Pe wszedł do wyszynku, żeby się domówić z panią, a tam cała sala Niderlandczyków z Niderlandów się na nas gapi i sobie nas oczami wytyka. Jako, że ja, i podejrzewam, że mój serdeczny kolega też, ma to centralnie w dupię (tak z francuskiego to „w dupię” proszę czytać), beztrosko poprosiliśmy o deseczkę piw i kaas, czyli ser.

Siedliśmy na dworze, bo pogoda sprzyjała, bo nie chciało nam się na Holendrów patrzeć. Przechodnie tylko zerkali na nasz stolik. Nawet chciałem wystawić kartkę z informacją: tak, jesteśmy z Polski. Ale w sumie po co?

Beginarz w Brugii też interesujący. To miejsce, gdzie bogate wdowy, stare panny, panie, które nie chciały mieć rodzin (może i lesbijki) zamknęły się w takiej enklawie. Same sobie pobudowały domki, klasztorek i już. Żyły sobie. Nazywano je Beginkami, a to osiedle Beginarzem właśnie. Taka ciekawostka.

Browar lokalny też bardzo fajnie zorganizowany. Tak interaktywnie i pomysłowo. A nie jak 4 puste ściany w domu Mozarta i Freuda w Wiedniu.

Z piw to jeszcze Kwaka polecam. Fajna kolba do picia oraz stojaczek. Wielki Pe liczył na jakiś blamaż z mojej strony i się tylko uśmiechał, jak przechylałem szkło. Chodziło o to, że jak się ten kielich za szybko przechyli, to z tej kolby na dole piwo tryska na twarz. Nie doczekał się kolega, bo delikatnie przechylałem. Bardziej bałem się tego, że to szklane coś wypadnie z tego drewnianego.

Brugia przecudowna, polecam każdemu to miasto. Tylko 70-80 minut od stolicy Belgii. Na wielkim rynku Wielki Pe był wielce zadziwiony, czemu kelner mówi do wszystkich klientów po francusku. Przecie to już powinien być ten drugi język – twardy, holenderski. Ale dogadalim się. Ja siebie sam nie poznaję, bo gadam po francusku, jak ktoś zacznie w tym języku do mnie mówić. Normalnie jak jakiś żabojad gadam, to znaczy parle. Wielki Pe mnie nawet skarcił na początku wycieczki, żebym nie gadał, bo ja zacznę, a potem on musi kończyć. No bo prawda jest taka, że jak mi ktoś odpowie dłuższym zdaniem, to ja już nie za bardzo kumam. No ale jak pani powie, że zaprasza do baru z kartą na moją prośbę zapłacenia, to idę. W przypadku czegoś bardziej skomplikowanego, to tylko mhm, łi, oh mówię i przechodzę na angielski. Może się nauczyć jakiegoś jeszcze języka? Niderlandzki? Szwedzki? A może odświeżyć francuski albo germański?

Powrót do Brukseli troszkę męczący. O ile w drodze do Brugii pani czarnoskóra nam aż tak nie przeszkadzała swoimi modłami i śpiewami, to towarzystwo w drodze powrotnej było bardzo bezczelne. Już zauważyłem wcześniej, że latynoski/hiszpanki są bardzo głośne i mające w nosi innych dookoła. W naszym mini przedziale pani się tak rozochociła, że w końcu odpaliła FaceTime i zaczęła ze swoim starym z jakimś dzieckiem rozmawiać. Ryja darła bez pamięci. W końcu została skarcona. Nawet Wielki Pe się obruszył moją interwencją. No cóż, należało się. Do końca podróży było cicho.

Dziś w autobusie jakieś ruskopodobne o mało co a dostałyby też OPR. Ale to nie do końca był rosyjski, więc nie chciałem zaczynać. Po angielsku chyba nie zrozumieliby.

Konkluzja jest jedna, co do kurwy nędzy dzieje się z ludźmi? No bydło się robi. Pardon my french.

W sobotę Wielki Pe mnie zostawił i pojechał do szanownej małżonki na urodziny. Tak się zastanawiałem co robić, ale szybko Pan od Państwa z Europy na K. nadał mi namiar na naszego serdecznego kolegę z liceum, nazwijmy go … Pieta. I tak napisałem nieśmiało SMS z pytaniem, czy to on i jego żona, nazwijmy ją … Helena. Kliknąłem „wyślij” i nastała cisza. Po kilku godzinach taka, nieśmiała odpowiedź, w stylu „no może to i my, zależy, który Maciek pyta”.  No to od słowa do słowa się dogadaliśmy i się na sobotę umówiliśmy. Żona kolegi jest bardzo bezpośrednia, otwarta, gadatliwa, przesympatyczna, więc prawie cały czas gęby nam się nie zamykały. Helenę podziwiam między innymi też za to, że skubana ogarnęła mnóstwo języków – białoruski, rosyjski, polski, flamandzki na jakimś najwyższym poziomie, angielski i francuski też dosyć biegle.

