Tag: Białystok

nie ma co trzymać najlepszych talerzy dla gości

czyli na szczęście już po świętach, które upłynęły pod znakiem obżarstwa.

Ale co za historia w trakcie!? Wychodzę ja ci z hotelu i patrzę – jakaś znajoma twarz. Mówię „cześć”. A ta twarz pyta mnie … po angielsku! – do you know the code to the toilet? Skonsternowałem się, ale jako, żem bystry jest i mam refleks to odpowiadam, skoro pytał Ty mnie Maciek nie poznajesz? Taki sam jak do głównego budynku. I se poszedłem. Kolega z 15 lat temu prowadził z drugim kolegą agencję eventową – Grupa Białko. A że chłopaki byli z Białegostoku, to się z nimi zakolegowałem. Drogi właścicieli się rozeszły, nasze z resztą też. ale to co razem zorganizowaliśmy, to nasze (zasłona milczenia).

Wielka Sobota upłynęła hucznie raczej. Wyżerka w Multibrowarze i później drinki w Talerzach i Szklankach. Knajpa ok, ma swoje plusy i minusy. Polecam – placki ziemniaczane, wątróbkę w porto, świeżynkę i wybór piw. Na minus – tatar!, śledzie! Smalec i suche żeberka.

Szklanki i Talerze tłoczne. Gwarno. Kelnerki sprytnie się uwijają, a menu bogate. Sporo przetestowaliśmy. Ale za długo siedzenia nie było, bo przecie następnego dnia Wielkanoc i śpimy krócej.

Znów budził mnie sen. Ten sen przerażał mnie. Śniło mi się, że mój iPhone pękł na pół. Najpierw rysa na ekranie się pojawiła, ale jak wziąłem do ręki to telefon złożył mi się i rozpadł na trzy części. Postanowiłem zadziałać i poprosiłem Siri, żeby wykonała pewne czynności. O dziwo w międzyczasie telefon się skleił, ale jakoś obszarpany był. Grube ślady łączeń nie pozwalały zobaczyć co się dzieje na ekranie. Także, skoro żem bystry jest i mam refleks, to postanowiłem poprosić Siri o połączenie z Ulą z Teksasu, która już nie jest z Teksasu, ale akurat przebywa w Teksasie i poprosić ją o kupno nowego iPhone. Przychodził mi do głowy jeszcze kolega, który ma firmę. Chciałem jego zapytać, czy mogę na fakturę nowy telefon kupić. Także wyjścia ewakuacyjne były z beznadziejnej sytuacji. Ale nie doszło do rozmów z Ulą i kolegą, bo nagle telefon mi zaczął dzwonić. Odebrałem (nawet nie wiem jak!) i słyszę, jak ktoś zaczyna nawijać. Przerwałem i się pytam kto to taki. Usłyszałem, że mój norweski kolega. To mówię mu, że nie uwierzy, ale właśnie telefon mi się rozpadł na 3 części i nie widzę nic na wyświetlaczu, więc nie wiem kto dzwoni, stąd moje pytanie. W ogóle dziwna akcja, bo kolega z Norwegii nigdy do mnie nie dzwoni, a iMasaże też bardzo rzadko pisze.

Obudziłem się przerażony i odłączyłem telefon od ładowarki. Poprzekręcałem się na boki znowu zasnąłem. I śniło mi się, że spotkałem … Camilę Lackberg! A miałem tego dnia koszulkę z napisem Fjallbacka (rodzinne miasto pisarki, miejsce akcji jednej z jej serii). Od razu podbiłem doń i zacząłem gadać jak najęty. Koniec snu.

Później na insta zobaczyłem, że pisarka kupiła posiadłość w Hiszpanii. Książki pisz do cholery, a nie domki se kupujesz!

Pointa tego postu niech będzie taka, że świat się zmienia. Dużo ludzi na mieście było. W Wielką Sobotę. Pamiętam w liceum, ponad 30 lat temu, że w ten dzień nie było dokąd pójść, bo nie było dużo lokali, a te istniejące w ten dzień były zamknięte.

 

kontrowersyjnie srał na to pies

Nie, że pies sra jakoś ekstraordynaryjnie, że aż kontrowersja powstaje. Nie. Po prostu ulewa mi się i daję taki kontrowersyjny tytuł – srał na to pies.

To z resztą częste powiedzenie Słodkokwaśnej, który będzie wspomniany poniżej.

Mam już serdecznie dosyć słowa Narodowy w powiązaniu z pandemią, z naszą władzą. Narodowy Program Szczepień, Narodowy Spis Powszechny, narodowy lockdown, …

Odnośnie władzy, to powiem krótko – srał na was pies. Nie mogę na was patrzeć, nie mogę was słuchać. Czy my mamy prezydenta? Bo od wyborów słyszałem o nim dwa razy – choinkę przyozdobił z tą swoją i na nartach był. Na niego też czworonóg może zrobić …

Jak słyszę o tym, że konferencję zwołują, żeby powiedzieć co dalej z naszym zamknięciem, to wzruszam ramionami. Jak słyszę, że o dwa tygodnie przedłużają lockdown, to kompletnie to po mnie spływa – srał na was pies.

Co do spisu, to jestem wściekły. Musiałem podać adres domowy, gdyby ktoś 31 marca przebywał w moim lokalu, to musiałbym sprzedać pesel gościa. A co na to RODO? A co jeśli to była przygodnie spotkana osoba i pani się nie wylegitymowała mi się? Pytanie o pracę mnie zastrzeliło – czy pracujesz pod adresem zamieszkania – jakoś tak sformułowano pytanie. Klikam, że „nie”, no bo normalnie miejsce pracy mam w biurze. I w konsekwencji się rozwija dalsza część pytania. Adres chcieli.

A srał na was pies. W sumie to ja z domu pracuję, więc przeklikałem odpowiedź na „tak”. Tak durnej ankiety nie widziałem. I jeszcze ponoć 100 lat będą dane przechowywać. Na koniec, jak niby zakończyć miałem samospis, to dostałem komunikat, że jest błąd. Grrr. W tym przypadku samospis kojarzy mi się z samogwałtem. Nie wiem czemu.

Nie podoba mi się, że Państwo ingeruje tak mocno, że chce wiedzieć dokładne rzeczy o mnie. Na przykład mam odpowiedzieć, czy jestem wdowa, rozwodnik, sam, czy cośtam. Ale już w pytaniu czy jestem z kimś związany pojawiła się opcja „wolę nie odpowiadać na to pytanie”. Szkoda, że przy każdym pytaniu nie było takiego wyboru.

Co do pandemii i szczepień, to mam dość już tego. Ja chcę gdzieś wyjść, pojechać, odetchnąć. A Narodowy Program Szczepień wlecze się jak ślimak. Choć obiecują jakieś kosmiczne przyspieszenie w niedługim czasie.

Rozmawiam z Ulą z Nowego Dżerzeja i jej się udało już jakiś czas temu. Ale też na zasadzie – klikam, odświeżam, klikam, odświeżam, i po 4 godzinach zapisuję się.

Ula z Texasu, co niby nie jest Ulą, bo zadeklarowała, że jednak nie zna się na autach nie gorzej od Marisy Tomei z filmu „Mój Kuzyn Vinnie”, też uprzejmie doniosła, że dała się już raz dziabnąć w ramię.

Kolega z LA/SF/Chicago Michael też szczęśliwie ma pierwszy etap za sobą. A to są osoby prawie wszystkie młodsze ode mnie. Czyli lepsza ta Ameryka. Ten Trump to jednak dobry prezydent był. Nie wiem po co tyle było psioczyć.

Podczas burdelu związanego z Narodowym Programem Szczepień na początku kwietnia udało mi się zapisać na 28, czyli dosyć szybko. Na szczęście w marcu, niezawodna Monia, wraz z życzeniami nakazała mi zapisać się na jakiejś stronie i wyrazić chęć zaszczepienia się. Dzięki temu mogłem wziąć udział w Narodowym Bałaganie Szczepień. Dzięki Monia!

