Tag: Bryant Park

let me see what i can do for you

i to powinno być mottem tego kraju. Zrobią wszystko, żeby klient był usatysfakcjonowany. Szukałem hotelu na trzecią noc, gdyż postanowiłem zostać dłużej na Mieście. I tu niespodzianka – wszystko kosztuje razy dwa niż wcześniej. Nawet mój hotel okazał się być z nie w kij dmuchał półki cenowej. Byłem już zrezygnowany i chciałem przeprowadzić się do New Jersey, do Państwa ale. Zapytałem się pani w recepcji ile by kosztowało ewentualne przedłużenie. Heh. Dużo ale … let me see what i can do for you. I pani zrobiła 50$ mniej, jako że już tu byłem, spałem i takie tam. To zostałem.

 

Wczoraj poszliśmy na Greenwich Village się rozerwać. Miał być The Bitterend Club na Bleecker Street. Wcześniej zaliczyliśmy Flatiron na 23rd ulicy oraz Washington Park, który niespodziewanie przywitał nas pustką. W końcu nie było ludzi. Staliśmy przy The Bitterend i paliliśmy. W międzyczasie pan wyglądający jak święty Mikołaj albo drwal z północy zaczął naganiać na górę do blues clubu. W związku z tym, że w The Bitterend już byliśmy, poszliśmy do Terra Blues. Re-we-la-cja! Muzyka na żywo. Najpierw Clarance Spady, a później The Pioneers. Clarance ma nawet profil na Spotify! Popiliśmy bronksy, a później gin+tonic. Melinda nas obsługiwała. Przy podaniu pierwszych napitków zapytała się czy płacimy teraz, czy otwieramy rachunek. Oczywiście, że otwieramy. Aha, i święty naganiacz Mikołaj i Melinda zapytali nas skąd my. To zgodnie z prawdą odpowiedzieliśmy. Zapytałem się naszej kelnerki, czy mają internet. Melinda, od razy doniosła, że ogólnie jest internet ale nie w tym klubie. Zabrzmialo to tak, jakby ona myślała, że przyjechali turyści z trzeciego świata i pytają o internet, bo pewnie wiedzą, że coś takiego jest ale ngdy tego nie widzieli. Od tego momentu postanowiliśmy mówić, że jesteśmy ze Szmoland, a nie Poland.

I jak otworzyliśmy rachunek, to kelnerka powiedziała, że musi wziąć od nas kartę kredytową. Myślałem, że poszła przeciągnąć kartę w terminalu, żeby zaraz nam ją oddać. Ale nie. Po czasie zapytaliśmy o co kaman z tą płatnościa. Powiedziała, że karta jest u niej na cały czas naszego pobytu.

Klub pierwszorzędny. Klimat bardzo fajny. Toaleta trochę dziwna, bo muszla na wysokości mojej łydki, a suszarka na wysokości mojej głowy. Dziwnie. Ale to Manhattan, więc może się nie znam.

Wyszliśmy z klubu po grubo trzech godzinach – czyli po 5 piwach i 2 drinkach. Oczywiście kebabski został znaleziony prędko. Nic do siedzenia nie mogliśmy znaleźć, więc udaliśmy w kierunku hotelu. Jeden lokal – zamknięty, drugi – za mało ludzi (tylko 3), trzeci – jakoś nie ma miejsc, czwarty – ok, siedzimy, ale w sumie nie wiemy co chcemy zamówić. W końcu weszliśmy do jakiegoś miejsca. Jakaś dziewczynka, okazało się później, że kelnerka, zaczęła się z nami serdecznie widać, po czym przyjęła zamówienie. I to był gwóźdź do trumny.

Rano się obudziliśmy z lekko ciężką głową.

Na początek dnia miał być MoMA – muzeum sztuki współczesnej. Oj ciężko się podziwiało. Jedna artistka Inez Genzken dosyć ekscentryczna – bipolar, alkoholizm, narkotyki. Szczerze – nie zrozumiałem jej prac.

