Tag: koszmar

my bad bed

Czyli moje złe łóżko!

Kupiłem sobie koszmarne wyrko! Jest wygodne i tak dalej, ale co noc śnią mi się koszmary. Koszmar! Nie mogę się wyspać. Na szczęście (?) nie są to sny z Freddy Krugerem, czy wampirami, tylko takie sytuacyjne koszmary.

Na szczęście jutro wyjazd na Sylwestra do baranka i owieczek, to może się wyśpię i odkoszmaruję jakoś.

28 grudnia Szwecja wprowadziła obowiązkowe testy na covid-19. Rok temu dostali baty za brak działań, to teraz szybko się zabezpieczają. We wtorek ponoć na tym słynnym moście łączącym Malmo z Kopenhagą cofnięto kupę aut, bo teścików nie mieli. Zabawne jest to, że jak Szwedy wracają do domu, to nie muszą się testować. Obiecują sprawdzenie swego stanu zdrowia domowymi metodami… w domu. Kupiłem sobie też kilka testów. Będę się bawił w pana doktora.

Także szwedzki rząd pozwala swoim narażać ludzi w samolocie, lotnisku, taxi, autobusie, a turystom każe się sprawdzać. Dziwny kraj, dziwny.

Siedzę na lotnisku i czekam na odlot do Malmö (malm – kruszec, ö– wyspa). Chilloutuję się w jakimś lounge i zagaduję jakieś dziewczyny. Czas mija miło, razgawor się klei. O pół do (chyba trzeciej) pomyślałem sobie, że boarding się zaczął. Idę żwawym krokiem pod bramkę i widzę cztery spusty. Za drzwiami dostrzegam autobus z pasażerami. W panice pytam pani z obsługi, czy jeszcze zdążę polecieć. Jeśli autobus odjechał, to już nie – odpowiada stewardessa. Oddycham z ulgą i informuję, że bus jeszcze stoi. Pani szybkim ruchem podnosi  rękę i krzyczy do kierowcy – one more passenger!

Rzucam się kierunku lounge i biegnę ile sił w nogach. Biegnę i biegnę, a ten salonik wydaje się być coraz dalej i dalej. Strasznie długie te 400 metrów – pomyślałem sobie. Biegłem tak, jakbym w smole jakiejś był. W końcu dopadam do mojego plecaka, żegnam się z niewiastami i znowu zaczynam gnać. Tym razem do bramki.

I tu dziwne, niby ta sama trasa, a jakiś krajobraz inny. W pewnym momencie widzę już autobus i stewardessę, która do mnie macha, żeby mnie pogonić. Ale ku mojemu zdziwieniu między nami zrobiła się delikatna przepaść, w której były 4 tory. Nie myśląc długo, postanowiłem przebiec przez żelazną drogę, a nie jak przepisy nakazywały – przez wyznaczone przejście.

Dobiegam, zdążam, chcę już wejść, ale pani stewardessa pyta się – ma pan test na coronawirusa?

Poczułem się tak, jak kiedyś na regatach, gdy nasz sternik Piotruś nie powiedział, że manewr wykonuje i dostałem bomem w łeb, tak mocno, że o mało co, a wyleciałbym z łódki. Tak mocno, że makówka mnie bolała kilka dni tak, że nawet sama Pani G. kazała mi tomograf zrobić. Tak się właśnie teraz poczułem.

Pani stewardessa pokazała mi palcem wianuszek ludzi idący gdzieś i zaczęła coś mówić. Ale ja już w te pędy pognałem za pasażerami. Szli na test. Biegnę znowu. Oczywiście jestem ostatni i nie widzę już wszystkich, tylko same ślamazary. Nagle wpadamy do … Starbucksa i olśniewa mnie! W kawiarni robią testy! Ktoś mi kiedyś to powiedział. Chłopiec przede mną zatrzymał się w osłupieniu i niepewności. Kalkulował, czy to tu, czy dalej ma biec. Ale w jednej sekundzie wyprzedzam go i chwytam za patyk, żeby sobie wymaz z nosa zrobić. Nie dziwi mnie kompletnie, że Starbucks jest … na Manhattanie.

Budzę się …

 

niektórych rzeczy nie da się odzobaczyć

ale da się odsłuchać. Ciekawe.

Mózg nasz płata figle. Raz coś zobaczymy, co nas wzdryga i chcemy szybko o tym zapomnieć, i koniec. Widzimy to co jakiś czas przed oczami. I psuje to nam dzień, humor i powoduje, że robimy „brrr”. Dlatego też przestałem oglądać mecze naszej reprezentacji w piłkę kopaną. Tego się po prostu nie da oglądać.