Następnego dnia, 2 kwietnia, jeszcze raz się zapisałem na szczepienie, bo Narodowa Banda Idiotów odwołała wszystko – błąd systemu. Dostałem termin 15 maja. I znowu Monia mi mówi – dzwoń, przekładaj. I tak kilka razy dzwoniłem pod 989 i finalnie mam wizytę na 11 maja, czyli najwcześniejszy termin dla mojego rocznika. Dzięki Monia raz jeszcze.

I od tego momentu się zaczęły porady od znajomych. Słodkokwaśna mi donosi, że na Grzybowskiej można się zapisać. Dzwonię. Zajęte z 5 razy. Nieodbierany telefon z 10 razy. No szkoda. Słodkokwaśna doniósł, że jego pani się dodzwoniła i w najbliższy piątek ma szczepionkę. Mimo wszystko dzięki Słodkokwaśna za namiar. Dobrze, że choć jedna osoba skorzystała na tym. Nie będę już przynajmniej u was w domu musiał nosić maseczki i zachowywać dystansu (przymrużenie oczka).

I tak kilka razy, kilka rad od znajomych. Bezskutecznie. Stwierdziłem w końcu, że srał na to pies. 11 maja za mniej niż miesiąc – zaczekam, nic mi się nie stanie – myślę sobie.

Dziś Monia wysyła info, że w Białym można się zapisać. No dzwonię bez przekonania. Za czwartym razem dodzwaniam się!!! Po 10 minutach słuchania muzyczki rozłączam się. W międzyczasie koleżanka sugeruje jeszcze wysłanie maila, bo ponoć, zgodnie z informacją zamieszczoną na ulotce, odpowiadają w ciągu godziny. No to piszę liścik elektroniczny. Podaję co trzeba (pesel, pasujący termin) i … zapominam o wszystkim. Nie wierzę. Srał na to pies.

Po niecałej godzinie dostaję niemal jednocześnie odpowiedź-mail od salonu szczepień oraz SMS od e-zdrowie, Narodowego Oficjalnego Informatora Szczepień. Czyli takie podwójne potwierdzenie.

Jutro o 11.00 zapraszają mnie na modernę. Dzięki Monia po raz ostatni w tym wpisie!

Na dodatek, ku memu szczęściu, szczepię się z 300 metrów od mojej starej pracy i … Mamusi i Tatusia. Czyli obiad dostanę domowy! Wyjazd się opłaci. Mam nadzieję, że nie pokręci mnie od tej szczepionki, bo weekend się tylko zmarnuje.

błąd systemu

 

Dziś rząd Wolski się skwintesencjował. Autoskwintesencjował.

Rano budzi mnie pan od Państwa z Europy na K., i cały w emocjach donosi, że się zapisał na szczepionkę na 8 kwietnia. Kolega jest stary dziad, ale nie aż tak stary, żeby się na zastrzyki anty-kowidowe już się zapisywać. Opowiedział po krótce jak to jego świekra zaalarmowała ich, że otworzyli terminy szczepień. No to ja prędziutko klikam, wchodzę w internety. Autoryzuję się gdzie trzeba i mam! Widzę terminy! Wybieram pierwszy (oczywiście Astrę Zeneka omijam) i … zonk! Wybieram drugi … zonk! Hmmm. Odświeżam stronę, wybieram dzielnię i widzę znowu terminy. I mam! Bam! 28 kwietnia moderna zapisana! Hura. Po chwili się skonfundowałem, że czemu ja Mokotów wybrałem (Moko to jednak największa dzielnia w Wawie)? Przecie Wilanów mam obok. Do Lidla chyżo skaczę na jednej nodze, a to ze 2 km ode mnie. A tak, szczepionkę podadzą mi 6 km od Bonifacego, przy … TVPiS. A jak śpiewa/rapuje w najnowszym, kontrowersyjnym teledysku Mata:

Jebać Telewizję Polską. Jacek Kurski – chuj ci w dziąsło!

Po kilku okamgnieniach zatelefonował Słodkokwaśna i się pyta, czy dzwonił do mnie pan od Państwa z Europy na K. Okazało się, że wszyscy już wszystko wiedzą. Plotka poszła w świat. Pani Słodkokwaśnej zapisała się ciut po mnie, ale na termin ciut wcześniejszy. Ale ona na Stadionie Narodowym znalazła sobie czas! Spryciula.

No cóż. Inni szczęścia, mimo szybkiej reakcji, nie mieli. Strona się zaczęła mielić, a później wyświetliła komunikat, że konserwacja w toku.

Kilka godzin później okazało się, że błąd systemu był. PiS-ie! Wy #$#^%@ jesteście błędem systemu. Gincie-przepadnijcie.

Dziś dowiedziałem się, że szwagier się uniósł w kościele po tym, jak książę proboszcz z ambony zakomunikował – módlmy się za partię rządzącą.

GUS z kolei zaczyna spis nas. Tato mnie się pytał, jak to zrobić. Toteż się zacząłem doktoryzować w temacie. Obowiązkowe jest wzięcie udziału. Obligatoryjne zaś dokonanie tegoż on-line. Jeśli nie masz komputera, to możesz zadzwonić i się wyspowiadać przez słuchawkę. Jeśli jesteś wykluczony cyfrowo, to możesz złożyć wizytę urzędowi gminy, miasta i innym takim, i tam będą kąciki z komputerami, z których będzie można skorzystać. A jak do końca kwietnia tego nie uczynisz, to od maja rachmistrzowie będą sami do nas dzwonić. Postanowiłem wziąć udział w tym spisie, żeby uniknąć kar i nagan. Ale czy udzielę właściwych odpowiedzi? Ciiii.

W chacie zawisło okno z widokiem. Dolina Śmierci jak żywa!

Z tej okazji przearanżowałem meble w pokoju i jakoś tak inaczej się zrobiło. Zasypia mi się bystro, ale wstaje ciężko. Bo teraz łóżko mam tak usytuowane, że jak się moszczę do snu, to widzę drzwi wejściowe. Ktoś powiedział kiedyś, że tak nie powinno być, a ja w takie fueng szui wierzę. Ale podoba mi się wizualnie pokój w takim układzie, więc na razie zostawiam. Muszę tylko dywan wyrzucić albo kupić nowy, bo mój nowy odkurzacz, ochrzczony Ssak Podłogowy nie daje rady wskoczyć na carpet! Z rozpędu, a i owszem, ale jak się odbija od ściany, to nie za bardzo ma miejsce i biedny uważa dywan za jakąś przeszkodę i się poddaje po jednej próbie. Szkoda! Łysa podłoga jest jakaś bez wyrazu, więc chyba coś nowego tam położę. Już nawet upatrzyłem sobie coś. Nawet obecny dywan nie harmonizuje się z sofą, bo jak wsunę podeń, to później nie idzie rozłożyć legowiska. Także coś po świętach ląduje w śmietniku. Ale jaki to jest odpad? Gabaryt? Tworzywo sztuczne? Mieszane? A może bio?

Z tym odkurzaczem to też niełatwo miałem. Najpierw wyczytałem w rankingach, że Xiaomi najlepszy, bo w przeciwieństwie do iRobota nie obija się jak pijany o meble. Tom nabył model stojący najwyżej w rankingach. Hm, po 4 odkurzaniach oddałem. Nie dość, że w kuchni nie sprzątnął, to za cholerę nie mogłem się połączyć z aplikacją w telefonie. Kolega z pracy też mówił, że próby nawiązania połączenia zakończyły się fiaskiem. Skusiłem się więc na iRobota z serii roomba. I powiem tak – oszusty w tych komentarzach rankingowych piszą. Mój model zwalnia widocznie (widowiskowo? W sensie, że gołym okiem widać, jak zwalnia), jak widzi przeszkodę. Widocznie jacyś stronniczy ludzie pisali opinie negatywne o tych iRobotach. Łobuzy!

