Tag: piątek

szczepcio i tońcio

zaszczepiłem się koło domciu. Eh, prawie szybka akcja. Gdyby nie …

Pani omdlała, jak ja już miałem zostać dziabnięty. Wyprosili wszystkich i była reanimacja. Co chwilę ktoś otwierał drzwi od salki i widziałem postępy w cuceniu kobiety.

Najpierw „halo halo wszystko dobrze”.

Później widzę jak młoda pomoc medyczna trzyma kroplówkę.

Za trzecim razem nic nie widziałem, bo postawili parawan.

Chłopiec stojący na straży co chwila informował wszystkich, żeby dobrze wypełnić ankiety i że jeszcze chwilkę trzeba zaczekać.

– ale wszystko w porządku z tą panią? – pytam?

– tak, tak. Wszystko dobrze. Akcję serca jej robią – rezolutnie odpowiada młody medyk

 

Hm, nie znam się, ale wydaje mi się, że akcja serca jest daleko od „wszystko dobrze”.

Po 20 minutach pani została dokładnie osłonięta parawanami i zaczęto nas wpuszczać.

Nic nie poczułem.

Po południu spojrzałem na telefon na apkę „health”, czyli zdrowie i się przeraziłem! Niepodobnością było to, co zobaczyłem. Co się ze mną stało tego dnia do tej pory. Taka sytuacja ma bardzo rzadko miejsce! Aplikacja pokazała mi bez mała 4 000 kroków zrobionych! Jeszcze z 6 tysięcy mi brakowało do dziennego wymogu. Trzeba iść – myślę sobie. Ale zauważyłem, że mnie ręka zaczyna dawać się we znaki. Boli jakby. Takie uczucie, jak siostra w podstawówce mnie lała (z pięści w ramię). Zły znak.

Mimo wszystko wychodzę i się przechadzam. Z kroku na krok czuję, jak mnie rozbiera. Oj nie. Weekend w łóżku.

Przeszedłem się koło instytutu, który robi testy na i szczepi przeciw covidowi.

Gazy techniczne spotkałem. Mam tylko nadzieję, że w tej szopie nie szczepią!

Może w końcu dokończę film na Netflix. Mam znowu fazę na horrory. I teraz tak w transzach oglądam „Unforgettable”. No obraz niezbyt wysoko oceniany, ale ja lubię. Taki klasyk.

Stary rozwodzi się z całkiem całkiem blond żoną. Wszystko na miejscu mająca ex. Tylko wredota jej jakoś na ryju wyłazi (tak mówiła na początku obecnego millennium moja koleżanka z pracy Ula o naszej mobberce, tzn. pani kierownik). W sumie ta blondi przez większość filmu jakaś nadymana chodziła, więc troszkę jej to urodzie zaszkodziło. Wydaje mi się, że miała problem z alkoholem (ale niskokalorycznym).

No i tej byłej, (nie)szanownej już małżonce zaczął gul chodzić, jak zobaczyła z kim prowadzi się jej ex-stary. No i do tego mamuśka tej blond piękności dorzucała do pieca i tej swojej biednej córce kołki ciosała, krytykowała na każdym kroku. Damą być chyba miała córka mamusi. No i prawie jej wyszło, bo blond ex-żona tego chłopca nawet bardzo dystyngowana była. Mówiła pełnym zdaniem, umiała sztućców używać przy stole, konno jeździła. Nie wiem tylko, czy znała francuski.

Mamusię chyba gra też blond piękność, bo któraś z oryginalnych Aniołków Charliego. Ale to stare dzieje, więc się mogę mylić. Dla mnie aniołki to Cameron Diaz, Drew Barrymore i Lucy Liu.

Nie muszę pisać chyba co była żona zaczęła wyprawiać. Zaczęło się od „hej, zostańmy dobrymi psiapsiółkami. Zapraszam na lunch”.

Później w ruch poszły niewinne kłamstewka i intryżki (małe intrygi). Była też zabawa w „co innego mówię i zachowuję się przy nowej narzeczonej, a co innego przy byłym mężu”. Także klasyczne gierki wrednej … plaży (beach).

