Tag: Friends (Page 1 of 3)

tak, jednak jestem …

panienka z okienka.

Dałem wczoraj ciała. Okazało się, że Polska dziś gra, ale nie z Huraganem i kamandą z UK, tylko z bratankami do szklanki, czyli Madziarami.

Dziwne. Byłem szczerze pewien, że larum było ogromne, że my z Wyspiarzami będziemy grać teraz i Matołusz ponoć wybłagał na prywatnej audiencji u Kanclerz Merkel zwolnienie Roberta Lewandowskiego z kwarantanny po powrocie RL9 z zawodów do pracy do Germanii. Hm, no cóż. Jestem też pewien, że w poprzednim wpisie na blogu napisałem, i tu cytuję – Jest mi to wielce obojętne.

A może gramy z tą Anglią towarzysko, tylko nie teraz?

 

W radio donoszą, że w niedzielę nowy sezon Formuły 1 rusza. Jak byłem malutki, to lubiłem patrzeć na te ściganie. Sięgam pamięcią do czasów rywalizacji Prost – Senna.

Ten sezon ma być wyjątkowy – baaaaardzo dużo wyścigów ma się odbyć – 23. Nawet do Holandii wraca jazda. A ostatnim razem, jak w Niderlandach odbyły się zawody w ramach Grand Prix Formuły 1, to laureatem był … Niki Lauda (1949-2019), czyli hen hen hen dawno temu.

„Austin” Martin wraca do gry. A fajny mają samochodzik! Zielony.

Oczywiście Aston, ale ten Austin to taki ukłon w stronę Uli z Teksasu, która zna się na autach nie gorzej niż Marisa Tomei w filmie „Mój Kuzyn Vinnie”.

W którymś mieście arabskim ma odbyć się wyścig uliczny. Pętelka taka w sam raz, coś lekko ponad 6 km. Ale! Bo zawsze jest jakieś ale, średnia prędkość, powtarzam średnia prędkość bolidów podczas tych wyścigów, to … 250 km/h. O kurczaczki! Ciekawe, czy jak będę w czasie trwania zawodów chciał przejść przez ulicę, oczywiście na zebrze, to czy zauważę w ogóle nadciągającą śmierć? Jest wtedy sens patrzeć się w lewo, prawo i znowu w lewo?

Co do okienka na ścianie. Dziś zostałem z rana zaalarmowany. Kolega pan G. napisał mi w AjMasażu, że okno krzywo wisi. Ale ja jak zwykle autocytuję w takich sytuacjach – Jest mi to wielce obojętne. Także odpisałem zgrabnie, że to nie okno, tylko ja jakoś nierówne fotki robię. I Piotruś taki pomocny się okazał, bo zaproponował mi wiertarkę o takiej mocy, sile i potędze, że sitko w ścianie mogę zrobić. Panie G.! Ciut za późno piszesz Pan do mnie. Jesteś Pan mądry, ale po szkodzie. Szkoda.

Ktoś też się zadziwił wielce, że na moim blogu użyłem określenia bezosobowego “ktoś”. Przecież to byłem ja – napisał mi ten ktoś. Wyjaśniłem, że nie za bardzo używam prawdziwych imion na moim blogu. Niektórzy się nawet zaskakują, jak się okazuje, że Słodkokwaśna to chłopiec. Tak! Potwierdzam, to chłopiec. Pierwszego dnia nauki w Pierwszym Liceum Ogólnokształcącym (będącym pierwszym w rankingu szkół średnich w moim rodzinnym mieście wtedy) w Białym usiedliśmy w jednej ławce na samym końcu, co by pani profesor wzrok do nas nie sięgał.

No i ten “ktoś” chyżo przytaknął na moją koncepcję nieużywania imion prawdziwych na mym blogu. Ale czy są wyjątki? Czy Ula ma naprawdę tak na imię? Hmmm, tego nie mogę zdradzić. Ale która Ula? Ta z Nowego Dżerzeju? Czy ta z Teksasu? A znam jeszcze 15 innych Ul. Jedno mogę powiedzieć, że Słodkokwaśna ma na imię Słodkokwaśna. Bo FejsBuka ma takiego, a tam jak wiemy, konta są prawdziwe i zweryfikowane.

Także dziś ten nowy bohater moich wpisów, ten tajemniczy “ktoś” ochrzczony zostaje imieniem – Kolega Wielkie Pe. Dla znajomych Wielki P. Dla przyjaciół Lulumpuś. A nazwa ta ostatnia wzięła się stąd, że Wielki P. jechał do swojego przybranego syna do Łodzi. Okazało się, że dziecko mieszka na/przy ulicy … Lulumby (pierwszy premier Demokratycznej Republiki Konga). Ale oczywiście moja ignorancja, stępiony słuch i problemy z pamięcią spowodowały, że przekręciłem tę nazwę na Lulumpuś. I tak zostało. Tylko pani prof. ze Szczecina nie miała problemu z poprawnością nazwy i wie co to, i gdzie to, i co tam się mieści. Ale ona to profesor, więc mądra i się zna. A ja to tylko licencjat i magister.

Pisałem też wcześniej o moim ogródku domowym. Dziś zauważyłem, jak szpinak wypuścił pędziki z 3 ziarenek! No tylko patrzeć jak stół na Wielkanoc szpinakiem będzie stał.

Zielono mi!

 

jak Ania Starmach powie, że ma być …

sok z cytryny, to ma być i już!

Czy jak się ta pani z Big Chefa nazywa?

Kompot gotuję. Po raz pierwszy w życiu. Oczywiście w przygotowaniu tegoż pysznego napitku nie ma nic trudnego i skomplikowanego. Ale jak już miałem robić to po raz pierwszy, to postanowiłem zasięgnąć języka.

Jakiś pan jest ulubieńcem internautów.

… do 4-litrowego garnka wsyp jabłka do połowy i zalej wodą…

Pan faktycznie wykłada te sekrety gotowania jak krowie na miedzy. Ergo jest bardzo prosto.

Ktoś się pyta w tych komentarzach pyta – to ile ma być tych jabłek i ile wody!?

 

I trafiłem też na wybitność kulinarni polskiej. Pani Ania, pani z okienka, tak jak w sumie większość, dosypuje cynamon (szczyptę). Ale oprócz tego podpowiada, żeby łyżkę z soku z cytryny dać. No jak pani Ania mówi, to ja dodaję.

Z przepisu celebrytki wziąłem ten sok z cytryny, ale zabrałem trochę cukru. Nie przepadam. Dosłodzę później miodem.

Jutro ciasto będzie. Takie bez mąki, z serkiem ricotta. Zobaczymy co z tego wyjdzie.