Ogródek sobie rośnie na parapecie, ale zostawiłem moje grządki na 5 dni, na czas Wielkiej Nocy. Ciekawe czy przeżyje? Szpinak zatrzymał się na 3 kiełkach i dalej nie myśli się wzbijać. Bazylia jakaś niezainteresowana wyrośnięciem. No cóż, nie mam ręki do kwiatów, więc nie nastawiam się na sukces.

Z patrzenia się w ekran wrócił do mych łask serial American Horror Story. Już pewnie pisałem kilkukrotnie o tym cudeńku. Każdy sezon jest inny i nie jest zależny od wcześniejszego. Aktorzy się czasem powtarzają. Lady Gaga świetnie zagrała w serii Hotel. Ale ja od początku byłem zauroczony Jessicą Lange, która występowała na początku serii.

Pierwszy sezon to taki sielska, słodka, współczesna, dziejąca się w LA, opowieść o morderczym domu. Fajnie i ciekawie. Takie wysublimowane morderstwa. Nie za dużo, z sensem, w sam raz. Druga seria, to już ciężki, psychologiczny horror. Akcja dzieje się w psychiatryku. Oj rył beret. Amerykanie się oburzyli po tej części, żądając czegoś lżejszego. I 3 sezon to jakieś wróżki i czarodziejki. Oczywiście w makabrycznym sosie wszystko ubrane. Super moce bardzo … krwiste i jak najbardziej przystające do horroru. Później było różnie. Mniej ciekawy był przedostatni sezon. Jakaś apokalipsa nastała i bogacze się zamknęli w jakimś bunkrze. Nie pamiętam już nawet jak to się skończyło. Dwa dni temu wpadł mi w ręce artykuł, że Makalin Maflaflin (ten od Kevina samego w domu i od Michaela Jacksona) grać będzie w najnowszym sezonie. To znaczy już gra, bo zdjęcia trwają. Także chybko przeleciałem internety w poszukiwaniu ostatniego, niewidzianego jeszcze sezonu o zgrabnej nazwie 1984. O mamo! Miód na moje serce! Świetnie oddane czasy pod względem strojów, muzyki, stylu bycia. Cudeńko. Łza na rzęsie mi się trzęsie, wspomnienia wracają tamtych dni. A sam horror? Eh, no komedia, ale ja to uwielbiam. Rżną się, dziabią, szlachtują bez opamiętania. Nawet nie trzeba się za bardzo nagadać z ofiarą. Po krótkiej chwili nóż w brzuch albo gardełko poderżnięte. Tak ścichapęk. I fajna się relacja nawiązała między okrutnym wyznawcą szatana, a psycho-mordercą. Okazuje się, że wyznawca Ciemnej Strony rżnie i morduje na potęgę w radości, służąc swemu panu, a seryjny morderca zaczyna mieć … wyrzuty sumienia i zaczyna przekonywać kolegę, że może jednak by przestali mordować, bo już za dużo zabili i to nie jest dobre. No fajna bajka!

Dziś zjechałem do Białego. Przywiozłem przy okazji Słodkokwaśną i jego panią. Znowu mieliśmy szczęście z autem. Zamówiłem w najmniejszej klasie Yarisa (bo jest w automacie) za jedyne 49 zł/doba. I znowu okazało się, że wypożyczalnia nie ma i dali mi większe auto z klasy C w cenie klasy B. We wrześniu podstawili mi Hyundaia i30 (ale niestety manual), dziś dali już automat, ale KIA. Pan z wypożyczalni mi mówił – będzie pan zadowolony. I jak na razie jestem. Na 3 próby wynajęcia najmniejszego auta w automacie tylko raz trafił mi się Yaris. A tak, to jakaś miła, większa niespodzianka była. Na dobre nam to jednak tym razem wyszło, bo okazało się, że ja tobołki miałem, bom prezenty z Gwiazdki wiozłem, i koleżeństwo troszkę majdanu miało. Pół Biedronki chyba kupili. Ale jakoś upchnęliśmy wszystko. W Białym odwiedziłem pana Marcina, mojego stomatologa.  Zabolało, ale nie tak jak myślicie. Pociesza mnie tylko fakt, że w Warszawie drożej te usługi stoją. Ale pan doktór Marcin jest wybitny w swoim fachu i ząbki moje już mi rachuje, i czasem leczy, od przynajmniej 7 lat. Wiadomo, Marciny fajne chopaki! Po wizycie udało mi się czmychnąć na miasto. Pogoda cudna, ale niestety przed 17 nadciągnęły ciemne chmury i pokropiło. Alleluja wszystkim!

Eeaster time. Mistletoe and whine!

 

jak Ania Starmach powie, że ma być …

sok z cytryny, to ma być i już!

Czy jak się ta pani z Big Chefa nazywa?

Kompot gotuję. Po raz pierwszy w życiu. Oczywiście w przygotowaniu tegoż pysznego napitku nie ma nic trudnego i skomplikowanego. Ale jak już miałem robić to po raz pierwszy, to postanowiłem zasięgnąć języka.

Jakiś pan jest ulubieńcem internautów.

… do 4-litrowego garnka wsyp jabłka do połowy i zalej wodą…

Pan faktycznie wykłada te sekrety gotowania jak krowie na miedzy. Ergo jest bardzo prosto.

Ktoś się pyta w tych komentarzach pyta – to ile ma być tych jabłek i ile wody!?

 

I trafiłem też na wybitność kulinarni polskiej. Pani Ania, pani z okienka, tak jak w sumie większość, dosypuje cynamon (szczyptę). Ale oprócz tego podpowiada, żeby łyżkę z soku z cytryny dać. No jak pani Ania mówi, to ja dodaję.

Z przepisu celebrytki wziąłem ten sok z cytryny, ale zabrałem trochę cukru. Nie przepadam. Dosłodzę później miodem.

Jutro ciasto będzie. Takie bez mąki, z serkiem ricotta. Zobaczymy co z tego wyjdzie.

Bo jabłek dostałem od Słodkokwaśnej i jego pani. W sumie to sami sobie nazbieraliśmy. Ale ja zbierałem im i nie wiedziałem, że mi odpalą działkę.

Na wycieczce byliśmy. Krajoznawczej. Korycin, Sokółka, Bohoniki (meczet), Silvarium, Zajazd Sokołda.

I jeszcze strony młodości Słodkokwaśnej odwiedziliśmy, czyli domek jego babci. A podobnie jak u mojej. Tylko, że moi dziadkowie to mieli z ho ho ho tej działki. Las, łąka, domek, podwórko, stodoła, ogród, sad. My też jak jeździliśmy do babci to gruszki, jabłka, agrest, maliny, śliwki zbieraliśmy. U Słodkowkwaśnej na wsi akurat jabłoń i grusza posypały owocami. To co się miało zmarnować? Pozbieraliśmy i do miasta zawieźliśmy. Także dziś ten kompot, a jutro zaryzykuję ciasto. Pani Słodkokwaśnej mówi, że te jabłka nie nadają się na wypieki. Jutro zobaczymy. Najwyżej przeczyści.

W Sokółce koleżeństwo zaproponowało cukiernię z pysznymi lodami. Stanęło na własnej produkcji jogurcie (na wynos słoik), pysznych ciastach i tortach i kawie. Porozmawialiśmy jeszcze z właścicielem i ruszyliśmy do kościoła obok. Pani Słodkokwaśnej zadziwiona, że jej stary tak ludzi zagaduję. Ale ja też czasem zagaduję i fajnie jest poznawać ludzi.

W kościele leży eucharystia, która się sama wyhodowała. Ponoć kapłan hostię upadniętą na ziemię włożył do vasculum (małe naczynie z wodą stojące przy tabernakulum służące księdzy do oczyszczenia palców po udzieleniu komunii). Mszę przerwał, jak zobaczył tę hostię na ziemi, żeby ją włożyć tam, gdzie włożył.

