Tag: tourism

west coast part 4, czyli death valley

Zdjęcia/Pictures

Mój organizm powiedział NIE. O 3 rano czasu wsochdniowybrzeżowego, po mniej niż 3 godzinach snu (?), obudzonym został przez budzik. O 6 wylecieliśmy nad pacyficzny brzeg. O 9 rano czasu zachodniowybrzeżowego podziwiałem LAX. Zawsze wydawało mi się, że to takie nieprzyjemne lotnisko. Duże, tłoczne, niemiłe. A tymczasem okazało się odwrotnie. Może terminal był domowy, to tak właśnie tam jest.

W Miescie Aniołów byliśmy na początku lutego 2010 roku. Było jakoś nieprzyjemnie, miasto nie zrobiło na nas wrażenia – Kodak Theatre, napis Hollywood, Beverly Hills, Universal Studios, Santa Monica Blvd, Venice Beach, Mullholand Drive, zachód słońca w Malibu. Ale jakoś bez szału.

A teraz? Miasto oblane słońcem. Jakieś radośniejsze, zachęcające.

Podzielone autostradą. 7 pasów w jedną, 7 pasów w drugą stronę. Czuć wielkomiejskość. Ale to największa aglomeracja USA.

W wypożyczalni pyta się chłopiec dokąd jadę.

– do Doliny Śmierci

– aha, przepraszam, a mogę się zapytać po co?

– zawsze chciałem jąodwiedzić

– ale tam nic nie ma. Pustania i droga pośrodku. Byłem tam raz

– właśnie po to. Przejechać się po pustyni, pochodzić po kanionach. Też mam nadzieję, że będzie to jedyny raz

– [bardzo dziwnym głosem] aha

Na dojechanie do miejscowości Beatty (czytaj: bidy) miałem wg map 4 i pół godziny.

Po godzinie doszedłem do wniosku, że albo się zdrzemnę na poboczu w aucie na 2-3 godziny, albo poszukam jakiegoś motelu 6 i się wykąpie i prześpię. Ale nie, dojechałem. Nawiem zimny dmuchał po pysku.

Co chwilę w Dolinie Śmierci wysiadałem na zdjęcia. Przy punkcie opłat wisiał termometr – ponad 100F. Do tego wiał mocny wiatr, czyli czułem się jak w piekarniku z termoobiegiem.

Mój organizm się zagrzał. Czułem się jak w Moab, kiedy dostałem udaru. Dowlokłem się do hotelu, zameldowałem się. Kurczę, ludzie tu są tak przemili, jak w Utah. Młody chłopiec ze spokojem, uśmiechem i cierpliwością opowiadał i udzielał odpowiedzi na moje pytania. W pokoju okazało się, że nie ma mydła, ani szamponu. Na szczęście sklep Family Dollar obok. O 16 wykąpanym legł w łożu. Na 2 godziny. O 18 wstałem i poszedłem coś zjeść. Cały czas mną trzęsło. No pięknie, udar słoneczny pierwszego dnia. Umrę w tej wiosce.

Beatty, to największa dziura jaką widziałem w Stanach … na razie. No może poza Patterson, bo tam same złodzieje mieszkajo, więc mamy z nimi kosę.

O ile Tropic w Utah było małe, to było zadbane, tursytcznie ogarnięte. Tu, jest syf. Trailery bardzo popularne, dużo zniszczonych budynków użytkowych i mieszkalnych. Zaniedbane miasto. I można w restauracji palić.

Zaszedłem do restauracji polecanej przez recepcjonistę. Ponoć jakiś lokalny wow lokal.

Wchodzę i pytam, czy mam usiąść, czy zaczekać, aż ktoś mnie usadzi.

– wpisz się do książki

– ok

Po wpisaniu się pytam, czy mogę wybrać stolik. Pani rzuca na ladę menu i coś tam burczy. Przeglądam menu, nic nie rzuca się w oczy. Ale widzę kątem oka babkę z fajką w buzi!

– to tu można palić?!

– tak

W lokalu obok pytam:

– do you have hot soups?

– we have hot chilli

Zbiła mnie z pantałyku.

– but it’s not a soup, right?

Pani kelnerka skonsternowana.

Klientka przy barze poleciła lokal obok, który z kolei był nierekomendowany przez chłopca z hotelu.

Wniosek: korupcja i łapówkarstwo na tej wsi!