Bo jabłek dostałem od Słodkokwaśnej i jego pani. W sumie to sami sobie nazbieraliśmy. Ale ja zbierałem im i nie wiedziałem, że mi odpalą działkę.

Na wycieczce byliśmy. Krajoznawczej. Korycin, Sokółka, Bohoniki (meczet), Silvarium, Zajazd Sokołda.

I jeszcze strony młodości Słodkokwaśnej odwiedziliśmy, czyli domek jego babci. A podobnie jak u mojej. Tylko, że moi dziadkowie to mieli z ho ho ho tej działki. Las, łąka, domek, podwórko, stodoła, ogród, sad. My też jak jeździliśmy do babci to gruszki, jabłka, agrest, maliny, śliwki zbieraliśmy. U Słodkowkwaśnej na wsi akurat jabłoń i grusza posypały owocami. To co się miało zmarnować? Pozbieraliśmy i do miasta zawieźliśmy. Także dziś ten kompot, a jutro zaryzykuję ciasto. Pani Słodkokwaśnej mówi, że te jabłka nie nadają się na wypieki. Jutro zobaczymy. Najwyżej przeczyści.

W Sokółce koleżeństwo zaproponowało cukiernię z pysznymi lodami. Stanęło na własnej produkcji jogurcie (na wynos słoik), pysznych ciastach i tortach i kawie. Porozmawialiśmy jeszcze z właścicielem i ruszyliśmy do kościoła obok. Pani Słodkokwaśnej zadziwiona, że jej stary tak ludzi zagaduję. Ale ja też czasem zagaduję i fajnie jest poznawać ludzi.

W kościele leży eucharystia, która się sama wyhodowała. Ponoć kapłan hostię upadniętą na ziemię włożył do vasculum (małe naczynie z wodą stojące przy tabernakulum służące księdzy do oczyszczenia palców po udzieleniu komunii). Mszę przerwał, jak zobaczył tę hostię na ziemi, żeby ją włożyć tam, gdzie włożył.

Po kilku tygodniach siostra Julia sprawdziła stan naczynia i zobaczyła czerwoną plamkę na hostii. Wypukłą plamkę o wyglądzie skrzepu krwi lub kawałeczka ciała. Po dłuższym czasie dwóch niezależnych uczonych sprawdziło skład tego co się wyhodowało. Stwierdzili, że materiał badany przyjął postać tkanki serca mięśniowego człowieka w stanie agonii. To wydarzyło się pod koniec 2008 roku. Czym prędzej zadzwoniłem do mojego serdecznego przyjaciela, księcia proboszcza (awansował niedawno) i pytam, czy to cud, czy co? Kolega odpowiedział spokojnie, że to eucharystia. Ale czy to cud!? – dopytuję. No ponoć kościół się jeszcze temu przygląda, ale nadał temu czemuś status niższy niż cud.

Nie ukrywam, że ciarki mnie przeszły. Żeby jakoś odreagować, to pojechaliśmy do wyznawców islamu do Bohonik. Bardzo sympatyczna starsza pani po krótce nam przedstawiła losy religii. Bardzo po krótce. Księżyc był niemym świadkiem przekazania przez Archanioła Gabriela Mahometowi mądrości. Dlatego też mają księżyc w symbolach swoich. I te mądrości objawiały się na liściach, na innych roślinach, na czym tam tylko światło padało. Dlatego też sztuka religijna nie pokazuje ludzi i zwierząt, tylko była właśnie ozdabiana ornamentami roślinnymi i kaligraficznymi.

Dowiedzieliśmy się, że te ich dywaniki do modłów mają kompas, żeby zawsze wiedzieć, gdzie Rzym, gdzie Krym, a gdzie Mekka. W Bohonikach mieszka jeszcze 6 rodzin. Fajnie, że kultywują tę religię.

Hmm, teraz czytam, że właściwym symbolem islamu jest szahada (wyznanie wiary). Znacznie częściej jednak za symbol uznaje się półksiężyc. Zasadniczo, z historycznego punktu widzenia, jest to niewłaściwe, bo półsatelita był nie symbolem religii, a jedynie kalifatu. Ok, zostawmy to. Wycieczka po meczecie była krótka, ale bardzo ciekawa. I tylko 5 zł. Jadąc na wschód wstąpiliśmy do synagogi w Tykocinie. 20 złociszy sobie zawinszowali. Eh, co religia, to religia.

Zostawiłem koleżeństwo u Słodkowkaśnej na włościach i pojechałem na swoje. Biały jak Biały, jest ok. Zawsze jakieś zdjęcie pstryknę, miło się przejdę po mieście. W niedzielę oglądałem ze szwagrem Obiektyw w TV Jard, czy TVP Białystok. Przez 15 minut njusy miały charakter kościelny. A w kościele to, a w chrześcijaństwie dziś tamto. Eh ten Białystok. Tylko by się modlili albo jakieś anatemy na LGBT+ nakładali.

Korzystając z okazji, że miałem auto, zabrałem się z rodzicami w nekropodróż. Cmetarz w Złotorii, Dobrzyniewie Kościelnym i Choroszczy. Dowiedziałem się, że mój pradziadek Wincenty D. zmarł w 1935, prababcia Salomea D. w 1958. Kosmiczne daty. 41 lat po odejściu Wincentego na świat przyszedł …

Pradziadkowie po stronie mojej mamy odeszli, gdy miałem minus dwa (prababcia) i trzy lata (pradziadek). Także jednego nie mogłem pamiętać, a drugiego jakoś nie pamiętam.

Weekend minął jak z bicza strzelił.

W poniedziałek jadąc po Słodkokwaśnych do Korycina sprawdziłem atrakcje Podlasia. Pojawiła się tajemnicza nazwa Silvarium w Poczopku. Taki las z pomnikami, atrakcjami leśnymi, barcią, kamieniami i czym tam tylko sobie ludzie chcą. Bardzo fajne miejsce. Spodobało nam się od razu. Sama nazwa Poczopek jest urocza, nieprawdaż?

Interesujący był zegar słoneczny o nazwie (o ile mnie pamięć nie zawodzi) dendrologiczny. Moim zdaniem chodzi lepiej niż klasyczny zegar słoneczny.

Park megalitów, czyli wędrujące skały, to takie kamyki rozrzucone. Kamienny krąg. Można było się doładować i po medytować.

Największym hitem jak dla mnie był Strigiforium (dom sów). Przeróżne ptaszki tam siedziały. Ale jakieś … ospałe były. Puchacz (łac. Bubu bubu) majestatyczny i posępny. Jedna sówka właśnie jadła obiad. Obok jakiś sokolik też. Niestety pałaszowali takie małe, żółte, martwe, kurczaczki. O kurczaczki!