Po kilku tygodniach siostra Julia sprawdziła stan naczynia i zobaczyła czerwoną plamkę na hostii. Wypukłą plamkę o wyglądzie skrzepu krwi lub kawałeczka ciała. Po dłuższym czasie dwóch niezależnych uczonych sprawdziło skład tego co się wyhodowało. Stwierdzili, że materiał badany przyjął postać tkanki serca mięśniowego człowieka w stanie agonii. To wydarzyło się pod koniec 2008 roku. Czym prędzej zadzwoniłem do mojego serdecznego przyjaciela, księcia proboszcza (awansował niedawno) i pytam, czy to cud, czy co? Kolega odpowiedział spokojnie, że to eucharystia. Ale czy to cud!? – dopytuję. No ponoć kościół się jeszcze temu przygląda, ale nadał temu czemuś status niższy niż cud.

Nie ukrywam, że ciarki mnie przeszły. Żeby jakoś odreagować, to pojechaliśmy do wyznawców islamu do Bohonik. Bardzo sympatyczna starsza pani po krótce nam przedstawiła losy religii. Bardzo po krótce. Księżyc był niemym świadkiem przekazania przez Archanioła Gabriela Mahometowi mądrości. Dlatego też mają księżyc w symbolach swoich. I te mądrości objawiały się na liściach, na innych roślinach, na czym tam tylko światło padało. Dlatego też sztuka religijna nie pokazuje ludzi i zwierząt, tylko była właśnie ozdabiana ornamentami roślinnymi i kaligraficznymi.

Dowiedzieliśmy się, że te ich dywaniki do modłów mają kompas, żeby zawsze wiedzieć, gdzie Rzym, gdzie Krym, a gdzie Mekka. W Bohonikach mieszka jeszcze 6 rodzin. Fajnie, że kultywują tę religię.

Hmm, teraz czytam, że właściwym symbolem islamu jest szahada (wyznanie wiary). Znacznie częściej jednak za symbol uznaje się półksiężyc. Zasadniczo, z historycznego punktu widzenia, jest to niewłaściwe, bo półsatelita był nie symbolem religii, a jedynie kalifatu. Ok, zostawmy to. Wycieczka po meczecie była krótka, ale bardzo ciekawa. I tylko 5 zł. Jadąc na wschód wstąpiliśmy do synagogi w Tykocinie. 20 złociszy sobie zawinszowali. Eh, co religia, to religia.

Zostawiłem koleżeństwo u Słodkowkaśnej na włościach i pojechałem na swoje. Biały jak Biały, jest ok. Zawsze jakieś zdjęcie pstryknę, miło się przejdę po mieście. W niedzielę oglądałem ze szwagrem Obiektyw w TV Jard, czy TVP Białystok. Przez 15 minut njusy miały charakter kościelny. A w kościele to, a w chrześcijaństwie dziś tamto. Eh ten Białystok. Tylko by się modlili albo jakieś anatemy na LGBT+ nakładali.

Korzystając z okazji, że miałem auto, zabrałem się z rodzicami w nekropodróż. Cmetarz w Złotorii, Dobrzyniewie Kościelnym i Choroszczy. Dowiedziałem się, że mój pradziadek Wincenty D. zmarł w 1935, prababcia Salomea D. w 1958. Kosmiczne daty. 41 lat po odejściu Wincentego na świat przyszedł …

Pradziadkowie po stronie mojej mamy odeszli, gdy miałem minus dwa (prababcia) i trzy lata (pradziadek). Także jednego nie mogłem pamiętać, a drugiego jakoś nie pamiętam.

Weekend minął jak z bicza strzelił.

W poniedziałek jadąc po Słodkokwaśnych do Korycina sprawdziłem atrakcje Podlasia. Pojawiła się tajemnicza nazwa Silvarium w Poczopku. Taki las z pomnikami, atrakcjami leśnymi, barcią, kamieniami i czym tam tylko sobie ludzie chcą. Bardzo fajne miejsce. Spodobało nam się od razu. Sama nazwa Poczopek jest urocza, nieprawdaż?

Interesujący był zegar słoneczny o nazwie (o ile mnie pamięć nie zawodzi) dendrologiczny. Moim zdaniem chodzi lepiej niż klasyczny zegar słoneczny.

Park megalitów, czyli wędrujące skały, to takie kamyki rozrzucone. Kamienny krąg. Można było się doładować i po medytować.

Największym hitem jak dla mnie był Strigiforium (dom sów). Przeróżne ptaszki tam siedziały. Ale jakieś … ospałe były. Puchacz (łac. Bubu bubu) majestatyczny i posępny. Jedna sówka właśnie jadła obiad. Obok jakiś sokolik też. Niestety pałaszowali takie małe, żółte, martwe, kurczaczki. O kurczaczki!

Pomnik żaby słodki. Na sam przód myśleliśmy, że te Suvlaki (nie mogę zapamiętać nazwy tego parku), to taka naciągana atrakcja dla turystów z Warszawy. Ale spędziliśmy tam bardzo miło czas. Polecamy serdecznie.

W tej cukiernio-lodziarni właściciel nam polecił Zajazd Sokołda. Dobry wybór. Lokalne dania, jak i klasyczna polska kuchnia znajdują się w menu. Dziwi mnie tylko brak odgłosu tłuczenia mojego schabowego z kością. Ale pyszotek był. Zupa grzybowa na solidną 4 zasługuje. Oczywiście zawartość grzybów nie może równać się z liczbą owoców leśnych w zupach grzybowych mojego autorstwa. U mnie to często zupy nie widać (tej części płynnej znaczy).

Jadąc w piątek na weekend na wschód postanowiliśmy zjeść w karczmie żydowskiej Tejsza. No cóż, zgodnie stwierdziliśmy, że ok, ale niczego nie urywa.

No może niektóremu urwało. Bo z panią Słodkokwaśnej kawą się jeszcze delektowaliśmy, podczas gdy niektóry … się z nami nie delektował. Tykocin ogólnie zrobił na mnie pozytywne wrażenie. Bardzo się rozwinął pod kątem turystyki. I sporo ludzi było. Niby piątek, ale w sumie koniec września. Ciekawe czy w lipcu i sierpniu Tykocin jest bardzo mocno oblegany.

W Korycinie zrobiłem sobie zdjęcie z truskawką korycińską, bo mnie urzekł ten pomnik.

Polecam Podlasie, polecam Wschód Polski. Pamiętam z czasów studiów eksplorację Suwalszczyzny (mieliśmy koleżanki z Suwałk). Eh, jakież to były fajne wakacje. Tereny przecudne. Eh, a mnie jest szkoda lata …

… że pękają oczy

Wczoraj mnie zabolały oczy.

Jeździłem sobie popołudniu po południu Warszawy i okolic. Już jakiś czas temu korciło mnie, żeby zahaczyć o Auchan Piaseczno. 10 lipca 2000 roku zaczęła się tam moja (krótka) kariera managerska. Fajny to był czas, dobrze wspominam. Wtedy w Polsce były tylko 4 hale: Piaseczno, Warszawa Modlińska, Gdańsk, Sosnowiec. W grudniu 2000 roku otwierały się kolejne 4, w tym Białystok. Taka to była francuska ekspansja. A chwilę później kolejnych 8 hal. Teraz to tych sklepów jest ze 40 i sam nie wiem, gdzie się to mieści.

