Tag: rosyjski

na…gi, na…gi, …

na gitarze Jan Borysewicz. A miejscami miauczy i mruczy Bella Komoszyńska z Sorry Boys. Pisałem kiedyś o pójściu na koncert tego ansamblu. Sen nawet miałem. Fizyczny taki – Teoria Małego Wybuchu miał w nazwie.

O kurczaczki, to było w 2011 roku! 10 lat temu! No dobra 19 grudnia 2011, to jeszcze nie dekada temu. Nikt wtedy nie myślał o lokdałnach i obostrzeniach. Jestem pewien, że gdybym spotkał wtedy siebie z przyszłości i powiedziałbym sobie o pandemii, to pewnie bym siebie sam wyśmiał. I jeszcze powiedział, że herezje jakieś głoszę. W tym wpisie sprzed prawie 10 lat Pan od Państwa z Europy na K. nazywał się po prostu Pan K. Wniosek – życie 10 lat temu było prostsze!

19 grudnia 2011 miałem przed sobą już tylko 5 lat i 12 dni palenia tych wstrętnych i śmierdzących papierosów. Ale nie wiedziałem wtedy tego jeszcze. Mogłem w sumie zamiast bredzić o pandemii powiedzieć sobie o rzuceniu palenia (gdybym oczywiście spotkał wtedy siebie z przyszłości). Dziś z dumą porachowałem, że 1591 dni już bez tego nałogu jestem.

Za Sorry Boys już tylko tak nie szaleję. Ale jak usłyszę w radio, to się uśmiecham i posłucham.

Chodzi za mną ten kawałek.

Na gościnnej gitarze legenda – Jan Bo, a w chórkach Bella. Lubiłem zawsze Muchy. Takie fajne, proste, szczere rockowe granie. I teraz powrót po latach. Ale jaki!

Z muzycznych njusów, to ponoć Piasek się ujawnił. Hmm, pies na niego … Płytę Piesek wydał i się pewnie chciało szum zrobić w mediach. Tylko po pierwsze – ludzi to chyba nie interesuje, a po drugie – tajemnicą poliszynela jego orientacja była/jest. Piesek, Piasek … jeden pies. Ale urodziny potrafi chłopak wyprawić. Taka impreza, że aż pracę stracił. Nergal to faktycznie dobry przyjaciel.

No dobra, ja nie o Piasku.

Stała się dziś rzecz straszna! Mój urlop, pardon, mój DWUiPÓŁtygodniowy urlop, dziś przeszedł do historii. Szara rzeczywistość nastała. Ledwo się pozbierałem w robocie.

Na plus mogę zaliczyć, że w końcu mam kod na badanie moich genów. Przy okazji policzą moje przeciwciała. Do wyboru miałem test na koronawirusa, albo na przeciwciała. No to wybrałem tę ostatnią opcję. Zobaczmyż jak tam moja Moderna szaleje we mnie.

A propos szczepienia, to ten rząd chyba już nie ma przyszłości. Teraz skracają okres między pierwszym, a drugim szczepieniem. Po to, żeby … młodzi mogli na wakacje pojechać. Bo ktoś w PiS-ie porachował, że druga dawka, w aktualnym tempie wypadnie na początek/połowę sierpnia i młodzież wtedy może powiedzieć „srał na to pies. Lato, lato wszędzie, a nie jakieś drugie szczepienia”. Starszyzna się wściekła, bo okazuje się, że im starsi, tym później zakończą proces chronienia się przed wiruskiem. Ja od kilku dni staram się przyspieszyć podanie drugiej dawki albo zmienić miejsce jej podania. Bez skutku. Dziś pani powiedziała po raz kolejny, że wcześniejszych terminów nie ma wolnych na drugie szczepienie. A odnośnie zmiany miejsca, to muszę sobie sam takie miejsce znaleźć. Ale ona nie winszuje mi sukcesu, bo oni sami nie robią takich rzeczy, więc dlaczegoż inni by chcieli. Eh.

Z innych ważnych rzeczy, to muszę zacząć pisać bardziej po polsku, bo mój lektor rosyjskiego zapisał się na mój blog i od teraz chyba dostaje maile z nowymi wpisami. Oj. Krzywdę chyba panu nauczycielu zrobię swoimi bazgrołami. Przecie tu czasem ani składnie, ani po polsku.

Odezwa do mojego lektora:

Алексей, Алёша, Лёша, Лёха, Алешонок, не читай эту глупость в моем блоге, потому что … ты сойдешь с ума

Tłumacząc na polski: Szanowny Panie Lektorze, uprzejmie informuję, że jest mi niezmiernie miło, żesz będzie Pan czytał mój wspaniały blog, dzięki czemusz pogłębi Pan wiedzę z mojego języka ojczystego i będziesz Pan mówił szanowniej, piękniej, kwieciściej i dostojniej. A jak przyjedziesz Pan do Polski, to moi rodacy padną z wrażenia jakim szwargotem Pan się posługujesz. Mickiewicz by pozazdrościł.

A może mu nie mówić, że te maile z powiadomieniem o nowym wpisie do folderu “trash” trafiają?

Dobra, zakończam, gdyż czas siedzenia do 1 w nocy minął. Na jakiś czas minął. Dziś już tylko wspomnieniem miłym jest. Od wczoraj grzecznie do łóżeczka przed 23.00. No dobra, od dziś, bo wczoraj mi nie wyszło. Nie umiałem jeszcze.

O jeżu, żeby tylko nie zapomnieć teraz pisać po polsku, bo mnie lektor nie skuma!

o jeżu = o essu = o Jezu = ojej = olaboga

O jeżu znowu! Zapomniałem donieść. Oglądałem jakiś durny horror na Netflix. Crawl się chyba nazywał. Dałem się podejść. Jak małe dziecko dałem się podejść. Wystrachałem się. „Oj” powiedziałem przelecony strachem. A jak większość może wie, ja bardzo rzadko, jak właściwie nigdy, „oj” nie mówię oglądając horrory. Raczej prędzej umrę ze śmiechu, niźli ze strachu. A tu się im udało. Nic się nie działo w tym filmie. Ale tak się nic nie działo, że pioruńsko wystraszyło mnie drzewo wpadające przez okno do mieszkania. Wtedy właśnie zrobiłem takie nieme „oj”. Film koszmarnie koszmarny. Wszystko było kretyńskie. Dziewczynka pędziła przez deszcze i huragany do domu, do ojca. A ten dom to nie wiem na czym stał, bo córunia zeszła do piwnicy w poszukiwaniu papy. A tam? O Jeżu! Bagno jakieś, lochy, szambo. No jak można mieć taki syf w domu!? Dziewczynka pełza co chwilę pokazując w co jej ręce wlazły. Niby jakieś gluty, błoto, odchody. No koszmar. Po chwili znalazła nieprzytomnego ojca i zaczęła go (filigranowa dziewczynka) ciągnąć na czworaka. Okazało się, że jakiś wielki … aligator do domu im wlazł. Sorry za spojlerowanie, ale mam dziwne wrażenie, że nikt tego raczej nie będzie chciał paczeć. Łapkę dałem w dół. Brrr, koszmar.

Dobra, czas na toalety i lulu.

 

Oj i jeszcze zagadka. Co robią Burgery Nocą w dzień?

 

 

 

jestem strasznie dyplomowany

dziś wsiadłem do wehikułu czasu. Stare czasy mi się przypomniały.

Może nie aż tak stare. To obrazek wiszący w „moim” pokoju, w domu rodzinnym.

Po prostu odwiedziłem piwnicę rodziców. Mama zaordynowała wzięcie przeze mnie grzybków i innych przetworów. Bo po pierwsze – rodzice owoców leśnych nie jedzą i po drugie – mają sporo słoiczków z innymi smakowitościami.

