podróże,  życie

freudowski urok

Zygmund się chyba zrewanżował za te moje wszystkie czary-mary i uroki.

Do Wiednia namawiali mnie już w lipcu/sierpniu. Ale ja wtedy mówiłem, że październik to za daleko. Zamkną nas i nigdzie nie polecę. Poza tym, bilet 400 zł plus wydatki na miejscu, to się zrobi … hohohoho … troszkę eurowydatków.

We wrześniu znowu mnie towarzystwo przycisnęło i … spojrzałem na lot i nadal 400 zł. No dobra, lecę, kupiłem bilety.

Teraz siedzę sam na lotnisku, bo Szwedy mi się rozleciały właśnie. Cóż, podsumowując wycieczkę – bilety 400 zł, w kantorze kupione 260 euro, także tyle kosztowały mnie 4 dni.

Ale już Zygmund czar zdążył rzucić! Pisałem, że w niedzielę zachorowałem, że w poniedziałek test robiłem. We wtorek poczułem się super. W środę nie. W czwartek, w dniu wylotu, ok, więc wyleciałem.

W niedzielę jeszcze wyczytaliśmy, że Austria honoruje tylko maseczki FFP2. No dawaj raz dwa na allegro je kupować. Wziąłem te z wentylkiem. Szwedy też. Mnie przyjechały we wtorek dobre, a Szwedom … nie dobre … bez wentylka. Oba modele były FFP2, także nie było dramatu. Po prostu przyjechało koleżeństwu nie to co zamawiali. Czyli peszek.

Na Okęciu chodził panoczek i się pytał po kolei, czy mamy maseczki FFP2. Kilka osób robiło wielkie oczy i mówiło, że nie. Nie było sprawy, rozdawali. Eh! 15 złoty w piach poszło. Mogłem nie kupować!

No to się wszyscy mościmy w samolocie i patrzymy jak stewardessa pokazuje wyjścia awaryjne. Aż tu raptem …

Haben Sie andere Maske ohne Ventil?

Kurczaczki! 4 lata germańskiego w liceum szło jak krew z nosa. Naciągane tróje miałem. Pamiętam jak z Piotrem G. się mordowaliśmy wtedy z panią prof. Gestapczuk, a tu raptem wszystko rozumiem.

Nein – odpowiadam załamany i lekko przestraszony

Ich bringe Sie gleich eine neue Maske – mówi pani

Oh, Danke! – dziękuję miłej pani

 

I te maseczki to straszne cholerstwo, bo są przez głowę zakładane, nie na uszy.

Lecę do Wiednia. Australia czeka!

No i niestety już w czwartek od godziny mniej więcej 17.00 leżałem w łóżeczku. Na szczęście całą aptekę wziąłem ze sobą więc miałem co połykać. W piątek poczułem się zdrowy jak ryba i ruszyłem na miasto. Po południu znowu łóżeczko, znowu poty, kompresy, choroba. W sobotę już ostrożnie, z głową zwiedzałem. Byłem zdrów, jak się okazuje nadal jestem!

Postanowiłem odwiedził dom Zygmunda Freuda. Opinie na mapach google, jak to opinie, jedni w zachwytach, drudzy nie. Moi znajomi odpadli, powiedzieli, że przekonują ich jednogwiazdkowcy. Też tak pomyślałem. 14 euro zaoszczędzone. Ale po małej kawie obok (okazało się, że nikt nie spojrzał w godziny otwarcia i byliśmy 40 minut przed czasem, które postanowiliśmy spędzić na kawie nieopodal) powiedziałem – raz się żyje, nie mamy domy Freuda ani w Wawie, ani w Szwecji. Zero entuzjazmu, tylko – jak chcesz, to idź, zaczekamy.