Po muzeum spotkaliśmy się z Ulą i Miszką i poszliśmy do Zoo w Central Parku. Kolejne bardzo fajne miejsce – małe terytorium, dużo zwierząt. Sala tropikalna okazała się takim hitem, że obiektyw aparatu się zaparowywał. Snow Leopard również atrakcją był. Trochę wyglądał na zdenerwowanego, więc nie denerwowaliśmy go bardziej. Ponoć snow leopardy żyją z ludźmi gdzieś w Nepalu. I ludzie są częścią jego ekosystemu. Hm, ciekawe.

Po Zoo poejchaliśmy do kolejnego ciekawego miejsca – Orchard Street.

Klasyczne brownstone’y. Krótko się pokręciliśmy, bo młody nam zasypiał, więc wróciliśmy na 55 ulicę i pożegnaliśmy Ulę i małysza.

My wbiliśmy się na Piątą aleję do Uniqlo i poszaleliśmy z zakupami. Na koniec chieliśmy indiańskie jedzenie, więc wygooglowaliśmy coś nieopodal hoteli naszych. Okazało się, że sjesta czy co tam mają. 20 minut nie chciało nam się czekać na dworzu, bo zimno przenikliwe. Obok była meksykańska knajpa – El Cante, między 53 a 54 ulicą na 9 alei. Najlepsze jadło meksykańskie jakie kiedykolwiek było mi (i chyba Państwu na K. też) skosztować. A piwo blue moon – mniam, mlask, pycha.

Zmęczeni, rozstaliśmy się na 49 ulicy i 9 alei. Ponowna zbiórka o 20.15 w Bryant Park (moim ulubionym miejscu na Mieście). Oblecimy park i polecimy na West Village do Clubu 55 na jazz. A może to już Soho? Nie, chyba West Village. Hm, zakańczam.

Ah, jeszcze jedno. Po czym poznać nowojorczyków? Krótkie szorty w grudniu! Ale ci jacyś słabi, bo nie byli w klapkach.

Power Ball

165 milionów dolarów nikt nie wygrał. My też nie. Ale ja trafiłem trójkę, czyli 7$. Dobry prognostyk na nowa kumulacje – 191 mln $ (po podatkach 127 m $). Tu jest tak, że wygrana wypłacają w całości (oczywiście w mniejszej kwocie) lub w ratach. Mamy wykupione 5 kuponów na Power Ball i z jeden na jakiś inny lotek, gdzie można wygrać ponad 100 m $. Oczywiście nie wierze, że ktoś wygrywa te szóstki, ale cóż, są wakacje, jest zabawa.

Dziś przeczytałem, że jeden z duetu Kriss Kross OD-ed. Szkoda. fajny hit dzieciaki miały w 1992 – Jump!

W planach miałem Central Park i jego północną stronę. Ale udeptany jestem po Bostonie, wiec zmieniłem plany. Pogoda cudna, to wybrałem się do reklamowanego przez Ule Highline Park. To taki park zrobiony wzdłuż nieczynnej już kolejki. Nowy deptak, dookoła zielono. Podziwiać Miasta nie ma co na razie, bo widać tylko tyły budynków. Park jest zrobiony na takiej kładce, coś około 10 – 15 m nad ziemia. Zaczyna się tuż za 10 aleja od 30th ulicy. Ciągnie się przez 17 bloków. Można było w sumie coś na lunch wziąć, ale Whole Foods dopiero po zejściu z kładki napotkam.

Dużo ludzi – turystów. Ciekawe czemu oni zdjęcia robią? Tzn. nie dlaczego, ale jakim obiektom. Cyknąłem parę tylko dla pokazania, że nie ma co fotografować. Ale kładka fajna, polecam.

No i po Highline. Dzis tylko pozytywne mysli, wiec znajduje ten parczek bardzo milo. Polecam, zdecydowanie. Zdjec w sumie troche napstrykalem, wiec jest co ogladac poza flora. W miedzyczasie jacys chinscy grajkowie plumkali, ale nie grali oni dla mnie, czy tez nie byla to muzyka, na ktora czekalem, wiec szybko minalem ten sektor. Naprawde sprytnie wymuyslili ten park. Jestem pod wrazeniem.