A z tym odsłuchaniem też jest podobnie. Kiedyś podesłałem pani prof. ze Szczecina filmik z piosenką „Gdzie jest słonko, kiedy śpi” i ją trafiło. Napisała mi nawet, żebym szedł w cholerę, bo teraz ta piosenka chodzi za nią cały dzień. Ha!

 

Nie będę sypał przykładami, czego nie należy oglądać, bo nie da się tego odzobaczyć.

Aha, jeszcze małe sprostowanie na temat milicji. Wczoraj kolega, emerytowany policjant przesłał mi filmik. Pan redaktor zagadywał grupkę młodych mężczyzn pod NBP w Warszawie. Okazało się, że to przebrani milicjanci. Kiedy zaczął ich pytać co tu robią, czy są funkcjonariuszami policji, młodzi się szybko usunęli z kadru. Mój kumpel pod filmikiem napisał mi tylko, że jako policjantowi w stanie spoczynku jest mu wstyd. Kiedy się te protesty skończą?

 

No dobra, co słonko widziało? Otóż wczoraj byłem nieposłuszny. Plany weekendowe się zmieniają szybko. Znajomi się przerazili zarazy i lockdown’u i zostałem sam w domu. Postanowiłem nadrobić zaległości filmowe. Barek pełen alkoholu, dobry film, cóż za pyszna sobota. Ale na sam przód stwierdziłem, że może coś na trzeźwo obejrzeć. I to już był poważny błąd. Pamiętam czasy, kiedy ze Słodkowaśną oglądaliśmy świetne filmy z serii „Tego się nie da oglądać na trzeźwo”. Pisaliśmy pijackie SMS-y do Pana z Europy na K., że dobry film widzieliśmy. Nasz przyjaciel próbował oglądać i szybko odpisywał, że nie da się tego oglądać. Albo „czy naprawdę ten film mi się podobał?”. Dziwne, ale wtedy nie wydawało mi się, że żałuję, że oglądałem, że chciałbym coś odzobaczyć. Polecam filmy: Maglownica (1995) i Ślimaki (1988).

No to wczoraj łożę się na sofie, odpalam Netflix i przeglądam. Milion tytułów, ale oczywiście nic ciekawego. Wchodzę w polskie kino i widzę ten ostatni film, tego miliardera, co rok temu na Mazurach podwoził motorówkę kelnerkę. Do żony już nie dopłynął. Tragiczna historia.

Film nagradzany, z pozytywnymi recenzjami, z międzynarodową obsadą (m.in. Bill Pullman, ten od Lost Highway Davida Lyncha). No to myślę sobie – to jest to!

The Coldest Game/Ukryta Gra dzieje się w 1962 roku głównie w Pekinie/PKiN. Kilka ujęć też jest z Brooklynu.

Przypomniało mi się, jak jakiś czas temu Pan z Euorpy na K. dzielił się ze mną informacją, że widział, że zna i że bardzo nie poleca. Że lepiej nie oglądać. Ale jak wiemy, Pan z Europy na K. jest starszym dziadem, więc co on tam może wiedzieć. Nie zna się. Także nie posłuchałem rad kolegi. Nieposłuszny byłem.

Odpalam film i patrzę. Jest Brooklyn, jest Warszawa, jest … nudno. Ten film jest po prostu zły. Niby jest jakaś historia, motyw przewodni, ale kompletnie nie wciąga. Ta gra w szachy też taka jakaś nijaka. Niby grają, ale nie wiadomo jak. Pach, pach i zwycięstwo. Pach, pach i proponuję remis. I chyba też są jakieś duże skróty myślowe w wątku głównym, bo w pewnym momencie cofnąłem się o pół godziny, do pewnej sceny, bo myślałem, że coś przegapiłem, nie załapałem. Ale nie.

Jedyny plus tego filmu, to fakt, że często mówią po rosyjsku.

Niestety filmu nie da się odzobaczyć. Panie z Europy na K. jest pan starszy, więc mądrzejszy. Teraz to już wiem. Powinienem był posłuchać.

 

wieża radości, wieża …

… strachu

 

Lubię te moje haj-faj. Małe zgrabne, miło życie umila. Pięknie i donośnie gra. Dziękuję szalenie panie z Europy na K. za sugestię. Dobry wybór. Jedyny minusik, to strasznie wolne włączanie się.

