Tag: tatar

co ci zrobię jak cię złapię?

“Ja bardzo przepraszam, ale podejrzenia panów są całkowicie bezpodstawne. Ja niczym nie handluję. Ta pani przyszła do mnie w tym kożuchu i w nim wychodzi.”

Chyba nigdy nie zdarzyło mi się nikomu zabrać ubrania przez pomyłkę. Do tej pory raczej moje rzeczy też były nie ruszane przez obcych. Do czasu …

Raz pamiętam, jak siedziałem w barze osiedlowym późno. A bo gadałem z barmanką. Później przyszedł Piotrek, jej chłopak. A jeszcze później Rachel, lektorka angielskiego z Australii.

A właśnie, dziś jadać w autobusie zobaczyłem informację, że najwięcej, bo bez mała 700 000 w Polsce jest Piotrków. Ciekawe czy policzono Piotrków Trybunalski (uśmieszek).

I tak sobie gaworzyliśmy we czwórkę. Okazało się, że Rachel ma taki sam telefon jak ja – iFon 6S. Na jej wyświetlaczu było zdjęcie jakiegoś chłopca – Maćka – jej bojfrenda.

Zbieram się ja do wyjścia, bo godzina duchów nastała. Biorę telefon z baru i kieruję się ku domowi. Przed blokiem sprawdzam, która godzina i się wystraszyłam. Ale szybko pomyślałem, że może pijany jestem. Albo, że nie wiem co to jest. Na tapecie telefonu było zdjęcie jakiegoś faceta. No mocno mnie to zszokowało. Co jest do cholery? – pomyślałem. Aż tak pijany nie jestem, żeby sobie tapetę zmieniać. I od kiedy mam pęknięty ekran?

skończywszy moje wywody, dotarło do mnie, że to telefon Rachel.

Nastąpiło bicie się z myślami – wracać i zmarnować prawie 20 minut, czy iść spać i jutro wszystko wyjaśnić. Ale oczywiście wzięło górę to pierwsze wyjście. Też bym nie dał rady zasnąć, gdybym nie wiedział, co się dzieje z moim telefonem.

W barze Rachel panikowała, a barmanka Złota ją pocieszała – a mówiłam Ci, że Maciek wróci, jak zorientuje się, że nie swój telefon wziął.

Spotkaliśmy się później po roku lub dwóch. Udawała, że mnie nie zna. Hmmm

Dziś wyskoczyłem do Restauracji Akademia. Jemy sobie pysznie. Kątem oka widzę w połowie biesiady, że wieszak, na którym zostawiłem odzienie jest prawie puste. I na domiar tego, mojej kurtki nie widziałem. Ale pomyślałem sobie – pewnie przewiesili – i nie martwiłem się.

Przy wyjściu z lokalu zrobiło się wesoło, bo okazało się, że kurtek nie przewieszali. Pan manager przepraszał, oferował własny płaszcz, obiecywał obdzwonić wszystkich klientów (na szczęście wszyscy mieli rezerwacje, więc są namierzalni), sprawdzić monitoring. Przepraszaniom nie było końca. Mówiłem, żeby nie przepraszał, bo to nie jego wina, że ogólnie ciekawa to historia. Chyba tabletki zaczęły w końcu działać, bo jakiś naprawdę spokojny jestem (przymrużenie oczka).

No nic, zobaczymy czy jutro zadzwonią do mnie z info, że zguba się znalazła. No co za historia! – jakby to powiedział Słodkokwaśna.

A jedzenie było smaczne – tatar na dobrej wołowince, a mielony prawie jak u mamy. I kto powiedział, że przy plus 2 stopniach trzeba chodzić w odzieniu?

ding dong

 

– a po chuj ci dzwonek? – rzekł, czy też quasi filozoficznie zapytał szwagier

– no masz w sumie rację – odparłem zaskoczony błyskotliwym, ale jakże mądrym ni to stwierdzeniem, ni to zapytaniem

Moja administracja dała znać o sobie. Rency opadają. Ale chyba się starzeję, bo ani nie napisałem, ani nie zaszedłem do urzędu co by obtańcować. Już wolałem zlikwidować dzwonek.

Nie dalej jak kilka lat temu, ale kilka, ze trzy może, moja mądralińska administracyja wymyśliła ulepszenie – światło zapalające się na klatce dopiero jak staniesz twarzą w twarz z foto komórką. Wcześniej wystarczyło lekutko wrota uchylić i już nastawała jasność. A teraz trzeba w ciemność wejść. Bałem się na początku. No bom nie wiedział, czy kto tam nie czyha na mię za drzwiami. Ale wtedy mądry Maciej przemawiał do mię tak:

– ale ty durny Maciek, w mat-fizie byłeś. Przecie jakby kto się zasadzał tam na cię, to by się świeciło, bo fotokomórka czuwa.

– no fakt – przyznałem rację sam sobie.

Z kimś mądrym warto czasem porozmawiać.

I już się nie boję!

Ale przy okazji elektryfikacji korytarza przecięli nam drucik od domofonu i ze 4 lokale nie słyszały kto tam puka, stuka, czy dzwoni. Mnie to nie przeszkadzało, bo większość znajomych ma kod do domofonu i sobie otwiera. A jak pan z sushi przychodził, to dzwonił na mobilny telefon. Dopiero po kilku miesiącach sąsiadka z naprzeciwka zagaiła, czy ja mam domofon na chodzie. No i wtedy nasmarowaliśmy pismo do administracyi. Naprawili.