Zadzwoniła Ula i w 30 minut z 12th ulicy i 10 alei poleciałem do Bryant Park (40th ulica i 6 aleja), gdzie biuro Pani. W parku zapomnij o miejscu, więc wybraliśmy turecka knajpkę. Ja krewetki grillowane z szaszłykiem z warzyw, a Ula sałatkę z kalmarów. Do tego humus z pysznym chlebkiem. Mniam!

Jak tak okrzepłem na siedzeniu, to odeszła mnie ochota na dalsze chodzenie. Zmęczenie dało za wygrana. Pokręciłem się miedzy 5 aleja, a Madison Ave i poleciałem na dworzec.

Chciałem Panu prezent kupić – jego ulubioną whiskey. Ula zdradziła, że musi być sour mash. To już byłem w domu. Poleciałem na 40th ulice przy Madison Ave, do zareklamowanego alko-sklepu. Faktycznie ładny sklep z dużym wyborem. Ale Bottle King nieopodal domu Państwa ciekawszy. Kupiłem zielonego Jacka Danielsa sour mash. Galon czy ileś tam. Jak się Panu nie spodoba, to własnoręcznie mu do gardła wleje.

sometimes I feel like I live in Grand Central Station

 

Z okazji takiego malego swieta pozwalam sobie w tytule posta zacytowac pewna piosenke – Lady zGaga + Bejonse “Telephone”.

Po ponad 2 latach i prawie 3 miesiacach znowu sobie siedze w autobusie nr 164 w drodze do Miasta.

Na nowo musze sie nauczyc pisac, gdy trzesie.

Za oknem szaro, buro i ponuro (chyba ulubione powiedzenie tego wyjazdu). Ale pogodynka pokazala, ze po poludniu jakies slonce ma sie pokazac. Zobaczymy. Planu na Miasto nie mam. Moze znowu w sercu Manhattanu kupie buty?

A moze zakoncze na ten czas pisanie i popatrze przez okno co i jak na amerykanskiej ziemi?

Wytrzaslo, potrzaslo tak, ze sie zdrzemnalem w autobusie.

Z PABT* poszedlem prosto do informacji turystycznej na Times Square po troche makulatury. Wzialem mape Miasta (w sumie nie wiem czemu) oraz metra (tez nie wiem czemu). A moze kiedy na The Bronx zajrze? A moze na Staten Island? To sie mapy przydadza.

Zajrzalem do jednej Duperella Store ale nic mnie nie przekonalo. Same duperele.

Na szczescie na Times Square jest Aeropostale, wiec w koncu kupilem druga i ostatnia pare jeansow. Pytanie: Can i pay for them without taking them off nie zdziwilo sprzedawcow ale i tak skonczylo sie na tym, ze musialem zdjac, zaplacic i zalozyc spodnie z powrotem. Juz kilka razy w USA i Polsce zdarzalo mi sie, ze za cos placilem nie sciagajac z siebie.

Jak zwykle odwiedzilem moj ulubiony park i w sumie najbardziej ulubione miejsce w Miescie – Bryant Park, gdzie w koncu jest zielono i zycie tetni. Ludzie sie chillout-uja i jest milo. Obok mnie arykansko-amerykanska panna gra w pingponga ze swoim ziomem. Troche za wietrzenie jak na ten sport. Ale pani wiecej gada, niz gra. Zza drzew przebija sie wytytulowany Grand Central Station, do ktorego zmierze za chwile. 5 lat temu w tej okolicy kupilem fajne buty. Moze i teraz…

Sometimes i feel like i live in Grand Central Station

Pooblatywalem sie jak glupi dookola. Po sklepie ani widu, ani slychu. Wypstrykalem od srodka dworzec.