Szlag panią trafił, jak na telefonie swojej następczyni zobaczyła AjMasaż z gratulacjami … ślubu. Jakiś stary AjFołn, bo dzisiejsze modele pokazują tylko, że jest wiadomość od danej osoby. Nie pokazuje się już treść na zablokowanym ekranie. Ale nie o to chodzi. To był punkt zwrotny. Blondi wtedy osiągnęła maksymalny poziom zazdrości i minimalny dystynkcji.

No w sumie się nie dziwię. Bo jakby się okazało, że moja ex-żona przygruchałaby sobie nie byle kogo, tylko Rosario Dawson, to też bym chyba zaczął jakiś horror.

Także film polecam, jakby ktoś nie miał co robić, albo źle się czuł po szczepionce. Jak ktoś nie reflektuje, to zawsze może sięgnąć po niezawodne klasyki klasy B – Ślimaki i Maglownica. Ale tych filmów nie da się oglądać na trzeźwo, a jak wiemy po iniekcji nie można spożywać płynów % przez 3 dni.

https://www.youtube.com/watch?v=40iP9nILXoA

 

ten kraj nie jest dla wszystkich, czyli

… this country is not for everybody

 

Każdy kto mnie zna, albo śledzi mój blog od Dziękczynienia 2015 wie, że jestem fanem country!

A to wszystko dzięki Adele i jej potężnemu przebojowi Hello! Podróżując naszym Jeep’em Cherokee z Miami na Key West z Panem z Europy na K. poznawaliśmy amerykańskie radio. Adele hit leciał wszędzie co chwilę. Postanowiliśmy postawić na radio satelitarne i wybraliśmy … country. I to było to. Do tej pory mam folder z tą muzyką w mojej muzycznej bibliotece. Wtedy dwa hity rządziły Cam „Burning House” i nasz ulubieniec George Strait i jego „Cold Beer Conversation”.

Dziś odkryłem, że Chris Stapleton wydał swój 4 album – Starting Over. Lubię go. Uwielbiam jego głos. To takie inne country mam wrażenie, nie dla każdego.

Rok temu podróżowałem autem do Kansas City i po Teksasie. Najpierw miało być południe Stanów i zabawa z koleżanką Ulą w Austin. Ale bilety lotnicze były drogie, więc przełożyłem wizytę na następny tydzień. Także najpierw zajechałem do Kansas City. Na sam przód moim oczom ukazał się olbrzymi billboard reklamujący koncert Chrisa Stapleton’a. Wydarzenie miało się odbyć dokładnie … za tydzień. Cholerne bilety. Gdyby lot do Teksasu nie był taki drogi, to byłbym w dniu koncertu w Kansas City i pewnie bym się wybrał na brodacza. Szkoda. On pewnie nie wie co to Polska. Choć nie, teraz już każdy wie, co to i gdzie to! Przecie Polska, to dziś kraj nie dla każdego. Wczoraj wracawszy do domu z biura zauważyłem od groma radiowozów na Ujazdowskich przy Pięknej (czyli w prostej linii od Sejmu).

Dziś czytam, że społeczeństwo zbulwersowane zachowaniem milicjanta, co brutalnie popchnął jakiegoś kolesia. Hmmm, nie pamięta wójt, jak cielęciem był. Za czasów rządów PO cała Polska się śmiała z nieudaczności policji. Że nie potrafi kogoś z plaży wyprowadzić, że ojca, głowę rodziny, nie potrafi z auta wyciągnąć. Że dwa biedne policjanty uwiesiły się na, bądź co bądź, zdrowym byku. Dopiero jak gazem tatusia potraktowały, to cośtam cośtam się udało. I wszystko na oczach płaczącej żony i przerażonych dzieci. Albo że jak strzelali, to chyba nic nie trafiło w cel. Padaczka, a nie policja.

A teraz? Milicja za brutalna – krzyczy społeczeństwo. Ja jestem za tym, żeby była. Nie łażę, nie narzucam się, to nie ma podstaw, żeby jakiś milicjant mnie brutalnie pchał. Ale chcę, żeby społeczeństwo czuło respekt przed stróżami prawa, ale też, żeby miało wsparcie i poczucie bezpieczeństwa. A z tym gorzej.

