życie

zabójcze kalwiny klajny

jakoś nie mogę zabrać się za wspominki o eksploracji zach-pomu. Dziś na sam przód zabrałem się za wiosenne porządki.

Ale muszę wpierw podziękować panu od Państwa z Europy na K., który opiekował się moim zieleńcem. Cudowną ma pan rękę do szpinaku, powinien pan kosztować go często w swoich daniach.

Bazylia jakoś nie polubiła ani mnie, ani kolegi. Siedzi w ziemi.

 

Poranne, sobotnie porządki wzięły się stąd, że ja w sobotę zawszę się krzątam po domu. Dziś na szczęście nie muszę odkurzać, gdyż ssak podłogowy śmiga po mieszkaniu. Na zdrowie.

Dziś, na drugie na szczęście, nie muszę zupy nastawiać, bo się okazało, że ostatnio przezornie zamroziłem bulion. Na zdrowie.

 

Walizkę wczoraj rozpakowałem i postanowiłem spakować zimowe szaty. Wiosna niech i w szafie zawita mej.

 

Buciory prędko powędrowały do pawlacza. A ich miejsce zajęły lekkie botki.

 

Między innymi trzewiki od Calvina Kleina. I tu mnie wstrząsło! Pamiętam dokładnie tę parę i skąd się wzięła u mię.

 

Manhattan, sklep obuwniczy w Macy’s (coś koło 34th ulicy, Harald Sq?). Lubię ten sklep, bo ma fajne schody ruchome. Drewniane. I często jak kupuję buty, to ścichapęk pan sprzedawca dodaje mi rabat. Na metce -50%, a na kasie dodatkowe -20. Ameryka. W Polsce często spotykam się z odwrotną sytuacją. Zakupy robione były pod koniec wojażu – maj 2018 roku. Także botki nowiusieńkie przyleciały na Sadybę.

Prawda, że ładne.

Pamiętam ten dzień. Słoneczna sobota. Wchodzę do mieszkania, z lekka rozpakowuję walizkę. Zmęczenie jest spore, ale zasada jest prosta – nie śpimy. Za jedzeniem nie ma co się rozglądać, bo 6 tygodni mnie nie było. Oczywiście od razu zakupy spożywcze przyszły mi do głowy. Zaświtał mi też pomysł zadebiutowania w nowych butach. Zadać szyku na Sadybie i Stegnach chciałem. Ściągam skarpetki, wsuwam zmęczone stopy do botków i lecę do FRACa (delikatesy 1800 kroków ode mnie).

Wydaje mi się, że ból pojawił się po 100 metrach. Krew po 200, a łzy i przekleństwa po 250. No ale Maciuś jak do głowy wbił zakupy i zadanie szyku, to przecie nie będzie się wracał. Idę. Do sklepu jeszcze z 600 metrów. Na czworakach chyba doszedłem. Pięty obdarte do krwi. Kości widać! Oczy opuchnięte od łez. Ale szyk jest. Kelwin Klajn na nogach. Autobusem wracałem.

Ulga jaką poczułem zrzucając buty po osunięciu się na sofę w domu jest nie do opisania. Ulga!

Pięty goiły się ponad tydzień. Na sam widok botków bolało mnie całe ciało. Po 3 miesiącach stwierdziłem, że czas na ponowny szyk. Tym razem w centrum Warszawy. Niech w pracy patrzą na kelwiny klajny.

Podczas tej samej wycieczki po USA nabyłem sobie skarpetki-stopki. Sklep-outlet w New Jersey – Century 21. Ula z NJ doniosła mi, że się zwinęli podczas pandemii. Szkoda. Wszystkomający był.

Także do pracy szedłem uzbrojony w skarpetki. One specjalne są, bo na pięcie mają taki żel/silikon, żeby się nie ześlizgiwać z nogi. Na przystanku pod domem poczułem jak mi się skarpetki zrolowały pod stopą. Do biura wszedłem zły, wkurwiony, z otartymi do krwi piętami, ze łzami w oczach. Na szczęście w kiosku pod wejściem pani miała plastry na sztuki. Nabyłem dwa i zakleiłem pięty. Nie trafiłem w jedną! I plaster się już nie chciał na nowo kleić.

Do domu wróciłem wściekły. Buty odstawiłem na kolejne miesiące. Raz czy dwa jak chciałem założyć kalwiny klajny, to zakładałem długie skarpety. W nosie mam modę i savoir-vivre. Mam jedną zasadę – stanowcze nie dla białych skarpet. Chyba, że sportuję się. Ale to też nie, bo się później nie chcą doprać.

I dziś spojrzałem na moje śmiercionośnie i zabójcze kalwiny klajny i tak myślę – zadać szyku dziś, czy nie zadać? Ból już się zaprojektował.

Ale zakładam.

 

Auć! Cholera, kroku nie zrobiłem, a już czuję i ból, i jak leje się krew!

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.