Poszedłem. I się załamałem. 4 ściany, puste mieszkanie. Jakieś zdjęcia z wystrojem oryginalnym pomieszczeń i gabloty. Ściany białe, gdzieniegdzie były odkryte oryginalne sufity i tynki. No czemu zamalowano to wszystko! Czar mieszkania prysł. Dom pana profesora dużym rozczarowaniem! 3,7 gwiazdki na google maps jednak miał rację bytu. Trzeba było posłuchać. No trudno. Chatę jednak miał fajną, trzeba mu to oddać.

Wiedeń sam w sobie jest … intrygujący. Niezniszczone miasto (wiadomo, ausschluss w 1938 roku, więc Hitler oszczędził) z pięknymi kamienicami. Ludzi niby ciut więcej niż w Waw, ale tego kompletnie nie widać. Nie ma korków, nie ma tłoków, nie ma wrzawy wielkomiejskiej. Spokój i cisza rzekłbym. Warszawa jest o wiele bardziej głośna. Wycieczka mi się podoba, ale jak ktoś mi pokaże za rok zdjęcia Wiednia, to nie wiem, czy poznam. Wiem, że specjalnie tu nie wrócę. Ale będę zachwalał, że warto zobaczyć.

Mam dość sznycli na dłuuuugi czas. Obiecałem moim szwedzkim znajomym, że następnym razem zrobię im schabowego, to porównają. To wiedeńskie, to jakaś popierdułka!

Aha, wszyscy na dzień dobry mówili nam, że kelnerzy w Wiedniu są niemili, chamscy. Nie, nie zgadzam się. Potrenowałem mój niemiecki przy okazji. Bardzo ok ludzie.

Aha, w każdym miejscu sprawdzają paszporty covidowe. W niektórych proszą o wpisanie się na kartkę.

Drugiego dnia trafiliśmy do Gasthaus Poschl. Całkiem z przypadku. Przekonała mnie kolejka przed wejściem. Na bezczelnego weszliśmy nie czekając. Jako że dzień wcześniej był sznycel i wieczorem miał być kotlecik w jakimś pysznym miejscu, to wzięliśmy gulasz i tatar.

No Wiedeń tatarem stoi! Po chwili okazało się, że barmanka z jest Polski, także zrobiło się jeszcze bardziej miło. Okazało się, że miejsce jest jakieś kultowe, bo wcześniej posiadał je austriacki aktor, a później Polak odkupił. Pojedliśmy, popiliśmy dobrego, austriackiego piwka i poszliśmy na chatę się pocić (gorączka mnie dochodziła). Po drodze wzięliśmy 3 ciasteczka – strudel, sacher cake wychwalany pod niebiosa i sernik. Oj oj i oj! Zygmunda urok nadal działał! Żadne nie było za specjalne.

Ale to nic. Prawdziwa katastrofa dopiero miała nastąpić. Poszliśmy do najstarszej restauracji w Wiedniu. Ach, gwiazdek pięć w recenzjach co niemiara. Siadamy, rozglądamy się, no i stwierdzam, że nawet ładna … nora. Wzięliśmy oczywiście tatara i po sznyclu. Jako czekadełko dali nam pieczywo i masło. No cóż, bułką mogłem gwoździe wbijać.

Wjechał tatar. Niestety, to była jakaś kupa. Dzień później kelner z Gasthaus Poschl uświadomił nas, że mogli keczup dodać do mięsa. Fuuuu. Wielki Pe mówi, że keczup jest bardzo be, więc po kiego czorta go dodawać do czegokolwiek?!

Wjechał sznycel. Pierwszy kęs – nic, zero smaku. Drugi kęs – to samo. Odrywam panierkę i ledwo odszukuję mięso. Trzeci kęs, tym razem samego mięsa – nic! Zero smaku!

Szwedy mówią, że pewnie dlatego, że mam fever. Poprosiłem ich, żeby głośniej to powiedzieli, to obsługa na pewno nas nie wywali za drzwi, albo nie zawoła policji. I tak wjechałem na nielegalu, bo niby w ciągu 8 dni przed przylotem oficjalnie zadeklarowałem, że nie miałem żadnych objawów corona wirusa – gorączka, ból gardła, brak smaku i tak dalej.