Poza tym widać, że koleś spokojnie nie przechodził, także nie wiadomo, czy była jakaś pyskówka, czy wcześniej nie było próśb ze strony milicji, żeby pomykał chyżo. Nie dziwię się stróżom prawa. Jest ich dużo mniej. Tłum napiera, a co ma robić milicjant? Ankietę? Przepraszam, pan przechodzi z tragarzami, czy przyszedł protestować? A może kamieniem w policję rzucić? Bez sensu. Nie ma co się w tańcu … ceregielić. Jak się zachowujesz niewłaściwie, to się spodziewaj, że ktoś cię może popchnąć, że możesz niefortunnie upaść.

Polska, to dziś nie jest kraj dla każdego.

Chris Stapleton, to nie jest country dla każdego.

 

Chyba już powinienem zakończyć ten wpis i odejść. Dobrego piątku i weekendu wszystkim.

 

 

z cukierem puderem

Chcesz gofra z cukierem puderem? – zapytała się rezolutnie mamusia swego bąbelka.

Myślałem, że się przesłyszałem. Osłupiłem się przez chwilę. Gdybym miał popełnić wiel-błąd we wspomnianym zdaniu, to raczej gofer przysporzyłby mi ewentualne trudności lub wątpliwości. Gdybym i ewentualnie podkreślam.

Kiedyś była historia o psie, który jeździł koleją. A ja w swoim pensjonacie bawię się z pieskiem, który liże wszystko w zasięgu swego języka. A że to stary, słodki, poczciwy jamniczek, to dużego zasięgu nie ma. Na dzień dobry, jak przyjechałem, Fafik oblizał mi buty i łydkę. No słodziak jest.

Wczoraj się spotkaliśmy na kolacji z towarzystwem w Kapiodoro w Rucianem-Nida. Bo znajomi chwalili i chcieli raz jeszcze iść. Ponoć kuchnie przeróżne i wszystko smakowite. Pizza, zupa tajska, krewetki, lasagne.

Na przystawkę wziąłem sobie śledzia w oleju, a Pan z Europy na K. w śmietanie. Niemal jednocześnie stwierdziliśmy, że „twój lepszy”. Także zdania są podzielone.

Dziś wróciłem tam, gdyż w Słowiczówce – Mazury od Kuchni w Ukcie należy robić rezerwacje. Także obszedłem się smakiem, ale jutro już mnie przyjmą. No jakieś wybitne oceny na google’u. Dziś wziąłem dawno niejedzone okonki. Swego czasu na Al. Wilanowskiej, na granicy Stegien i Wilanowa był bar Okoń i tam były okonki. Zajadałem się. Ale rok temu lub dłużej lokal się zwinął! Szkoda. Także dziś był powrót do okonków. Mniam.

Zapytałem się pani kelnerki w Kapiodoro jakie mają piwo. Tym razem rowerem podjechałem, to mogłem się uraczyć trunkiem z pianką. Ucieszyłem się jak dziecko kiedy usłyszałem Guinness na końcu wyliczanki. Cena mniej mnie ucieszyła – 20 zł. Ale zamówiłem, bo lubię to piwo. Pani chyba też nie mogła uwierzyć własnym uszom, bo błagalnym głosem zapytała – czy moge panu narysować coś na piwie? Jak można odmówić ładnej buzi, c’nie? Dobrze, że pani nie zrobiła literówki, albo dobrze, że nie potrząsnęła kuflem jak szła do mnie. Mogłoby wyjść life’s a bitch.

Zanim tu przyjechałem, to w głowie i na mojej liście rzeczy do zrobienia w Ukcie miałem spływ Krutynią. Przez ten cały czas jak tu jestem, pozycja ta spadała w moim rankingu. Rower mnie bardziej wciągał. Ale dziś, czekając na śniadanie, zrobiłem rekonesans. Rzeka płynie 200 m od domu, więc daleko nie było. I dałem się namówić na spływ.

W domu wczasowym, ze względu na panującą cholerę, dżumę, czy inne cholerstwo, na śniadanie należy się zapisywać. Jeden pokój na raz je. Reszta czeka. Zagapiłem się w czwartek i wylądowałem dziś o 9 rano w grafiku. A jak każdy wie, ja na wczasach czasu nie marnuję. Taki ranne ptaszysko jestem.