Auchan Piaseczno AD 2000 wyglądał jak wielka puszka. Dopiero później architekci postanowili odchudzić te blaszaki, dodając witryny lub przeszklone wejścia. Poznałem nawet kiedyś jednego Architekta, także miałem info z pierwszej ręki. Praca w puszce była fajna, bo pierwsza, bo ja byłem młody i pełen animuszu, werwy i ochoty. Do tej pory doceniam ten czas i to doświadczenie. Kiedyś w pracy w nocy widziałem, jak jakiś kotek szarpał tackę z mięsem. Rano poinformowałem przejęty managera mięsa o tym fakcie. Ten wziął tackę mówiąc – przepakuje się.

Główny miejscem posiłków był Flunch, na którego ja mówiłem Fucking Lunch (F-Lunch). Jedzenie nie lepsze od Syfexo, ale o porcjach tak samo małych. Także lancze były takie, co … kot napłakał.

Stażowaliśmy się do końca września 2000 roku. Część ekipy spędziła w Warszawie około roku. Ja tylko 3 miesiące. To był dobry czas. Hotel Vera przy ul. Bitwy Warszawskiej. Niestety później nastąpiło cięcie kosztów i wylądowaliśmy w Hotelu Feniks przy ul. Grochowskiej (o ile pamięć nie myli. Feliks?). Pamiętam, że jak się wracało z pracy na Grochów, to się przejeżdżało koło Stegien i Sadyby. Ale wtedy nie było jeszcze ani trasy, ani mostu Siekierkowskiego. Jakoś puściej na Dolince Służewieckiej było. Takie to były dobre czasy.

Także wczoraj zajechałem na rekonesans. Myślałem, że spotkam Ewę, która tak naprawdę załatwiła mi tę robotę w Auchan. Po prostu kazała mi wysłać CV i szepnęła dobre słowo temu i owemu. Rozmowę miałem z szefową Ewy – Polką Anią, z moim przyszłym szefem – Jean’em Froncois’em i z dyrektorem sklepu Pawłem. Kręcił nosem, kręcił. Nie dziwię się w sumie. Co ja mogłem mu dać, tydzień po obronie dyplomu? Paweł zapytał mnie – czym jest handel? Coś tam mądrego wydukałem. Oczywiście, książkowo mądrego. Paweł zmarszczył brew i kiwa głową.

– wie pan co. Zatrudni mnie pan na 3 miesiące. I ja panu powiem po okresie próbnym czym jest handel – zaryzykowałem stwierdzenie.

Przyszły pan się zdziwił, lekko uśmiechnął i rzekł:

– ok. Dzięki temu, że Ania i Jean dali panu dobrą rekomendację, to zatrudnię pana. Ale za 3 miesiące odbędziemy tę rozmowę.

Oczywiście rozmowy z Pawłem toczyły się co dzień. Ale to było dobry czas. Uczyłem się. A jak nie wiedziałem, to pytałem.

No i wczoraj ze łzami w oczach zajeżdżam na parking. Ładną estakadę zrobili. Teraz wjazd i wyjazd o wiele prostszy i szybszy. Kiedyś to była walka. Ale przez to zniknął chyba parking dla pracowników. Oj pilnowali tego w 2000 r. Nie można było parkować aut na parkingu dla klientów. Nie można!

Puszka wygląda tak dalej obskurnie jak wyglądała 20 lat temu. Mojego działu z muzyką i książkami już nie ma tam, gdzie był. W ogóle muzyki już nie ma. Książki przenieśli obok. Jak wyjeżdżaliśmy do Białego, to Piaseczno się właśnie rozrastało i swego czasu była to największa hala w Polsce. Później otworzyli dwupoziomowe Auchan Wola, ale to się chyba nie sprawdziło.

Także wczoraj zabolały mnie oczy od widoku puszki. Ale uśmiechałem się. Dobre wspomnienia wróciły.

 

Wieczorkiem podszedłem do Roberta z restauracji Segment na piwko. A ten mi mówi, że taką pyszną pizzę na lunch zaproponowali. Zamiast sosu pomidorowego – taka pasta z awokado.

– oj, nie. Jadłem o 18.00

– ale mówię ci, pyszna jest. Nie zjesz?

– nie, no weź. Jadłem. Piwo poproszę w szklance

– to co robić?

– no tak. Się jeszcze pytasz

I pizza była ciekawa. Ostra kiełbaska, pomidor i ta maź z awokado. Taki malutki mlask. Mlaszczek.

Na podwórku siedziała panna o mega irytującym głosie. Aż się musiałem schować do środka.

O 20.18 właściciel mówi, że Legia gra. Oczywiście temat ten mnie mało interesuje, ale z braku laku, dobra smoła. Poszliśmy na pięterko i … niestety oglądaliśmy. A jeśli chodzi o polską piłkę klubową, to wszyscy wiemy, że na to nie da się patrzeć. Dałem radę do 60. minuty. Oczy mnie bolały co chwilę. Co za nieporadność. Gra na poziomi chłopców z orlika. Akcje nieskładne. Nikt prawie nie gra z pierwszej piłki. Najciekawiej wyglądał różowy kostium bramkarza Legii Artura Boruca. Na szczęście dwie bramki Legii udało się wcisnąć. Drużyna z Kosowa chyba na naszej połowie była ze dwa razy w pierwszej połowie. W drugiej już śmielej zaczęli atakować. Ale wciąż to był poziom „ojej! Moje oczy! Moje oczy!”.

 

Wczoraj też moje oczy ucieszyły się!

Niech pan je koninę – powiedziała w 2006 roku pani doktór wręczając mi piramidę żywieniową. Wtedy po raz pierwszy zrobiłem sobie badanie poziomu cholesterolu. Wtedy zaczęła się, jak mi się wówczas wydawało, nierówna walka z tym cholerstwem. Później doszły trójglicerydy.

Pamiętam to spotkanie z panią doktór.

– ile pan ma lat? – pyta

– 30 – odpowiadam szybko. Kurwa, 30 – mówię już do siebie w myślach.

Ale to był jedyny raz, kiedy wydało mi się, że już taki stary jestem. A jak wiem, dziś mam 29.

I tak walczyłem z tym cholesterolem. Bitwy przegrywane co pół roku. Doktorstwo proponowało mi tabletki nie raz. Ale ja wzbraniałem się. Nie chciałem żadnych medykamentów.

Półtora roku temu pan doktór zaproponował mi dietę niskotłuszczową. No cóż, coś tam sobie odtłuściłem, ale z pizzy nie dałem rady zrezygnować. Od ponad 2 lat mięso jem raz albo dwa razy w tygodniu.

Wczoraj zrobiłem lipidogram i na własne oczy nie uwierzyłem! Cholesterol spadł! Jest w normie. Dobry cholesterol jest wyższy niż minimum. No mógłbym jeszcze nad złym popracować, ale jest też ok. No i trójglicerydy mi spadły. Oczy się cieszyły, jak patrzyły na wyniki. Dlatego też poszedłem na piwo i skusiłem się na tę pizzę. Życie jest piękne!

 

Jadę do Białego dziś. Muszę zobaczyć ten dworzec. Bo ponoć znowu w remoncie. 20 lat remontu, 10 lat użytkowania i znowu remont?

Czy byłeś kiedyś w Kutnie na dworcu w nocy
Jest tak brudno i brzydko, że pękają oczy, oczy, oczy

ludzie to som jednak takie interesowne

I jakie zachłanne.

Nie dalej jak tydzień temu, a właściwie dokładnie tydzień temu, zawiozłem na spotkanie grillowe sernik. Mojej roboty.

Spotkanie bardzo fajne. Pod względem towarzyskim i smakowym. Przed podaniem płaszcza wyjechał na stół sernik mój wraz z kawą (dla chętnych). Mlask i mniam był. Pomruk tu i tam przeszedł. Smakowało znaczy.