Pochodzilem sobie od Lexington Ave do 8 Ave w dol, az do 32 ulicy. Po dordze odwiedzilem sklepy, w ktorych cos do obucia moglo byc – JC Penny, Macy’s, Famous Footwear. Plus inne takie, co byly po drodze. Oczywiscie nasluchalem sie handba, handba, handba na przemian z armba, armba armba. Dla niewtajemniczonych powiem, ze chodzi o torebki – hand bag i arm bag.

Za najwyzszym budynkiem w Miescie – Empire State Building zakrecilem sie i wrocilem na gore do PABT.

Ponad 9 000 kokow. Nie pisalem. Moj pedometer zmartwychwstal. Mam go znowu przy pasku i licze kroki, odleglosc i kalorie. Choc z tymi kaloriami nie ma co sie podniecac – burbon jest kaloryczny, wiec what goes around, comes around.

Wlasnie czekam w autobusie, az ruszymy do domu. Jakis wazon siedzacy obok na mnie zerka. A wlasciwie to na to, co pisze. Strasznie bazgrole, to moze pomysli, ze to hebrajski. Chyba pan nie rozumie, bo nie obrazil sie za wazona. OK, jedziemy. Pierwszy odcinek podrozy to Holland Tunnel.

94:42 minut iscia

6,75 km iscia

548 kcal – iscie dokladny ten moj pedometr.

*PABT – Port Authority Bus Terminal

 

2 września 2009

Dżizas jak późno wstałem. 9:35 Niewaszego czasu. Co by tu dziś porobić? Dobra, dziś poszukamy torby. Zajdziemy do Amber Srombi Fitch i Kombi na Piątej alei, a jak nie tam, to do China Town na małą drakę.

W telewizji absolutnie nic. Na szczęście maja kanały tematyczne muzyczne. Plansza z info o artyście i muza w tle. Classic alternative – U2 “I Threw a Brick Through a Window”. Przełączam. Alternative – Empire of the Sun “Walking on a Dream”. O, już lepiej.

No właśnie, nie byłem w żadnym sklepie muzycznym jeszcze. Czas to nadrobić. Choć już 13 CD kupiłem przed zalotem.

Rap (uncensored) – D Rob “Stay Fresh” z 2008 roku. Cienkie jak na taki rap. Przesłodkie hip hopowe gówno. Chociaż nie, to jednak rap. Przesłodki, gówniany rap.

—————-
11:05. W “164” jestem i do miasta jadę. No dziś mega przepóźno. Ale co tam na wakacjach jestem. Rano, jak otworzyłem oczy, to chłód poczułem. Myślę sobie “jeszcze wcześnie”. Na okno strzelam “look” – słońce. Shit, czyżby grubo po 10:00? Zerkam na “watch” na “mobilniku”. 8:45. “Będzie piekło” – pomyślałem mądrze, prawie jak Sherlock Holmes. Słońce o tej porze? Imposybilnosc. Nie było tego wcześniej. Konkluzja o piekielności wydala sie być oczywista.

Ciepło, a nawet bardzo. Toteż nie ruszam sie zbyt gwałtownie. AC w autobusie na szczęście jest. Ale co będzie w Mieście?? Hell!!! – Kolejna błyskotliwa konstatacja, która i tak nie zmienia faktu, że przyjdzie pocić się znowu.

MP3 moja cała. Jednak słuchawki sie spieprzyly. No i dobrze, bo i tak chciałem kupić nakładane na uszy, a nie wtykane. Wtykane są niezdrowe. Ogłuchnąć łatwo można! Co?

Z powodu trześliwości wielkiej kończę w tym miejscu. Na uszach (a raczej w uszach) Fruttii di Mare i ich “Pussy Licker”. Ci to potrafią człowieka rozradować muzyką swą. Ciekawe co u chłopaków słychać? Pewnie jakiś gig mnie ominął. Marek mówił, że 19 września gdzieś grają w Wawie. Ale ja wtedy walizy będę pakował do wylotu. Eh