Także zapisałem się na te kajaki. Żar się przecie miał lać z nieba, więc aktywność akuratna. Z Krutyni do Ukty przemierzaliśmy. 60 zł taka przyjemność. 4 godziny wiosłowania.

Początek spływu oczarował mnie. Co za sceneria. Prawie jak Everglades na Florydzie. Tylko bez tych aligatorów. Ale białe i szare łabędzie nam towarzyszyły tu i tam. Przy Młynie trzeba było się przeprawić nogami, z kajakiem w ręku. Zaoferowałem starszym Państwu, że im pomogę, a pan pomoże mi. Na szczęście jakiś młody chłop się pojawił i we trzech przenieśliśmy dwie łodzie. Przy wsiadaniu zaliczyłem upadek. Na szczęście byłem na taką ewentualność przygotowany. Wziąłem ze sobą taką torebkę, która nie przepuszcza wody. Także hajsy i telefon suchy. Gorzej z mapką spływu w mojej kieszeni. Ale po co ten szkic? Każdy płynie w dół rzeki. Nie da się zgubić. Sceneria nadal była urokliwa. Także pyś się cieszył.

Miałem kilka razy problemy z wyprzedzaniem. Bo za blisko podpływałem i nie przewidywałem manewrów innych. Ale zabawnie było. Raz zaliczyłem dzwon z młodą parą i wylądowaliśmy w trzcinach. A jedna parę dwa razy wyprzedzałem i dwa razy przydzwoniłem. Aż się i oni uśmieli.

 

 

Moi znajomi ze Stegien często bywają w okolicy, bo koleżanka Basia jest z Mrągowa. Także o wszystkim mnie uprzedziła i poinformowała. Jak będziesz płyną Krutynią, to w Rososze mają pyszne placki ziemniaczane – doradziła.

I parkując tam zaliczyłem epicką wywrotkę. Nie było miejsca na plaży na kajak, więc postanowiłem wysiąść w wodzie i kajaki innych rozepchnąć i wstawić mój. Fikołek był spektakularny, kajak się obrócił. Jacyś kolesie przy stoliki nieopodal zaśmieli się. Spoko, to już drugi raz – poinformowałem ich.

Placki rzeczywiście rewelacja. Warto było podpłynąć.

Później spływ był mało malowniczy i kosztował mnie sporo zdrowia. Jeśli ktoś będzie się wybierał na spływ po Krutyni, to polecam Krutyń – Rosocha. Wystarczy atrakcji. Ponoć wcześniej płynęło się przez jezioro Krutyńskie, ale 2 lata temu zrobiono z niego rezerwat. Rzeka czysta. Widać było dno i roślinki. Śmieci też się pojawiały. Mama Darka (Ci od pensjonatu) mówi, że co dzień płyną kajakami i zbierają śmieci. Niewiarygodne, że ludzie są takie dzbany. Przyniosłeś ze sobą, zabierz ze sobą.

Co do muzyki, to euro disco chyba wraca do łask. Wszędzie słyszę te chamskie bity z lat 90. Oprócz tego inne, młodsze szlagiery w tej manierze. Sporo mi zajęło, żeby zorientować się, że jakaś dziewczynka szlachtuje wielki hit In the End z repertuaru Linkin Park.

Wczoraj do lokalu Kapiodoro przyjechałem pierwszy, więc zgodnie z prośbą innych zająłem stolik na zewnątrz. Niestety karaoke się zaczęło. Niestety to było diso polo karaoke. Na szczęście my zajęliśmy się sobą i muzyka aż tak nie przeszkadzała. I na wielkie na szczęście ta część karaoke skończyła się prędko. Później nastąpiło coś dziwnego. Dwie dziewczyny zaczęły śpiewać na przemian. Jednej ludzie zaczęli bić brawo. Britney Spears hit Toxic dziewczynka zaśpiewała w takiej jazzującej aranżacji. Pięknie. Wszystko dobre kończy się szybko. Przy mikrofonie pojawił się pan, który mniej więcej śpiewa tak jak ja, albo jak pan z Europy na K. A, przynajmniej, mi trzeba dużo alkoholu, żebym zaczął śpiewać.