Pomnik żaby słodki. Na sam przód myśleliśmy, że te Suvlaki (nie mogę zapamiętać nazwy tego parku), to taka naciągana atrakcja dla turystów z Warszawy. Ale spędziliśmy tam bardzo miło czas. Polecamy serdecznie.

W tej cukiernio-lodziarni właściciel nam polecił Zajazd Sokołda. Dobry wybór. Lokalne dania, jak i klasyczna polska kuchnia znajdują się w menu. Dziwi mnie tylko brak odgłosu tłuczenia mojego schabowego z kością. Ale pyszotek był. Zupa grzybowa na solidną 4 zasługuje. Oczywiście zawartość grzybów nie może równać się z liczbą owoców leśnych w zupach grzybowych mojego autorstwa. U mnie to często zupy nie widać (tej części płynnej znaczy).

Jadąc w piątek na weekend na wschód postanowiliśmy zjeść w karczmie żydowskiej Tejsza. No cóż, zgodnie stwierdziliśmy, że ok, ale niczego nie urywa.

No może niektóremu urwało. Bo z panią Słodkokwaśnej kawą się jeszcze delektowaliśmy, podczas gdy niektóry … się z nami nie delektował. Tykocin ogólnie zrobił na mnie pozytywne wrażenie. Bardzo się rozwinął pod kątem turystyki. I sporo ludzi było. Niby piątek, ale w sumie koniec września. Ciekawe czy w lipcu i sierpniu Tykocin jest bardzo mocno oblegany.

W Korycinie zrobiłem sobie zdjęcie z truskawką korycińską, bo mnie urzekł ten pomnik.

Polecam Podlasie, polecam Wschód Polski. Pamiętam z czasów studiów eksplorację Suwalszczyzny (mieliśmy koleżanki z Suwałk). Eh, jakież to były fajne wakacje. Tereny przecudne. Eh, a mnie jest szkoda lata …

job twoju mać

Czyli zaczynam się bać na serio. Już mi donoszą, że sondaże najnowsze na korzyść Du*y mówią. Że KO daje dupy, jak PO wcześniej. Że nie potrafią wygrać wyborów.

Wczoraj spotkałem się na takim spotkaniu ni to służbowym, ni to biznesowym.

Zeszło na politykę w końcu. No bo przecież, my Polacy się znamy.

I tu mię uderzyło.

Andrzej jest najlepszy. Tylko Duda

Pytam się grzecznie

– panowie, serio?

– tak. Andrzej jest super

– a PiS i ten koleś z Żoliborza?

– Jarosław jest super

 

Skończyłem dyskusję z kolegami. 2 litry wódki na 3 robi swoje. Ale dziś, tak na trzeźwo pomyślałem, że takich kolegów jest więcej i cholera go wie, może ten Andrju wygra?

Cały czas myślę o tym WyPADzie – niech spada.

Grrr

pan fasola

Nigdy nie byłem fanem tegoż komedianta. Na nerwy mi działał. Ale mam jego obrazek w głowie.

Zawsze chciałem mieć dywan na klacie. Niestety, jedyny dywan, to pod łóżkiem. Kawior taki (po rosyjsku ковёр – dywan. Диван – łóżko, sofa. Zdałbym chyba ten rosyjski na maturze jednak). Także dziś zrobiłem sobie dywan na klacie. Sam się ostrzygłem, ogoliłem i … niechcący zrobiłem na pana Fasolę.

 

Dziś już wiem, że dywanu na klacie bardzo nie chciałbym mieć. Kiedyś na studiach mieliśmy kumpla. Bardzo owłosiony i grubawy. Grając w kosza jedna drużyna była bez koszulek (żeby się jakoś rozeznać kto jest kto, z której drużyny). I raz przypadło mi w udziale krycie kolegi. Akurat to ja byłem w koszulce. Kolega dostał ksywę Oślizgły. Fuj, co za, kurczaczki, nieprzyjemność przy starciu w zbiórce piłki. Oślizgłość!

Wczoraj po kometce zaszedłem jeszcze do kumpla do knajpy włoskiej. Nieopodal przemknął nasz Albercik – turecki Barber. I się nauczyłem, że niestety nasz przyjaciel nie ma ruchu za bardzo. Ludzie się nie chcą ciąć i golić. Ale ja się nie dziwię. Mam opory przed usługami tego typu. Robert i jego pizzer też sami się od marca strzygą. I ja zacząłem. 130 zł zaoszczędzone. I nawet ten drugi raz poszedł mi o niebo lepiej niż pierwszy. Radość!

 

Dziś się napedałowałem ze Słodkokwaśnymi. 42 kilometrów w sumie. Ból niestety dupy. Nieradość. Zajechaliśmy na pizzę z Radości. Arturka nie było niestety. Zamówiliśmy prawie wszystko, zjedliśmy, przepłukaliśmy gardło. Pizza dobra, nietypowa taka.

Ja wziąłem tasmańską i ojca chrzestnego. Słodkokwaśna – zimowa i rosyjska, a jego pani – słoneczna i caprese.

 

 

Zimowa na propsach! Na deser poszedł … murzynek, to znaczy ciasteczko o kolorze niebiałym, ciemne takie (ponoć nie można murzyn mówić) oraz tarta z czekoladom. Ja uważam, że brownie Słodkokwaśnej lepsze niż moja tarta, a pani Słodkowaśnej, że tarta lepsza. Słodkokwaśna nie powiedział nic, tylko kamerował nas cały czas. Także film będzie. Pizzę z Radości polecam. Właściciel Arturek mega zakręcony i pozytywny człowiek. No szkoda, że nie było okazji się pośmiać razem.

 

Przed strawą przejechaliśmy się po Szynce Grochowskiej. Ktoś „OL” wydrapał z przodu. Na Dudziarską zajechaliśmy. Mam nadzieję, że Duda tam zamieszka po wyborach. Żarcik. Nie życzę nikomu tego adresu. To jest miejsce, do którego miasto zsyłało wszystkich niespłacających kredytów, czynszów. Wyeksmitowani tacy. Zgodnie we trójkę stwierdziliśmy, że jak jakiś Czarnobyl to wygląda. Ponoć ich już stamtąd przenieśli, to temu tak to wygląda jeszcze straszniej. Jakby ktoś był zainteresowany, to polecam to miejsce. 225 tam staje. Kawęczyn-Wygoda, o ile dobrzem zapamiętał. Koszmar!

 

Aha, skoro żyję, to piszę lub skoro piszę, to żyję. Rzodkiewki małosolnej popróbowałem. Otworzyłem ja ci słoiczek i bach jak gazy poszły! Biało-czerwona kuleczka bardzosolna. Wniosek – mniej soli do wody niźli do ogórków. Ale pomysł z tym warzywkiem dobry. Będzie kontynuacja.