Aha, wstawka na sam początek. Wykopałem z regaliku dwie mądre książki.

Mogę zacząć używać języka ojczystego z lat 80-tych XX wieku. Czyli jest szansa, że nie wszystko będzie proste i zrozumiałe. Postaram się jednak być przejrzysty, jasny, transparentny, przystępny w tym wpisie.

Regalik, który ukazał się moim oczom na sam przód, pamiętam, stał u nas w pokoju!

Załadowaliśmy całą torbę weków i już mieliśmy się ku wyjściu, kiedy Tato rzekł, że w regale obok są jakieś moje stare zeszyty.

O kurczaczki! A ja już się z nimi dawno pożegnałem. Pogodziłem się ze stratą moich zapisków z młodości. Nawet nie wiedziałem, gdzie i kiedy to przepadło. Powiedziałem papie, że się mi tu trochę się zejdzie. Zostałem więc sam z moimi wspomnieniami.

Przejrzałem książki. Hm, to i tak tylko malutka część mojej olbrzymiej kolekcji, którą kiedyś miałem. Szkoda. Nie wiem co się stało z tymi tomami. Oddałem? Rozdałem? W komis poszło?

Znalazłem … hm … porno książkę! O jeżu!

 

Pamiętam, jak się ekscytowałem tą pozycją. Pół klasy czytało. Książka była w ruchu. To chyba końcówka podstawówki. 7 klasa pewnie. No z wypiekami na twarzy, pod kołdrą czytałem to. Sex na każdej stronie. Pani opisywała swoje sex-przygody dosyć dokładnie.

Liceum widzę, że matematyką tylko stało. Innych zeszytów nie mam. Bo i po co. Matma była trudna, ale fajna. Pani profesor dosyć nie fair nas traktowała. Od pierwszej klasy wiedziała, kto na ile umie i nie dało się wyżej podskoczyć. Z Królowej Nauk lubiłem najbardziej cyferki i algebrę. Jakiś taki zawsze bardziej wyrachowany byłem. Geometria też była ok, ale to już nie było to samo. Pamiętam, że jak krew z nosa szły mi zagadnienia z przesunięć. Izometria. Fuj, jakie niedobre to było.

M jak matematyka i widzę, że M jak Metallica. Tak, to był czas Czarnego Albumu. Się słuchało wtedy. Pamiętam, że Pan od Państwa z Europy na K. na gitarze potrafił zabrzdąkać fragmencik mega-hitu Nothing Else Mothers (jak to niektórzy mówili). Heh! Zawsze z uśmiechem wspominam 4 lata w murach szkoły przy ul. Brukowej.

Języków widzę trochę liznąłem podczas mej edukacji. A to wszystko było konsekwencją wcześniejszych wydarzeń. W podstawówce rusycystka zostawiła nas na dwa lata. Klasa 6 i 7 to była czysta, bezproduktywna laba. Pani wiernuła na ostatni rok i … załamała ręce – dzieci, przecież wy nic nie umiecie! No cóż, nie mogliśmy się z nią zgodzić bardziej. Teraz ja muszę płacić 5$ za lekcję na Skype z moim lektorem, który chyba albo umarł, albo mnie olał, bo się nie odzywa trzecią niedzielę! Ostatnio co słyszałem od niego, to że chory. Zagadałem tydzień temu i nadal cisza. Ghosting jakiś!

O rosyjskim w liceum nie będę pisał, bo to była komedia, w której brałem udział przez pierwszy miesiąc pierwszej klasy. Legendarny już jest dialog zapoznawczy, który przedstawiliśmy pani prof. Panfiluk i całej klasie ze Słodkokwaśną (imiona zostały zmienione):

– priwiet Marcin

– priwiet Maciek

– Kak ciebia zawut Marcin?

– mienia zawut Marcin. A kak ciebia zawut Maciek?

– Mienia zawut Maciek

No co?! 3 plus piechotą nie chodziło! Braliśmy w ciemno. Od października 1991 pobierałem nauki już u prof. Gestapczuk. Troszkę jak z deszczu pod rynnę, albo jakby zamienił stryjek marchewkę na kijek. Ale 4 lata jakoś minęły z naciąganymi „dostatecznymi”.

Na studiach z kolei miałem do wyboru w stopniu zaawansowanym albo rosyjski, albo niemiecki. Wystraszyłem się obioru, bo germanistka w liceum okazała się jakaś … osobliwie bezprzykładna. Ale jak ze 4 razy w Germanii byłem, to frytki i bronksa umiałem zamówić i nawet domówić! Także dylemat był – rosyjski, którego nie umiałem, albo niemiecki, którego nie za bardzo znałem. Na szczęście uruchomili trzeci lektorat dla początkujących. Brałem w ciemno! Francuski to przecie piękny język miłości.

Na samym początku przypadły mi do gustu dwie literki – r i z. Pani magister je tak ładnie zapisywała. Do tej pory często tak r piszę. Z już czasem, bo jakieś takie nie zawsze pasujące do całego wyrazu jest.

Jak się okazało szybko, francuski to cholerstwo straszne. Nie dość, że się dziwnie mówi i 10 wyrazów zlewa się w jeden tak, że ni hu hu można dojść ładu, to gramatyka też potrafiła sypnąć piaskiem w oczy i nóż w plecy wbić. Jak to mówiła nasza lektorka? 98% wyjątków od prawie każdej reguły gramatycznej. Czyli wszystko trzeba było wykuwać na pamięć. Po 5 semestrach wyszedłem z egzaminu z 3 i pół! Mój osobisty sukces. To znaczy le succès! Porażka nastąpiła latem 1996 roku w Holandii. W Utrechcie bodajże. Na pole namiotowe przybyły 3 młode Francuzki. Zagadać chciałem. Zapytałem się więc na początek, która godzina. Wydaje mi się, że po 3 próbie zmieniłem francuski na angielski, bo dziewczynka miała coraz większe oczy z niezrozumienia. I to chyba był koniec używania tego języka w latach 90-tych XX wieku. Później jeszcze, na początku millenium, wskrzeszałem ten piękny język w rozmowie z moim ówczesnym szefem z Auchan Jean Francois’em i jego małżonką Melanie. No Żan Fransua mówił tak po francusku, że ni hu hu comprendre ja go. Z Melanie jakoś lepiej mi szło. Jak ja do mojego pana wtedy mówiłem? Żancie nie rozumiem – jakoś tak (po polskiemu: Jean, Cię nie rozumiem) 

Z tych moich szpargałów najbardziej w oczy rzuciły mi się dyplomy, pochwały i wyróżnienia. Jakiś mocno dyplomowany byłem. Eh.

Tego jednego dyplomu nie pamiętam. Podejrzewam, że to sprawka pewnej grupy starszych znajomych ze studiów.

Na studia pierwsze, czyli Politechnikę zdałem z drugim wynikiem na roku. Z angielskiego byłem drugi, a z matmy pierwszy. Jakaś Gosia mnie o punkt wyprzedziła. Później się okazało, że koleżanka dziobakiem była wielkim i poniżej 5,0 w każdym semestrze nie schodziła. Na początku Pięciolatki (a właściwie Trzylatki, bo zaczynaliśmy jako 3-letni Instytut) poznałem grupę 4 osób. Troje z nich było na V roku matmy, a ta czwarta, też Gosia – na IV. Okazało się, że ta młodsza koleżanka uczyła się w jednej klasie w liceum z moją siostrą. I chyba ta znajomość z tymi ludźmi spowodowała, że ja później … ale o tym potem.

Dziewczyny jakieś wyluzowane były. Cieszyły się, że się dostały na drugi kierunek. Radek z kolei strasznie dociekał, który gówniarz zdał matmę lepiej od niego na egzaminach wstępnych (był drugi). Po kilku tygodniach oświeciłem go, że to ja.