O, i tak jakoś śpiewająco poradziłem sobie z tym wpisem.

 

kamienie milowe, czyli

 

 

…jest nas coraz więcej.

Chyba tak nazywała się ta rubryka w białostockim Kurierze Porannym albo Gazecie Współczesnej. Komunikowali wszem i wobec, kto na świat przyszedł i czyim jest dzieciątkiem. Ciekawe co na to RODO?

Wczoraj celebrowaliśmy pojawienie się córki naszego kolegi, brata Arka-Zegarka. Kora nazwą córeczkę. Ładnie. A ze 3 dni temu obchodziliśmy smutną drugą rocznicę odejścia innej Kory.

Śpiewom i piciu nie było końca. Żony od razu ostrzegam – MY MNIC ZŁEGO NIE ROBILIŚMY.

Jakoś po północy odstawiliśmy (śpiącego prawie) tatusia, wprost w ramiona mamusi. Ciekawe co sobie pomyślała? Że ale się zrobiły barany? Czy – jacy mili koledzy, odstawili mi starego do domu?

W bloku młodych rodziców okazało się, że jest jeszcze knajpa czynna, więc postanowiliśmy jeszcze nie kończyć wieczoru. Także z Arkiem-Zegarkiem bronksa strzeliliśmy na leżakach. Ale jakoś szybko się zwinęliśmy. na szczęście. Wyjście udane, ale nadal coś za tą Wolą nie przepadam. Jakoś nie ma ona dla mnie wyrazu i klimatu.

 

Wczoraj zmartwychpowstała pani prof. ze Szczecina zaczęła wypisywać mi maile i ajMasaże. Że ile się dzieje na moim bogu, który wpis polecam, bo za dużo tego.

Renaciu,

po pierwsze – foch! I pozwól, że zacytuję Ciebie – Chcesz w łeb?

Co to za bardzo niemiła postawa? Proszę mnie natychmiast przeczytać, uzupełnić braki. Kolokwium Ci zrobię później. No nieładnie!

Po drugie – jak ja mogę wskazać, który wpis jest lepszy od którego? Sama dobrze wiesz, że rodzice zawsze mają swojego ulubieńca wśród swych potomków. Zawsze któregoś kochają bardziej. A drugiego za karę na wakacje nie puszczą, mniej kasy dadzą. I tak dalej. Jak ktoś zapyta, kogo bardziej kochają, to zawsze wskażą kogoś, c’nie? Ale to w przypadku jak masz ze 2, czy 3 dzieciątka. A ja moich postów naprodukowałem w tym roku ponad 60, także zrozum sama. JAK ja mogę wskazać, który lepszy? Wszystkie moje posty fajne są i basta.

 

I jeszcze jedno. Jak prychasz ze śmiechu nad moim postami, to załóż maseczkę! Bo zarażonych coraz więcej. Rekordowo więcej.

 

moje zażenowanie jest większe od waszego

kieruję mój tytuł wPiSu do PiS-u. Peace on, PiS off.

autor: Mariusz Wara

Zgodzę się, bodajże, po raz pierwszy z panem Wojciechem Mannem. Na górze jest PJK, który odgrodzony jest od świata, bo się czegoś boi. Mam wrażenie, że on żyje w innej, lepszej rzeczywistości. Jakaś przeszkoda? Usunąć.

Pod prezesem jest cała, zhierarchizowana, rzesza ludzi, którzy też się boją. Pewnie tych nad nimi. 

Nie daj boże pan prezes się dowie o czymś, coś się panu prezesowi nie spodoba. To lepiej ja zaradzę, zapobiegnę i już. Nie będzie tego – tak pewnie żołnierzyki PJK myślą.

Czy Kaczyński wiedział do piątku, że Kazik nagrał piosenkę o nim? Pewnie tak. Czy się nią przejął? Pewnie nie. Ale żołnierzyki musiały namieszać.

Tak w ogóle uważam, że to nowe dzieło Kazika, którego twórczość bardzo lubię i cenię, jest kiepska.