Często jak się pytasz, czy mają „hot tea“, to się dziwią i trzeba 2 razy powtarzać. A jak pytasz o „hot soup“, to już w ogóle nie rozumieją o co pytasz.

No nic. Dotelepałem się do pokoju. Cały w drgawkach. Już miałem szukać sklepu z termometrem i pigułakmi. Już widziałem, jak odnajdują moje zwłoki po 2 dniach (przy takim upale, po 2 dniach będzie śmierdzieć). Ale jak to zwykle wtedy mówię sobie:

– ale ty durny Maciek. Organizm powiedział NIE, prześpij się najpierw i jutro rano panikuj.

Tak też uczyniłem. Obudziłem się rześki o 6 rano.

Aha, nasz hotel nazywa się Attomic i ma ufoludki, które strzegą naszych pokoi. Fajnie.

Wyruszyłem w park. Zabrałem ze sobą 5 butelek wody.

I tu powiem tak, słońce, upał, ekspozycja na słońce to nie żarty. Nigdy w życiu nie wypiłem tyle wody. Dolewałem do butelek kiedy się tylko dało. Żar niemiłosierny. Choć nie, to jeszcze nie był niemiłosierny. Tylko 113 F (ok. 42C).

Na Zabriskie Point poszedłem na szlak. Tylko 5,7 mili pętelka. Radosny, w podskokach lecę sobie i dopiero później mnie olśniło, że to ponad 9 km. Widoki piękne. Szło się między takimi górkami, po chyba wyschniętym strumyku. Słoneczko świeci. Jest fajnie.

Doszedłem do kolejnego punktu, połowy pętli. I widzę, że godzina z powrotem. Porozmawiałem z panią ranger’ką, która powiedziała, że ta trasa na prawo jest krótsza ale odsłonięta na słońce. Na początku płasko, później lekko pod górkę.

Wybrałem ją, skoro przyszedłem jedną trasą, to nie chciałem wracać też nią. I tu dramat, kryzys. Płaskie, jak płaskie. Szybko się skończyło. Pod górkę było mniej zabawnie. Ledwo człapałem. A pani ranger’ka się jeszcze na odchodne pyta, czy chcę wody, bo ona zawsze ma zapas. Nie, po co, mam w plecaku jeszcze. Dwie butelki miałem.

Pierwszą wypiłem w 20 minut. Nastała panika, nie było strzałek na trasie. Horror. Ale szedłem takim korytem rzeki, więc twierdziłem, że strzałki niepotrzebne, bo nie ma gdzie zboczyć. Żar, słońce świeci prosto z góry (a było po 10 dopiero). Idę i już widzę, jak mam omamy, jak siadam przy ścianie w cieniu i już nigdy nie wstaję. Zobaczyłem znak „Zabriskie Point Trailhead 2,1 km“. Tyle, to ja w 20 minut oblecę! Już miałem wszystko skalkulowane. Żadnych przystanków, nie marnujemy energii i czasu na zatrzymywanie się. Wody wystarczy. Idę!

I znowu, jak w Utah. Fajnie się schodziło na początku, ale koszmarnie się wraca pod górę na koniec. Widziałem ludzi na wzgórzu, już widziałem koniec. To utrzymywało mnie przy życiu. Resztkami sił wszedłem. A już byłem bliski legnięcia na ziemię i mieniawszystkiego w dupie. A niech mnie rozdziobią … no właśnie, co? Jaszczurki chyba tylko.

Wszedłwszy na górę powiedziałem sobie, że dosyć chodzenia na dziś. Czacha dymi. Teraz tylko zwiedzanie punktów widokowych.

Ta, jasne.

Na jednym wzgórku, przy Artist Drive spotkałem kolesia co wyprowadził się z Miami i jechał gdzieś na granicę Oregon/Cali się osiąść. Dobra gadka z panem była. Zawodowy fotograf. Twierdzi, że w ciągu roku, jak się zmieni układ sił w Kongresie i Senacie, to Trumpa odwołają.

Samo Artist Drive przecudne! Wąska, jednokierunkowa droga. Widok, za widokiem. Sama radość. Country muzyka w tle. I o to chodzi.

Ze dwa lub trzy razy zatrzymałem się na parkingu koło Polaków. Bardzo młodzi ludzie. Potrafiący się zachować. Nie to co kiedyś – wstyd się przyznać, że ja też Polak. Fajnie. Brawo nasi!