I tak po, w poniedziałek, czy kiedy, rozmawiam z Piotrkiem i się pytam, czy dużo tego sernika zostało. I dlaczego nie dostaliśmy na drogę. I w ogóle, dlaczego nie oddano mi blachy z pozostałością. Olimpia co prawda mówiła przy bramce, że blacha trafi do mnie na kometce, ale hello! Musiało coś zostać. Piotruś tak łakomliwie mi powiedział, że dwa kawałki jeszcze zjadł! Co za ludzie. Jakie zachłanne! I chyba żonie kolegi zrobiło się głupio, bo zapytała mnie w ajMasażu:

– czy lubi Pan cukinię

– lubi – odpowiedziałem

– dobrze 😉

– z góry dziękuję

 

Tak jak mi się wydawało, w środę wraz z blachą dostałem zielonego stwora. 950 gram! W nagrodę, wraz z Piotrusiem zmasakrowaliśmy Pana z Europy na K. i Felipe w kometkę. 6-1 dla nas. Takiego pogromu jeszcze nie było w historii naszych batalii. Piotruś się strasznie wyrobił w tę grę. To było w środę. W czwartek pojechałem do Białego.

Zabrałem cukinię do rodziców, bom nie chciał, żeby się na Sadybie sama zanudziła i zepsuła. Na placki padło, że będziemy robić. I dzięki Bogu, że wcześniej oddałem rodzicielom moją maszynę do mielenia mięsa, którego za bardzo nie jem, wraz z różnymi końcówkami. Dziś wytłumaczyłem im do czego służą poszczególne metalowe nasadki. To do ziemniaków, to nie wiem, to może do cukinii, a może to, a to do szatkowania kapusty? Sam w sumie nie wiem do czego to było. Ale po okach w tych końcówkach można mniej więcej było wydedukować.

Cukinia ma strasznie twardą skórę, także ręczne tarkowanie byłoby udręką albo karą boską. Miąższ też taki jakiś inny niż u tych sklepowych. Nie wróżyłem sukcesu tym plackom.

Ale po kolei:

– zetrzyj cukinię i 1 cebulę na grubych okach

– posól (1,5 łyżeczki) i na durszlaku zostaw na kwadrans. Po tym czasie jeszcze łyżką przejedź po tej papce, żeby odcisnąć i docisnąć

– pieprz, 1 jajo, 5-6 łyżek mąki pszennej, 3 łyżki bułki tartej. No dodajemy tej bułki, żeby zagęścić ciasto. Także może być mniej lub więcej, czyli mniej więcej 3 łyżki

– można dodać koperku albo natki pietruszki.

I smaż radośnie i beztrosko.

To nasmażyliśmy. Oczywiście cały proces obfotografowałem i wysłałem do pani Ogrodniczki. Ta już się oblizuje i mi tu mlaszcze. Że już w drodze do Białego są i się zastanawiają, czy nie zajechać do mnie. Ludzie to są takie interesowne! Za późno – odpisałem szybko.

Mamie smakowały bardzo, a Tato rzekł „prawie jak kartoflane”. Czyli też posmakowały. Ale żem se smaka narobił na nowo. Ciekawe czy obsmarowane, i zachłanne, i interesowne Państwo G. zrewanżuje mi się znowu jakimś zielonym potworem? Choć nie. Lepiej nie. Przecie to by była kara boska! Udręka jakaś. Pomidor!

w moim magicznym domku

W moim magicznym domu
Wszystko się zdarzyć może.
Same zmyślają się historie,
Sam się rozgryza orzech

https://www.youtube.com/watch?v=3OHsDHVSTYc

Orzechy same się nigdy nie rozgryzały. Ale reszta to sama prawda! A kot Maciej całymi dniami w fotelu nie siedział. I nie lekceważył żadnej pracy. Ale czy fascynujący z niego facet?

Nie wiem, czy już się domyśliliście wszyscy, ale tak, odwiedzam stolicę Podlasia. WhiteStock. Mój serdeczny przyjaciel Radzio wracał z firmy do Biełago, to się zabrałem. Państwo z Europy na K. będzie wracało w sobotę lub w niedzielę, to mnie zgarnie.

Na sam przód Mama mnie załamała. Bo będzie głosować na … No źle będzie głosować. I weź jej wytłumacz – mówi mój kochany Tato. Ale czy Trzaskowski jest dobrym prezydentem Warszawy? – pyta rodzicielka. No tak, ten trochę młodszy, to może i lepiej – kontynuuje. Mamo, oni są w jednym wieku! – informuję uprzejmie. Powiedziałem później siostrze i jej bąbelkom, że ich babcia zwariowała. Także jak wygra Budyń, to wszystko dzięki mojej Mamusi. Eh, ten Białystok. Nigdy nie wiesz, co cię tam czeka.

A przyjechałem, bo ciągło. Od Bożego Narodzenia żem nie był, bo wiadomo co. W pociąg nie wsiądę, w autobus tez nie. Także przyjechałem okazją.

U siostry bąbelki knuły jakąś akcję – namówić matkę na podanie karty kredytowej w Uber, żeby można było hambuksy zamówić. Finalnie skończyło się na tym, że poszliśmy we 4 do Sztuki Mięsa koło naszego liceum (mojego i mojej siostry). Wiadomix, wszystko co dobre mieści się koło najlepszej szkoły na świecie – I LO w Białym im. Adasia tego od „a imię jego 44”. Szwagier jakiś niewyjściowy był i został w domu, co go pewnie ucieszyło.

Jedzenie dobre. Wystrój jakiś taki nijaki. Ja zamówiłem kalmary, bo nie mieli vege burgerów. W menu, w sekcji steki opisali jak można je zamówić. I na końcu, przy wysmażonym napisali po opisie „Szef kuchni nie poleca!”. Hehehehe. Ale serio. Kto by chciał wołową podeszwę jeść? Kiedyś ze Słodkokwaśnymi jak byliśmy we Lwowie w knajpie na mangalicy, to obok jakieś ruskie brały wysmażone na wiór mięso wołowe. Ok, kwestia gustu.

Po jedzeniu przeszliśmy się brodłejem, tzn. najgłówniejszą ulica miasta – Lipową przechodzącą w Rynek Kościuszki. Albo odwrotnie, w zależności od którego kościoła się startuje.

Jadąc do domu, na rogatkach miasta, rozpościerała się panorama stolicy Podlasia. Co było widać? Wieże cerkwi, wieże kościołów, Castorama, logo Makro Cash & Carry. Także jak ktoś chce zwiedzić centrum Białego, to zaczyna albo od białego kościoła św. Rocha i kończy na czerwonym Farnym. Albo odwrotnie. Przy Ratuszu, który nigdy nie pełnił funkcji administracyjnych od groma ludzi. To taki nasz Rynek Starego Miasta. Knajpa na knajpie. Social distancing w Białym chyba wyjechał już na wakacje, bo beztroska olbrzymia.

Pod domem popatrzyłem na trawnik między parkingiem i blokiem i łza na rzęsie mnie się zatrzęsła. Kurczaczki, ale zarosło. Przecie 30 lat temu ja na kocyku, podczas wakacji rżnąłem w karciochy! 3-5-8, brydż, pan i inne takie.

Eh. Kupiłem kilka bronksów, żeby z Papą wypić, ale rodzice już kończyli dzień. Mama jakieś bzdury propagandowe na TVPiS, a Tato jakieś paradokumenty na Polsacie.

Mój pokój jakiś taki malutki. Skurczył się. Kiedyś mieszkaliśmy w nim we dwójkę, z siostrą. Tapczan-półka i rozkładane łóżko. Później nas rozdzielili. Ale w tym pokoju prawie zawsze wisiał ten obrazek. Jakiś Da Vinci chyba.

Dobra, czas jakiegoś horrora odpalić na Feflixie.

Fajnie jest w domu. Fajnie tu wrócić.

zarzekam się, że to już ostatni raz

… piszę o naszej klasie. No dobra, może nie ostatni. Umówmy się, że ostatni w tym miesiącu.

Odbieram tyle miłych sygnałów, że tak to było, że skąd ja to pamiętam. 

No ludzie, to dawajcie komentarze, co wy pamiętacie. Będzie wesoło.