Pod blokiem kilka ładnych lat temu zrobili podejście-podjazd. W końcu ktoś pomyślał o ludziach na wózku i z wózkiem. Ale. Bo zawsze jest jakieś ale. Podczas ulewy między jednymi a drugim schodami na takim wypłaszczeniu zbiera się woda. Po kostki. Ktoś zrobił spadek w nie tę stronę, co trzeba. Eh!

W wakacje 2022 wracałem z paczkomatu. Na nogach miałem swoje pepegi z Wallmart kupione w 2015 roku gdzieś w Utah (pomiędzy Salt Lake City, a malowniczym Moab). 8 albo 7 dolarów kosztowały.

Wracam z paczką. Deszczyk sobie dżdży. Jakżem się nie wywrócił na pierwszym stopniu. Padając ratować się chciałem. Łapałem za co się da. Finalnie stłukłem sobie dwa palce prawej dłoni. Ten malutki ucierpiał najbardziej. Na szczęście RTG nie wykazało połamania. Ale prawie miesiąc bolało. Eh, starość.

Wściekły byłem jak osa. Ale finalnie nie napisałem do administracji. Słowo daję, następnym razem obdukcję zrobię i do sądu pójdę. Trzeba na emeryturę jakoś zarobić.

A propos emerytury. Trzecia koleżanka w ciągu niecałego roku została stypendystką ZUS-u. Dokładnie dziś została. Ta pierwsza jakoś w listopadzie 2021 roku odeszła na wieczne wolne. W lipcu dołączyła Ewa z Poznania. Eh, jak ja im zazdroszczę.

A a propos szwagra. Zainspirował mnie. Grzybami. Sezon się zrobił. Codziennie kłuły mnie w oczy leśne dary. Zadzwoniłem pewnego dnia do męża siostry i się pytam jak on zalewę robi. Wyjaśnił. Prędko popędziłem na stragan i kupiłem rydze i podgrzybki. A później gąski i borowiki. Okazało się, że wywalanie słoików nie jest dobrym pomysłem, bo teraz by się przydały. Ale coś tam miałem. Przeliczyłem się z jednym. A właściwie podliczyłem się. Wydawało mi się, że grzybów mam od groma. Ale po podgotowaniu okazało się, że słoik bardziej pusty niż pełny. Ale nic to. Ważne, że mam. Zamroziłem sobie też partie jedną podgrzybków. Muszę jeszcze nakupić sobie coś na zimę. Może borowiki? Te gąski się pojawiły i zniknęły szybko. Eh.

Od kilku dni smażę grzyby. Byłem w restauracji Michela Morana. Tego od Master Chefa. Kolega z pracy rekomendował mi to miejsce i szeptał w ucho – bierz spoza karty. Zadzwoniłem do managerki i rezerwuję stół. Nieśmiało się podpytuje o te „spoza karty”. Myślałem, że to jaka kontrabanda, albo znajomości. A ona mnie uświadamia, że tablicę taką mają z daniami sezonowymi. Eh.

No nic. Wbijamy do Ma Maison i faktycznie jest jak … w domu. Spoza karty wzięliśmy tylko grzyby. A tak to jak zwykle wszędzie tatar, ślimaka, no bo to przecie u Francuza jestem oraz jakąś rybkę. Mniam!

Grzyby uwielbiam. Kiedyś mama Pana z Europy na K. zrobiła nam przepyszną jajecznicę na kurkach. Próbowałem w domu odtworzyć ten dań. Dwa razy. Za pierwszym razem podmuchałem na kurki, omiotłem miotełką i na patelnię. Kurna! Piach gryzłem, a nie grzyba. Za drugim razem, wypłukałem chanterelle i na patelnię raz-ciach wrzuciłem. Hmm, jakaś papka mi wyszła. Dałem sobie spokój z grzybami. Do teraz.

Kupiłem w sobotę rydze i borowiki. Omiotłem lekko szczoteczką i w miarę suchym zmywakiem. W przepisach stało, że można przepłukać, ale natychmiast należy osuszyć grzybki. No ja tym razem omiotłem i zmiotłem. Bez żadnych kąpieli. O mamma mia! Jaka delicja!!! Oczywiście na masełku smażone.

Dziś na obiad sobie zapodałem. Z bramborami! Mlask!

Jutro chyba risotto będzie.