Sznycel jest bez smakowy i cieńszy niż panierka. Czuję, że jem bułkę tartą! Odsuwam talerz i piję wodę. Oczywiście podchodzi kelner i się pyta, czy coś się stało. Tłumaczę mu więc. Zabrał talerz i jak się okazało na końcu, nie policzył dania.

Pamiętam 2016 rok. Ja, pan od Państwa z Europy na K., Ula z NJ i jej chłopaki i Floryda. Rozstaliśmy się w Everglades i ja z Panem od Państwa z Europy na K. ruszyliśmy do Naples, miasteczko dla bogatych emerytów. Poszliśmy do jakiejś knajpy sportowej o wysokiej ocenie. Po drodze mijaliśmy salony maserati i innych luksusowych aut. Pamiętam, że wziąłem cziken wings, a kolega … hm nie pamiętam. Podbija pani po chwili z pytaniem jak nam smakuje. Uśmiechnięta cała, bo przecie taki to dobry lokal. A jej niestety mówię, że to jest kompletnie nie ostre, jest kwaśne, nie da się tego jeść. Pani mina zrzedła. To był chyba pierwszy raz, kiedy oddałem jedzenie. I chyba ich pierwszy raz, kiedy ktoś im oddał talerz.

I teraz mnie trafiło. Dwa ohydne dania w jednym miejscu! Koszmar. Freud rzucił urok na mnie!

W sobotę było ciut lepiej, ale tylko ciut. Skusiłem się na zwiedzenie domu Mozarta. Och! Pomyłka. Fajna chata, ale znowu 4 pomalowane na biało ściany (z jednym wyjątkiem). Młodo zszedł Amadeusz. 35 lat. Z 6 dzieci tylko dwoje przeżyło niemowlęctwo. Oj, słabe geny, słabe.

Na lunch wróciliśmy do Gasthaus Poschl, do naszej Polki. Wzięliśmy tym razem sznycla z pure ziemniaczanym.

Mmmm, mniam i mlask! Kelner (ten od wyjaśniania sprawy wyglądu tatara z wieczora poprzedniego) okazał się też mówić po naszemu, z bardzo silnym akcentem. Babcia sobie dziadka skądś wzięła i taki miks wyszedł. Ale fajnie, że wnuka po polsku nauczyli.

Na kolację miała być tatar-uczta w El Gaucho. Rezerwacja dopiero na 21.30 zrobiona, takie oblegane miejsce.

Długo się nie naradzaliśmy – wszystkie trzy rodzaje tatara zamówiliśmy – klasyczny, z krewetką i ostrym majonezem i fois gras.

Hm, najlepsze tatary w jakie jedliśmy w Austrii, ale daleko im do naszych. Knajpa fajna. Mięsna. My już mieliśmy dosyć jedzenia, szczególnie tak późno. Siedziałem przodem do punktu, w którym chłopiec mięso czyścił, kroił, klepał. Także widać było jak to selekcjonują.

Dziś taki chil out zrobiliśmy. Pochodziliśmy po mieście do 12.30 i uciekliśmy na lotnisko. Szwedy miały lot o 15.40, a ja o 18.05. Niektóre Szwedy miały złote członki i wolny wstęp do lounge z osobą towarzyszącą, a ja? A ja mogłem sobie kupić takie wejście przy robieniu check-in, ale nigdy nie kupowałem tego, więc zignorowałem. 35 euro oszczędzone. Na lotnisku okazało się, że koszt jest ciut wyższy – 39. Ale i tak wydatek mi się zwrócił. Więcej bym wydał siedząc gdzieś w knajpie przy bramkach.

Wiedeń ok, fajna wycieczka. Język trochę brzydki, ale jak się okazało poradziłem sobie całkiem, całkiem. Angielskiego nie za dużo używałem. Wydaje mi się, że ludzie bardziej wyluzowani, niż Niemcy. Ale to może takie moje wrażenie.

 

Zdjęcia Wiednia tu

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.