Tak, dziś zdecydowanie 5th ave day, czego pożałowałem od razu po wejściu nań. Przetłok! Wbiłem się na wysokości 40th st i szedłem powoli do 56, aż napotkałem Abercrombie and Fitch. W ogóle jakiś fashion district sie zrobił – Heniek + Mietek, NBA store, Disney store, Zegna, Zara, Armani, Banana Republik i inne. Plus dwa ładne kościoły, no i Rockefeller Center. W Srombi Kombi nie było toreb, w Banana Republic też. W tym drugim nawet mierzyłem coś ale słabo skrojone na mnie. Dwie pary majtek wziąłem nawet i już do kasy szedłem, ale 100 zł to lekka przesada.  AC+F to najlepszy sklep jaki widziałem. Nie dziwota, że flagship store. Klimat niesamowity. Ale jednak nie na zakupy, tylko do zwiedzania. Ciemno, muza napierdala gra bardzo, bardzo głośno, że aż przeszkadza. No i ten przeintensywny zapach moich perfum (tzn. perfum, które tak sie składa ja używam od pierwszej wizyty w tym sklepie). Głowa boli. 4 Poziomy w takim klimacie. Lekko sie przygubiłem. Oczywiście przy wejściu ex-pedient półnagi, coby laski mogły sobie z nim fotę strzelić. Nic nie przymierzyłem, nic nie kupiłem i wyszedłem. Ale sklep przegodny polecenia.  Wspomnę jeszcze o NBA store, bo nie warto. Co za tandeta. Nic fajnego. Wszystko człowiekowi wcisną, byleby logo ligi było nań.

Wróciłem sobie do 41st st (Library Way). Do księgarni “book off” nie wchodziłem, bo już w niej byłem. Standardowo sushi na lunch w Bryant Parku przy bibliotece nowojorskiej. Jem i piszę.
Mogłem w sumie zdjęcie zrobić mega zestawu. Wielki i tylko 9,99$.

6581 kroków od Port Authority Bus Terminal. Idę dalej. Na “wielka drakę w chińskiej dzielnicy”. Po torebkę dla Marcina. Widziałem co prawda budę z gifat’ami i bag’sami na 40th st. Były torby, które nawet przykuły moja uwagę. Ale jarałem i szkoda było rzucić.

10850 kroków – Washington Park. Jedno z fajniejszych i najładniejszych miejsc Manhattanu. Nieopodal siedziba Forbes’a, uniwersytety. Chyba to już Greenwich Village. Za parkiem Noho się zaczyna.
Ludzie siedzą na trawie. Czytają, laptopują się, jedzą itd. Czyli można! W Polsce, to albo w gówno wdepniesz, albo “nie deptać trawnika”. Po środku fontanna. Ludzi oczywiście od groma. Na wejściu północnym parku – łuk, przez który widać od południa Empire State Building, a od północy, do prawie 9 rano 11 września 2001 roku, dwie wieże. No cóż wież “niet”. Aha, trawnik, na którym siedzą ludzie ma tabliczki “passive lawn. No sports. No dogs”. To juz wiem czemu ludzie tacy pasywni.

————————-

Przerwa. Jedziemy do Paramus Center na zakupy. Może torba się trafi.

Kupiłem parę szmatek. Firma, która konkuruje z Abercrombie and Fitch – Aeropostale. Fajna i przynajmniej nie robią ubrań w modelu “muscle”.

————————
Po parku Washingtona aleja 5 sie skończyła, więc sobie zygzakiem szedłem do China Town. Laguardia st, Bleeker street i takie tam inne. Na zdjęciach widać conieco. Sorry za foty, ale kompletnie nie chce mi się ich dotykać. Co najwyżej poobracać mogę.

17478 kroków; 164 min 14 sekund chodzenia; 13,10 km; 985,16 kcal. Do tego trzeba jeszcze z 1200 kroków dodać, bo włączyłem ustrojstwo dopiero na bus terminalu i tam właśnie go wyłączyłem.
W chińskiej dzielnicy draki nie było. Kupiłem w końcu czapkę dla szwagra. Za 10$. Chyba gdzieś widziałem taką samą tańszą. Trudno, wakacje są.