Co do knajp, bo szlajam się jakoś ostatnio często, to zaszedłem do Polki Magdy Gessler. Po zwiedzaniu Zamku Królewskiego wstąpiliśmy na małe co nieco. Był ze mną polski Szwed, który jest bardzo polski. Podesłałem mu hasło na playera w TVN i on od razu na Magdę rzucił okiem i ogląda ciurkiem Kuchenne Rewolucje. Zamek Królewski taki sobie – tak przy okazji. Popierdułka jakaś. Także po zwiedzaniu musieliśmy zajść do Polki. Powiem tak, o ile ta pani zwraca uwagę i krytykuje czystość i inne takie, to mogłaby rzucić oczkiem na własne podwórko. Bardzo miła obsługa … i to tyle z pozytywów. Tatar ok, ale porcja mała. Dzień wcześniej jedliśmy dobry tatar w Cafe Mozaika za 29 zł. U Magdy – 20 złociszy więcej. Śledź ok, placki ziemniaczane też. Ale sos grzybowy taki jakiś cieniuni. Ale ich signature drink (polka drink) ciekawy, fajny. W lokalu jest tak jakby nieczysto. Kabel od lampki się przetarł i kelner chwilkę układa przewód tak, aby lampka dawała światło ciągłe. Na sali czuć zapach octu i … smażonego oleju, a raczej smażonej ryby. Śmiałem się, że może zimne nóżki podają, to temu tak czuć ocet. Ale nie, to nie ten zapach. Waliło tak, jak u mnie, jak kabinę prysznicową czyszczę miksturą: szklanka wody, dwie szklanki octu. Wstyd pani Magdo!

25 mądrości o kotach na Onecie znalazłem. Zwróciłem uwagę na ostatnią pozycję:

  1. Kot, który nie widział człowieka do 10 tygodnia życia, prawdopodobnie już nigdy nie pozwoli się oswoić.

Ciekawe.

No i ten dzwonek. Pisałem, że instalację gazową wymieniali. I wtedy musieli uciąć kabelek do dzwonka. Miałem iść i się awanturować, że po raz kolejny jakichś fachowców zatrudnili. Ale machnąłem ręką i w sumie posłuchałem szwagra. Ale niedawno widziałem jak jakiś fachura majstrował przy dzwonku dalszych sąsiadów. Wyglądał jak wysłannik administracji. Zagajam i się wszystko potwierdziło! Awaria globalna. Ekipa od gazu dała ciała. Awaria jest już zgłoszona. Pan zapytał tylko o numer lokalu i już. W sobotę pstrykam w przycisk przy drzwiach wejściowych moich i … DING DONG wrócił!!!

Ale po chuj mi ten dzwonek?

freudowski urok

Zygmund się chyba zrewanżował za te moje wszystkie czary-mary i uroki.

Do Wiednia namawiali mnie już w lipcu/sierpniu. Ale ja wtedy mówiłem, że październik to za daleko. Zamkną nas i nigdzie nie polecę. Poza tym, bilet 400 zł plus wydatki na miejscu, to się zrobi … hohohoho … troszkę eurowydatków.

We wrześniu znowu mnie towarzystwo przycisnęło i … spojrzałem na lot i nadal 400 zł. No dobra, lecę, kupiłem bilety.

Teraz siedzę sam na lotnisku, bo Szwedy mi się rozleciały właśnie. Cóż, podsumowując wycieczkę – bilety 400 zł, w kantorze kupione 260 euro, także tyle kosztowały mnie 4 dni.

Ale już Zygmund czar zdążył rzucić! Pisałem, że w niedzielę zachorowałem, że w poniedziałek test robiłem. We wtorek poczułem się super. W środę nie. W czwartek, w dniu wylotu, ok, więc wyleciałem.

W niedzielę jeszcze wyczytaliśmy, że Austria honoruje tylko maseczki FFP2. No dawaj raz dwa na allegro je kupować. Wziąłem te z wentylkiem. Szwedy też. Mnie przyjechały we wtorek dobre, a Szwedom … nie dobre … bez wentylka. Oba modele były FFP2, także nie było dramatu. Po prostu przyjechało koleżeństwu nie to co zamawiali. Czyli peszek.

Na Okęciu chodził panoczek i się pytał po kolei, czy mamy maseczki FFP2. Kilka osób robiło wielkie oczy i mówiło, że nie. Nie było sprawy, rozdawali. Eh! 15 złoty w piach poszło. Mogłem nie kupować!

No to się wszyscy mościmy w samolocie i patrzymy jak stewardessa pokazuje wyjścia awaryjne. Aż tu raptem …

Haben Sie andere Maske ohne Ventil?

Kurczaczki! 4 lata germańskiego w liceum szło jak krew z nosa. Naciągane tróje miałem. Pamiętam jak z Piotrem G. się mordowaliśmy wtedy z panią prof. Gestapczuk, a tu raptem wszystko rozumiem.

Nein – odpowiadam załamany i lekko przestraszony

Ich bringe Sie gleich eine neue Maske – mówi pani

Oh, Danke! – dziękuję miłej pani

 

I te maseczki to straszne cholerstwo, bo są przez głowę zakładane, nie na uszy.

Lecę do Wiednia. Australia czeka!

No i niestety już w czwartek od godziny mniej więcej 17.00 leżałem w łóżeczku. Na szczęście całą aptekę wziąłem ze sobą więc miałem co połykać. W piątek poczułem się zdrowy jak ryba i ruszyłem na miasto. Po południu znowu łóżeczko, znowu poty, kompresy, choroba. W sobotę już ostrożnie, z głową zwiedzałem. Byłem zdrów, jak się okazuje nadal jestem!