A tak, to – niemiecki, francuski, włoski czasem.

Pod Natural Bridge porozmawiałem z ludźmi z Missouri.

– my grandmother was from Poland

– You know what, everybody has somebody from Poland

– yeah, you’re right

 

Duże wrażenie zrobiło na mnie wyschnięte morze. Była to wielka biała połać. Wyschnięta sól. A gdzienieniegdzie nawet jeszcze wilgotna. Można było też natrafić na kałuże z wodą.

Ruiny młynu, to były prawdziwe ruiny. Trzy ściany bez dachu.

Podróż przez park rewelacja. Czasem miało się uczucie, że się płynęło po tej drodze.

Ludzi na szczęście nie za dużo. Uwielbiam to w Dolinie Śmierci, że jest różnorodna. Masz pustynię, masz górki, masz kaniony, masz doliny, masz wydmy, masz wyschnięte morze, masz bezdroże. Tylko to słońce. Oj trzeba uważać. Połowa nas to woda.

Utrata 2% wody jest poważna. 15% – śmierć!

Rodzice powinni dać mi na chrzcie Hipochondriusz, czy coś.

Aha, i podoba mi się płyta Taconafide pt. Soma 0,5 mg, czy jak to tam. Trudno. Podoba mi się i już.

Spać, jeść, pić, jak tamagotchi! (…) Kiedy zamykam oczy, widzę łąkę z windowsa

 

west coast part 2 – portland

w stanie Oregon. Bo jeszcze ponoć w stanie Maine jest. A gdzie Oregon, a gdzie Maine!

pictures/zdjęcia Portland 1 maja 2018

A czemu nie po kolei, mogą zapytać niektórzy. Ano temu, bo o Vancouver będę się może rozpisywał. A chcę za chwilę na Miasto wyskoczyć. O Portland powiedzieć mogę tylko tyle – jessu.

No ale nie bądźmy niedobrzy.

Na północ (Vancouver) i południe (Portland) udawałem się za pośrednictwem Bolt Busa. Nie wiem o co kaman, ale WiFi mi nie działa. Tak samo z resztą było w tych polskich autobusach. No niby łączy, jest symbol, a ni czorta nie działa. Pisałem, że zeżarło mi 4GB, więc trzeba było szukać jednak sieci. A poza tym Kanada, to obcy kraj, więc tam w ogóle nic mi nie działało. Fotele skórzane w autobusie = ciągłe ześlizgiwanie się. Słabo. W drodze powrotnej z Portland do Seattle, w autobusie śmierdziało szczynami. Niestety, piszę jak było. Słaba akcja. Właśnie, muszę chyba do nich napisać.

Na ulicy PUSTO! Chciałem zajść na lancz. Widzę neon, to lecę. Lokal zlikwidowany. Po kilku takich miejscach znalazłem marokańską knajpkę. Czynna! Porozmawiałem z panią, czy mają lancz, czy można. Tak, tak. Po 5 minutach wyszedłem, gdyż pani się więcej mną nie zainteresowała. A oprócz mnie nie było nikogo. Sklepy pozamykane. Tak mi się wydawało, dopóki nie zobaczyłem ruchu między wieszakami. Ula mi później powiedziała, że Portland jakieś eko jest i oszczędzają prąd. Wyguglowałem w końcu jedzenie. Restauracja Swine przy hotelu. Na szczęście happy hours, wszystko 50% off. Ludzie zaczęli się schodzić po 3 p.m. A po czwartej po południu, to już nawet ulice się zatłoczyły. Nie, przepraszam, nie chcę w błąd wprowadzać. Nie zatłoczyły, a pojawili się ludzie. No chyba, że mówię o takim tłoku, co na dworcu Łódź Fabryczna.

A propos pani prof ze Szczecina. Nawiedziła Białystok i pisze do mnie tak – ale czyste miasto. No fakt. Czysto w Białym 🙂

W centrum turystycznym zapytałem się pana, co mogę zobaczyć w 3-4 godziny.