 

Przed zajechaniem do domu, na 42-im kilometrze zajechałem na bronksa do baru osiedlowego! Och co za ulga te leżaczki. Istny ass rest!

 

to jest mój sen

Ale ten sen ani nie zawstydza, ani nie przeraża mnie … często. 

Edyta Bartosiewicz ścichapęk wydała płytę. Kiedyś lubiłem. Szalałem. Kolekcjonowałem płyty. Chodziłem na koncerty. Raz nawet byłem na jednym występie z Monią.  

Pani artystka zamilkła na przełomie wieków. Co tam wieków!? To brzmi małomiasteczkowo. Artystka zamilkła na przełomie MILENIUM. Brzmi czarodziejsko, złowrogo. Ostatni regularny album w 1998. Później jakieś “The best of”. I jak makiem zasiał cisza. Cichosza! 

Kiedyś w pracy miałem lektoraty – biznes angielski/Businness English. I był tam taki koleś z USA, który miał coś wspólnego z muzyką. Chyba teksty pisał. Nie pamiętam już. Pamiętam jednak, jak opowiadał o kolacji w domu Edyty Bartosiewicz. Powiedział, że pani miała poważne problemy z głową. Jak się okazało po latach, miała. I sama się do tego przyznawała. 

Na szczęście artystka wróciła jakiś czas temu. Nie wiem. Czy ja się rozwinąłem. Zacząłem sie znać na dobrej muzyce? Czy po prostu Edyta nie nagrała swoich piosenek dla mnie. Strasznie beczała. Okazało się, że to były jakieś stare nagrania. Już miała wydać płytę na początku wieku, ale zmarł jej przyjaciel. I bęc! Znowu cisza na lata. I ten jej powrotny album z 2013 “Renovatio” odrzucił mnie na tyle, że już nawet nie mogę słuchać starszych płyt. Oczywiście między 1998 a 2013 były fajne utwory. Ale to pojedyncze i sporadyczne przypadki. No cóż. Wszystko ma swój czas. Zapomniałem o tej pani, aż do 2018 roku. Październik. Lovesong super! Ni to The Cure, ni to Depeche Mode (tak część ludzi to słyszała). Ja już wcześniej “dosłyszywałem” się (dosłuchiwałem się? Jak to się po polsku pisze?) The Cure’ów w jej melodiach. Minęło półtorej roku i jest nowe dzieło. Kompletnie z partyzanta wydane. 2 czy 3 dni temu ktoś w radiu przebąknął, że już za chwilę nowa płyta Edyty. Patrzę na iMusic i faktycznie! Jest! To znaczy będzie. To znaczy dziś już jest. Posłuchałem parę razy i stwierdzam, że nie taka ostatnia ta jej płyta. Fajnie, że wróciła, że jest i że, miejmyż nadzieję, wszystko OK pod kopułą. 

Sen – to była moja ulubiona płyta i utwór. Ale później wydała “Dziecko”. 

“(…) jak się odkaszłuje” 

Byłem dziś na straganie za starymi gazetami. Szukałem moich logicznych obrazków, bo pan miewa za pół ceny. I taki “razgawor” z serii “Dwóch panów i jedna pani pod namiotem”: 

te maseczki to samo zło. Bakterie się zbierają w płucach

Pan zaczął opowiadać, że słyszał jak mówili, że za chwile czeka nas epidemia chorób płuc. I wszystko to przez ten idiotyczny nakaz noszenia maseczek.   

Pani z drugiego końca przytaknęła klasycznym „tak, tak”.

Bo jak człowiek odka… odka… odkaszłuje, to się to wszystko zbiera w płucach

Dobrze pan gada, dać mu wódki. Moich rozrywek nie było, więc se … „poszłem”.

Ad rem. Co mi się śni ostatnio? To jest mój sen.

Sen numer 1 – z wtorku na środę

Takie strzępy snów pamiętam. Także pardon za takie opisy bez kontekstu i … sensu.

Witam się z Ulą z Nowego Dżersej w USA. Chciałem dać buziaka, jak to normalnie daję. Ula robi dziubek, ja też się już nachylam składając usta me (hmm, czyli Ula musiała siedzieć, a ja stać. Ooo, nowe fakty mi się przypominają ze snu). W pewnym momencie zabieram głowę zostawiając Ulę skonsternowaną. 

Zaraza! Nie możemy się już tak witać! – szybko wytłumaczyłem.

Ale po szybkiej chwili. Po tak zwanym „okamgnieniu”, po niemej, bezsłownej akceptacji postanowiliśmy mieć w nosie zakazy, zarazy i inne przeciwności losu. I tak jakoś niezgrabnie się nachyliłem, że cmoknąłem Ulę w czubek nosa. A na dodatek mój nos dziabnął Ulę w oko. Czyli kruk krukowi oka nie wykole. Ale człowiek człowiekowi już tak! Ależ mam edukacyjne sny! Nie, przepraszam – ależ mam parenetyczne sny.

Sen numer 2 – z dziś

Wczoraj naoglądałem się serialu o Michaelu Jordanie. Tam był fragment o współpracy z Nike i o Igrzyskach Olimpijskich w Barcelonie. 

Aha, wstawka i gorąca prośba – Olimpiada to okres 4 lat pomiędzy Igrzyskami. Także nie mówmy „Olimpiada w Barcelonie”, tylko „Igrzyska Olimpijskie w Barcelonie”. Mieliśmy kiedyś na spotkaniu olimpijczyka z … Barcelony i on to podkreślał na każdym kroku. Zapamiętałem.

W ostatnim zwycięskim sezonie Jordan grał w Masdison Square Garden przeciwko New York Knicks w swoich air’ach z 1984 roku. Jego pierwsze buty. 

Podczas dekoracji w Barcelonie mieli takie białe stroje. Na kurtce było logo Reeboka. Michael, żeby zakryć niewłaściwy znak, opatulił się flagą amerykańską. Stroje mieli takie WOW, Ameryka. Szyku zadali. Takie szerokie kurtki/bluzy. No widać, że z bogatego kraju przyjechali, i że są najlepsi we wszechświecie w kosza. Rozklepali wszystkich na tych zawodach równo. Najmniejszą przewagę mieli z Chorwacją – 33 punkty w meczu grupowym i 32 punkty w meczu o złoty medal. A tak, to klepali równo. Różnica punktów w meczu z Angolą +68, z Litwą +51, i tak dalej. No najlepsi we wszechświecie. Nad czym tu się rozwodzić.