Postanowiłem odwiedził dom Zygmunda Freuda. Opinie na mapach google, jak to opinie, jedni w zachwytach, drudzy nie. Moi znajomi odpadli, powiedzieli, że przekonują ich jednogwiazdkowcy. Też tak pomyślałem. 14 euro zaoszczędzone. Ale po małej kawie obok (okazało się, że nikt nie spojrzał w godziny otwarcia i byliśmy 40 minut przed czasem, które postanowiliśmy spędzić na kawie nieopodal) powiedziałem – raz się żyje, nie mamy domy Freuda ani w Wawie, ani w Szwecji. Zero entuzjazmu, tylko – jak chcesz, to idź, zaczekamy.

Poszedłem. I się załamałem. 4 ściany, puste mieszkanie. Jakieś zdjęcia z wystrojem oryginalnym pomieszczeń i gabloty. Ściany białe, gdzieniegdzie były odkryte oryginalne sufity i tynki. No czemu zamalowano to wszystko! Czar mieszkania prysł. Dom pana profesora dużym rozczarowaniem! 3,7 gwiazdki na google maps jednak miał rację bytu. Trzeba było posłuchać. No trudno. Chatę jednak miał fajną, trzeba mu to oddać.

Wiedeń sam w sobie jest … intrygujący. Niezniszczone miasto (wiadomo, ausschluss w 1938 roku, więc Hitler oszczędził) z pięknymi kamienicami. Ludzi niby ciut więcej niż w Waw, ale tego kompletnie nie widać. Nie ma korków, nie ma tłoków, nie ma wrzawy wielkomiejskiej. Spokój i cisza rzekłbym. Warszawa jest o wiele bardziej głośna. Wycieczka mi się podoba, ale jak ktoś mi pokaże za rok zdjęcia Wiednia, to nie wiem, czy poznam. Wiem, że specjalnie tu nie wrócę. Ale będę zachwalał, że warto zobaczyć.

Mam dość sznycli na dłuuuugi czas. Obiecałem moim szwedzkim znajomym, że następnym razem zrobię im schabowego, to porównają. To wiedeńskie, to jakaś popierdułka!

Aha, wszyscy na dzień dobry mówili nam, że kelnerzy w Wiedniu są niemili, chamscy. Nie, nie zgadzam się. Potrenowałem mój niemiecki przy okazji. Bardzo ok ludzie.

Aha, w każdym miejscu sprawdzają paszporty covidowe. W niektórych proszą o wpisanie się na kartkę.

Drugiego dnia trafiliśmy do Gasthaus Poschl. Całkiem z przypadku. Przekonała mnie kolejka przed wejściem. Na bezczelnego weszliśmy nie czekając. Jako że dzień wcześniej był sznycel i wieczorem miał być kotlecik w jakimś pysznym miejscu, to wzięliśmy gulasz i tatar.

No Wiedeń tatarem stoi! Po chwili okazało się, że barmanka z jest Polski, także zrobiło się jeszcze bardziej miło. Okazało się, że miejsce jest jakieś kultowe, bo wcześniej posiadał je austriacki aktor, a później Polak odkupił. Pojedliśmy, popiliśmy dobrego, austriackiego piwka i poszliśmy na chatę się pocić (gorączka mnie dochodziła). Po drodze wzięliśmy 3 ciasteczka – strudel, sacher cake wychwalany pod niebiosa i sernik. Oj oj i oj! Zygmunda urok nadal działał! Żadne nie było za specjalne.

Ale to nic. Prawdziwa katastrofa dopiero miała nastąpić. Poszliśmy do najstarszej restauracji w Wiedniu. Ach, gwiazdek pięć w recenzjach co niemiara. Siadamy, rozglądamy się, no i stwierdzam, że nawet ładna … nora. Wzięliśmy oczywiście tatara i po sznyclu. Jako czekadełko dali nam pieczywo i masło. No cóż, bułką mogłem gwoździe wbijać.

Wjechał tatar. Niestety, to była jakaś kupa. Dzień później kelner z Gasthaus Poschl uświadomił nas, że mogli keczup dodać do mięsa. Fuuuu. Wielki Pe mówi, że keczup jest bardzo be, więc po kiego czorta go dodawać do czegokolwiek?!

Wjechał sznycel. Pierwszy kęs – nic, zero smaku. Drugi kęs – to samo. Odrywam panierkę i ledwo odszukuję mięso. Trzeci kęs, tym razem samego mięsa – nic! Zero smaku!

Szwedy mówią, że pewnie dlatego, że mam fever. Poprosiłem ich, żeby głośniej to powiedzieli, to obsługa na pewno nas nie wywali za drzwi, albo nie zawoła policji. I tak wjechałem na nielegalu, bo niby w ciągu 8 dni przed przylotem oficjalnie zadeklarowałem, że nie miałem żadnych objawów corona wirusa – gorączka, ból gardła, brak smaku i tak dalej.

Sznycel jest bez smakowy i cieńszy niż panierka. Czuję, że jem bułkę tartą! Odsuwam talerz i piję wodę. Oczywiście podchodzi kelner i się pyta, czy coś się stało. Tłumaczę mu więc. Zabrał talerz i jak się okazało na końcu, nie policzył dania.