  • księgarnię z milionowym zbiorem (największym w USA lub na świecie wręcz)
  • muzeum sztuki
  • muzeum historii Oregonu

Już wtedy zapaliła mi się czerwona lampka, że coś nie tak jest. Zapytałem o coś na zewnątrz, jako, że zwiedzanie tych miejsc zajmie mi cały czas i miasta nie zobaczę. To pan polecił wzgórze uniwersyteckie. Niby 20 min. Dotarłem do kampusu szybko. Tramwaje mają fajne, czyste. Ale góry nie widziałem, więc wróciłem do centrum. Autobusy mają syfiaste. I ludzie jakby mniej starali się o swój wygląd.

 

Mam! Znalazłem! Przypomniałem sobie! Widzę, że w moim kalendarzyku naskrobałem kilka słów w drodze potwornej, tzn. powrotnej o Portalnd. Autocytuję więc:

Ciężko coś miłego powiedzieć o Portland. W sumie można było 2 dni w Vancouver zostać. Ale cóż. Byłem, przyjechałem, zobaczyłem.

Można było wcześniej pociągiem wrócić. Ale cóż, było minęło. 2 godziny wystarczyły na Portland.

To może o pozytywach:

  • ciekawy akcent. Miałem problemy ze zrozumieniem
  • zielono, dużo drzew na mieście, wzdłuż ulic
  • czysto

to tyle.

Na Zachodnim Wybrzeżu dużo bezdomnych, żebrzących. Ale tu ci ludzie wyglądają … brzydko, jak członkowie Kelly Family. Brudni, zaniedbani, tak jakoś upośledzenie. W Seattle tego nie było. Jak się ogląda horrory i widzi się w oknach twarze ludzi (?) zaglądających do domu, to właśnie tak tu ci bezdomni wyglądali.

Szczytem było jedno miejsce, gdzie leżeli grupą na chodniku i nie szło przejść.

Część tych osób robi jakieś zamieszanie – krzyczy, rozmawia samo ze sobą (cóż, ja ze sobą też rozmawiam. Bo z kimś mądrym fajnie pogadać), gestykuluje, jakby opędzało się od swojego niewidzialnego towarzysza. W NYC tego aż tak nie widać, bo klimat dużo chłodniejszy.

 

 

Portland, Oregon, The Beaver State, 01/05/2018

Ha, ten beaver bardzo im pasuje!

west coast part 1, czyli smells like teen spirit

a właściwie powinno być „…part 3“ bodajże. 2009 San Francisco, trasa nr 1 wzdłuż wybrzeża, 2010 San Diego, LA, Santa Barbara, Malibu.

13. raz jednak tu jestem, to gdzie można jeszcze by tu pojechać? Gdzie oczy poniosą. Padło na Seattle. A jak tam, to już blisko mamy do Vancouver i Portland w stanie Oregon.

Pictures/zdjęcia Seattle 30 kwietnia – 02 maja

Początkowo miałem spać gdzie indziej każdą noc. Ale ostatecznie postawiłem na trzy noclegi w stolicy grunge’u.

A czemu Seattle? Bo wielkim sentymentem darzę to miasto. Uwielbiam serial The Killing, uwielbiam/łem grunge.

W większości filmów, czy seriali miasto jawi się we mgle, mroczne, deszczowe, nieprzyjemne. Ale jednak intrygujące. Jak to miło się rozczarować. Było słonecznie i nawet ciepło. Raz jak chciało popadać, to akurat wyjechałem do Kanady.

Poczułem po raz pierwszy dobitnie, co znaczy „histora“.

Pamiętam jak dziś, jak Courtney Love na cmentarzu czytała list pożegnalny męża!

It’s better to burn out than fade away

Ostatnie słowa wokalisty Nirvana w liście pożegnalnym. Klub 27. Kiedyś się wydawało, że to taki poważny wiek. A teraz? Że to dzieciak był. Szkoda chłopca.

Ale ja i tak fanem Pearl Jamu byłem. Jak się okazuje, jedynego ostałego się przedstawiciela wspomnianego gatunku muzycznego.

Groby Andrew Wood’a (Mother Love Bone) oraz Jimmy Hendrix’a gdzieś w stanie Washington. Prochy Layne Staley’ego (Alice in Chains) w rękach prywatnych. Chris Cornell odpoczywa w LA. Także gdzie ten grunge? Gdzie te ikony?