Aha, sie lekko strzaskałem. Już teraz wiem, czemu wydawało mi się, że skóra na twarzy jakaś naciągnięta się wydaje. Spiekło mnie.

Na przednim siedzeniu w autobusie nie trzęsie, jak dalej siedząc. Jak na razie przynajmniej. China Town przedziwne, przekolorowe, przegłośne. Męczące. Ale fajne. Little Italy, po drodze minięte, trochę w grzeczniejszym stylu. Wiadomo Europa, ludzie, cywilizacja (taki żarcik oczywiście, bom uprzedzony nie jest).

Aaa, wczoraj, jak te frytki kupowaliśmy na US Open, to sprzedający się pyta nas skąd jesteśmy i kto jest naszym ulubionym tenisistą z naszego kraju. Zaśmialiśmy sie z Ulą i rzekliśmy “Poland”. A ulubionym krajowym tenisista … niestety Radwańska. Kolo nie skojarzył panny. Nie dziwota. Ale na odchodne rzucił “jak się masz? Dziękuję”. Taki “polski dla początkujących”.

Szukałem tej przeklętej torby. Dwie czy trzy nawet z wieszaka wziąłem. Ale nie wiem. Nie dla mnie ona, wiec nie wiem czy nasze gusta się spotkają. I taką jedną, co widziałem chyba kupię. Obsmarowana napisem “New York City” ale nie krzykliwie i nie nachalnie, jak inne, które widziałem. Wstyd na miasto z taką torbą wyjść. Chociaż tu ludzie nie mają kompleksów jeśli chodzi o “clothes i accessories”.
Taka mała dygresja na temat panów ubierających się do pracy. Krawaty dziwne, dziwnie zawiązane. Spodnie za krótkie przeważnie i bardzo często z mankietem. Buty niepasujące do niczego. Skarpety czasem jakież grube, zimowe się trafią. Tak trochę niestarannie się ubierają. Mam wrażenie, że lata 90 w Polsce. Ale oni nie mają z tym problemu. Europejczycy jednak mają inną klasę. Muszę kiedyś jakiemuś panu fotę strzelić, to zobaczycie.

Coś dziwnie ten autobus jedzie. Zawsze bezpośrednio z dworca w Tunel Lincolna wjeżdżał, a teraz na ulicę wyjechał. Jak się zgubię, to się wkurzę. Zmęczonym i nie w głowie mi zabłądzenie. Najwyżej do Państwa zadzwonię i będzie mnie szukało po całym stanie. Trzęsie jednak jak cholera. Kropka. Ooo, tunel! Ufff!

Wróciłem cały, zdrowy i niezabłądzony. Dopiero teraz zobaczyłem, że sklep tuż za końcem Państwa ulicy (sklep od Państwa jakieś 400 m oddalony) zwany Bottle King jest juz w Glen Rock. Miasto, w którym się zgubiłem rok temu. Ale wtedy wysiadłem dopiero w centrum, jeśli można było to nazwać centrum.

Podoba mi sie bezwyrazowy stosunek ekspedientki do klientów. Żując gumę i bez emocji pani kasuje 6-pak Guinnessa i paczkę fajek – Marlboro Medium. 6-pak tylko 8,99$. Taniej niż w Polsce. W moim nieulubionym Kerfurze jedna butelka Ginesika kosztuje coś koło 6 zł, czyli kolo 12 baksów za 6-pak. Fajki też tańsze niż w mieście. Tylko 7,99$.

U Państwa jest pan od pieca, wiec chilloutuje się z fają i Guinnessem na porch’u, patrząc na “backyard”. Neigbours’i też “domoj”.