Pamiętam 2016 rok. Ja, pan od Państwa z Europy na K., Ula z NJ i jej chłopaki i Floryda. Rozstaliśmy się w Everglades i ja z Panem od Państwa z Europy na K. ruszyliśmy do Naples, miasteczko dla bogatych emerytów. Poszliśmy do jakiejś knajpy sportowej o wysokiej ocenie. Po drodze mijaliśmy salony maserati i innych luksusowych aut. Pamiętam, że wziąłem cziken wings, a kolega … hm nie pamiętam. Podbija pani po chwili z pytaniem jak nam smakuje. Uśmiechnięta cała, bo przecie taki to dobry lokal. A jej niestety mówię, że to jest kompletnie nie ostre, jest kwaśne, nie da się tego jeść. Pani mina zrzedła. To był chyba pierwszy raz, kiedy oddałem jedzenie. I chyba ich pierwszy raz, kiedy ktoś im oddał talerz.

I teraz mnie trafiło. Dwa ohydne dania w jednym miejscu! Koszmar. Freud rzucił urok na mnie!

W sobotę było ciut lepiej, ale tylko ciut. Skusiłem się na zwiedzenie domu Mozarta. Och! Pomyłka. Fajna chata, ale znowu 4 pomalowane na biało ściany (z jednym wyjątkiem). Młodo zszedł Amadeusz. 35 lat. Z 6 dzieci tylko dwoje przeżyło niemowlęctwo. Oj, słabe geny, słabe.

Na lunch wróciliśmy do Gasthaus Poschl, do naszej Polki. Wzięliśmy tym razem sznycla z pure ziemniaczanym.

Mmmm, mniam i mlask! Kelner (ten od wyjaśniania sprawy wyglądu tatara z wieczora poprzedniego) okazał się też mówić po naszemu, z bardzo silnym akcentem. Babcia sobie dziadka skądś wzięła i taki miks wyszedł. Ale fajnie, że wnuka po polsku nauczyli.

Na kolację miała być tatar-uczta w El Gaucho. Rezerwacja dopiero na 21.30 zrobiona, takie oblegane miejsce.

Długo się nie naradzaliśmy – wszystkie trzy rodzaje tatara zamówiliśmy – klasyczny, z krewetką i ostrym majonezem i fois gras.

Hm, najlepsze tatary w jakie jedliśmy w Austrii, ale daleko im do naszych. Knajpa fajna. Mięsna. My już mieliśmy dosyć jedzenia, szczególnie tak późno. Siedziałem przodem do punktu, w którym chłopiec mięso czyścił, kroił, klepał. Także widać było jak to selekcjonują.

Dziś taki chil out zrobiliśmy. Pochodziliśmy po mieście do 12.30 i uciekliśmy na lotnisko. Szwedy miały lot o 15.40, a ja o 18.05. Niektóre Szwedy miały złote członki i wolny wstęp do lounge z osobą towarzyszącą, a ja? A ja mogłem sobie kupić takie wejście przy robieniu check-in, ale nigdy nie kupowałem tego, więc zignorowałem. 35 euro oszczędzone. Na lotnisku okazało się, że koszt jest ciut wyższy – 39. Ale i tak wydatek mi się zwrócił. Więcej bym wydał siedząc gdzieś w knajpie przy bramkach.

Wiedeń ok, fajna wycieczka. Język trochę brzydki, ale jak się okazało poradziłem sobie całkiem, całkiem. Angielskiego nie za dużo używałem. Wydaje mi się, że ludzie bardziej wyluzowani, niż Niemcy. Ale to może takie moje wrażenie.

 

Zdjęcia Wiednia tu

 

 

modlitwy żaby

Wpadła mi w ręce książka pt. Modlitwy żaby. Poczytałem okładki o panu autorze i o tym dziele. Od razu stwierdziłem, że bełkot jakiś pseudofilozoficzny.

Ale tak z ciekawości przejrzałem zawartość. Z grubsza.

Ah, wstawka!

Wczoraj w radio głosili, że Toruń ma pierniki. Poznań ma rogale Marcińskie. A Gniezno ma …

No właśnie, wczoraj były imieniny (św.) Wojciecha, patrona Polski (Czech i Węgier), mocno związanego z pierwszą stolicą Polski.

Oj, św. Wojciech skończył marnie. Głowę mu na pal nabili, na znak hańby. Relikwie złożono w Gnieźnie, w katedrze (św. Wojciecha). I w radio właśnie rozmawiano z mieszkańcami grodu wspomnianego. I tu się wszyscy dowiedzieli, że przysmak ichniejszy, to … Wojciacho. W cenie 1,50 zł. Heh, ciekawostka taka.

I tak przeglądając książkę trafiłem na opowiastkę quasi filozoficzną o tym, kiedy się Bóg śmieje.

Ja bym dorzucił jeszcze jeden przypadek na ubaw po pachy Stwórcy.

W międzyczasie poczytałem w onet o mistrzu Robercie Makłowiczu. Jeden artykuł zatytułowano – wszyscy jeżdżą do Tajlandii, a na Podlasiu nikt nie był. Okazało się, że kuchmistrz odwiedził znajomych w Kruszynianach. Dowiedziałem się, że tę wielką budę-restaurację im spaliło. Ponoć zwarcie elektryczne.

Byłem tam kiedyś, już nie pamiętam kiedy. Z 10 lat nazad? Albo i dawniej. Ze Słodkokwaśną i jego panią. Zajechaliśmy do tej restauracji z zamiarem pałaszowania pyszności tatarskich. Chyba za późno przyjechaliśmy, bo to co chcieliśmy zamówić było już niedostępne. Wzięliśmy to, co mieli. Jakieś mączne bułki/wypieki. Nie smakowało nam, o ile mnie pamięć nie myli. A zdecydowanie mi nie smakowało.