Studiowanie na politechnice było fajne. Przedmioty były, jak na to teraz patrzę, jakieś … abstrakcyjne. Wtedy wszystko miało jakiś sens.

Nie znałem się na sesjach egzaminacyjnych, ale te moje to były jakieś krzyże pańskie. Zaliczenie ćwiczeń, zaliczenie wykładów i do tego jeszcze … egzamin. Masakra! Znajomi z innych uczelni się chełpili, że oni w sesji mieli po 2-4 egzaminy. A ja na karcie egzaminacyjnej wyliczałem średnią z 13 ocen.

III rok jak widać po zdjęciu był na luzie. Poniedziałki i piątki wolne. Trzeba było tylko pracę licencjacką napisać. Wybrałem babkę od rachunkowości, bo … teraz zdradzę mój wielki sekret … chciałem zostać księgowym! Ale pani mgr Alina wybiła mi to z głowy. Wykłady miała koszmarnie nudne i zrozumiałe chyba tylko dla niej. Do tego tembr głosu i maniera mówienia powodowały, że wykład trwał nieskończoność. Każdy wyraz to jak szpilka wbijana w uszy. A czemu ja ją wybrałem jako promotora? Hm, nie wiem. Może na głowę musiałem upaść? Chyba miałem temat pracy gotowy i niestety tylko ona mogła taką pracę dyplomową poprowadzić. Co prawda ona tylko mgr była, więc nie mogła mieć grup seminaryjnych, ale wydaje mi się, że zaliczenie z seminarium dawał jakiś prof., którego na oczy nie widziałem. No nic. Ważne, że licencjat zdany na pięć i na studia uzupełniające, magisterskie się dostałem bez żadnych egzaminów.

Analogiczna historia była z wyborem promotora mojej pracy magisterskiej. Miałem temat, musiałem więc wybrać osobę od tego zagadnienia. Oj. Koleś był strasznie wymagający. U innych seminarium to była laba. My musieliśmy pisać referaty, przedstawiać nasze postępy pracy. Pan prof. był starej daty i miał dwie złote zasady:

– pracy się nie pisze w czerwcu

– student, który broni się we wrześniu, to nie jest prawdziwy magister

Co do pierwszej zasady, to cholera, miałem taki zamiar – laba przez prawie dwa semestry i dwa tygodnie skrobania pracy dyplomowej w czerwcu. Nie dało się.

Co do drugiej zasady to zgadzałem się z nim … trochę. Też chciałem obronić się jak najszybciej i mieć to z głowy. Ale z seminarium na seminarium ogarniało mnie coraz większe przerażenie. Myślałem, że nie wyrobię się latem, bo dziad się czepia i to strasznie się czepia. Wiecznie coś. A to za mało cytatów, a to za mało przypisów, a to bibliografia uboga. Co do tego ostatniego, to okazało się, że kilka osób z mojej klasy z liceum napisało jakieś książki, którymi się wsparłem pisząc pracę magisterską. Także lista pozycji, które przyświecały moim mądrościom w magisterce się wydłużyła i pan promotor został ukontentowany. Także zdążyłem pod koniec czerwca się obronić. Pamiętam, że na członkini jury magisterskiego pani magister Mirosławie Laszuk (nie wiem, czy dobrze imię zapamiętałem) zrobiłem wrażenie. Ale ona młoda była i świeżo sama po takim stresie, to może temu taka sympatyzująca była. Pamiętam, że po ogłoszeniu mnie magistrem wyszedłem z budynku i dookoła było pusto. Studenty wyjechały, bo po sesji już było. Żywego ducha. A ja tak sobie szedłem i z każdym krokiem docierało do mnie, że zakończyłem właśnie edukację i czas do roboty …

Tydzień po obronie pracy przywdziałem białą koszulę, krawat w czerwono-czarne ukośne paski i zacząłem menedżerować w Auchan.

Na drugie studia dostałem się również z drugim wynikiem i znowu odbierałem indeks od Jego Magnificencji Rektora. Znowu były dwa testy – matma i angielski. Po 3 latach od matury stwierdziłem, że wypadałoby odświeżyć matematyczne zagwozdki. Zajęło mi to z tydzień. Jak widać wystarczyło.

Matematyka miała być czysto finansowa. Byliśmy pierwszym rokiem. I też, jak w przypadku Polibudy, były to studia licencjackie. Okazało się, że finansowości było niewiele. Przedmioty, które nam chcieli zaserwować miałem już wcześniej, na mojej Alma Mater. Reszta niczym nie różniła się od matematyki dydaktycznej. Ale jak już się dostałem, to postanowiłem spróbować. Dałem radę do pierwszej sesji, czyli dosyć szybko mi poszło.

Pamiętam ten czas zaliczeń na Uniwerku. Terminy kolokwiów i egzaminów pokrywały się z tymi na mojej macierzystej uczelni (wtedy to już był IV rok studiów). Musiałem zrobić coś z egzaminem z algebry liniowej. Bo w tym czasie był pisemny z czegoś na Polibudzie – Warunki Opłacalności Wymiany Handlowej bodajże. To po angielsku było Terms of Trade.

Wbijam do katedry Algebry i już konsternacja – siedzi dwóch panów, a ja nie wiem, który to ten mój. Ja byłem normalnym studentem i kultywowałem zasadę, że wykłady nie są obowiązkowe. Szybka ocena postaci i podchodzę do jednego pana i pytam:

– pan dr Bagiński?

– to ja – odpowiada zza pleców ten drugi

– no to dupa – myślę sobie. Ale nic to. Trzeba działać

– chciałbym przełożyć termin egzaminu u pana doktora, bo w tym czasie mam egzamin na Politechnice

– a co dla pana jest ważniejsze? Egzamin z algebry, czy na Politechnice? – pyta niczym doktor logiki pan doktor algebry

– a jak się panu wydaje? IV rok studiów, czy I rok? – odpowiadam bezczelnie, bo już wiem, że nic z tego nie będzie

– Zapraszam wobec tego w lutym na drugi termin – ogłasza mój wykładowca

– ale wtedy jest sesja poprawkowa – uświadamiam go

– tak. Teraz „niedostateczny”, a w lutym pan poprawi

Wyszedłem zrezygnowany. Zachodzę do mojego profesora na Polibudzie i mówię mu, że dramat, bo mam dwa egzaminy jednego dnia. U niego i na matmie. Pan prof. powiedział, żebym zostawił komuś indeks i żebym leciał na matmę zdać tę algebrę. Arek-Zegarek oddając mi później zieloną książeczkę powiedział, że prof. Ejsmont wziął mój indeks i wstawił „bdb” bez słowa.

A algebrę zdałem najlepiej na roku – dst +. Nie cieszyłem się długą pozycją lidera, bo jakieś dwa kujony poszły poprawiać tróję i wyszły z piątkami. Alchemia kurna jakaś! 3 zamienili w 5!

Ja już w liceum nauczyłem się, że nie poprawia się dobrych ocen. Kiedyś z Panem od Państwa z Europy na K. postanowiliśmy 3+ z matmy poprawić. Pani prof. nas wyśmiała na forum całej klasy, bo jakiś blamaż popełniliśmy. Chyba dwóje dostaliśmy. Bo na pewno nie jedynki. A może?

I to był trzeci raz kiedy postanowiłem coś w szkole poprawić – pierwszy raz, ostatni raz i o jeden raz za dużo.

Matmę rzuciłem szybko. Dwóch egzaminów nie zdałem. Hm, do jednego się w ogóle nie uczyłem – Wstęp do matematyki. A do zaliczenia Elementarnej Teorii Liczb zabrakło mi 2 punktów. Poprawka poszła mi spektakularnie … gorzej.