Listy Przebojów Programu 3 słucham od małego. Nie pamiętam dokładnie, od którego notowania, który to był rok. Pamiętam, że jeszcze pokój z siostrą dzieliłem. To musiał być ubiegły wiek. Ale co tam! To musiało być w tamtym milenium! Koleżanka z podwórka, tak, to były czasy, że się chodziło na dwór bawić z innymi dziećmi, powiedziała, że jest taka audycja. Pech chciał, że jakoś późno się kończyła. I była na UKF-ie. Także w piątek z drucikiem wciśniętym w nasze grające pudło słuchaliśmy listy przebojów. Trzeszczało więcej, niż grało. Ale wypieki były. Pamiętam, że mama o 22 gasiła radio i mówiła „dzieci idźcie spać”. Nie pamiętam, czy słuchaliśmy tego regularnie, czy nie. Pamiętam z tych początków słuchania przebój Limahl’a „Neverending Story”. Czyli jakiś późny 1984 rok!

Później jak słuchałem już świadomie listy to było notowanie … 427 chciałem powiedzieć. Ale teraz sobie przypomniałem, że pamiętam, że 400. notowanie wygrała Kaoma ze swoją nieśmiertelną „Lambadą”. Czyli od jakoś wtedy musiałem słuchać.

Ostatnimi laty nie włączam już radia w piątki. Albo prowadzi ten drugi pan, o którym mówię tak:

– nudny głos

– nudna muzyka

– nudna audycja

– nudny czas

– nudny przekaz

Albo, jak prowadzi(ł) pan Marek, to byłem akurat na sesji żywieniowej u Słodkokwaśnej.

Oooo! Mam! Wrzesień 2000 rok! Byłem z koleżankami z pracy w radio. Zapowiadałem Jennifer Lopez i jej „Let’s Get Loud”. Kolega Radek mnie słyszał i zadzwonił później rozemocjonowany i z gratulacjami. Na pierwszym miejscu był wtedy Grzegorz Halama Oklaski „Ja Wiedziałem, że tak będzie”. I wtedy poznałem pana Marka.

Zamieszanie z listą jest tematem od dwóch dni numer 2 lub 3. Nieźle. Wczoraj mijałem studio przy Myśliwieckiej i był tłumek. Dziś czytam, że to był milczący protest.

Mam nadzieję, że tym razem konsekwencje będą wyciągnięte, bo dyrektor Trójki pan Tomasz Kowalczewski zaczyna brnąć i plątać się w zeznaniach. Najpierw, że tej piosenki nie było w ogóle w propozycjach do głosowania, że została wciągnięta na listę spoza utworów dostępnych do głosowania. Później czytam, że Kazik powinien być na 4. miejscu, później, że na 2. I ktoś go ręcznie przesunął na sam przód. Wiadomo kim jest ten ktoś. 

Kazik wrzucił screenshot ze strony LP3, na którym widać piosenkę Kazika, jako propozycję do listy przebojów.

Dziś patrzę, że już jej nie ma, czyli w ten piątek nie będzie niejasności.

Kukiz się żali, że go Trójka nie grała, jak wydał płytę. Hmmm, grała. Jedna piosenka była na liście. Ale było to słabe, to się nie dziwię, że na jednej piosence się skończyło. Poza tym artysta startował wtedy w wyborach samorządowych. Była dyrektor stacji odpowiada, że „(…) zgodnie z przepisami, dotyczącymi kampanii wyborczych w mediach publicznych, dyrektorzy poszczególnych programów Polskiego Radia byli zobowiązani gwarantować równy dostęp wszystkim kandydatom”.

Inny piosenkarz też jęczy, że go nie chcieli grać. Zepsół Lemon. Cóż, po pierwsze ta muzyka była/jest słaba, nieTrójkowa jak na mój gust. A po drugie, to pan Marek N. zapraszał lidera tego zespołu do swoich programów i bardzo chwalił ich albumy. Ostatnio pan wokalista wydał solowe dzieło i ze 3 piosenki na zestawienie trafiło. Nie były może wysoko, ale były. Także niech chłopiec nie jęczy i nie marudzi.

Kiedyś słyszałem jak Paweł Kostrzewa mówił, że ktoś zarzucił Trójce, że nie ma u nich krytyki utworów, które goszczą na antenie. Redaktor odpowiedział, że właśnie to co grają jest krytyką i selekcją. Czyli jak Cię nie słychać w tym radiu, to domyśl się, co Trójka o twojej twórczości myśli.