I sen mam taki. Idę sobie po Białymstoku. Róg Sienkiewicza i Jurowieckiej. Szarość dookoła. I patrzę! A tam stoi moja serdeczna koleżanka z liceum Monika. Ale ale. To, że stała, to nic jeszcze strasznego. Monika była ubrana w buty Air Jordan z 1984 roku. Miała białe spodnie i białą kurtkę, taką co miał Dream Team i cała ekipa Stanów podczas IO w Barcelonie! Ale to to jeszcze nic. Włosy miała też Monia zrobione nieziemsko. Cięcie i długość jak u tej pani w piosence “Take my Breath Away” z zespołu Berlin. Z filmu “Top Gun”. Hmm, czy to znaczy, że mam nie iść na remake “topagana”?

Koleżanka miała takie pasemka – czerwone, nie czarne. Raz były wzdłuż, raz w poprzek. Zależało jak się patrzyło. Taka sama czerwień jak na fladze USA. Koleżanka wyglądała jak nie z tej ziemi. Teraz można by powiedzieć, że (straszny) kicz i tandeta. Kto tak się nosi w 2020!? Ale w moim śnie Monika wyglądała jak milion dolarów! Jak człowiek z przyszłości.

Monika przyznaj się. Jak byłaś młoda, to byłaś Jordanem? 

To jest moj sen. Ten sen … zawstydza mnie 

ja chcę do ludzi!

izolacja jakoś idzie, ale najbardziej brakuje mi kontaktów międzyludzkich i spotkań. Wczoraj miałem kilka „widzeń”.

Najpierw zawiozłem Słodkokwaśnej torbę z rzeczami. Oczywiście nie było mowy o wchodzeniu do domu. Przez bramkę się widzieliśmy. Nawet pani Słodkokwaśnej wyszła na mnie popatrzeć. Nie widziałem się z koleżeństwem już z 10 lat chyba. Pamiętam, że 13 marca byłem u nich – pojedliśmy i pooglądaliśmy (tzw. Walenie Konia było, czyli oglądanie ciągiem serialu o koniu zwanym BoJack). Muszelki wtedy jedliśmy? Czy to nie wtedy? Napożyczyłem wtedy od pani Słodkowaśnej książek o losach (nad)komisarza Adama Nowaka autorstwa Tomasza Konatkowskiego. Bo jeszcze wcześniej, przypadkiem dostałem jedną książkę tego pana. Wziąłem sobie Olgę noblistkę Tokarczuk i właśnie tego pana. Nie, zdecydowanie nie da się czytać pani Olgi. Męczarnia! I już w ogóle zauważyłem, że w ostatnim czasie (długim), czytałem kilka pań noblistek i niestety efekt ten sam – Matko bosko! Co to?! Także już postanawiam stanowczo – nigdy więcej pań noblistek.

I ten Tomasz Konatkowski mnie wciągnął. Pierwsza część – Przystanek Śmierć (zabijcie ale nie mam głowy do tytułów) urzekła mnie. Wciągnęła. Nie pamiętam kiedy ostatnio nie mogłem się oderwać od książki. Świetenie autor pokazuje Warszawę. Druga część – Wilcza Wyspa troszkę mnie zmęczyła. Myślałem, że nie dokończę, że rzucę w czorty. Ale jakoś poszło. Nie ma takiego miasta – uf, wszystko wróciło na właściwe tory i raz dwa przeleciałem. Teraz zabrałem się za Bazyliszka. W między czasie odkryłem, że autor jest na IG, także raz na jakiś czas coś do siebie piszemy. Pan pisarz też (chyba) fanem dobrej muzyki jest (gdyż ponieważ jego bohatyr jest) oraz dobrej whisky. Także normalny ludzki człowiek. Dobra, koniec dygresji o literaturze.

I na tym ostatnim spotkaniu u Słodkokwaśnej dowiedzieliśmy się, że od następnego dnia, czyli 14 marca nasz rząd zamyka knajpy. Jej. To już prawie miesiąc bez restauracji. Zarazo odejdź!

No i wczoraj podjechałem na dwór do koleżeństwa. Chwilę pogadalim. Słodkokwaśna dał suchą bułę w prezencie. Kazał na masełku podsmażyć. Podsmażywszy! Mniam! Dzięki za suchą chałę Marszull.

Zauważyłem, że wszyscy teraz gotują albo pieką. Zaraza jakaś z tymi kulinariami. Dziś przeczytałem, że banana bread mega popularny się zrobił w Polsce. Nie wiem, nie ciągnie mnie. Wolę prędzej chałkę upiec, niż banana. 

Ja wróciłem do pieczenia chleba. Idzie mie nie za dobrze, ale też nie źle. Dziś był drugi bochen nastawiony i wyszedł lepiej niż pierwszy. Z oliwkami piekłem tym razem. Także może się wyrobię do czasu końca pandemii.

Pan z Europy na K. upiekł babkę ziemniaczaną według przepisu Słodkowaśnej. I się jeszcze mnie zapytał jak się robi zupę cebulową (akurat tego dnia ja zrobiłem zupę krem z cebuli). Każdy kto wie i się zna, to wie, że Pan z Europy na K. pichci „podobno raz na milion, raz na milion świetlnych lat”. Koniec świata z tą zarazą. Ludzie głupieją.

Święta za pasem. Postanowiłem nagotować sobie jedzenie. Niestety ja w domu, Rodzice w domu, siostra ze swoimi chłopakami w domu. Nie ma co się narażać. W moim menu świątecznym będzie:

– jajka w majo! – nie wiem czy ktoś to wie o mnie, ale ja uwielbiam jajka w majonezie!

– żurek, a właściwie biały barszcz. Ale to prawie jeden pies. Ponoć zupy się różnią tylko zakwasem

– sernik! Postaram się przebić najlepsze serniki świata autorstwa mojej Mamy. Oczywiście nie mam szans, bo nigdy nie udało mi się zbliżyć do maminych smaków. Eh te mielone! Te buraczki! Te ozorki! Także challenge sobie stawiam. Cheesecake challenge. Sernikowe wyzwanie. 

Aha, dziś, jak nastawiałem rosół na bon żur, czyli biały barszcz, to sobie palca obrałem. Połamała mi się obieraczka do warzyw i kupiłem nową. Jakaś taka nieleżąca mi w ręku jest. I mi się dziś nożyk omsknął jak igła po winylu i sobie palca obrałem. Auć. Także żurek/biały barszcz będzie … palce lizać. Dobra, koniec tej dygresji kulinarnej.

Także ucieszyła mnie wizyta u Słodkokwaśnej i jego Pani. Radości mi dała. Miło zobaczyć ludzi, których się lubi i zna po 10 latach niewidzenia! Wiadmix, że jeden tydzień w czasach zarazy to jak 3 lata. Także 3 i pół tygodnia, to 10 lat, c’nie? Sami policzcie.

A tego samego dnia, tylko kilka godzin później, widziałem się z Panią z Europy na K. i jej Bąbelkiem, czyli moim BFF-em.