Prof. Pogorzelski to był postrach na Matematyce. Starszy pan, ekscentryczny dosyć. Pamiętam, że zapisałem na tablicy tylko – dla każdego n istnieje … i usłyszałem suche dziękuję. W indeksie stała już dwója.

Dziewczyna z kolei poległa jeszcze szybciej. Pan prof. zobaczył, że dziewczę ma już ocenę z egzaminu innego. Pyta się jej:

– dlaczego ma pani już zaliczony egzamin z algebry?

– bo mam przepisaną ocenę z ubiegłego roku – wyjaśnia

– to pani już studiowała raz? – upewnia się profesor Kosa

– tak. Ale nie zaliczyłam sesji i zakończyłam studia

– a czego pani nie zdała? – dopytuje starszy pan

– u Pana profesora …

– w tym roku też pani kiepsko idzie – zakończył egzamin pan profesor

Dziewczyna wyszła ze szmatą w indeksie.

Ja na poprawkę już nie poszedłem.

Poznałem później syna pana profesora. Fajny koleś. Nosił się na czarno. Miał długie włosy i słuchał metalu.

Także dałem sobie spokój z matmą. A raczej ona dała sobie spokój ze mną.

 

Studia magisterskie na Politechnice ukończyłem z oceną bardzo dobrą. Pracę napisałem na bardzo dobry, egzamin obroniony na bardzo dobry. Średnią do magisterki liczyło się niemal tak trudno i skomplikowanie jak ZUS emeryturę. Okazało się na końcu, że gdybym gdzieś kiedyś dostał „plus” więcej z jakiegoś zaliczenia lub egzaminu, to studia skończyłbym celująco. Trudno.

W piwnicy spędziłem troszkę czasu. Śmiejąc się i przypominając sobie to i tamto.

Niektórych zaliczeń nie pamiętam. Ale widzę, że dosyć zdawkowo zapisywałem pytania na kolokwiach. To może temu nie dostawałem piątek?

Na ostatnim semestrze to widzę, że notatkami sobie głowy już nie zawracałem. Jakieś obrazki rysowałem. Z nudów? Ale ogród marzeń narysowałem (trzeba go było tylko troszkę wyobrazić).

Na ostatnim wykładzie, poznaję po charakterze pisma, że Arek-Zegarek się po angielsku mi wpisał. Łobuz!

Angielski też widzę, że na poziomie Kembridż znałem. Nieźle. Szkoda, że uleciało to wszystko już.

Aha, winyle od razu Słodkokwaśnej oddałem, bo zbiera. To będzie słuchane.

zbaraniałem

choć na pierwszym planie owieczka. Ale baran się zań czai.

Zbaraniałem, gdyż spojrzawszy dziś na datę, uzmysłowiwszy sobie, że dokładnie za miesiąc skończywszy … 29 lat … znowu. Dołączę do klubu, w którym dokładnie od miesiąca jest Pan z Europy na K.! Czas pędzi!

A przecie pamiętam jak dziś, kiedy 5 lat temu przymierzałem się, próbę generalną odbywałem, do projektu „40 wpisów na 40 lat”. I chyba mi nie wyszło. Ale to nic. Bo gdyby iść tym tropem, taką analogię przyjąć, to w 2020 skończyć musiałbym 123 lata.

A co ja z tymi imiesłowami na początku? Ano, mój korepetytor z rosyjskiego zaprezentował mi łyk gramatyki. I były właśnie imiesłowy. dwa przykłady – brać i wziąć. Nie skumawszy. Nawet największa rusycystka Ula z Nju Dżerzej miała delikatny problem z tłumaczeniem słów.

wzjawszij, wzjaw, wzjawszi, wzjatyj. Hahahaha, ale ten mózg potrafi płatać figle. Za każdym razem kiedy chciałem napisać polskie W, wbijałem na klawiaturze B 🙂

bjeruszczij, briawszij, bjerja, brjaw, brjawszi.

Na szczęście Ula powiedziała, że Rosjanie rzadko używają imiesłowów. Uf. Mówi się, że i my Polacy nie za często sięgamy po te formy czasownika. Zasmuciwszy się wielce zakończył dygresję o imiesłowie.

Na lekcji miałem jeszcze stronę bierną, ale Aleksjej powiedział, że oni tak nie mówią. Także ta informacja została przez mnie pieczołowicie zapamiętana.

Dawno nie wspominałem, nie chwaliłem się, ale dziś jest 1499. dzień bez papierosa! Hurra.

Dziś też jest 7. dzień bez alkoholu.

Każdy Polak wie, że sierpień jest miesiącem bez wyskokowych trunków. Na studiach mieliśmy nawet takiego kolegę, co jeden miesiąc latem pauzował, odpoczywał. Ale on taki świątojobliwy był. W przerwie między pierwszym, a drugim rokiem, kiedy pierwszy raz było mi dane znać Zenka w sierpniu, to myślałem, że to jakaś kpina, albo fanaberia. Dopiero ci, co znali kolegę dłużej mówili, że nie. Ok. Wolny kraj, wolna wola.

W tym roku nauczyłem się, że na styczeń się ponoć mówi Dry January. Nie zdążyłem, nie miałem okazji na posuchę. A raczej sporo okazji było do nieświętowania tego obrządku. Ale zaciekawił mnie ten projekt i postanowiłem sobie, że zrobię mój własny Dry February, czyli swojski Suchy Luty. Zakomunikowałem o tym postanowieniu Panu z Europy na K. jakoś na początku miesiąca (aha, teraz chyba też jest początek miesiąca. No jakoś niedawno mu doniosłem). W piątek czytam AjMasaż od przyjaciela z pytaniem, czy w weekend też mam abstynencję. Odpowiedziałem tak filozoficznie, że nawet sam Paolo Cohelo by się nie powstydził – luty jest luty. Kolega odrzekł – o fak. Grubo. I słuch o nim zaginął. Pewnie prędko oznajmił moją niedyspozycję Słodkokwaśnej, bo ten też jakoś na weekend cicho siedzi. Tak to jest z nami Polakami. Zabawa jest tylko wtedy, kiedy jest alkohol.

Co ja tam jeszcze celebruję? Chyba tylko Movember.

A co można obchodzić każdego miesiąca (i w jakim kraju)?

Dry January (UK).

Luty to jakaś nuda – American Heart Month (USA), Black History Month (USA i Kanada), LGBT History Month (UK), National Bird-Feeding Month (USA).

Mustache March (US) – ooooooo, to już wiem co robię tego marca.

Kwiecień jakiś poważny. Ale ja wybieram Mathematics Awerness Month (USA)

W maju i czerwcu – National Smile Month (UK)

WOW!!! Uwielbiam lipiec – Narodowy Miesiąc Lodów! Yum! Trzecie niedziela miesiąca w USA. To się naloduję! Oblodzę? Zauważyłem, że od jakichś dwóch tygodni prawie codzinnie kupuję sobie loda. Hazen Dags pioruńsko słodki. Pewnie temu ma pierdyliard kalorii. Kiedys czytałem, będąc w USA, taki magazyn pn. Consumer Report. Rozprawiali o mrożonych przyjemnościach. Nawet taką niezgrzebną macierz przedstawili. W wierszach marki lodów, w kolumnach … nieprzyjemności – cukier, kalorie, tłuszcz, cena i takie tam inne. Pamiętam, że Hazen Dags odsadził konkurencję! To tak jak kiedyś widziałem zestawienie obrotów hipermarketów na świecie (bodajże w 2000 roku). Wallmart z najmniejszą liczbą sklepów swoim przychodem zdeklasował konkurencję, która chyba razem wzięta nie miałaby szans. To tak właśnie Hazen Dags się prezentowały – tłuste, słodkie, kaloryczne, drogie. Ale cholera, mniam!

Ooo, na świecie w sierpniu nic się nie celebruję. To może ja jakieś ziółka? Z okazji Matki Boskiej Zielnej?

