usa

florida

 

Na Florydę mnie nigdy nie ciągnęło, a wręcz odpychało. Przecie to piekło na Ziemi. Ale jak już padła propozycja wyjazdu poza stany New Jersey i New York, to zaczęło się szukanie miejsca. Tam nie, bo dzień krótki i mało się zobaczy. Tam dalej też nie, bo w sumie nie wiem czemu nie. Może dlatego, że większość osób była już w San Francisco. A może dlatego, że bilety były drogie?

Padło na Florydę. OK, listopad i grudzień, to dwa najzimniejsze miesiące, toć mogę zawitać. Dopiero jak kupiliśmy bilety, to zorientowałem się, że temperatura w dzień wynosi 27 stopni, a w nocy 25. Hm, będzie piekło?

No było trochę gorąco ale dało się żyć. Na szcęście nie padało. Takie groźby też były. Niby na tydzień przed naszym przylotem, zapowiadali deszcze ale jak z prognozami pogody jest, każdy wie.

O tym, jak leciało się do Miami już pisałem. Prędko.

Dextera nie widzieliśmy. Pewnie nadal w Kanadzie za drwala robi. Temperatura, a właściwie pogoda była … lepka. Jeśli to jest najzimniejszy okres, to o-mój-boże, jak tam żyć w pozostałe pory roku? A jak kręcić seriale? Jak Dexter musiał się uwijać w tym ukropie i maglu? Szacun. Kanada jednak była sensownym i logicznym rozwiązaniem na ucieczkę. Miami w sumie nie zwiedzaliśmy, bo jakoś nikt sobie nie winszował. Miała być opcja przejechania miasta ale też jakoś specjalnie nie chciało nam się jej realizować.

Wjechaliśmy w ten cypel zwany Keys po ponad godzinie. W Key Largo zostało Państwa z New Jersey, a my naszą dużą (jak nam się w wypożyczalni wydawało) maszyną ruszyliśmy na Key West. Droga specyficzna, bo po jednej stronie woda, po drugiej też. Czasem jakieś miasteczko (np. Marathon). Jak się kończył ląd i robiły się wyspy, to wjeżdżało się na mosty (np. 7 mile bridge). Powiem tak, jakoś nieurywająca niczego była to podróż ale bardzo podobająca się (nie za bardzo sprzeczne zdanie mi wyszło?).

mosty

W naszym szerokim Jeep-ie nie było USB, więc nie mogliśmy podłączyć naszych aplikacji muzycznych. Radio popowe szybko dosyć wyłączyliśmy. A dlaczego? Hello? Wersja normalna, wersja lekki dance, wersja mocniejszy dance, wersja normalna. I tak w koło Macieju – Hello!

Adele pobiła rekordy sprzedawalności. W UK najlepiej sprzedająca się płyta w historii w pierwszym tygodniu (ponad 800 000 egz), najszybciej sprzedane milion sztuk płyty w historii (10 dni). W Stanach też zapisała się chyba już na zawsze – 3,38 mln egz w pierwszych 7 dniach od premiery. W drugim tygodniu, już „tylko“ 1,1 mln szt. Ponoć idzie na rekord sprzedania 5 mln egz w trzy tygodnie w USA.

Ale tyle o Adele. Wiadomo już dlaczego radia normalnego nie dało się słuchać.

Trafiło na country. Gdzie ja byłem całe życie!?!?!?! Muzyka rewelacja. Grany był hit na miarę chyba Hello, bo dość często można było posłuchać – Cam „Burning House“. Do gustu przypadał nam również George Strait „Cold Beer Conversation“. O muzyce country trafnie napisał Marek Wałkuski w „Wałkowaniu Ameryki“. Piosenki o życiu, o sprawach przyziemnych, codziennych. Ha, ale też o ważnych rozterkach życiowych – pocałowałem dziewczynę przyjaciela i jak ja mam mu to powiedzieć. Najczęściej były to pieśni o zabawie, rozrywce przy piwie po ciężkim dniu pracy. Tylko ta pani z płonącego domu jakaś dramatyczna była.

Także obraz naszej podróży już jest – Jeep Grand Cherokee, muzyka country, żar za oknem, woda po lewej, woda po prawej.

O ok. 18.00 ujrzeliśmy szybki zachód słońca i po nim ciemność. Koniec podziwiania. Na szczęście byliśmy już blisko. W hotelu się szybko załatwiliśmy – drink w barze, rekonesans i w drogę na miasto.

droga na KW

Kolacja w kubańskiej restauracji. Jedzenie smaczne ale czy to kubańskie? Jeśli tak, to bez zapamiętania. Ale smakowało (w sumie głodni byliśmy, to może i dlatego)?

kubanska restauracja

Zaczęliśmy podziwiać przybytki wieczorne Key West. Kanjpa na knajpie, ludzi sporo na ulicy. Można palić w środku, przy akompaniamencie artysty na żywo. Pierwszy ensamble grał fajnie, ale wokalista do wymiany. Piwo było jedno i zmieniliśmy lokal. Zaczęliśmy pić rum z kolą. Blondynka śpiewała standardy przy swoim wiadrze na napiwki. Komicznie to wygląda. Żadna czapka, żaden futrał, tylko właśnie wiadro. Blondi dostało 2$ od nas. Marketingowo też ciekawie jest. Artyści co chwilę pytają, czy każdy ma drinka w ręku, czy ma co pić. Jeśli nie, to może podejść do baru i zamówić sobie coś. W kolejnym klubie przywitała nas kontrola wykrywaczem metalu. Albo gwiazda gra, albo jakieś przygody mieli.

