życie

łobuzy czerniakowskie

ostatnio dowiedziałem się, że mój znajomy książki pisze! I to jakie. Przewodniki. I filmuje się, i gwiazdorzy na youtubie.

Oczywiście przesadzam bardzo, bo te książki to chyba raptem jedna pozycja, a tych filmów to też nie Bóg wie ile, tylko 3, ale o dwóch miejscach tylko.

Album kolega wydał o zabytkowych miejscach na Mazowszu i Podlasiu. Czyli jakby dla mię to dzieło stworzone! Jakżem tylko się dowiedział, że takie cudeńko jest, to od razu pobiegłem do wydawnictwa Arkady i nabyłem. I powiem tak, podziwiam, bo to naprawdę wymagało dużo pracy, czasu, podróżowania i wiedzy. A kolega nie jest samochodem.

Nie będzie niespodzianką, że na sam przód przewertowałem paginy o Moko i Białym!

Niestety książka z gumy nie jest i przebrane są te zabytki, ale i tak miło się patrzy i czyta.

Na Moko moim oczom ukazał się zespół sakralny zakonu Bernardynów przy … ul. Bernardyńskiej. No co za zbieg okoliczności. To tak, jakby Maciej mieszkał przy ul. Św. Bonifacego i razem ze zwykłym Bonifacym imieniny obchodził. No korelacja równa 1!

Filmiki nie cieszą się dużym zainteresowaniem. Raptem od 7 do 15 wizytacji. Oczywiście i ja obejrzałem i dałem kciuk w górę. Mała uwaga – więcej bym się skupił na zabytkach niż na mówiącym. Kolega prawie cały czas w kadrze.

No i te dwa filmiki są o kościele pw. Św. … Bonifacego z Tarsu w Warszawie i o klasztorze oo. Bernardynów. No to chyba nie muszę uzasadniać czemu dałem kciuki w górę.

 

Cholera! 3 dzień z rzędu zapominam kupić szampon! A to wszystko dlatego, że mam lodówkę pełną po świętach i do sklepu nie muszę chodzić. Dobrze, że te żele są 3w1 i w sumie są wszystkomyjące.

 

Wstyd mi się przyznać, ale nigdy nie zainteresowałem się bliżej tym zespołem. To znaczy zwraca on moją uwagę, gdy często mijam, bo to raptem kilkaset metrów ode mnie, ale nigdy nie chciałem spenetrować. Raz czy dwa zrobiłem jakieś artystyczne fotki temu zespołu i wrzucałem chyba na instastory. Dziś postanowiłem przyjrzeć się z bliska. Idzie się wzdłuż Powsińskiej, która za Gołkowską przechodzi już w dosyć długą Czerniakowską. Czyli tu zaczyna się Sadyba i kończy Czerniaków. Na sam przód możemy podziwiać długi, niczym chiński mur, mur. Tylko ten nasz jest biały, czyli w kolorze sprzyjającym graficiarzom. Mur wydaje się ciągnąć i ciągnąć. Cały biały, niby nic ciekawego. Aż tu raptem oczom moim, w niewielkim odstępie, ukazują się dwa ogłoszenia parafialne.

No co za cholerne łobuzy! Niech sobie sami u siebie w domu ściany pomażą. Nie podoba mi się takie szpecenie budynków.

Ale jak wszyscy wiemy, gay po angielsku to … wesoły.

A kościółek okazał się zamknięty. Hm, cóż, będę zaglądał jeszcze. Może kiedyś będzie odkryte.

Z Czerniakowa czmychnąłem szybko do siebie na dzielnię. I tam odwiedziłem po raz pierwszy ciekawe miejsce. Widziałem je już kilkukrotnie, ale jakoś nie było okazji czegoś nabyć.

Teraz padło na Tom Yum z krewetkami w wersji podostrzonej na życzenie klienta. Hm, muszą się jeszcze nauczyć ostrzyć. Ale przyznaję im kciuk do góry. W końcu w daniu z krewetkami widziałem krewetki! Brawo wy! Będę zaglądał.

Kiedyś, nie tak daleko, bo na Stegnach przy Dolince Służewieckiej, zaszedłem na jakiegoś wietnamca. Ryż z krewetkami wziąłem. Specjalnie postanowiłem ogonki zostawiać na talerzu. Po skończonej uczcie nie naliczyłem się za bardzo, bo tylko do 3. Zwróciłem uwagę, że to jest nie w porządku. Cena ni jak miała się do liczby krewetek. To mogłoby się nazywać „ryż z warzywami”. Ale Wietnamska pani tylko wzruszyła ramionami. I to był mój trzeci raz w tym miejscu – pierwszy raz, ostatni raz i o jeden raz za dużo.

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.