We wrześniu mamy Miesiąc Jogi (Pani z Europy na K. pewnie to wie i celebruje od lat) oraz … Miesiąc Prostaty. Oj, nieprzyjemne badanie, nieprzyjemne. Ze trzy dni czułem wizytę u urologa.

W październku mam dylemat – National Bullying Prevention Month (USA), National Pizza Month (USA), Polish American Heritage Month (USA). To tak w skrócie – znęcaniu mówimy stanowcze nie! Proszę spojrzeć na maj i czerwiec. Pizza! Kto nie lubi pizzy? W sumie cały rok mógłby być … miesiącem tego placka! Ponoć Słodkokwaśna kupił kamień do wypiekania pizzy i jest przepyszna. To znaczy, nie ponoć, że kupił, bo kupił, sam widziałem. Ponoć pyszna. Tak pyszna, że aż Państwo z Europy na K. też nabyło. Ponoć. No a o tym polskim dziedzictwie w Ameryce chyba nie muszę nic mówić. Muszę Ulom kazać to obejść!

Oooo, w listopadzie jest jeszcze No Nut November. Dotyczy to abstynencji od … masturbacji i … oooo … osiągania orgazmu. Oj, to ja sobie wąsika jednak zachoduję wtedy.

A w grudniu chyba jest hulaj dusza, bo napisali, że jest adwent.

 

Dobrego roku wszystkim. Niech sobie każdy coś wybierze. I pamiętajcie

You are never fully dressed without a smile!

 

 

sam nie wiem Maciek

tak sobie myślę, że przearanżuję sobie mieszkanie. Ale sam nie wiem Maciek.

Mam takiego ciołka w robocie. Rozmawiam z nim, ustalam wszystko. Gadka jak do Władka najczęściej, bo kolo ciężki w konwersacji. Jak się uprze, to nie przetłumaczysz. I już z nim w końcu wszystko ustalasz. Zgadzasz się na jego rozwiązania. Wychodzisz z gabinetu ukontentowany. ZA WOLNO wychodzisz z gabinetu, bo w drzwiach słyszysz – sam nie wiem Maciek.

Drzwi się zatrzaskują, a ty zostajesz jak ta pała w dezinformacji. No niby się spotkałeś, przegadałeś, ustaliłeś, ale na koniec słyszysz pointę, która wszystko burzy.

Głupio wracać i się dopytywać, bo kolega pomyśli, że jakiś upośledzony jestem. Przecie wszystko przegadane i ustalone.

Wczoraj byłem u znajomych i zobaczyłem u nich tapczan-półkę! Na sam przód powróciły reminiscencje z wycieczki do Seattle – stolicy grunge’u. Fajne miasto. O dziwo bardzo słoneczne. A może ja miałem szczęście do pogody? Tam w wynajmowanym mieszkaniu za pośrednictwem serwisu AirBnB był zamontowany taki mebel. Sprytny space saver. Tam też odkryłem hawajskie poke bowl oraz fioletowe szparagi.

Na drugi sam przód, czyli po drugie – primo, dostałem taki flaszbak moich zwariowanych pomysłów odnośnie mieszkania. Jednym z genialnych rozwiązań było zainstalowanie tapczan-półki. I jak wczoraj zobaczyłem mebel, to od razu zacząłem się wypytywać skąd? Jak? Co? I tak dalej. Wracam do tego pomysłu! Przearanżuję mieszkanie. Dziś rano, oczami wyobraźni ustawiłem na nowo wszystkie meble i … sam nie wiem. Ten przepiękny, wycyganiony stół mi psuje feng shui mojego salonu slasz sypialni. Niedobra szuja!

Tu zamontuję łóżko, tylko trzeba kinkiety przesunąć o 10 cm. Tam wepchnę komodę albo ją wyrzucę, bo nie wiem w sumie po ki czort ją nabyłem. Stół się przesunie bliżej kuchni. A pod okno kupię sofę i stolik. I oczami wyobraźni rachuję wydatki. 2 do przodu, 3 w pamięci. I niestety jakaś ósemeczka wychodzi. Sam nie wiem Maciek.

Ale później przemyślałem i stwierdziłem, że się tylko zagracę. To nie robię tapczan-półki. No chyba, że mi się narożnik popsuje, to wtedy.

Życie to nie zabawa, zabawa, zabawa. Tylko zawody, zawody, zawody. Tańcz!

Przekonuję się do nowej płyty Krzysztofa Zalewskiego. Bo na samym początku, przy premierze nowego krążka stwierdziłem – sam nie wiem Maciek. Niby to Zalewski, ale jakieś dziwne te piosenki. I przestałem słuchać. A teraz? Proszę bardzo. Jakoś ładnie wchodzi do uszka.

Przeczytałem dziś recenzję serialu Osiecka. Tym razem nie powiem – sam nie wiem Maciek. Okazało się, że ja w swojej opinii (poprzedni wpis) byłem bardzo delikatny, bo autorka artykułu zjechał produkcję od góry do dołu. Tytuł był wymowny – obejrzałam 8 odcinków Osieckiej i nadal nie wiem o czym jest ten serial. W punkt!

A jak ludzie się zgodzili w swoich komentarzach. W końcu żadnego hejtu, tylko zgodność. Kilka osób skonstatowała, że w tym serialu brakuje … Osieckiej.

 

Odezwał się po wielu tygodniach zapytany o ewentualne nietajne komplety lektor rosyjskiego. Ponoć jak studiował na SGH, to kolegom udzielał korepetycji. Syna wyedukował, bo on ponoć z Turkmenistanu, czy innego Tuturlistanu. To się umówiłem na lekcję próbną. Ojej. Myślałem, że zasnę. Koleś kompletnie nie miał pomysłu na przeprowadzenie lekcji. Czytał mi jakąś książkę o czasach sprzed 1989 roku w Rosji. Miałem mówić czego nie rozumiem. No to nie rozumiałem co drugiego wyrazu. To znaczy bym zrozumiał, gdyby pan wyraźniej lub wolniej czytał. Po pół godzinie, ledwo przytomny, powiedziałem mu, że to nie ma sensu. Ja i tak tych nowych słów nie zapamiętałem. Lektor pochwalił za to zasób słów mój. Zdziwiłem się ale podziękowałem.

W poniedziałek mam lekcję z młodym Aleksem. Zobaczymy co z tego będzie. Jaka jego strategia na nauczanie jest. Ale ochota na naukę rosyjskiego coraz mniejsza. Rzucić w diabły? Czy nie? Sam nie wiem Maciek!

 

 

 

 

 

jak spędzają święta kochanki?

Hahahahaha, zobaczyłem gdzieś na necie tytuł artykułu i się rozhahałem.

No właśnie. JAK?

“Dziewczyny, uwierzcie, chciałam się zabić! Nie wytrzymam tego dłużej! Pozostaje mi nadzieja, że w święta za rok będziemy już razem” Załamana. “Tiaaa, i na dodatek na skórze z dzika przed kominkiem. Dziewczyno, przetrzyj oczy!” Racjonaliskta. (Fragment z internetowego forum).

 

No istny dramat!

 

Święta zapowiadają się chyba na spokojnie. Izolacja trwa.

 

Wczoraj poszedłem zrobić się na bóstwo. I chyba ten dowcip, że żona mówi, że była u fryzjera, a mąż się z przekąsem pyta, czy był nieczynny, się sprawdził. Jakiś taki … niedorobiony jestem.

Dałem szansę zakładowi fryzjerskiemu obok bloku. Kiedyś takie panie Krysie z PRL go prowadziły. Jedna miała minę wiecznie wkurwionej panci, a druga była całkiem sympatyczna.