durty harrys

Lokal o nazwie Durty Harry’s. Najsprawniejsza kapela. Z tyłu za nimi leciały teledyski i pan się uwijał sprawnie. Ostatni lokal porażka – nagłośnienie fatalne plus ludzi jakoś mało (może dlatego, że muzyka była do luftu).

knajpa ostatnia

Śmieję się z tych wiader. Wiele karier zaczynało się od grania po knajpach. Jak to musiało wyglądać? Gra sobie grajek w takim np. Key West, wiadro ma przy nodze, i po stu latach, jakimś cudem akurat w tym lokalu jakiś ważny producent, po dziesiątym rumie z kolą, postanawia wylansować artystę, bo mu się podoba. Blondi faktycznie grała sprawnie. Ale takich niuniek jest na pęczki w szołbiznesie plus jeszcze więcej przy wiadrze w innych lokalach w całych Stanach.

Na drugi dzień zwiedziliśmy miasto. Z najciekawszych:

dom Ernesta Hemingwaya (dosyć interesujący),

EH dom

 

dom-pracownia Mistrza,

EH pracownia

najdalej wysunięty punkt na południe USA (southernmost point).

southernmost

Do Kuby już tylko 90 mil. Koguty po ulicy biegają. Kubańsko. W drodze do obeliska oznaczającego najpołudniowsze miejsce poczułem jakiś nieprzyjemny zapach. Co chwila mijaliśmy osoby z zielonym owocem ze słomką. „Durian“ – zażartowałem sobie. Hm, kupiliśmy sobie cocnut water za 3$. Kolega wziął łyka, ja chyba ze dwa. Zgniła woda! Na szczęście na rogach stały pojemniki na śmieci z napisem „coconuts only“.

cocnut water

Miejscowość Key West przyjemna jest. Fajna wycieczka, fajny relaks. Polecam.

Key West

Ciasno trochę ze względu na położenie. Plaże wąskie. Domy budowane na kurzych łapkach (ochrona przed tym, żeby fala nie zmyła domu). Aha, ciekawostka – domy budowane z cegieł.

Zaciekawiło nas jedno drzewo tam. Nazwałem je Luizjana Tree. Niektórzy mówią na nie “drzewo ze stu drzew”.

drzewo

Pojechaliśmy do Key Largo do Państwa z New Jersey. Zjedliśmy kolację i się chilloutowaliśmy na plaży (niektórzy w gamaku, jak to Rosjanie mówią).

Następnego dnia pojechaliśmy do Everglades National Park. Nie oszołomiło mnie to miejsce. Widokowo tak sobie ale oprócz krokodyli ma super atrakcję – Airboat!! Kto oglądał Miami Vice (Policjanci z Miami) albo którąś część Akademii Policyjnej, ten wie. Rozrywka pierwsza klasa. Kenny nas powoził. Opowiedział parę ciekawostek, podpłynął do krokodyla płynącego sobie oraz do … jenotów(?).

airboat 02

 

jenot

Airboat atrakcja pierwsza klasa! Polecam.

airboat 01

Pożegnaliśmy się z Państwem i pojechaliśmy do Naples nad Zatokę Meksykańską. Niekończące się i szerokie plaże, wielkie domy. Słonecznie i zielono.

naples

Tylko miasto samo w sobie jakieś dziwne. Niemiejskie, jakby centrum nie było (a może i było, tylko nie ciągnęło nas doń), więc nie za bardzo jest jak się piechotą poruszać. Poszliśmy jedynie nogami na kolację, bo było w miarę blisko (mijając salon Maserati, Porsze). Bogata to miejscowość. Knajpa All Sports Bar słynie z dobrej oceny wg. google. Milion telewizorów, na których można oglądać przeróżne sporty (tylko na jednym chyba wiadomości ze świata były, ale oprócz dwóch Polaków, nikt na nie patrzył). Kolacja niestety straszna. Zamówiłem cziken łingz spice. Nie zjadłem swojego dania, i po wydaniu opinii, nie zapłaciłem też zań. Ponoć pierwszy raz zdarzyła im się skarga i narzekanie na posiłek. Zawsze musi być ten pierwszy raz. I tak tam już nigdy nie wrócę. Kolega z wielkim niesmakiem zjadł Burgera.

Jako, że nie było co robić wieczorem (a może i zmęczenie już było), postanowiliśmy zabić smak kolacji w barze hotelowym.

hotel

Następnego dnia, po dwóch godzinach jazdy dotarliśmy na lotnisko w Miami i pofrunęliśmy do Nowego Jorku.

Wyjazd bardzo przyjemny, relaksujący. Dziwnie i karykaturalnie wyglądają tam święta. Słońce, plaża, bardzo ciepło, a w radio „Last Christmas“, w sklepach, w hotelach i w innych przybytkach choinki. A na mieście ozdoby świąteczne. Bałwan ze styropianu też osobliwy.

Happy Holidays!

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.