Muszę przyznać się Państwu, że wczoraj w nocy się sedes przytkał. Nie ma to jak zrzucenie gruzu po dwóch dniach junk food’u z Ameryki.  i z czego się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie. 😉

27 sierpnia 2009 – update

 

Nie będę pisał, że “dzień pierwszy” albo “wielka draka w chińskiej dzielnicy”. Najbezpieczniej jest chyba datą. Czy dziś jest dzień 1, czy drugi, skoro nadleciałem wczoraj?
Wczoraj w centrum Miasta (w Bryant Park) siostry/bracia Williams zagrały sobie pokazowo. No szkoda, że nie było mnie tam. Może dziś siostry Radwańskie??? Byłoby … nie byłoby.
Wstałem o 5:16 i poszedłem znowu spać. Ale godzinę później już zostałem wypuszczony z pokoju. Drzwi się rozeszły w nocy i nie mogłem ich otworzyć. Na szczęście Pani domu zeszła do piszczącego kota Bazyla.
Z drugiej strony mógłbym siedzieć zamknięty w pokoju i pisać rozprawę filozoficzną o życiu życia. Tzn. byłaby to rozprawa filozoficzna o życiu i byłaby to praca życia. Ale czy już ktoś tego na strychu tak nie zrobił?
“Simpsons already did it” – z jakiego to serialu zdanie???

Polecam “BReaking BAd” – fajny serial. Nauczyciel chemii ze swoim byłym uczniem, który zna rynek … bawi się w młodego chemika, przy okazji przytulajac parę “benjaminow”.
Na razie tyle z wrażeń z 27 sierpnia.