Bądąc w sklepie na zakupach zobaczyłem whisky Gelnmorangie w dobrej cenie. Tak się składa, że z Panem z Europy na K. (i z jego żoną i ze Słodkokwaśną) znamy się dłużej niż żyjemy, to od razu zakomunikowałem przyjacielowi o promo. „Kup mi dwie” – odpisał. 

Umówiliśmy się, że podjadę do domu i zostawię pod drzwiami. Tak też zrobiłem. Ale przy okazji zadzwoniłem do drzwi i do Pani z Europy na K. na telefon. Także drzwi odkryły mi dwie osoby – Pani z Europy na K. oraz Bąbelek, mój BFF, syn Państwa z Europy na K. Chwilę pogadaliśmy w odległości 3 metrów. A Pani koleżanki, to nie widziałem chyba z 12 lat. Tak, bo ostatni raz widzieliśmy się u mnie z okazji moich 29. urodzin, czyli 4 tygodnie temu.

Jakżem się ucieszył tymi spotkaniami. A dziś rząd mnie dobił, bo poprzedłużał te zakazy. Kiedy my się spotkamy znowu? Ja chcę do ludzi! Idź precz zarazo!

dziwny jest ten świat

Pokazali Włochy i Chiny z kosmosu. Okazało się, że po wstrzymaniu przemysłu niebo się rozjaśniło. Czystsze się stało. 

Czekam na wiatr co rozgoni 
Ciemne skłębione zasłony
Stanę wtedy na raz
Ze słońcem twarzą w twarz

Jakaś baba uciekła ze szpitala zakaźnego, bo jej kiełbasę podali. A wegetarianką była. Mały szkopuł w tym, że miała coronawirusa. 

Ludzie zrywają się z kwarantanny i idą na zakupy. W tłum, do ludzi.

Bycie w domu jakoś mija ciekawie. Człowiek ma czas na to i owo. Nie nudzę się. Szkoda tylko, że odkurzacz już nie ssie, bo nie mogę odkurzyć. Z podłogą sobie daję radę – miotełka. Ale gorzej z dywanem. Może zwinąć? Czas chyba na tego Siajomi robota.

Nie czytam już newsów o zarazie, bo stwierdzam, że połowa zła na świecie to zasługa mediów, które napędza to wszystko. Wychodzę z założenia, że jak się nie ma o czym pisać, to lepiej nie pisać. Kiedyś ktoś zapytał Kubę Wojewódzkiego, czy czytał już księżkę którejś celebrytki. Odpowiedział, że nie, bo nie lubi pierdolenia o niczym. Dobra odpowiedź, szkoda tylko, że Król Telewizji pobrudził sobie rączki swoją „(auto)biografią”. 

W sklepach towary na półkach. Nie ma paniki. Trochę mi szkoda, że zamknęli sklep Tchibo, bo nie mogę sobie kawy nakupić. Kupowałem kiedyś kawy mielone w sklepie zwykłym, ale zapychał się ekspres. W czwartek, w desperacji, kupiłem znowu jakieś cudeńko. No ma znaczek, że kawa dobra do ekspresów przelewowych, ciśnieniowych, do zwykłego parzenia i w tygielku. Hm, ciekawe jakim cudem, skoro do każdego ekspresu wymaga się inną grubość mielenia. Oczywiście bez przekonania wziąłem kawę. I tylko raz zrobiłem kawę, bo ekspres … zakaszlał. Ale o dziwo postanowiłem zrobić sobie kawę parzoną, czyli plujkę. Niezła!

Home office trwał u mnie półtorej dnia. W piątek musiałem być w pracy, żeby pomagać rozwozić to i tamto po oddziałach. Lekki burdel organizacyjny, ale daliśmy radę. Zobaczymy co ten tydzień przyniesie. Wolałbym nie ruszać się z domu.

Ostatnio mam koszmary. Nie wiem, czy to wina feng szłej, czy coś chcę sobie powiedzieć. A właściwie moja (pod)świadomość chce mi coś powiedzieć. Ostatni koszmar z wczoraj. W pracy rozdawali wyniki testów na koronawirusa. Koleżanka miała wpisane „18 marca”. Czyli tego dnia niby się zaraziła. Wpadłem w panikę, bo się z nią widziałem. Muszę do niej jutro zadzwonić. U mnie pokazało „19 marca”. I tak się składa, że ten dzień niby zarażenia to mój pierwszy, i jak dotąd jedyny dzień home office’u. Hmmm, chyba moje ja domaga się pracy z domu, a nie łażenia do biura. 

Ludzie na ulicy, o ile są, strasznie podejrzliwie się patrzą. A jak miejsca ustępują! Dziś na spacerze jakaś pani, jak mnie zobaczyła, to jakoś nienaturalnie uskoczyła na 2 metry w prawo. Dużo ludzi spaceruje, jak nigdy. 

I z tym wirusem odkryli, że to gówno się może w powietrzu ponoć utrzymywać. Jej! To skąd ja mam wiedzieć, czy kotś przede mną nie prychnął wirusem?

Ale i tak plotka niesie, że wszyscy mamy coronawirusa, w mniejszym lub większym stopniu. Pytanie co on nam może zrobić. 

Także wszyscy siedzą w domu. Sprzątają, czytają, oglądają, gotują. Kolega z Californii zadziwiony, że mam alkohol – to sklepy z alkoholem macie otwarte?.

Ja zawsze wtedy odpowiadam – this is Poland Michael. A niech kolega sobie myśli co chce o nas.

Przed zarazą pani Słodkokwaśnej pożyczyła mi jedną książkę. Tomasz Konatkowski – Przystanek Śmierć. Połknąłem w trymiga. Przy kolejnej wizycie zabrałem pozostałe 3 kryminały z serii „Komisarz Adam Nowak na tropie”. Druga książka „Wilcza Wyspa” już nie taka super. Ale przebrnąłem. I teraz wziąłem się za „Nie ma takiego miasta”. Od razu pomyślałem o Lądku Zdrój. I nie pomyliłem się. Głównego bohatera wysłali do Londynu na miesiąc w ramach wymiany. Rzecz się dzieje w 2009 roku. Burmistrzem jest Boris Johnson. Eh ten Londyn. Dawnom nie był. 

Na instagramie zobaczyłem profil Anny Gacek. „Kochani przygotowałam dla Was mixtape. Wejdźcie na spotify…”. Nie, dzięki. 