Dziś mnie wieża postanowiła wystraszyć.

Ale zaczęło się to wszystko od naigrywania się z horrorów. Najpierw próbowałem patrzeć na LIVED albo DEVIL (nie pamiętam dokładnie, bo od tyłu było albo DEVIL, albo LIVED). O maryjo! Co za dramat. Wszystkie straszności działy się w windzie podczas gaśnięcia światła. Stoją ludzie, cyk, gaśnie światło, wrzask, pyk, nastaje jasność i leży. Cały we krwi, rozharatany, poźgany. Reszta towarzyszy drze się. Łapka w dół.

Od wczoraj zabrałem się za serial o nazwie „Straszny dwór w Bly” (również nie pamiętam tytułu). Strasznie nudny, strasznie niestraszny, strasznie się wlecze akcja. Na dodatek z akcentem brytyjskim mówią (ale to akurat nie aż takie straszne). Po dwóch odcinkach porzuciłem. Muszę wejść, dać łapkę w dół i odhaczyć z mojej listy. Brrr.

Poszedłem wczoraj spać wcześnie. Pół godziny przed godziną duchów. I śpię. Śpi mi się nawet nie najgorzej. Nagle słyszę coś. Otwieram oczy i nasłuchuję. Ok, wieża się wyłączyła z prądu i lekko hałasuje. Ale do sprzętu jest podpięty telefon i niestety daje sygnały dźwiękowe i świetlne, że przestaje się ładować. Piekarnik sygnalizuje zresetowanie zegarka. Blin!

No dobra, nie ma światła – stwierdzam i próbuję zasnąć.

Po kilku króciutkich chwilach słyszę, że światło wraca.

Światło! Nosisz je w sobie.

Światło! Nie zgaśnie choćbyś chciał

 

Nie wiem czemu przypomniał mi się pierwszy dorosły przebój Kukulii Natalskiej.

Jak się wszystko włącza, to wieża sygnalizuje głośniej swoją inicjalizację, a telefon to już wariuje. Nie kumam tego Samsunga. Jak ktoś mnie o coś prosi, żeby w tym telefonie zrobić (np. wysłać wizytówkę), to jak dziecko we mgle jestem. iPhone jakiś prostszy i bardziej intuicyjny. Ale to tylko moje zdanie.

No dobra, światełka pogasły, dźwięki ustały i …

tak jeszcze z 5 razy w ciągu krótkiego czasu.

Wstałem o 5.14 czasu warszawskiego! Nie powiem w jakim stanie. Bo niewyspany to za mało powiedziane.

Okazało się, że ruter się zresetował i zaczęło się odszukiwanie ustawień, haseł i tak dalej. Na szczęście poradziłem sobie i znowu mam łaj-faj w domu.

Loguję się do pracy. Bateria w telefonie 0%. Skrrrrt

koszmar bieżącego lata

 

 

Nie wiem co jest, ale miałem koszmar ostatniej nocy! W moim magicznym domku!? Dziwne. Paranormalne.

Sen był jakiś wyborczy i składał się z różnych epizodów. I wszystko się zaczęło chyba od tego, że jadąc do Białego mijał nas Budyń aka Sebastian asystowany przez migające i wyjące auta. Pewnie się agitował w Suwałkach. I ten fakt, i wybór mojej Mamy spowodował, że śnił mi się nie mój prezydent Wolski.

Najpierw koło bloku mojej siostry zatrzymał się wehikuł, z którego wysiadł Sebastian. Jak gdyby nigdy nic zarzucił na ramię torbę i poszedł na zakupy do Biedry! Czyli to prawda, prezydent wszystkich Wolaków. Prezydent wolskich spraw. Eh. Super kandydat.

Druga część koszmaru działa się przy ul. Sokólskiej 3. Podjeżdżam ja ci autem i widzę, że Pierwsza Dama parkuje przy moim budynku. Ponoć miała coś z naszego mieszkania zabrać. Jakieś stare rzeczy Sebastiana. Parkuję przy klatce, żeby drzwi szanownie otworzyć Pierwszej Damie i …

I nie przylazła! Czekam jak głupi. Okazało się, że z tych emocji zostawiłem kluczyki od auta w domu w Waw (to ciekawe jak w ogóle udało mi się przyjechać! Ale jak wiemy, sny mają swoje własne prawa, których szkiełko i oko nie pojmie nigdy).

I stoję jak ta pała pod klatką. A moje auto blokuje przejazd. Wioska. Pewnie Pierwsza Dama poszła do Biedry pomóc staremu taszczyć zakupy.