Pan Makłowicz zjadł sobie na śniadanie śledzia z chrupiącą, smażoną cebulką, serem korycińskim. Bo po sąsiedzku ten Korycin. Na obiad w wielkim grillu maestro zrobił szaszłyki, obok na płycie grzewczej kładąc znowu ser koryciński, porównując go do halloumi, czy oscypka [sic!]t. Z jedną, lokalną panią, przyjaciółką swoją zrobili coś naprędce. Nie zauważyłem nazwy i składników. Pani miała piękną otrzewną z jagnięcia. Zawinęła w to starkowane ziemniaki z mięsem. Ponoć to ich odpowiedź na kiszkę ziemniaczaną, którą się robi z flaka/kiszki wieprzowej. Pani poinformowała, że nie są jacyś ortodoksyjni i zdarza im się jeść polskie kartofel-danie, ale ich wypiek, to jednak tatarski wypiek.

Drugi artykuł o panu Makłowiczu miał tytuł – w tym roku tylko raz udało mi się gdzieś polecieć.

I tu mię olśniło! Właśnie! Po 15 latach beztroskiego latania, ja w 2020 nigdzie nie byłem. W 2005 po raz pierwszy świadomie wyleciałem za granicę (nie liczę licealnych i studiowych wypadów do Czecho-Słowacji). 16 lat temu odwiedziłem Lądek. Oj, pamiętam szok lingwistyczny. Półtorej dnia zajęło mi zrozumienie ich akcentu. Na początku łapałem tylko, że z intonacji ich wypowiedzi należy odpowiedzieć „tak” lub „nie”. Także mądrzę w ten sposób odpowiadałem. Znajomi się pytali co ludzie mówią, a ja odpowiadałem szczerze, że nie mam pojęcia, ale odpowiedź „tak” lub „nie” była na miejscu. Pod koniec drugiego dnia wszystko już kumałem. Lubię brytyjski akcent. Z 5 lat temu, jak na weselu siostry ciotecznej nazjeżdżało się towarzystwo z Wysp, to miałem przyjemność usłyszenia różnych odcieni szekspirowskiego. Jako ciekawostka dodam, że wesele odbywało się w dniu referendum – Brexit or no Brexit? Pytałem się nawet przyjezdnych, że nie żałują, że zmarnowali okazję zagłosowania na swoją przyszłość w UE. Okazało się, że na Wyspach jest Europa i można było głosować korespondencyjnie. U nas rok temu chcieli zrobić tak samo, ale wyszedł z tego jeden wielki sasin.

Kończąc wątek o weselu i Brytolach. Jak Szkot mówił, to było ok, ale jak się ludzie z Londynu zaczęli wysławiać, to cholera, trzeba się było skupić. Fajny ten akcent.

Także moje pierwsze wojaże to był Londyn – 2005, 2006, 2007, 2008, 2010.

I tak sobie teraz myślę, że jeśli istnieje Bóg, to pewnie się teraz śmieje – wycieczek wam się zachciało? Za granicę!  Hahahahahaha, w domu siedzieć.

I się kurczaczki okazuje, że w 2021 też chyba nie będzie mi dane gdzieś wyskoczyć za granicę. To będzie drugi taki rok!

W mediach polskich informują, że ponoć do Grecji i Turcji można będzie wyjechać „normalnie” na wakacje. Rozmawiam z moim znajomym Muratem, jak tam sytuacja u niego. Okazuje się, że fatalnie. Także Turcja odpada.

Eh, idę robić babkę ziemniaczaną, bom się zainspirował mistrzem Makłowiczem. A może do Tajlandii na kanikuły? Na Podlasiu już się nabyłem.

 

zły w oczach

To był bardzo wzruszający, emocjonalny weekend! Łzy w oczach miałem.

Przede wszystkim pogoda nie była taka ostatnia.

Zaczęło się w sobotę. Iga Świątek podbiła Paryż. Mistrzyni turnieju Wielkoszlemowego French Open/Roland Garros.

Jeździłem sobie dookoła Lasu Kabackiego.

Polecam tę ścieżkę. Można w kilku miejscach wyrżnąć w drzewo. Taki slalom gigant. Ale kask na głowie, pyś się cieszy i jazda. Zjechałem do baru koło 15.30 i co ja patrzę! Nasza Iga wygrywa 3-0. Zamówiłem grilla, piwo, skorzystałem z toalety i siadam. Oj! 3-3. Chyba pecha przyniosłem naszej. Ale oglądam. Piękny pierwszy set. Jak ona gra! Drugi set to chyba już kontuzja albo zdeprymowanie przeciwniczki. Co prawda na początku drugiej partii Amerykanka urodzona w Moskwie przełamała Igę, ale kolejnych 6 gemów padło łupem Polki. Ależ dziewczyna gra odważnie. Nie boi się. Zmienia tempo. Ręce same zaczynały bić brawo. Po ostatniej piłce łzy mi napłynęły do oczu.