Wrzuciła dwa filmiki na IG TV. Na drugim opowiada z przejęciem o Fionie Apple. Nigdy nie mogłem się przekonać do tej artystki, choć wiele osób chwaliło. Dla mnie zawsze ta pani była pokręcona. No tak, dziewczynka z Nowego Yorku. Ale J.Lo też z Miasta. I Alicia Keys. I Cardi B. Czyli chyba to nie to przeszkadzało mi w odbiorze jej muzyki. Ale Anna Gacek mówiła o Fionie Apple tak, że słucham właśnie debiutu Tidal. Musiało chyba trochę wody w Wiśle upłynąć, żebym zmienił zdanie. Wciągnęlo mnie i twierdzę, że czemu nie posłuchać tego jeszcze raz kiedy indziej. Pamiętem jeszcze jeden fakt z twórczości Fiony Apple. Najdłuższy tytuł albumu w historii:

The Idler Wheel Is Wiser Than the Driver of the Screw and Whipping Cords Will Serve You More Than Ropes Will Ever Do

Czyli coś w ten deseń: Koło pośredniczące jest mądrzejsze niż śruba napędowa, a biczowanie linami zapewni Ci więcej niż liny kiedykolwiek zrobią. O! I to jest właśnie kwintesencja tego, jak ja traktowałem tą panią i jej twórczość. Po-krę-co-na!

Pierwszy filmik Anny Gacek trzeba jednak samemu zobaczyć! O ile zmieniłem zdanie o niej oglądając z jaką pasją opowiada o muzyce, to widząc jej debiut na IG TV stwierdzam, że ta pani ma coś nierówno pod sufitem.

A może ja się nie znam? Każdy wie, że ta pani kocha muzykę tak samo jak modę. Już kiedyś w serialu Friends jedna z bohaterek chcąc wytłumaczyć się rodzicom chłopaka czemu siedzi w halce mówi, że to taka moda z Francji i ona sprawdza jak Amerykanie zareagują. Stawia wniosek: America not ready.  

Dodam, że będąc konsekwentną bohaterka poszła na kolację ze swoim chłopakiem i jego rodzicami „ubrana” tak właśnie. 

Wracając do Ani Gacek – hm, może to taka nowa Rachel? A może zapomniała się ubrać? A może ma ogrzewanie włączone i było jej gorąco? A może tak lubi? Ja bym tak się nie ubrał. Ale ja się nie znam na modzie.

No i w tym „ubranym” filmiku była dziennikarka Trójki opowiada o tym, że lubi gotować. O, to mamy dwa wspólne zainteresowania – muzyka i gotowanie.

A dziś Słodkokwaśna mi wrzucił filmik. Smaczny! I fajnie zrobiony. Mniam!

https://www.youtube.com/watch?v=q9dWvKmAAgw&feature=youtu.be

post

Post? Może chodzi o wpis? A może chodzi o ten okres między pierwszym wschodem słońca po pierwszym nowiu, a jakimś ukrzyżowankiem albo z martwych powstaniem? Nie wiem, zawsze byłem słaby z astronomii.

Eh, kolejny rok mija. Rok temu wrzuciłem post na insta. Eh, to już kolejny, 29 rok 🙂

W każdym bądź razie wiem, że szary wiruje pył i niektórzy mięsa nie jedzą.

Właściwie pan z Europy na K. nie je. Bo w jego wieku już trzeba uważać co się je. Ale Panie z Europy na K., radzę panu raz na jakiś czas wsunąc mięsko, bo jakiś pan taki … agresywny się robisz. I o pracy gadasz. W weekend! Nie trzeba tak mówć. Trzeba celebrować życie, cieszyć się weekendem. Ja, jak wczoraj siedziałem obok pana z Europy na K., to nóż ściskałem w dłoni, bo się autentycznie się bałem. Taki pan z Europy na K. był … ożywiony. I jak szliśmy na fajkę z panią Słodkokwaśnej i Słodkokwaśną, to na ulicy było słychać pana z Europy na K.

I jeszcze butów nie zdjął!

Wczoraj, jak to już od 29 lat bywa, było świętowanie…

Wigilii Dnia Kobiet.

Panie, wszystkiego dobrego!

Nieopatrznie zaprosiłem znajomych na to świętowanie. A bo tydzień temu byliśmy w pysznych Talerzykach i tak czas miło płynął, to się zapytałem, co robią za tydzień w sobotę. Nic nie robili. Myślę sobie, że słaba opcja z tym nicnierobieniem, to zaprosiłem. Ale z góry oznajmiłem, że menu będzie krótkie. Ja nie mam zdolności i weny jak Słodkkokwaśna, który jak robi spotkania, to stół się ugina pod przeróżnościami przepysznymi. U mnie było prosto – sushi i żeberka. Bo post, mięso w odstawce.

Nastawiłem ja ci stół. Sushi poukładałem. Po 12 kawałków na głowę i wpadł pan z Europy na K. i mówi mi dwie rzeczy:

1 nie jem mięsa

2 nic nie jadłem cały dzień

O maryjo! – pomyślałem. Jarmużu mu zaparzę, czy co! Anetka i Słodkokwaśna jeszcze nie przyszli, bo oczywiście lubią przychodzić o innej porze niż na zaproszeniu, a tu sushi znika w okamgnieniu.

– tatara zjedz – mówię do pana z Europy na K.

– nie jem mięsa 

O matko. Strasznie się później kolega unosił w dyskusji. Nawet Słodkowaśną przegadywał i przekrzykiwał, a to nie jest proste. Olimpia z Basią to chyba nic nawet nie mówiły. Szans nie miały.

– żeberko zjedz – cały czas mu z boku szeptałem.

Ale nie zjadł. Dziwny ten koelga. Czy w tym wieku ludzie tak się zachowują? Co mnie czeka?

I jeszcze poprosił o Papa Dance i ich „szary wiruje pył”. Zwariował! A może to Słodkowaśna prosił? Ale co tam, to ja tworzę wpisy na mym blogu, więc to Pan z Europy na K. prosił.

 

Wczoraj debiut miał mój prezent od Uli z Teksasu! Założyłem fartucha! Zawsze o tym marzyłem. Zawsze chciałem wetrzeć brudne łapy w fartuch. I w końcu mogłem. Fajny prezent! Ten drugi też fajny. Ale postanowiłem po rumuńsku przywitać gości, a nie z aparatem.

A od pozostałych Gości dostałem super blokadę na rower. W końcu mój nowy zakup może iść do rowerowni! Dzięki Goście!

Chciałem dla żartu kupić piwo Corona. W USA na poważnie tego nie piją już, bo się boją, bo myślą, że to od tego ten wirus. W Kerfurze w piątek widziałem buteleczki. Ale pomyślałem, że kupię w sobotę. I to był błąd. W sobotę już nie było! Poszedłem do następnegop sklepu – nie ma! W Auchan patrzę – jedna butelka się ostała w sześciopaku. Ludzie powariowali? Na szczęście jakiś sześciopaczek się schował za innymi siuśkami i go znalazłem w ostatniej chwili.