Obudziłem się niewyspany. Koszmar!

A rano włączyłem oba komputery i zacząłem pracę zdalną.

Na prywatnym lapsie odpaliłem Radio Nowy Świat i z taką pewną nieśmiałością słucham. Poranna Manna na dzień dobry. Nigdy nie przepadałem za Mannem, ale teraz słucham z takim rozrzewnieniem.

Napisałem tekst do Arka-Zegarka, który wspiera finansowo ten projekt. Jest patronem. Nie wiem czy mogę przytoczyć naszą rozmowę, bo namawiam kolegę do przemocy domowej. No cóż mogę powiedzieć. Kolega Arkadiusz jest freak-iem muzycznym. Trójkę uwielbia(ł), to nie dziwota, że do tego nowego projektu ma słabość. Ja się cieszę, że w końcu ruszyli, bo tego nowego radio (b)Z(d)et, to znaczy nowej Trójki nie da się słuchać.

Ok. Arkadiusz udzielił zgody na publikację naszej konwersacji. Ale ostrzegł, że jego szanowna małżonka, a moja szalenie serdeczna przyjaciółka Ula też czyta moje wypociny. Ula, ja tylko żartowałem. Przemocy domowej mówmyż stanowcze NIE.

Dla przeciwwagi, żeby nie było, że tak Dudę lubię, wrzucam fotkę. Już fani Sebastiana atakują.

Miłego piątku wszystkim. Niech ten koszmar od niedzieli się już skończy. WyPAD 2020!

the end

Kurczaczki, ciasto francuskie mi nie wyszło, a widelec spadł z talerza do kosza!

Wnioski?

– schować kosz z powrotem do szafki 

– nie rozciągać tak ciasta, bo się podziurawi

– duchy wróciły i czegoś chcą

Wpis miał się nazywać „nic nie może przecież wiecznie trwać”, ale coś mi zaświtało, że już coś takiego popełniłem. O tu jest.

Tych wpisów mam ze 40, a jednak wiem, co się w nich mieści. Właśnie. Ile ja mam tych wpisów. Adnu sekundeczku. Bzzz pii uuuu grrr brrr, mam już. To jest 360 post.

To jest the end, czyli koniec.

Rozmawiałem 21 maja z moim serdecznym kolegą ze studiów, którego nazwę tu, hmmm, Arek-Zegarek (sorki Arek). Szalenie dawno się nie słyszeliśmy i nie widzieliśmy. Pamiętam jak dziś, że w jakimś biurze przy ul. Sienkiewicza opijaliśmy zdrowie pierworodnej. Ciekawe czy pamiętasz Arek czego wtedy słuchaliśmy … często. Starsailor i ich „Love Is Here”.

Don’t you know you’ve got your Daddy’s eyes 
And your Daddy was an alcoholic

Nie, niczego nie insynuuję. Ta piosenka była po prostu przez nas katowana. No może nie katowana, ale często grana.

Ja uwielbiam z kolei tytułową piosenkę. Smutna taka.

A chciałem na wesoło, ale przypomniałem, że to koniec, koniec pewnej ery, to na smutno chyba powinno być, także smutna piosenka jest na miejscu.

No i wyobraźcie sobie, że wczoraj pępkowe, a dziś matura u córki! Jak ten czas leci? A mamy tylko … 29 lat (Arek-Zegarek jest mój rocznik, jak się łatwo domyślić, skoro na studiach się poznaliśmy. No dobra, mógł być po technikum, a ja przecie 7 lat grałem w licealnej drużynie koszykówki).

Arek załamany sytuacją w Trójce. Jak szybko można tak radio rozpierdolić? (chyba tego wyrazu użył? Albo ja to chyba powiedziałem, a on przytaknął). Ale sami przyznajcie, że ten wyraz jest na miejscu. Jeśli czytają to nieletni, to tu jest komunikat:

Drogie dzieci, tak, w języku polskim występują wyrazy zakwalifikowane do wyrazów „nienamiejscu” lub po prostu wulgarnych.

Synku, to ty przeklinasz? – tak kiedyś retorycznie zapytała mnie mama, jak w zdenerwowaniu zakląłem jadąc autem.

Trójki już nie ma. Jest za to Trujka. Powiedziałem koledze, że ja jeszcze słucham i będę słuchać. Dziś otwieram me niebieskie oczy, klikam na ramówkę radia, a tam … Wojciech Cejrowski. Brrr. Nie, nie słucham już tego programu.