Wczoraj był fryzjer. Tomek. O-MÓJ-BOŻE! Koszmar. Prawie 90 minut psychicznego znęcania się nad klientem. Srala-mądrala. Na sam przód dowiedziałem się, że pan ma lat 42, 7 dzieci z, chyba, 15 paniami. A jaki on wyuczony? Doświadczenia z lat 50 ma, bo fryzjerstwo z mlekiem matki wyssał. A jak zaczął mi wykładać o technice mycia głowy, to błagałem tylko w myślach, żeby kończył bystro. Mam nakładać szampon na dwa palce i nałożyć na włosy. Nie wcierać! Trzymamy 45 sekund, zmywamy i raz jeszcze. Po zabiegach należy palcem przejechać od czoła do tyłu i nasłuchiwać, czy piszczy. Jak tak, to włoski są dobrze namaszczone. Żadnych więcej pryszczy i plam na skórze. A ile na lokal narzekał? Że kolor pedalski, że on, gdyby mógł i chciał, to z tej budy zrobiłby Barber shop z prawdziwego zdarzenia. Ale zarazem nie byłby zakład czysto barberingowy (sic!).

Dobił mnie swoją międzynarodową karierą. Gdzie on nie pracował? Wszystkie profesjonalne firmy fryzjerskie świata zaliczył. Frank Provost? Proszę bardzo. Odwiedził wszystkie, chyba, 629 lokali. Zajęło mu to 10 lat. A w Dubaju samego Emira strzygł. I bardzo mu się w tych Indiach podobało (sic!).

A chłopiec po tylko zawodówce i taki talent! No świat się nie poznał na nim chyba jeszcze. Ten salon to taka pomoc dla jego ciotki. Bo on handluje w internecie. Ma taką firmę, co sprzedaje wszystko. Jak zapytałm go jak się nazywa, to nie umiał odpowiedzieć. Ale fotele fryzjerskie, które kosztują 2 500 zł on opyla za 700! No czysty zysk.

I tak 90 minut … pardon my french … pierdolenia.

Na koniec skasował mnie na 100 zł. I też gapa jestem, że nie oponowałem. Bo kolesia wcześniej skasował na 35 razy 2, czyli 70 (strzyżenie łba 35 i drugie tyle dół. Czyli broda, jak się domyśliłem). Nie wiem, czemu ode mnie wziął stówę? Ale i tak taniej, jak u gawędziarza i ściemniacza tureckiego, Albercika.

Także w pobliskim zakładzie golibrody byłem trzeci raz – pierwszy, ostatni i zdecydowanie o jeden raz za dużo!

 

 

A dziś wyszło słońce! Nie widziałem Gwiazdy Betlejemskiej. To znaczy widziałem. Na bazarkach, w sklepach, z salonach florystycznych. Ale tej na niebie, co widać co 800 lat, nie widziałem. Bo niebo zaciągnięte chmurami lub smogiem. Zasmożenie jekieś chyba jest spore.

A dziś wyszło słońce!

 

 

Dziś była kontynuacja poszukiwać mojego tutora języka rosyjskiego.

Rosyjski lektor rosyjskiego okazał się … chyba tym jedynym. Muszę jeszcze jedną rzecz sprawdzić z tamtym drugim, Ukraińcem.

Aleksey mieszka … koło Moskwy. 700 km na południe. Ukraina? – pytam. No jeszcze nie. Jeszcze Rosja.

I ten Aleks mieszka sobie z żoną i prawie rocznym synkiem na takim małym mieszkaniu 60-metrowym i dorabia na korepetycjach z rosyjskiego i historii Rosji. Dziś mieliśmy próbne zajęcia. Cholera, co za challenge! Kazał mi użyć szarych komórek. Myślałem, że to będzie tak, że jak on coś powie, to ja od razu sobie do głowy wbiję. No okazało się, że nie. Nie dość, że kazał mi tekst czytać, to jeszcze domyślać się czemu ta Masza to taka, a taka i dlaczego robi to, co robi.

Na sam przód naszej lekcji chciałem mu powiedzieć, że ma wielkie słuchawki (nauszniki). Gadka była taka:

– ale masz wielkie nauszniki

– garnitura? – odpowiada

– nie. Jak nazywa się to coś co masz na głowie – precyzuję slasz dopytuję

– garnitura

– nie. No … słuchawki – mówię zbity szczerze z pantałyku (Aleksey zna polski), bo korepetytor jest w t-shirt’cie

– eto garnitura. Słuchawki, to same słuchawki, a jak mam z mikrofonem, to nazywa się to garnitura

Гарнитура – Zestaw słuchawkowy

No i lekcja trwała w najlepsze. Nauczyłem się jeszcze, że каркас кровати, to nie żadne zwłoki/padlina/szkielet łóżka, a rama.

 

Na bok nauka, czas na labę i Rażdzjestwo.

Otworzyłem dziś lodówkę i się przeraziłem. Matko boska, światła nie widać! Okazało się, że doszło mi dodatkowe danie – żurek. Ale od razu zeżarłem pierogi z kurkami i liczba dań została constans.

Chaładzielnik zapchany dobrami. Jutro czeka mnie cały dzień przy garach. Mak na szczęście już ukręcony. A jeszcze 10 000 kroków czeka na zrobienie! Kiedy!? Kiedy!?

Wesołych Świąt wszystkim! Alleluja!

 

Jak spędzacie święta kochan(k)i?

home alone, czyli …

Maciek sam w domu.

 

No cóż kochani. Wygląda na to, że nie trzeba mieć telewizora, ani Polsatu, żeby doświadczyć kultowego już hitu – Kevin sam w domu.

W związku z różnymi okolicznościami, postanowiłem dmuchać na zimne i oszczędzić respiratora rodzicom pod choinkę. Zostaję na święta w domu.

Izoluję się.

Także takiego sobie Kevina robię. Musze tylko wyglądać, czy bandyty jakie mnie nie chcą okraść. Może smołę rozlać pod drzwiami? Butelki nań potłuc? A i jeszcze na okno jakieś zasieki dać, bo to 1 piętro i można się w sumie wdrapać. No i co z klasycznym trikiem z rozgrzanym żelazkiem przymocowanym do sufitu? Ktoś otwiera drzwi i bęc!

Oooo, grzałkę mogłem kupić i na klamkę zawiesić. Na moim bazarku jest taki sklep z takimi duperelami. Trzeba się rozejrzeć.

Także złoczyńcy możecie przychodzić. Jestem zabezpieczony.

 

Home Alone villains

W związku z zaistniałą sytuacją postanowiłem nabyć dobra i przygotować kolację. Moich 12 potraw będzie wyglądać tak:

– ryba po grecku

– łazanki z makiem, orzechami i rodzynkami izraelskimi

– śledź

– węgorz wędzony

– kapusta z grzybami

– pierogi z kurkami

– pasztet z soczewicy

– zupa grzybowa

– frykadeliki rybne

– gin z tonicem

– wino czerwone albo białe

– whisky torfowe

– whisky single malt

– whisky blended

– cytrynówka oddech żniwiarza

 

Hm, to 15 dań mi wyszło. Oj, znowu się obżrę się.

Ostatni weekend spędzony w domu-stodole zakończył się mięso-wstrętem. Fuj, brrr.

 

Na sam przód nakupiliśmy lokalnych pyszności. Boczek, kiełby i takie tam. Największą delicją okazało się masło. Mniam! Na dodatek Słodkowaśna nawiózł mięso i było robienie kiełbasy i wędzenie jej wraz z boczkiem i ptaszkiem (kurczak).

Dodatkowo były inne przysmaki mięsne, rybne i grzybowe. Także mięsu mówimy stanowcze nie! Nie mogę patrzeć nań, nie mogę wąchać, nie mogę nic z nim. Brrr. Detox mięsny.