Dziś nasza licealna koleżanka, moja wielka fanka bloga, ma urodziny. Także Monia, z okazji … 29 urodzin życzę Ci raz jeszcze wszystkiego dobrego. Nie zmieniaj się, bo cały czas jesteś tą samą Monią, którą pamiętam z lat 90. Uśmiechnięta, otwarta do ludzi, bezpośrednia, rezolutna. Zawsze jak z Tobą rozmawiam, to się uśmiecham. Aha, nie zgadniesz co? Twój tato mnie zagadał na Insta. Chyba najlepsi kumple będziemy. Ale serio, foty ma bardzo fajne. 

To na koniec kilka faktów o klasie C.

Aaaa, Ewa W z domu Z. zadziwia się skąd ja takie rzeczy pamiętam. Zawsze odpowiadam wtedy, że to choroba psychiczna. No bo jak inaczej mam to uzasadnić? Nie mam pojęcia czemu ja pamiętam takie rzeczy. Po prostu zostają w głowie.

Pamiętam jak na wycieczce klasowej do Lądka mieszkaliśmy w jakimś domu PTSM-u. Załamani byliśmy, że jako ostatni weszliśmy i mieliśmy tylko pokoje przy wejściu do dyspozycji. Wiadomo, że najlepsza miejscówka jest na górze, z dala od wejścia, przy którym czuwa opiekun. I się okazało, że Anka poszła na górę, dała nam klucze i poprosiła tylko, żebyśmy drzwi zamykali na klucz na noc. Także imprezy były co wieczór. I na jednym takim spotkaniu Monika ze szklaneczką w jednej dłoni i radiomagnetofonem w drugiej dłoni sobie hasała po pokoju. George Michael wiecznie żywy. A co my wtedy piliśmy? Chyba żubrówka z sokiem jabłkowym. To dziewczyny. A my? Pewnie wódę.

Na jakimś ognisku nasza wychowawczyni powiedziała, że chętnie by się z nami wina napiła. Ale wy nieletni jeszcze jesteście – zakończyła definitywnie wątek i wszelkie nadzieje.

Klasa była wyjątkowa. Jestem pewien, że z powodu tego, że szybko pojechaliśmy na pierwszą wycieczkę klasową. Jakoś październik 1991. Zakopane. Wielki pokój podzielony na pół. Łóżka piętrowe. W jednej części panie, w drugiej panowie. Pamiętam, że mieliśmy przesiadkę na Wschodniej. Łysy miał ze sobą taką długą fajkę z frędzelkami do palenia … wesołych rzeczy. Ale fajkę normalną też miał. Ciekawe, czy Marszull to pamięta. Ja nie byłem fanem fajki. Tej normalnej. Jakoś nie umiałem jej palić. W drodze do Zakopca się zaopatrzyliśmy w bronksy. No bo dopiero 15 lat mieliśmy. Hmmm, a może to było w drodze do Lądka albo Cisnej? Wtedy też trzeba się było przesiadać w Waw. 15 lat, to chyba jeszcze tak nie podróżowaliśmy? W każdym razie sytuacja była taka, że nadjechał pociąg i ja z Marianem wzięliśmy za uszy wielką torbę z piwem. Oczywiście zabrzęczało nieziemsko. Anka spojrzała na nas z wielkimi oczami pytając „co to?!”. Powiedziałem jej, że puste butelki.

To nie była Cisna. Bo do Cisnej już lepszy alk piliśmy. Powodziło nam się najwyraźniej. Nie wiem kto wpadł na tego drinka. Ale jakaś mieszanka – gin, martini i chyba jakaś woda, bo kolor był transparentny. Oczywiście bardzo istotne były proporcje. Już nie pamiętam jakie. Pamiętam, że napój przygotowywałem z Krychą u niego w domu. I wtedy był też jego brat z Hajnówki Marek. Starszy od nas, także autorytet w każdym temacie, wiadomix. Chyba coś tam popróbowaliśmy przed główną produkcją. Pewnie sprawdzaliśmy proporcje, żeby dojść do optimum.

Na biwaku w Ploskach, to już regularnie wódę piliśmy. Pamiętam, że Popek stawiał jedną butelkę. Daniel aka Łoś (czy na niego też Jasio nie mówiliśmy. Ula mówi, że tak. Chyba tak) suszył koszulę flanelową Krychy w szafie. Kolega się śmiał, że na każdej imprezie ktoś musi oblać mu koszulę. Ktoś rozwalił łbem ścianę, przebijając się do innego pokoju. Rafał Cz. tańczył, śpiewał i puszczał nam na okrągło Queen. Ale co na tym biwaku robiliśmy, to zabijcie, ale nie pamiętam. Tam się jeździło, bo to było blisko, nad Narwią i były domki wypoczynkowe. Czyli taki The Hamptons. 

Na jednej wycieczce w górach się odłączyłem z koleżanką (nie wymienię imienia, bom gentleman jest. Siedziała najczęściej w jednej ławce z Ewą W-Z). Wracaliśmy do naszego ośrodka, bo chyba mieliśmy już chodzenia po szlaku. Idziemy i idziemy. Końca nie widać. Nuda. Same góry dookoła. Kto normalny tyle łazi. Napotkaliśmy jakiś hotel z restauracją. Poszedłem zapytać o drogę. Rozmawiam sobie, wdaję się w pogaduszkę i nagle widzę, jak koleżanka trzyma się za brzuch i daje mi znaki, żeby już szybko iść. Ok, zakończyłem rozmowę, podziękowałem i wyszedłem. Koleżanka mówi do mnie, że musimy szybko uciekać. Po kilku chwilach się zatrzymaliśmy i koleżanka wyjęła spod bluzki lody na patyku. Spotkaliśmy później jeszcze kogoś i im też daliśmy lody.

W jednym ośrodku Krycha z Łysym za gaz mieli płacić. I za światło chciała nas baba policzyć, bo się za długo paliło. Chyba nas wywaliła w końcu, albo Anka sama podjęła decyzję, że spadamy. W każdym razie wspomniani koledzy zostali przepędzeni przez właścicielkę i już obmyślali co dalej będą robić. Czy wracać do Białego, czy co. Chyba Anka postanowiła, że ruszamy dalej, także koledzy nie musieli już zastanawiać się co dalej z nimi. I później znaleźliśmy ten dom PTSM-u. Wcześniej chyba w PTTK-ach spaliśmy. Albo odwrotnie. Eh, fajne to były wycieczki. Bez telefonów komórkowych, bez internetu. Dało się!

Szacun dla naszej wychowawczyni. My mieliśmy 15 lat, jak zaczynaliśmy, a ona 25. My gówniarze, ale i ona nie taka stara. I bez doświadczenia. Pierwszą klasą jej byliśmy. Respect Anka! Ale my w sumie nic złego nie robiliśmy. Po wódkę do meliny chodziliśmy w grupach, żeby było raźniej i bezpieczniej. Uważaliśmy na siebie.

W Zakopcu to chyba przez okno się wychodziło i wchodziło, żeby Anka nie widziała. Aaaa, na tej wycieczce koleżanka Kaśka A. stoczyła się z Wielkiej Krokwi. Halny jakiś był. Ale skocznia cholera zrobiła wrażenie. Adam Małysz szacun!

I koniec liceum jeszcze wspomnę.

Kwiaty, płacz i pożegnania. Anka prosi Monię czy by była taka miła i złożyła wiązankę pod popiersiem naszego patrona – Adama Mickiewicza, wieszcza. 

Jessssu – a imię jego ile?!?!?! 44!!! Spooky. Ależ zbieg okoliczności.

No i Monia skonsternowana – Ale ja nie wiem gdzie to jest.