Kolega zaangażował się w finansowanie nowego projektu zwanego Radio Nowy Świat. Myślę i ja o tym. Ale wpierw niech ruszą, zobaczymy. Na razie dla mnie to nie wygląda za atrakcyjnie. Czas pokaże.

Listy przebojów już nie będę słuchać, bo jakoś mnie odrzuciło. 

I kończąc wątek kolegi Arka-Zegarka. Mam nadzieję, że pojechałeś na te Mazury, czy Warmię, bo ja dziś jednak wpaść nie mogę. Umówionym.

Ale co za akcja z tym umówieniem się. Jakiś czas temu zadzwoniłem do kumpla i mu mówię:

– stary, odmrażają gospodarkę, to się musimy w końcu spotkać. Piątek sobie zarezerwuj. Kolega się nazywa Piątek. Ale nie Krzysiek, to nie ten od futbolu.

– ok, postaram się

I słuch zaginął po koledze. Standard w jego wykonaniu. Dzwonię na przykład w poniedziałek, a ten mówi „oddzwonię do Ciebie za chwilę”. Mhm. Czekaj tatka latka.

Jest piątek, dzwoni Piątek.

– cześć … – zagaja

– to Ty teraz do mnie dzwonisz?! Toż mieliśmy się spotkać tydzień temu w piątek. Zapomniałeś?! – zaczynam swoją nie do końca passive ale na pewno aggressive narrację

– no dziś nie mogę, ale w sobotę możemy gdzieś wyskoczyć – kontynuuje kolega.

Zaczyna do mnie docierać, że zachowałem się jak pałka i to jest teraz ten piątek, bo tydzień wcześniej nie było nawet gdzie się spotkać. Mea culpa. Kacze pióro, czas leci szybko, jak nam knajpy odmrozili.

Dobra, koniec z tym wątkiem. Jest sobota, to nie gadamy o Piątku.

O kurczaczki! Teraz dopiero widzę w górnym rogu arkusza WORD, że jest opcja dyktuj. To po ki czort ja stukam w tę klawiaturę!!! Yuppie.

Ostatnio ni to z nudów, ni to z ciekawości zacząłem eksplorować świat blogów. Nie czytałem nigdy, z wyjątkiem Słodkokwaśnej, którego blog szalenie polecam, innych stron, bo uważałem, że to nuda i nie da się tego czytać. Kto by chciał zagłębiać się w świat innej osoby i zapoznawać się z dziwnymi przemyśleniami na stronach www?

Ale dałem szansę i obserwuję kilka blogów. Z jedną osobą wdałem się w wymianę opinii. Trochę mi łyso, bo ja mam bloga od 11 lat, a kolega z rok. Ale potwierdził mi to, czego się obawiałem. Chcesz sukces, to się staraj. To jest czas i praca. Samo się nic nie zrobi. Nawet jeśli napiszę najwspanialszy wpis, to świat przede mną na kolana nie padnie.

Działa to wszystko podobnie, jak znam to z instagrama (tak, konto skasowałem na IG). Like4like, follow4follow. Zaczynasz coś komentować, to ta druga osoba wróci do ciebie i jeszcze inni jego „czytacze”. 

Istotnym faktorem jest posiadanie jednak MordoKsiążki. 

Ja mam/miałem kilka przemyśleń na temat prowadzenia bloga:

– nie zakładam FB

– nie płacę

– nie nastawiam się na zarobek

Ale pogadałem jeszcze z inną osobą i się poważnie zastanawiam, czy nie kupić jednak czegoś na tym WordPressie. Ale nie pakiet premium za 33 zł/miesięcznie. Ale ten niższy za 14 zł. Poczekam tylko na jakieś flashowe wyprzedaże, bo mają czasem. Zobaczymy.

No i z tą drugą osobą sobie konwersuję i pytam się go jak to jest z tym pisaniem, bo on ma bloga od 1999 roku. Toż to inna epoka, inne milenium. Mówił mi, że zaczynał na blog.pl ale się po jakimś czasie zwinęli, bo wordpress nadchodził. 

Także zaczynam coś z moim blogiem zrobić. Muszę się jeszcze do Słodkowaśnej na korepetycje wybrać.

Podczas tych rozmów padł temat, że nic w internecie nie ginie. 

Dziś miałem koszmar.

Ten wpis miał być krótki, jedno- lub góra dwuzdaniowy. A znowu wyszło czort wie co.