Szkoda, że Radwańska nie wygrała takiego turnieju. Ale cóż, ona nie miała nigdy siły. Technicznie była genialna. Potrafiła taktycznie dobić przeciwniczki. Tylko jak się nie ma siły, to łatwiej dobiec do piłki. Poza tym trafiła na generację bum-bum, czyli Siostry Williams, Azarenka i Szarapowa. I też chyba niefortunnie się stało, że została przy tym swoim trenerze Wiktorowskim. Ale nie ma co gdybać. Radwańska rozsławiła Polskę. Szkoda, że olała totalnie reprezentowanie kraju podczas Igrzysk w Londynie i Pucharu Davisa. Ale nazwisko w świat poszło. Na US Open 2009 roku zamawiając picie i jedzenie pan zapytał skąd jesteśmy. I jak usłyszał Poland, to od razu skumał Radwańska.

Mam nadzieję, że teraz Iga będzie taką samą ambasadorką. Fajnie! Do przodu, po swoje! 19 lat i taki sukces.

Wzruszające również były gratulacje od legend tenisa, od Naomi Osaki (mistrzyni US Open 2020, była numer 1), od męskiego numeru 1 Novaka Djo-covida, od Lewego, od Radwańskiej.

Wiem, że może nie wszyscy się interesują tenisem, ale trzeba zaznaczyć, że to co zrobiła Iga Świątek jest wyjątkowe.

– jest najmłodszą zwyciężczynią turnieju od 1992 roku (Monika Seles była ciut młodsza, a jakie osiągnięcia ma pani Seles każdy wie)

– jedyna nastolatka od 1997, która wygrała ten turniej

– jest najniżej notowaną zawodniczką, która wygrała turniej od czasów wprowadzenia oficjalnego rankingu (1975)

– wygrała turniej bez straty seta (kilku osobom to też się udało. Rafa Nadal zrobił to wczoraj po raz 3 lub 4)

– żadna z przeciwniczek nie ugrała w całym meczu więcej niż 5 gemów z naszą Igą

– żadna z przeciwniczek nie ugrała w secie więcej niż 4 gemy

– tylko dwie przeciwniczki (na 7) zdołały uniknąć wyniku 6-1 w secie.

– jest pierwszą Polką, która zdobyła tytuł wielkoszlemowy w singlu (wśród Polek i Polaków)

I tak w ogóle, to miło się jej słucha po angielsku. Nie dość, że fajny akcent, to jak na 19 lat, mądrze mówi. Jest skromność i ta dziewczęcość. Brawo Iga!

 

W sobotę wieczór zostałem zaproszony do Słodkokwaśnej. Żeberka i tatar. Uf, prosto, nie trzeba było stać przy garach za bardzo. Ale jak zwykle, dań wyjechał na stół koło północy. Do dziś boję się na wagę stanąć. Całą niedzielę pościłem. Dopiero koło 20 poszedłem na pizzę do Segmentu. Robert akurat coś eksperymentował przy plackach i postawił mi na stole … gwiazdę.

Popróbowaliśmy i stwierdziliśmy, że chyba nie. To nie jest dobry czas na takie wypieki. Choć te rożki wypełnione słonym serem fajne. Zamówiłem sobie pizzę z serii „Wiesz co, zjadłbym pizzę, ale nie wiem jaką”. I super w Segmencie jest to, że właściciel już wie, jak mi dogodzić. Jego drugi pizzer też jest kreatywny, ale jemu trzeba podpowiedzieć z czym ta pizza miałaby być lub nie. W sumie sytuacja jest win-win. Bo ja smacznie się najadam, a oni eksperymentują. I tym razem zjadłem nowość, która się pokaże za niedługo w menu. Mniam i mlask!

Na koniec pan właściciel podsunął mi talerzyk z rybkami. Czy znam – pytał się. Bo brat przywiózł z Białostockiego. No znam – mówię mu – Czasem robię sam. Kolega nie znał. Ale te rybki takie nie w moim smaku. Ciut za słodka zalewa. Kolega też chyba fanem nie został, ale wszystko ze słoika wyjadł.

Okazało się, że Polska gra. Choć gra to może za dużo powiedziane. Przynajmniej wyglądali lepiej niż w meczu z Holandią. Restauracja Segment jest fanem Legii i polskiej reprezentacji. I to tyle w temacie futbolu.

Tatar został przyrządzony z mięśnia sercowego. No kawał klocka. 1,8 kg. Po oczyszczeniu już tylko 1,4 kg. Ale 6 zł za kilogram, także żadna strata. Tatar pyszka. Polecamy serdecznie. Bardzo delikatne mięso. Na grubych okach trzeba mielić.

Żeberka takie jakieś ciut przy suche miejscami. Ale lepsze niż te moje z 7 marca.

I polecamy serdecznie alcorythm. Może nie będę mówił do czego to służy, bo wyjdziemy na jakichś alkoholików, ale sprawdzony to produkt. Działa. W niedzielę samopoczucie bardzo dobre. I wydaje mi się, że w sobotę, jakoś ciut po północy, pani Słodkokwaśnej zasugerowała, że mnie do bramki odprowadzi. Zróbcie w końcu ten domofon! Żeby nie trzeba było się fatygować z gośćmi do wyjścia.

 

Także w niedzielę obudziłem się objedzony. Rower był krótki, bo jakoś nie za bardzo było ciepło, jak się pędziło na dwóch kółkach. Ale za to spacer po lesie był jak ukojenie. Jesień polska w połączeniu z promieniami słonecznymi jest bajkowa na łonie natury. Fajne kolory.