Można było to koleżance wybaczyć, bo uczyła się tylko 3 lata w I LO. Ale my też nie wiedzieliśmy. Okazało się, że pod oknami klasy matematycznej jest wmurowane jakieś popiersie, czy też płaskorzeźba z takimi wystającymi prętami, rusztem na właśnie kwiatki. Ha, człowiek w ILO uczył się do samego końca.

Kończę wspominki.

We wrześniu 2019 roku przechodziłem i ulicą Brukową, i ulica Krakowską. To zaszedłem do szkoły. Dużo się zmieniło z zewnątrz.

Tam gdzie była bardacha, czyli palarnia stoi teraz wielka hala gimnastyczna. A ze starej salki gimnastycznej zrobili aulę. Szatnia nowa. Nawet zrobili część z sofami i stolikami. Ciekawe po co?

Wcześniej mieliśmy takie boksy. Drzwi metalowe przesuwane, reszta z jakieś siatki. Oczywiście jak się szło po rzeczy na koniec dnia, to szatnie były zamknięte, kupa ludzi czeka na otwarcie drzwi, a pani woźna tylko jedna. Też pamiętam jedną historię z piwnicy. Ktoś zapytał w zniecierpliwieniu „gdzie ta c..a?”. Pech chciał, że pani woźna akurat stała za kolegą. Odpowiedziała tylko – czekacie do końca przerwy. Dzieci są faktycznie wredne.

Parter też nowiutki. Myślałem, że nic tu po mnie, że szkoły już nie ma. Ale jak zobaczyłem drugą klatkę schodową, to oczy mi wyszły z orbity, pamięć wróciła. Czułem faktycznie i podniecenie ale i też ciekawość, jak to teraz wygląda. Górne kondygnacje nic się nie zmieniły. Te same drzwi, ściany, korytarz. Odniosłem wrażenie, że wszystko jest mniejsze i węższe. Szkoda, że do sal nie można było wejść.

Ludzie, jak macie jakieś uwagi, odczucia, to piszcie tu.

Fotki szkoły – wrzesień 2019.

piecze nie

Nie piecze już tak dużo jak kiedyś. W ogóle się zastanawiam, czy remontu nie zrobić. Po co lodówka, jak tylko światło w niej i odżywiamy się zdrowo. Warzywa, owoce, kasze – teraz to jemy. Żadnych serów i mięs. A tak, jak lodówka jest, to od razu jakieś pyszne boczki w niej się znajdą. I inni przyjciele cholesterolu i moich boczków.

Piekarnik piszczy, jak się skończy. Pralka też się odzywa po robocie – zaczyna piszcześć, dzwonić, sygnalizować. A ja wtedy zajęty innymi sprawami i tylko odpowiadam „zara!“. Dobrze, że zmywarki nie mam.

U znajomych jak jestem i siedzimy sobie, to co chwilę coś dzowni. Ja tylko mówię albo:

  • coś się skończyło, albo
  • co się skończyło?

Także może pozbyć się lodówki i piekarnika? Może wtedy by się znalazło miejsce na jakiś salon?

 

3 lata za chwilę będą, jak się zaczeła metamorfoza na Bonifacego.

 

Ale ja nie o tym.

 

Tak w ogóle co tam, bo dawnom nie pisał. W Białym byłem 3 razy w przeciągu miesiąca.

bia 5

Święta, Konfirmacja chrześniaka, komunia Bąbelka. Same koszty. Ale jakie wrażenia!?

Bierzmowanie to (tak mi przynajmniej tłukli na religii) najważniejszy rytuał w tej religii. Bo to taki sakrament dojrzałości. Scalanie z Bogiem i takie tam. Masz bierzmowanie, to możesz chrzcić inne baranki boże, możesz świadkować na ślubie. Tak, zgadzam się, że to ważny sakrament. Chrzciłem i świadkowałem. Zgadzam się z tym osiąganiem dorosłości i dojrzałości w tej religii. Bowiem, ja po mojej konfirmacji przejrzałem na oczy i zacząłem unikać tego miejsca. „Na msze“ chodziłem do naszej amerykańskiej koleżanki, która wtedy mieszkała na tej samej dzielni.

Komunia Bąbelka odbyła się. Tyle mogę powiedzieć. Nie chcę obrażać uczuć innych. Może ktoś chadza tam z własnej, nieprzymuszonej woli. Ja chadzam z własnej, ale jednak z przymuszonej. O, mam. Nie wybudowali tego miejsca dla mnie. To nie jest religia, na którą czekałem. 🙂

I jeszcze ciekawa rozmowa z 10-letnim Bąbelkiem, który robił listę rzeczy do kupienia po komunii.

Bąbelek – wujku, a będziesz kupował nowy iPhone?

Ja – tak. Pewnie na jesieni

B – aha, to oddasz mi tego?

Ja – nie, co najwyżej mogę Ci sprzedać, to droga rzecz, żeby oddać

B – aha, to 600 zł jest wart?

Ja – nie wiem. Kosztował więcej. Może za 2 500 zł go sprzedam, dołożę i kupię nowy

B – ale wujku, jak wejdzie nowy, to cena starego spadnie. I może za 600 zł mi go sprzedasz

Ja – zobaczymy na jesieni

 

No Bąbelek bardzo wyrachowany. Ale, dla przeciwwagi, muszę pochwalić brzdąca.  Powiedział nawet mojej mamie tak – babciu, jak będę duży, to pojadę do Nowego Jorku i zarobię milion dolarów, żebyś już nic nie musiała robić 🙂

Ale ja nie o tym. Wiadomo, że polityka i wiara, to wrażliwe tematy dla Polaków.

 

Ja o Białym. Po razkolejny fajnie mi się po mieście chodziło. Polecam wszystkim odwiedzenie stolicy Podlasia (?). Byłem nawet w pubie Lalki. Jaaaaaa! Nic się nie zmieniło w tym lokalu od liceum.

bia LALKI

Ten sam barman, to samo wnętrze, ten sam kibel. Ale Lalki lubiłem zawsze, więc jest OK.

Zaszedłem też do Centralu! Jaaaaaaa! Czas stanął w miejscu!

bia Central

Nie zmylili mnie zmianą wystroju. Pamiętam do dziś to traumatyczne miejsce. Zima, ja, mały, gruby Bąbelek. Lat? Ja wiem? Z 4? 5? 6? Mama miała czarne futro i srebrną lisią czapkę. Po coś przyjechaliśmy do Centralu. W pewnym momencie stwierdzam, że to czarne futro i ten farbowany lis to nie moja mama! I w płacz, i w szloch, i w lament „Gdzie jest moja mama?! Gdzie jest moja mama?!“. Siostra się ze mnie śmiała później. To dlatego pewnikiem się laliśmy aż do liceum. 🙂  Tylko 2 i pół roku różnicy, także na początku było ciężko wlać starszej.

Wracając do wydarzeń w centrum handlowym – mama mnie znalazła i było (niby) OK. Ale pamiętam to jak dziś. Trauma!

Także Central przeszedłem bardziej w celach tursytycznych i wspominkowych, niż zakupowych.

Przeszedłem się też na tory, na których się bawliśmy.

bia TORY

Nie wdaję się w szczegóły, bo człowiek młody, to i głupi. I to bardzo.

Podoba mi się, że na brzydkich blokach i innych budynkach pojawiają się fajne graffiti lub dzieła.

bia graf

 

Podoba mi się, że idąc dużą ulicą, wystarczy spojrzeć w lewo i już się ma inny świat.

bia sklo

Właśnie! Wiem co muszę jeszcze zobaczyć! Ulicę Koszykową. Mieszkaliśmy tam do mojego 4 roku życia. Rodzice wynajmowali dom. To tak naprawdę chyba była kuchnia i duża izba. Teraz się mówi na to salon. Pamiętam właścicieli – starsze małżeństwo. Pamiętam dwa duże psy i to, jak siedziałem z nimi w budzie i obgryzaliśmy razem kość.

Polecam Białystok każdemu. A wiosną szczególnie! Zielono?! Красота и класс.

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