Jakiś pseudo artysta teraz się ujawnił i napisał, że ponoć prowadzący listę w latach 90. brał 20 tys. zł za ulokowanie przeboju na 3. miejscu. Uważam, że powinno się takie wpisy zachowywać i wejść na drogę prawną, bo za takie głupoty powinna być konsekwencja.

Zażenowany jestem całą sytuacją. Mam tylko nadzieję, że tym razem zupa się wylała i ktoś w końcu zrobi porządek z Polskim Radiem. Nie ma takiego innego radia. Podczas pandemii jeżdżę sporo autem i skaczę po stacjach. Rockowe najczęściej. Oj, męczące. Albo prowadzący gadają o bzdurach, albo gadają nie do mnie, albo puszczają na okrągło te same piosenki. „Hej teraz zagramy klasyk Led Zeppelin specjalnie dla was” – tak nas uszczęśliwiają. Albo The Eagles. Ok, fajnie. Tylko dlaczego to zawsze musi być „Stairway to Heaven” albo „Hotel California”? Także Trójka jest moim radiem. Lubię ich audycje, bo są to audycje autorskie, prawdziwe, skierowane do mnie. A nie jakieś programy z bezdusznymi i zautomatyzowanym playlistami. Kiedyś w pracy słuchaliśmy radio Kolor (o ile mnie pamięć nie myli). Co dzień o tej samej porze puszczali te same hity.

Także żal Trójki, szkoda listy. Na koniec dodam dwa łyki statystyki:

– 12 utworów zadebiutowało przed „Bólem” od razu na szczycie listy. 10 artystów. Adele i Rojek zrobili to dwukrotnie. Kazikowi z Kultem też się to udało. Także debiut w piątek nie jest czymś nowym

– najwięcej piosenek na liście: Nosowska (z Hey’em, solo i z innymi) 89, Kazik (solo, z Kultem, w innych kolaboracjach) 86. Także nie jest to artysta nieznany słuchaczom listy

Szkoda, że to wszystko wydarzyło się na 2 tygodnie przed jubileuszem listy – 2 000 notowań. 2 000 tygodni z listą. Zacne osiągnięcie. 

it’s all about benjamins, baby

„Na tym świecie pewne są tylko śmierć i podatki”

Benjamin Franklin

Wstawka:

Oglądam sobie na Netflix serię „Evolution of hip hop” i tak sobie myślę, że ten Pi Diddy, Puff Daddy, Diddy, Daddy, czy jak on się tam teraz nazywa, zabił gansta rap i zmienił hip hop w jakieś … hmm, nieporozumienie.

Artysta Zwany Niegdyś Puff Daddy.

I co ta Lil Kim z siebie zrobiła?!

 

Tak, pewne w życiu naszym są dwie rzeczy. I czas na jedną z nich właśnie nadszedł.

 

Tydzień temu miałem prezentację w pracy. Kolega-prelegent powołał się na jasnopis.pl. Że mamy niby pisać na poziomie 3-4, czyli maturalnym. Skala wypocin wg wspomnianego serwisu oceniana będzie w skali od 1 do 7. I takie odniosłem wrażenie, że kolega jakąś ósemeczką napierdalał do ludzi. Pardon my french.

I tak z ciekawości sprawdziłem moje ostatnie wpisy. Przecie ja się tak pysznie bawię słowem! Toż to jakaś 6 będzie, jak nic. Jak w banku!

Hę. 2 jest nową 6. No w porywach do 3 moje wpisy wyciągają, bo niestety literówki są i jaśniepisanie.pl nie zakumało chyba, tylko zaliczyło to jako wyrafinowany i trudny język.

Taka lekcja pokory albo zimny kubeł na moją głowę. Już nawet nie będę wspominał, że w sumie 11 dostałem na maturze z języka ojczystego. Pisanego i oralnego, czyli ustnego. Wstyd Maciek!

Wczoraj poszedłem się dziabnąć, bom na czekoladę miał ochotę. Obok mnie w okienku co chwilę podchodzili ludzie i prosili o … zaświadczenie do PIT-u o oddaniu krwi. Jakemże się zdziwił. Jak to?! Ano tak to. 8 lat mojej krwi w piach poszło! Ale za 2019 wziąłem certyfikat.