Akurat w sobotę Pieta wybierał się z młodym na mecz Belgia vs Estonia i pożałowałem, że się wcześniej nie odezwałem, bo chętnie bym zobaczył też. Stadion, osławiony niechlubnie stadion, Heysel robi wrażenie. Obok stoi Atomium i pomyśleliśmy, że chłopaków odstawimy i ja z dziewczynami zobaczę ten (kiczowaty) atom żelaza. Ale niestety nie. Mecz, to mecz, drogi pozamykane.

W ciągu dnia po Brukseli połaziliśmy z Heleną i Pietą. Sikająca dziewczynka, sikający chłopiec. Ponoć też sikający pies jest. Takie atrakcje widziałem. Duże wrażenie, takie sentymentalne zrobił na mnie sklep Smerfów! Zdjęcie sikającej dziewczynki zrobiłem trochę w takim niesmaku. Ale sztuka jest sztuka. Zrobione i wrzucone foto na insta story. No i … Smerfy!

Helena poinformowała mnie, że mamy szczęście co do pogody, bo to tylko zachmurzenie i przejściowe mżawki. No cóż, jaki kraj, taka pogoda. Mimo opadów udało nam się sporo zobaczyć. Na koniec wycieczki zaproszono mnie do posiadłości. Także zobaczyłem, jak mieszkają i poznałem wszystkie dzieci. No bo najstarszą córkę, nazwijmy ja Zdzisia, ostatnio widziałem jak cycek chyba ssała. Drugiego dziecka, nazwijmy go Władek, nie widziałem wcześniej na oczy, a trzecie dziecię, nazwijmy ją Wiesia, widziałem, jak była jeszcze w brzuszku u mamusi.

Dzieciaki okazały się być przesympatyczne, radosne, rezolutne, miłe, serdeczne, przyjacielskie. Pewnie czegoś chcą – pomyślałem sobie.

A jaki był tatuś w liceum? – zadała pytanie najmłodsza Wiesia. Aha, to już wiem, czemu takie miłe te dzieciątka były. Chcą, żebym starego skompromitował. Już się nie nabiorę na takie tricki. Kiedyś moim siostrzeńcom nieopatrzenie chlapnąłem kilka faktów z życia ich mamusi i się siostra musiała wykręcać i tłumaczyć. No to mówię dzieciom zgodnie z prawdą:

Tatuś był bardzo fajny. Świetnie grał w kosza, 3 lata byliśmy mistrzami szkoły i bardzo interesował się historią Polski.

Pamiętna lekcja historii. Pani prof. Zakrzewska zawołała Pietę do odpowiedzi, czasy Władka i tych niedobrych Krzyżaków. Kolega podchodzi do katedry i przerywa pani nauczycielce tymi o to słowami: pozwoli pani, że zacytuję.

I tu Pieta zaczął Krzyżakami jechać. NA PAMIĘĆ! Opis bitwy. No to szacunek, c’nie? To się chłopak musi znać i lubić historię Polski, c’nie? Czyli nie skłamałem, że tatuś się bardzo interesował historią Polski, c’nie?

Przesympatycznie spędziłem czas. Domek ich trochę niewykończony, ale Helenka poinformowała, że ekipa remontowa wzięła ich na przeczekanie, a oni nie mieli nic naprzeciw i zrewanżowali się wzięciem na przeczekanie ekipy remontowej. Niby od maja taki impas. A w środku domu, to tylko balustrad brakuje, kominka i telewizora o 70 calach. A zewnątrz? A kto by tam patrzył na zewnątrz. Zima idzie, ciemno się szybko robi. Trzeba tylko uważać, żeby się w rusztowanie nie walnąć.

Także do Belgii wracam. Wycyganiam klucze od Wielkiego Pe i będę jeździł i się spotykał z Państwem W. I z rodziną, bo siostra cioteczna tam gdzieś też mieszka.

Tak teraz myślę. Ten Wiedeń to taki sztywny, niby ładny, ale kompletnie nierobiący na mnie wrażenia. A Bruksela? Brugia? Oj. Pomimo tego … syfu i gdzieniegdzie ciemności na ulicach w stolicy, podoba mi się. Wrócę!

Au revoir Belgique/vaarwel Belgie

reszta zdjęć: kliknij

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.