życie

mączny na waszeci czar rzucam

Każdy kto mię zna, to wie, że ja taki mały kuchmistrz jestem. Lubię pichcić, lubię w garach zamieszać. Lubię też kuchnię … sprzątać.

Ale nigdy mi nie wychodziły mączne! Nie wiem czemu. Słyszałem mądrości ludowe, że to wymaga czasu, praktyki, że jak się nabędzie wprawy, to żadna to filozofia ciasto ugnieść.

Otóż nie! Uważałem nawet, że „aż ciasto będzie odchodzić od ręki” to jakaś ściema. Nie ma takiego stanu. Ale jak widziałem w telewizorze jak u pani Ewy, czy u pana Makłowicza odchodzi, to robiłem „grrr” i przecierałem oczy ze zdumienia. Imposybilność jak na mój gust to wielka. Ciasto po prostu od ręki nie odchodzi. Od mojej nie odchodzi.

A weź jeszcze dosyp mąkę, jak łap nie możesz odkleić!

Także w moim domu pizzy nigdy nie było. Rok temu pojawiła się jak kometa Halleya chałka (ze zmiennym szczęściem mi wychodziła. Na szczęście Słodkokwaśna dobre proporcje podał). A z ciast od wielkiego dzwonu piekę te, które nie wymagają mąki. Ale tu wyjątkiem był najpyszniejszy na świecie, według dwóch pań, sernik. Ale w tym ciastku to mąka akurat się łatwo ukręca.

Drzewiej piekłem nawet chleb na zakwasie. Ale to też żadne mecyje. Sypiesz, mieszasz, dolewasz i kładziesz w formę.

Także mąka u mnie tylko do panierki szła. Albo rzadko do zagęszczania sosów.

Będąc po raz pierwszy u Wielkiego Pe zobaczyłem, że ten makaron sam robi. Oh, od razu przypomniało mi się jak u babci Klary robiłem te kluchy. Nitki takie dłuuuuugie do rosołu z babcinej kury, co kilka godzin wcześniej bez głowy po podwórku biegała, bo dziadek jej łeb obciął. Pamiętam, że zabawa była przednia i ja chyba tylko kręciłem takim ręcznym mikserem i kroiłem na końcu makaron.

Oh, a pierogi!? Uwielbiałem wycinać kółeczka przykładając szklankę.

Pierogi zrobiłem w swoim życiu trzy razy – pierwszy, ostatni i o jeden raz za dużo. Ale wtedy nie było jeszcze dobrze rozbudowanego internetu i nie było tego beznadziejnego serwisu typu Ania gotuje (szczerze nie polecam). To były moje początki mieszkania w stolicy. Mieszkałem kątem grzecznościowo u Państwa z Europy na K. W podziękowaniu, i jako, że pierwszy z roboty wracałem, gotowałem obiady. I raz, latem, korzystając z wysypu jagód, zrobiłem przepyszne pierogi. Oczywiście moje były pierwsze, bo wjechały na stół jako pierwsze. Nie wiem co mnie podkusiło, ale zostawiłem pierogi w garnku z wodą. Nie chciałem, żeby się posklejały, jakbym wyjął i przełożył na talerz. Państwo wróciło do domu i na obiad mieli taką quasi zupę jagodową z kluchami. Po dwóch miesiącach dostałem wymówienie ze stancji.

No i u Wielkiego Pe mówię, że makaron chętnie zrobię. Że pierożki na kociołek też pomogę skleić. Hmmmm, chyba kolega nie był kontent. Coś się nie kleiło. Moja wina. No coś nie tak ze mną. Mączny czar rzucam, czy co?

Chleb też raz zaoferowałem się zrobić. Na drożdżach. Oj. Drożdże i mąka to już w ogóle czar nad czary. Ni chu chu mię to wychodzi. Wielki Pe łypał spode łba i chyba ciśnienie mu podnosiłem. Wszystko nie tak robiłem. Źle sypałem mąkę, źle mieszałem, woda też pewnie nie taka jak trzeba. I zapewne nie pod tym kaloryferem te drożdże rosły. Chleb nie wyszedł.

Taką traumę kolega ma teraz, że jak jestem z wizytą, to on się nie odważa sam niczego mącznego robić. Po moim wyjeździe miał jeszcze gości i mówił mi, że chleb nadal kupny ma. Teraz chyba sam jest i też mówi, że nie podjął wyzwania jeszcze. No szkoda.

Oj! Pamiętam jak rok temu piekliśmy ze Słodkokwaśną i jego panią bułki wietnamskie na banh mi. Czar musiałem rzucić, bo kolega klął jak szewc. Oj znowu. Przecie mniej więcej wtedy na działkę jechaliśmy i mieliśmy pałaszować hambuksy. Grill był, mięso było, garniry też. Bułki tylko trzeba było wypiec. No i Maciuś dostał zadanie. Wydaje mi się, że po dwóch dniach można było tymi bułkami gwoździe wbijać.

No nie umiem mącznych i czar rzucam!

Ostatnio pożyczyłem maszynkę do makaronu. Wyprasuje ciasto, potnie. Tylko gotować i jeść.

Stała się rzecz wielka! Ciasto zaczęło mi odchodzić od ręki! Od mojej ręki. Makaron na jajku, makaron bezjajeczny wychodzi mi jak ta lala. To znaczy ciasto wychodzi. To znaczy odchodzi od ręki. To chyba znaczy, że wychodzi mi, c’nie?

Problem mam tylko, że coś się nie chce kroić. Wszystko się później lepi, skleja, ciągnie.

Do dupy jestem z tą mąką. Ale nie tak do końca, bo finalnie coś tam mi zawsze wychodzi. Byle jak, ale wychodzi. I jestem z siebie dumny. Dziś nawet zrobiłem na zaś.

Czaru jedynie nie rzucam w restauracji Segment. Tam o dziwo zawsze pyszna picka!

Już się umówiłem z właścicielem na sobotę. Odmrażają ogródki knajpowe.

 

Dziś poczytałem, że w Białymstoku spada liczba zainteresowanych szczepieniem. Coś w tym jest. Od kilku dni dzwonię do Białego próbując przyśpieszyć zaaplikowanie drugiej dawki. I za każdym razem fiasko, zero, czyli nic. Słyszę tylko – nie mam wolnych terminów na druga dawkę.

I dziś o dziwo sukces. Na 18 maja na godzinę 14.00 udało mi się przełożyć wizytę. Czyli coś jest na rzeczy z tym malejącym zainteresowaniem. Trochę się boję, bo wszyscy mnie straszą tym drugim zastrzykiem. Ula z Teksasu to prawie na tamten świat już się wybrała. Brrr.

Ale za to jaka odporność będzie!

Lektor rosyjskiego nie widzi maili z powiadomieniem o wpisach na moim blogu. Hehehehehehe. To znaczy xe-xe-xe-xe-xe-xe.

Teraz mnie naszło! Bo ja syn młynarza jestem! Nie opalam się! To może temu taki sztukmistrz jestem i czar mączny rzucam?

 

Upały nadeszły. Zdycham już powoli.

 

3 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.