117 zł do odpisania!

Krew oddaję od 2010 tylko i wyłącznie z jednego powodu. O przepraszam, korekta. Krew ODDAWAŁEM do końca 2019 roku tylko i wyłącznie z JEDNEGO powodu:

darmowa czekolada!

Którą i tak rozdawałem później w pracy ludziom, gdyż sam nie za bardzo jem.

Dzień wolny mnie nigdy nie przekonywał. Albo wyskakiwałem z roboty na wysysanie i wracałem, albo kończyłem godzinę przed i szedłem do pani Igiełki.

Od wczoraj krew oddaję już z dwóch powodów. Do słodkości doszła:

ulga podatkowa

Aha. No i oczywiście oddaję krew, bo pomagam (przymrużenie oczka).

 

O nowy Morrissey w radio z panią. Thelma Houston. Pani co miała hit w … 1976. Piosenka nawet nawet. Ale mam z tym panem problem. Mam kilka płyt, lubiłem, słuchałem. Ale kilka lat temu artysta na koncercie w Polsce strzelił focha. Wszedł na scenę, pokręcił się kilka minut i chyba po jednej piosence stwierdził, że jakoś fani nie za bardzo entuzjastyczni. I wyszedł. To ja takim gwiazdom mówię – pa pa!

 

Ludzie są durne. Sprzedaję rzeczy na OLX. Po taniości, bo nie lubię zdzierać. I dostaję wiadomości z serii „a za tyle i tyle pan sprzeda?”. Ludzie, 4 książki Murakamiego za 30 zł, to prawie jak za darmo. Nie, jakieś dziecko chciało się wytargować na 25 złociszy. Kiedyś sprzedawałem słuchawki za 500 zł. Taka chyba germańska firma – Szajzerhajser. Koleś wali prosto z mostu. Żadnego „ani be, ani kukuryku”, tylko „daję 350. Przyjeżdżam dziś i po temacie”. Odpisałem panu coś z serii „Hmm, chyba pomylił pan licytację”.

Sprzedawałem szafkę z IKEA. Dałem wymiary, dałem link do strony mebla na stronie sklepu. Szafka długość 160 cm. Dzowni dziad, że jest zainteresowany i jutro rano się zjawi. No to ja chatę pucuję. Błysk i świeżość. Dzwoni pan i mówi, że żona właśnie jest w IKEA i ogląda szafkę i ta szafka ma długość 160 cm. A oni chcieli 140 cm. Rezygnują. Podziękowałem panu za info, że nici z transakcji. Pan się żachnął znacznie – no co pan? Ja poważny człowiek jestem.

I zostałem jak ta sierota – z niechcianą szafkę i czystym mieszkaniem.

Wczoraj zadzwonił kolejny. Pokorowiec na sofę opylam. Wytargował koleś niższą cenę. Ja już mam nastawienie „daj pan cokolwiek i bierz pan to w cholerę”. Miał być do 11.30. Super. Wziąłem sobie wolne i czekam. Dzwoni po 8, że pilnie musi do domu wracać (nie jest z Warszawy) i że się może odezwie kiedyś.

– halo, halo! – mówię. Ale jest pan nadal zainteresowany?

– ttttak. Tylko się może odezwę ewentualnie kiedyś

 

Postawnowiłem nie przeklinać i nie denerwować się głupotą ludzką. Znowu zostałem z wysprzątanym mieszkaniem i niechcianym pokrowcem. I do pracy lecieć muszę. A piątunio dziś.

Pewnie śmierć nadejdzie szybko, jak się będę takimi przejmował. Serce może mi nie wytrzymać. Żyłka na czole może nie wytrzymać i … pęc lub pęknąć.

 

Wczoraj dostałem PIT z pracy. Boje się rachować … Mam nadzieję, że ta krew i IKZE dopomogą. Rok temu, gdyby nie redukcje podatkowe, to byłoby z 1 500 złociszy do dopłaty.

 

 

 

Klasa trudności tekstu: 2/7. Tekst bardzo łatwy.

Cholera, piszę jak w podstawówce!

 

© 2026

Theme by Anders Noren — Up ↑