Wczoraj się rozpoczął casting na mojego lektora rosyjskiego. Online. Wysłałem z 8 wiadomości (sms, skype) i szybko dostałem 2 odpowiedzi tylko. Później odezwał się jakiś polak i się umówiliśmy na lekcję próbną. Jaka kania dżdżu czekam, wyglądam zaproszenia na zoom i … NIC. Po kwadransie akademickim piszę do tutora z zapytaniem o moje oświecenie, a ten mi smaruje wiadomość, że zapracowany i zapomniał. Zaproponował rekompensatę po świętach. Szalenie się uniosłem i odpisałem mu coś w stylu, że argumentowanie jego jest niepoważne i właśnie przekreślił swoją szansę na bycie moim bakałarzem.

 

Wczoraj miałem lekcję z Ukraińcem. Hmmm, jakoś tego nie widzę. Pan jest nauczycielem matematyki, informatyki i angielskiego w szkole. Jego owieczki są w wieku 14-15 lat. No i zauważyłem, że koncepcji na edukowanie mnie w zakresie języka puszkinowskiego nie ma. Ale cóż, pożyjemy, zobaczymy. 5 dolarów za lekcję.

Jutro mam kolejne, ostatnie zajęcia próbne. Trzeba będzie na kogoś się zdecydować. I ten jutrzejszy mówił mi, że bierze 20 zł (w sumie 22, bo paypal ściaga swój haracz). Wczoraj przeglądałem strony z korepetytorami i zauważyłem przy nim cenę wyższą – 30 zł. Hmmm. Pierwotnie umówiliśmy na lekcję próbną w ubiegłym tygodniu, ale okazało się, że rozchorował się. Na szczęście nie korona. Przełożyliśmy się na 28 grudnia, ale wczoraj zaproponowałem mu jakiś wcześniejszy termin. Dziś chciałem. Ale odparł, że nie zdąży się przygotować do zajęć. Zaplusował u mnie! Znaczy – będzie się przykładał. Ale ten Ukrainiec też na duży plus. Nie będzie u niego domasznej roboty! To lubię.

Także casting idzie pełną parą.

A z okazji zbliżających się świąt, pędzę w wigilię uczynić donację przeciwciał. Okazało się, że przyplątały się do mnie tak ścichapęk. Mam nadzieję, że uda się osocze oddać. Lepiej płacą niż za krew!!! Krew oddaję od 11 lat (z przerwami) w jednym celu – darmowa komunikacja. Ale wyliczyłem, że w tym tempie prędzej będę za darmo jeździł jako sędziwy emeryt, niż honorowy dawca krwi. Z kolei w styczniu nauczyłem się, że można donacje odpisywać od podatku! Także od początku 2020 roku ten właśnie cel nadaje sens mojemu życiu. Money money money! Jestem taki merkantylmny na stare lata.

Oczywiście żarcik. Czekolada darmowa piechotą nie chodzi, cnie?

A kasę od państwa będę wyrywał za wszelką cenę. Oddawać mój hajs!

 

 

 

 

u barbera fajnie jest

 

Hejka kochani.
Stało się. Niepostrzeżenie w sierpniu lat 10 memu blogu strzeliło. A to taki był przypadek, że go rozpocząłem. Chyba Słodkokwaśna podpowiedział mi, żeby zacząć pisać blog. Bo jak jeździłem do Stanów, to pisałem co dzień dziesiątki maili i personalizowałem je. Czyli pracochłonne to było. I tak powstał dziennik ten.

Dziś tak mnie tknęło, żeby pokusić się o to, żeby wskazać, który wpis był najlepszy. Nie chce mi się przeglądać prawie 200 postów, ale przed oczyma staje mi zawsze historia o tym, jak mało co mnie i Słodkokwaśnej nie ubiło. Bo pomidory pikantne pasteryzowaliśmy. Eh, ten młodzieńczy wiek. Pyś mi się cieszy na samo wspomnienie. Ale od razu sobie przypominam, że ani Słodkokwaśna, ani jego Pani nie wpadli do mnie na sprzątanie chaty w rewanżu.

Wpis ten o to tu jest: https://mdobrogov.pl/index.php/2016/02/14/near-death-experience/

 

A tak poza tym, to piszę ten blog dla siebie. Żeby poczytać czasem o tym, jakie głupoty mnie się (nie) imały.

wtc

To już 18 lat! Pamiętam, że byłem 10 lat temu w Nowym Jorku. Ale akurat z Ulą eksplorowaliśmy Californię, więc akurat 11 września na Mieście nie byłem. Serena grała w półfinale z Kim Clijsters i odgrażała się sędzi liniowej, że jak Boga (Jahwe) kocha, wpechnie jej tę piłkę w gardło.

A później, jak już była interwencja zbiorowa w sprawie niepokalanego zwycięstwa Sereny, to usłyszałem jak Najlepsza Tenisistka Wszech Czasów (GOAT) zadziwiona mówi:

What?! I didn’t say i would kill her. Are you serious?!

Hm, cóż. W późniejszych latach też były awantury, bo niesprawiedliwość Serenę spotykała. Nie ma co się podniecać wybrykami dzisiejszymi, bo mistrzem pyskówek i (ręko)czynów był John McEnroe. Dzisiejsze gwiazdy tenisa nawet się nie umywają do starego mistrza.

A i wtedy, w 2009, również usłyszałem, jak zdenerwowany Federer odezwał się do sędziego:

I speak, when i have something to say

To było wtedy, jak DelPorto w finale (wygranym) wziął challange i Szwajcar zapytał się sędziego czy tu są jakieś reguły, bo na sprawdzanie piłki jest kilka sekund po akcji, a nie kiedy sobie zawodnik prawie już siedzi na krzesełku. Sędziemu chyba nie spodobało się, że ktoś ma odwagę coś przemawiać doń. Ale wiadomo kim jest Roger Federer. Nie dość, że GOAT, to jeszcze gentleman w 100%, także jego wybuch był czymś ekstraordynaryjnym.

Na koniec wątku tenisowego dodam, że biedna Serena od 5 czy 6 finałów nie może wyrównać rekordu wszech czasu i wygrać po raz 24. A Szwajcara dzielnie goni mój ulubieniec Rafa Nadal. Hiszpan zdobył w niedzielę swój 19 tytuł i jest o 1 mniej za swoim odwiecznym rywalem. Ja i tak sądzę, że Rafa i tak przegoni Rogera, ale i tak wszystkich (niestety) pogodzi gluten-free, astmatyk Nole Djokovic.

Nowy Jork był moim marzeniem od dawna, ale 18 lat temu nie kumałem za wiele. Ot, po prostu miasto w Ameryce. A co to WTC, to już kompletnie nie wiedziałem. I tego feralnego dnia byłem w pracy w Auchan. Zszedłem na dół na swój dział przechodząc koło RTV. Cała ściana telewizorów pokazywała płonące dwie wieże. Wyglądało to i strasznie i spektakularnie. Wiedzieli terroryści, które miasto zaatakować. Stolicę świata. Nowy Jork za niedługo odwiedzę po raz 14. Wież na żywo nie widziałem. Ale może odwiedzę w końcu OneTower, Freedom Tower, czy jak to zwą. Otworzyli niedawno, więc dam im czas na okrzepnięcie. Ostatnio już się nawet przymierzałem, ale nie wiem. Jakoś nie.

Później, pracując w banku mieliśmy stażystkę. Taka naiwna dziewczyna. Opowiadała, jak 11 września 2001 roku jechała do Downtown, żeby z góry jednej wież podziwiać Miasto. Powiedziała, że mieli postój nieplanowany, bo za potrzebą musieli się gdzieś zatrzymać. Także dymiące wieże “podziwiała” z Mostu Brooklyńskiego.