Żeberka chyba za krótko przy-gotowane, bo jeszcze lekko świnką ciągnęły.

Do tatara dodałem pieczarki marynowane i niestety zszarzało mięso. Zapomniałem o tym i zapomniałem nie dodawać grzybków. Pech.

Miały być pyszne naleśniki z cebulką, porem, pieczarkami i orzechami. Naleśniki wylądowały w koszu. Jakieś plackowe mi wyszły. Ta bio mąka orkiszowa jest jednak do dupy. Gluten to jest gluten. Mąka przenna rządzi.

Łosoś przywędzony na zimno mi fajnie wyszedł. Lubię go. 2 łyżeczki soli, 1 łyżeczka cukru. Wsmarowujemy w rybkę. Rybka wodę puszcza i po 3 dniach mniam i mlask!

Ponoć jakiś pan od rządzenia Polską w pewnej sferze stwierdził, że na coronawirusa należy pić alkohol. No i my się wczoraj bardzo mocno zabepieczaliśmy.

Ta japońska whisky to nawet nawet. Ciekawa na spróbowanie. Ale jednak Szkocja, to Szkocja. No i bardzo na plus to single grain. Fajny, jasny, łagodny antybiotyk. Nawet nasz znawca trunków na myszach pędzonych był w uznaniu dla napitku.

Jedzenie jakie było takie było. Ja nie kucharz. Nie znam się. Najważniejsze, że tarta była przepyszna! Niektórzy zjedli 3 kawałki i zabrali 2 na wynos. No pyszota!

Kilka osób zapomniało o wigilii 8 marca. Wybaczam, ja nie z tych, co jak zapomnisz, to koniec z przyjaźnią. Zresztą jego nie zapraszałem nigdy 🙂

100 lat drogim paniom!

cisza jak makiem zasiał

mogłoby się wydawać. Że niby taki milczącym jest. Nic bardziej mylnego. Po prostu po polsku milczę. Rozpisuję się za to po angielsku, na drugim blogu.

Tak teraz sobie pomyślałem, że w zaniedbaniu moi polscy, nieumiejący angielskiego, fani.

Tak jak grzmiałem w Sylwestra – rok 2020 przyniesie mi nową karierę – YouTube bloger-STAR. I powiem Wam nieskromnie, ze idzie mi … zaskakująco relwelacyjnie! Filmik z koncertu, wrzucony w maju widziało już prawie milion ludzi (bez 999 755). A jak otworzyć ostrygi z grudnia – 71 osób! Jest moc i potencjał!

Wczoraj spotkaliśmy się u SłodkoKwaśnej. Podjedliśmy niezdrowe (smażona babka) i zdrowe (kimchi, tatar, rybka) pyszności. Pograliśmy w PS1 Classic. Z mieszanym szczęściem w Tekkena. Raz na wozie, raz pod wozem. Ale ogólnie była przednia zabawa.

Pograliśmy też w planszówkę – Ranczo. Wygrałem. Gra fajna. Choć i tak wszystkim polecam tę grę, co ja ją nazywam Ditch the Bitch, czyli DiXit. Fajna! Super igraszka dla wszystkich. Nawet nie przeszkadza mi to, że jeszcze w nią nie wygrywam. Ale nie zwycięstwo się liczy.

Minął styczeń, luty się powoli toczy. Czas pędzi. Zimno, deszczowo albo, tak jak dziś, słonecznie. Zapowiadają krótki atak zimy. Czyli znowu pewnie opady śniegu przy +6, czyli breja. Zobaczymy. Sanki trzeba schować.

A właśnie. Jakoś na rowerze nie jeżdżę. Kiedyś jeździłem do -3C, a teraz przy plusie nie wyciągam grata. Dziwne. Aha, (od)kupiłem rower. Piotruś kupił sobie nową zabawkę i pozbywał się starej (ale w bardzo dobrej formie). Gdyby ktoś chciał mojego niebieskiego potwora, to dogadamy się.

Także wczoraj, jako że Oskary w niedzielę, nakręciliśmy nowy film. Tym razem o zamienianiu wody w … tonik. Jezusy jakieś jesteśmy. Ha!

wieczerynka

czyli rosyjska impreza.

Wczoraj, to znaczy w sobotę nastąpił powrót Różowego Królika.

Nie wiem czemu, ale zawsze chciałem taki kostium na Halloween. A jako, że w katoPolsce takich pogańskich świąt się nie obchodzi, to nie miałem okazji. 3 lata temu uczestniczyłem w tym święcie i byłem przerażony. Pisałem o tym. Dzieci biegające w opętaniu od drzwi do drzwi. Ale kostium sobie wtedy nabyłem.

W tym roku było jakoś na spokojnie. Przespałem 31 października. Ale wczoraj była impreza. Przebierana. Jako, że Ula lubi ostatnio wylegiwać się na sofie, a Tomek patrzy na nią, jak to robi, to sam poszedłem.

Dorina i Tolik podjechali po mnie.

Gospodarzami byli Lena i Pasza, czyli Kleopatra i Faraończyk. Dom ogromny, także miejsca było sporo na harce i szaleństwa. Wszyscy się przebrali. Ruslan za wampira, a jego żona Marina za … żonę Wampira. Vlad był … Vladem Palownikiem. Mnie urzekł najbardziej strój Kati – bawarka. To znaczy dziewczyna z Bawarii. Kasia przyszła z beczuszką piwa i była takim Oktober Festem. Jej Serioga było Robin Good’em. Niestety nie był gamaka, ani gamburgerów.

Okazało się, że Katia tak naprawdę była … żoną Robin Hood’a. Ale dla mnie była z Niemiec! Poza tym koleżanka ma zaraźliwy śmiech, opowiada rzeczy z pasją. Jest serdeczna, ciepła, otwarta i przyjacielska. Lubię z nią rozmawiać. Wczoraj pokazałem im trochę Wawy na zdjęciach i Katia rozpoznała w PKiN-ie swój … uniwersytet. Heh. Świat jest mały.

Towarzystwo rosyjskie zawsze mówi przy mnie po angielsku. A ich proszę o to, by zostali przy rosyjskim. Wczoraj pół godziny stałem z Seriogą-kościotrupem i gadaliśmy. Tolik dziś mi powiedział, że Serioga przyssał się do mnie i nawijał po rosyjsku. I właśnie Tolik chciał mi przyjść z pomocą i mnie uwolnić. Ale uświadomiłem go, że to było celowe, że z przyjemnością rozmawiałem.

Ok przerwa. Boarding time

Wpis powstał na lotnisku Newark. 3 listopada. Nigdy nie został dokończony…

 

« Older posts

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