Wróciłem z Miasta. Stała się rzecz straszna. Zacząłem palić! No może nie od razu zacząłem ale zapaliłem. Po 16 godzinach! Siedzialem w Bryant Park i jadłem lunch (sushi) i jakiś kolo palił cygaro i wszystko na mnie leciało. Kupiłem sobie paczkę za jedyne 10,25$ i zapaliłem w drodze na Hell’s Kitchen do mojego ulubionego pubu. Arsenal ogrywal Celtic 2-0.
No nie kupiłbym tych fajek ale głupio mi było sępić. Podszedłbym do kolesia i co bym powiedział “can you spare me a cigarette please?”. Mój angielski i połączenie “spare me” zabrzmiałoby jak chęć spuszczenia się na jego papierosa. Wolałem uniknąć blamażu lingwistycznego.
W Londku co prawda jakiś menel zaczepił mnie inaczej i dopiero w słowniku wyczytałem, że on ode mnie chciał “wypasożytować” papierocha. Poza tym Angole mówią na fajkę “fag”. “Fancy a fag?” – zapalimy/zapalisz/masz ochotę na fajkę. No, jak na mój gust, też nie najporęczniejszy zwrot.
(fag – to raczej i powszechnie znane określenie na członka rodziny)
Ale po kolei. Zajechałem autobusem na Port Authority Bus Terminal (8 aleja i 40 ulica) i udałem się na Times Square do informacji turystycznej po mapę metra. Linia nr 7 na koniec aż do Flushing Main Street. Aha, założyłem zegarek, po dwóch latach nienoszenia. Zdjąłem go po powrocie z USA w kwietniu 2008. Dziwne zegarek nadal chodził i pokazywał amerykański czas. He he he, przydatne. Ale zdjąłem go znowu, bo się spociłem.
Wczoraj może było jak w maglu, ale dziś o dziwo szło żyć. Upiornie gorąco ale jak człowiek nie robi gwałtownych ruchów, to jest ok. W metrze dramat. Gorzej niż sauna, bo nie ma czym oddychać i leci pot niemiłosiernie. Na szczęście w wagonach jest klima.
No i jadę tą 7 i po pierwszej stacji pan mówi “blah blah no Flushing Main Street blah blah … sorry for inconvienence blah blah”. To znaczy, to nie to, że nie ważne co mówił. On po prostu niewyraźnie mówił. Wysiadłem. Na szczęście drugi pociąg nadjechał szybko i nie było już komunikatów. Obok, dwóch starszych panów rozmawiało o tenisie i dzięki temu dowiedziałem się, że lepiej wysiąść o jedną stację wcześniej, czyli Mets-Willet Point. To i tak zrobiłem. Byłem o 11 i okazało się, że za wcześnie, bo tylko kwalifikańci grali. Łukasz Kubot miał największą widownie i fanów. Nie wiem dlaczego krzyczeli po angielsku. Mogli po polsku. Może Łukasz nie zna języka. Nie wiem jak się skończył mecz, bo w 3 secie przełamał Polak Japończyka (skubany dobrze i silnie serwował) z powrotem i zrobiło się 3-3. Śmiesznie się ogląda te mecze, bo to wygląda jak tenis uliczny. 20 kortów i stoisz od bocznej linii o 5 metrów. Na sam koniec wyszła Marta Domachowska grać z Francuzka o dziwnym, wschodnim nazwisku. No niestety po 3-1 dla nienaszej poszedłem. Marta grała słabiutko. Szkoda.
Kiedy byłem na Grandstand Stadium i oglądałem Tsonge, jakiś pan powiedział głośno, że Szarapova nadjechała i już trenuje. Sporo ludzi poleciało od razu na korty 1-5. Na tych kortach trenowały gwiazdy. Widziałem Safina (jednego z moich ulubieńców). Już niestety był po treningu ale przynajmniej jeszcze był.
(aha, jak ktoś ogląda moje zdjęcia, to czy w czarnym t’shircie to nie jest Hewitt?)
Dalej o kortach, na których trenują gwiazdy. Są niestety z dwóch stron otoczone wysokim krzakiem. Na szczęście na korcie, gdzie grał Kubot była trybuna i można było z samej góry podglądać gwiazdy. I tak tyłem do nas trenował Gasquet. Obok niego – Tipsarewicz (dziwnie w okularach wyglądał, jak ufo), Kohlschreiber (no dobra nie gwiazdy ale tenisiści z pierwszej 20).
Z trzeciej strony jest budynek, a jedyny odkryty bok tych kortów ma prawie na całej długości siatkę maskującą. W sumie tylko ok. 3 metrów siatki, przez którą można coś zobaczyć było. Ale dobre i to.
Zagapiłem się, bo jak Safin wychodził z kortów, to nie wiem czemu ale zostałem na swoim miejscu. Później zjarzyłem, że może autografy będzie rozdawał. I rozdawał. Jak podszedłem na tyle blisko, żeby portret zrobić, on już się odwrócił i poszedł. Szkoda.
Ze znanych widziałem na treningu – Ferrer, Soderling, Tsonga, Monfills, Jankowicz, i jeden jeszcze koleś ale nie mogę przypomnieć nazwiska.
Obok mnie przeszedł na luzie w klapkach Ljubicic. Niestety nie zdążyłem go uchwycić. Obiektyw za długi i musiałby daleko stać on … albo ja. Szkoda.
Samo miejsce – Flushing Meadows – rewelacja, szok! Nie jest zbyt duże jak na tyle kortów. Spodziewałem się większej powierzchni. Wszystko w miarę zasięgu wzroku. Trochę się jednak nachodziłem. Ale pod wrażeniem wielkim jestem. Przesympatyczne miejsce. Może jednak Wielkiego Szlema zaliczyć? Tylko do Australii będzie ciężko pojechać. Za daleko. Do Paryża jakoś mnie nie ciągnie. Czyli Londyn tylko został.
A propos Londka. Dziś nastąpiła uroczysta detronizacja brytyjskiej stolicy. Nie jest już moim zdaniem najtłoczniejszym miastem jakie widziałem. Na Times Square była mega masa. Do tej pory faktycznie mogłem być zmylony, bo jeździłem do Jabłka w marcu, kwetniu i listopadzie, a w Londku bywałem raczej w sierpniu. Więc eN-Y-Cee na razie szans równych w rankingu mym nie miał. Do dziś!
Jestem już w domu jak widać. Czekam na Państwa i jestem przezmęczony ale i przeszczęśliwy, żem część US Open zobaczył.
Do jutra.

ps: w folderze zdjęcia jest link do zdjęć. Fota 10 i 11 po kolei idąc (dsc_032.jpg i dsc_0034.jpg) – kto to jest? Na 11 Hewitt??? A na 10 nie mogę tego kolesia sobie przypomnieć!

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