To była niedziela jak się zowie.

 

A dziś przeczytałem, że, od wiosny 2021, po 110 latach Czesi przestają produkować Lentilky. Powodem jest zmiana receptury i opakowania – informuje czeska stacja Radiožurnál. Germania będzie teraz to robić. To już nie będzie to samo. Łzy w oczach!

 

kaszanka

Dziś światowy dzień mórz i oceanów. Taka ciekawostka.

To ja może o kaszance.

Ale zanim o niej, to dodam o czymś, co mnie zaintrygowało. W sobotę robiłem zakupy w Carrefourze i znalazłem to:

Domyślam się, że pewnie sporo czosnku musi zawierać ta przyprawa. I pewnie jakieś pędy osiki. I kiedy tego używać? Za dnia? Czy nocą? Promo było  – minus 42%.

W weekend spotkałem się z dawnoniewidzianą znajomą przy grillu. Gaworzyliśmy o kaszance. Zgodnie stwierdziliśmy, że dobra czarna kiełbaska nie jest zła. Koleżanka dodała, że bardzo nie lubi, absmak taki ma, jak coś takiego brązowego jest w środku i się maże.

– no bo wątróbki dodają! Dobra kaszanka, to musi mieć dobrą kaszę gryczaną – włączył się kolega.

Ja w sumie też nie lubię tej brązowej mazi. Płucka albo ozorki w kaszance lepiej mi wchodzą.

Okazało się, że obok mojego domu jest sklep z mięsem. I tam mają ponoć najlepszą kaszaneczkę. Cóż, sklep kojarzę. Nigdy nie odwiedzałem, bom ogranicza mięso oraz przybytek nie wygląda jakoś zachęcająco na odwiedziny, a tym bardziej na zakupy. Ale teraz może się przejdę.

Kaszana z tą pogodą również.

 

W ubiegłym tygodniu sprawdziłem, że w Austin mają cały tydzień 30 plus oraz … burze. Napisałem do Uli, że pioruńsko gorąco. A u nas wtedy ledwo do 16 kreski dochodziło i było zimno i padało.

No to teraz mam. 20 kilka stopni, czasem słońce, czasem deszcz i grzmoty. Także u Maćka nadchodzi czas potów i żarów. A w Teksasie ponoć już 40+. Eh, to tyle, ile … niektórzy mają lat.

Mam nadzieję, że żartują z tymi przepowiedniami na lato, że niby jakieś fale arktycznych upałów nadchodzą.

Muszę w końcu do tego “U Maćka” zajść. Ciekawe czym handluje.

 

 

 

Wczoraj poszedłem do parku poczytać książkę, ale nie wytrzymałem długo. Duchota. Tak sobie smaka narobiłem wcześniej tą kaszanką, że poleciałem do osiedlowego baru na jedzenie. Grilla w weekend w końcu odpalili. Mmmmm. Mniam! Ale 14 zł?!

Drogo. Ale przynajmniej człowiek najedzony, napity, to i książka jakoś lepiej wchodzi. Ale nadszedł deszcz z grzmotami i czar prysł. Nawet parasolka za bardzo nie pomogła.

Podesłałem zdjęcie dania mojemu kumplowi w Stanach. Pod spodem napisałem „a delicacy from Poland – blood sausage”.

Yes, i’ve tried. Not a fan – odpisał szybko. No ludzie to się nie znają na dobrym, polskim i pysznym jedzeniu. Kaszana!

 

A propos „fan”. Wczoraj nastąpił debiut mego wielkiego wentylatora w 2020 roku. Oj, chyba trzeba powoli wygaszać pichcenie w domu. Nagotowałem pomidorowej i się zlałem potem.

A dziś zrobiłem sobie przepyszną pieczarkową. Aż sam się zdziwiłem, że naprawdę taka pyszna wyszła. Sekret dobrej zupy, to … serce włożone w przygotowanie jej.

A propos „serca”. Właśnie zadzwonił Słodkokwaśna i namówił na boczek oraz pyszny tatar z serca wołowego. Uf. Już się bałem, że z czego innego. Zapytał mnie najpierw, żebym zgadł z czego ten tatar może być. Strzeliłem na sam przód, że pewnie z byczych jąder (przecie Słodkokwaśna nie je normalnych rzeczy, tylko jakieś wynalazki). Powiedział kolega, że blisko jestem. Moim drugim typem była macica jakiegoś zwierzątka (już kiedyś mieliśmy jeść na kociołku wietnamskim, ale nie wiem w sumie czy był ten … podrób. Na pewno jadłem wtedy jajko z kaczątkiem. Brzydkim jakimś kaczątkiem. Smakowało jak … wątróbka). Ufff, okazało się, że jednak z serca wołowego.

Dobra. Wyglądam przez okno i nie wiem jak jechać. Żeby tylko jakieś kaszany nie było po drodze. W autobusie nie da się podróżować w maseczce – duchota, gorąc, poty. Piechotą – ryzyko, że coś lunie i jeszcze mnie piorun jaki trzaśnie. To chyba Uber albo coś podobnego.

 

 

© 2026

Theme by Anders Noren — Up ↑