Śniło mi się, że skasowali mi wpisy na wordpressie! The end! Naprawdę się wystraszyłem. 

Od dłuższego czasu piszę moje posty w word-zie, a później je wklejam na blog. Ale ten plik to takie demo, często, a właściwie prawie zawsze, mi się zdarza poprawiać później to co napisałem. Także jakby skasowali, to byłby to dla mnie dramat. 11 lat w piach by poszło. Może ktoś ma radę, albo wie, jak się przed taką sytuacją ustrzec (gdyby sen zaczął się urzeczywistniać)?

This is the end
Beautiful friend
This is the end
My only friend, the end

nic nie może przecież wiecznie trwać

Zrzut ekranu 2019-08-24 12.34.08

Czy można trzymać laptop na jajkach? Ja trzymam, bo:

  • mogę
  • jest wygodnie
  • mam to w …

10 lat, 10 lat niech żyje, żyje nam. Mój blog ruszył w sierpniu …10 lat temu! Czas leci. Mam nadzieję, że ten będzie wiecznie trwał. Jak wiadomo, w internecie nic nie ginie. A pamiętam, jak wordpress mnie wyzywał (czelendżował znaczy). To już 12 wpis, jeszcze 8 do 20. To już 65 wpis, jeszcze 35 do 100. I tak dalej. I po tej setce jakaś cisza nastała. Zero wyzywania!

Mam koszmary ostatnio!

Śni mi się liceum. To znaczy liceum nie było straszne, bom poznał fantastycznych ludzi, z którymi się przyjaźnię od prawie 28 lat! Oj tak, we wrześniu będzie 28 lat. Jak ten czas leci.

Zakopane, Zakopane, słońce, góry i górale!

Śni mi się matura! Najpierw z matmy, a kolejnego dnia z angola!

O ile z matmy się jakoś nie bałem. Ale sam fakt tego egzaminu był, powiedzmy delikatnie, niemiły. Pamiętam, że zdałem, że nie było trudno i tak dalej. Jedyne o co się w tym śnie koszmarowało tak mi się, to to, że nie mogłem dostać 6. Co prawda zadanie rozwiązałem, ale wiedziałem, że celującego nie dostanę. Koszmar, nie?!

Ale z angola!? To dopiero był dramat. Albo pytania były takie, że ja nie rozumiałem o co kaman. Albo były banalne, a ja nie potrafiłem znaleźć odpowiedzi. A czas leciał!

Koszmary miną, bo

nic nie może przecież wiecznie trwać

Pisałem o plażkach ostatnio. Doszła nowa.

Siędzę że ja ci w domu i ktoś dzwoni. Patrzę – kobieta. Nie otwieram, gdyż w negliżu byłem. Poszedłem do kina na Tarantino…

Film słaby. Za długi. Ale dwie sceny godne mistrza – końcówka z bandą Masona i epizod z filozofem, mistrzem walk wschodu, Bruce’m Lee’m.

Wracam z kina. Dzwonek znowu. Patrzę – ta sama kobieta. Ok, ubieram się w coś, bom pod dusz szedł.

I pani mnie dobija mówiąc, że rury azbestowe będą wymieniać.

– O, widzę, że ma pan je zabudowane

Motyla noga! Czeka mnie kucie i gipsowanie. Blin!

Nic nie może przecież wiecznie trwać
Co zesłał los trzeba będzie stracić

Wczoraj spotkałem się z towarzystwem berlińskim. To znaczy z prawie całym towarzystwem. Rysiek mieszka we Wrocku, więc nawet go nie zawiadamialiśmy. A Rafał stchórzył przed samym spotkaniem. Ponoć taki zarobiony. Wyjście udane i pyszne, bo kanapki najlepsze na świecie jedlim – banh mi ze zboczkiem i wieprzowinką. Mniam, mlask! Musi ten nasz kolega otworzyć jakiś lokal na mieście, bo jak żyć bez tych pyszności?! Teraz to jakaś trójpolówka, raz na 3 tygodnie kolega piecze te bułeczki i pasztety. Ileż można czekać na akurat ten weekend? A jak nocny market się skończy na jesieni? Jak żyć?

Nic nie może przecież wiecznie trwać

No i wczoraj spotkanie było sympatyczne. Dołączyliśmy do Państwa z Europy na K. oraz Słodkokwaśnej. Były ostrygi oraz dawno niekosztowana wódka z red bullem. Oj!

Czas się wietrzyć, bo coś szumi w głowie.

Nic nie może przecież wiecznie trwać

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