Świat piękniejszy jest niż Brooklyński Most

Wczoraj przeszperałem dyskografię Kazika i jego albumów z serii „Tata Kazika”. A to może jednak Kult sygnował swoją nazwą te wydawnictwa, nie Staszeweski? Chyba Kult, nie? No nic. Najważniejsze, że zrelaksowało mnie to. Kult i Kazik to jedno i klasa sama w sobie.

10 lat temu z haczykiem zacząłem blog.

18 lat świat przestał być ten sam.

A za miesiąc będzie rok, jak odwiedziłem barbera Albercika, po raz pierwszy. I życie już nie było to samo. Ten mój Turek, to taka trochę baba, bo jak widzi, że u kogoś innego byłem, to już narzeka, smędzi, głowę suszy, że jak mogłem, że już go nie chcę i takie tam.

A ja po prostu eksperymentowałem. Byłem w Białymstoku u jednej barberki, co się okazało, że kurs barberingu robiła w Waw. Trzydniowy. Kiepsko jej poszło ze mną i to bardzo. Byłem raz w Akademii Barberingu (nomem omen tym, co była wspomniana dziewoja w zdaniu poprzednim). Śmisznie, sympatycznie, ale ciut krzywo. Nawet Albercik po 3 tygodniach zapytał mnie, czy sam się strzygłem, bo nie jest prosto.

No i raz byłem u mistrza, co 10 lat w Londynie się szkolił, przez rok jeździł po Europie strzygąc za jedzenie i później w Polsce pracował u Pierwszego Szatana IV RP – Nergala. Dobry był ale jakoś nie było tej fantazji. Poza tym jego 170 zł vs albercikowe 120 zł mówi samo za siebie.

No i Albercik parę razy mi głowę suszył tymi moimi zdradami. Groził, że będę podwójne stawki płacił, albo mnie nie przyjmie więcej. Ten Turek mój to też taki …turecki ściemniacz. Prawdy się u niego nie dowiesz. Kręci, kłamie, kombinuje. Lokal najpierw był jego, później się okazuje, że właścicielem jest Polak, bo łatwiej było formalnie to ogarnąć. Powiem tak, kompletnie mnie nie interesuje kto właściciel, kto rzemieślnik. Nie kumam tylko po co ściemniać. No i u tego Albercika (połowa znajomych się tnie już u niego. Stugębna plotka i polecenia działają) pracują inni barberzy:

– gmurek Ali – z kraju na K na wschód od Turcji. Mówi po rosyjsku i turecku.

– Turek, który mówi po turecku i angielsku. Nazwijmy go Wyżelowany

– nowy Turek, co ponoć mówi po polsku, ale jak ma coś powiedzieć, to nie mówi. Nazwijmy go Nowy.

Zachodzę ja ci do zakładu golibrody mego się na wizytę zapisać z tygodniowym ponad wyprzedzeniem i słyszę, że Albercik nie ogoli mnie, bo ma urlop. Do Aliego mnie może zapisać. Zgodziwszy się opuściłem lokal.

I tak po ponad tygodniu, idąc jak na ścięcie, myślę sobie – Przecie Albercik miał urlop w czerwcu. Znowu jakaś laba? Pewnie mnie oszukał i pracuje.

Zaknułem, że jak on tam będzie, to oznajmę mu, że frajerstwem nie jest dawanie drugiej szansy. Trzeciej jest. Właściwie to cytat z książki Kasi. Alejażemjemuniepowiedział, bo Albercika nie było.

No i tak Ali do mnie podchodzi i coś tam niby na migi, niby po polsku na fotel usadza. Chyba się zapytał w czym może mi pomóc. Odpowiedziałem, a on na pewno nie zrozumiał. To się pytam:

– Ty po rosyjsku mówisz, prawda?

– tak – odpowiedział.

No to zaczelim ragawor. Oj idź ty na *uj i nogami wymachuj. Nie kumaju ni chu chu co on do mnie mówi! Coś mamrocze pod nosem! No pięknie. Także uśmiechałem się. Jak coś mówił, co dotyczyło brody i wąsa, to chwilkę się zastanawiałem i mówiłem:

– nie znaju. A kak ty dumajesz?

I on znowu coś mówił, a ja kiwałem głową mówiąc charaszo

Albo on mówił, że jak mi się podoba, to zostawi. To ja mówiłem, że nie podoba i on wtedy przycinał. I tak się dogawarilim.

W między czasie wyszło na jaw, że Ali pochodzi z kraju na wschód od Turcji. Na K. Mhm, Azerbejdżan. A dokładnie z Baku. Że był w wojsku i brał udział w jakimś konflikcie zbrojno-wojennym. A młody chłopak. Hm, chyba dzieci się zaciągały do armii. No i że on od 10 lat już mistrzem jest. No to chyba w zawodówce musiał być. Bo wygląda na 23-25 lat.

I tak sobie niby po rosyjsku gadamy i nagle wchodzi albo św. Mikołaj, albo członek ZZ Top.

zz top

Zapytał, czy jest możliwość szybkiego numerku z brodą. Nie miał rezerwacji. Okazało się, że Nowy miał akurat okienko. Po mojej lewej stronie Wyżelowany żelował jakiegoś kolesia. Dziwne to było, bo klient miał buzię gładką jak bobas, bez śladu zarostu. I łeb jakiś krótko ścięty. No to musowo przyszedł na żelowanie.

Aha! Wstawka!

Ostatnio jechałem autobusem i jechał pan z dwoma bąbelkami. Pan co jakiś czas do żony pisał SMS, że są tu, robią tamto, albo się na wieczór umawiali. Lubię czytać w autobusie. A ludzi so gupie, bo pokazują ekrany. Nie słyszący byłem, co mówili, bom słuchał muzyki. Ale widzę, jak pan zapytuje żonę:

Michał się pyta, co bardziej boli – wosk, czy plastry?

Pani odpisała szybko ale mnie udało się tylko początek dostrzec. Było tak:

W zasadzie to to samo…

Drogie dziecko, najbardziej to boli, jak Albercik bierze nitkę i depiluje połowę twarzy – dookoła oczu i poliki. Oj oj oj! Ja wtedy płaczę, kicham i modlę się o szybki koniec …zabiegu. Albercik mnie poinstruował, żeby się nie marszczyć, bo będzie jeszcze bardziej boleć. Miał rację, ale weź się nie marszcz, jak boli. I tym razem okazało się, że prawie to nie boli. Albo Ali nie umie jeszcze bólu zadawać nitką.

Koniec wstawki.

Dziad Moroz/ZZ Top usiadł po mojej prawicy i zaczęliśmy gadać.

– przepraszam święty Mikołaju, chciałbym zapytać jak długo zapuszcza się taką brodę?

– właściwie to nie zapuszczam

– rozumiem, że cały czas sobie rośnie?

– tak

– super, zawsze chciałem taką mieć

 

Później powiedział, że się wybiera się w kwietniu do Azerbejdżanu. No to zaczęliśmy Aliego i pozostałych chłopaków do dyskusji włączać. Słowo daję, gdyby była wódka i muzyka, to byłaby impreza. Ali, Nowy tak się wkręcili, że zaproponowali nam napitek – czaj z konfietami.

Ja wziąłem herbatę, a ZZ Top kawę, bo chyba nie dosłyszał, że Ali tylko czaj oferował. Ale Święty Mikołaj tylko zapytał – po turecku?

– kawę chcesz? – odpowiedział zdumiony Ali

– tak – potwierdził brodacz

– a ty też chcesz kawę?

– nie, dzięki, za późno już, herbata jest ok, dzięki – odpowiedziałem.

 

I teraz tak patrzę, że Wyżelowany jakiś taki wyciszony był. Nic nie mówił. A ten jego klient tylko zerkał na nas z zazdrością.

U Albercika nigdy tak wesoło nie było. On zawsze coś pieprzył jak potłuczony.

Może zmienić barbera? Nie, chyba nie.

© 2026

Theme by Anders Noren — Up ↑