A co do Kurta, to okazało się, że prochy rozsypane gdzieś nad oceanem. Nie ma grobu jednak. Yoko Ono grunge’u (jak określili ją bohaterowie filmu „Sprzedawcy/Clerks“) sprzedała dom, a nowi właściciele postawili szlaban, bo mieli dosyć inwazji fanów i nawet nie można już domu zobaczyć. Pytam się kierowcy Uber, po co ona dom sprzedawała? Kasy nie ma? Nie wiesz, jak jest drogo dom utrzymać – usłyszałem w odpowiedzi. No ale akurat jej chyba kasy nie brakuje. No nic. Jej sprawa. Narkotyki za darmo nie są. Klub The Crocodile odwiedzony. Wszedłem i wyszedłem. Gdybym miał 17 lat… tzn. 21, to bym został. I na tym pozostawmyż opis klubu.

Co prawda, można było zobaczyć taki pomnik kamień o nazwie Black Sun, o którym śpiewał Soundgarden, ale to trzeba by było iść, a iść.

Zdesperowany wyguglowałem chociaż „pearl jam grunge places“. I dostałem:

– w tej kafejce ten z tym się spotkał

– tu nagrali coś tam

– w tym miejscu zagrali koncert, który uwieczniony jest w teledysku „even flow“

– tu stał na rogu

– tam się potknął

i takie tam pierdołki.

Także grunge to historia. Miasto zupełnie nie pasuje do tego gatunku. Ale jak powiedział pan Uber – miasto się mocno zmieniło. I wsumie nie ma co się dziwić. Ładne, czyste miasto. Dużo inwestycji z wielkiej płyty, to znaczy dykty.

Grunge sobie podarowałem i postanowiłem zwiedzać miasto.

Na sam przód jadąc z Lotniska, wysiadłem w China Town. Jedno chyba ze słabszych dzielnic. Ale zarazem z dużym akcentem Wietnamu. Brama na wejściu jest, także wszystko się zgadza.

chinatown

Zobaczyłem Go Poke – hawajska knajpka. I było to dobre (surowe ryby marynowane lub nie w sałacie i innych dodatkach).

go poke

Poke (fish salad)

Poke /poʊˈkeɪ/ (Hawaiian for “to section” or “to slice or cut”) is a raw fish salad served as an appetizer in Hawaiian cuisine, and sometimes as a main

Podróże kształcą.

Ludzi na mieście nie za wiele. Pustawo wręcz rzekłbym. Ale ponoć to niedziela, więc nie dziwota. Najwięcej tłumu było przy Pike Place Market.

market 1

Fajne miejsce – owoce, warzywa, owoce morza można kupić. Zadziwiły mnie fioletowe szparagi. I oczywiście od groma miejsc, gdzie można przysiąść i skonsumować.

market 3

Parki, parczki też są. I mają takie totemy hawajskie, alaskowe. W ogóle Seattle i Vancouver to dużo urody azjatyckiej, hawajskiej i alaskiej.

totem

Podoba mi się Seattle z jeszcze jednej strony. Jest górzyste. No może nie są to ulice San Francisco, ale powspinać się trzeba. I uwielbiam trawaje i te ich trolejbusy, czy jak to zwać – streetcars. I robi na mnie wrażenie, jak widzisz panoramę miasta, albo jakąś jego część, a w tle wielkie góry nieumiętnie schowane w chmurach.

Dużo bezdomnych. I to mnie w sumie zaskoczyło. Bo ta część Stanów, co prawda na Zachodnim Wybrzeżu, do najcielplejszych chyba nie należy. Tak mi się wydawało. Więc raczej bardziej na południu powinni się wylegiwać – San Francisco lub Los Angeles. Ale w Vancouver pan przewodnik rozwiał wątpliwości. Kandyjskie miasto jest najcieplejszym miastem w zimie. Śniegu ostatnim razem mieli jeden dzień. Jak się pojawił, tak i szybko znikł. Także bezdomni byli. Leżeli sobie i już. Po raz pierwszy trzymałem portfel z przodu. Po raz pierwszy rozglądałem się dookoła przechadzając przez równe zakamarki. Po raz kolejny szedłem tam, gdzie oczy niosły, nie patrząc w jaką dzielnię wchodzę. Tak po 22 się zastanowiłem, czy jak by ktoś szedł z naprzeciw, to ja bym skręcił, czy raczej nie? Ale mam wzrost, wagę, mały nie jestem, czyli z daleka też mnie widać. I sobie szedłem po pustych zakamarkach obrzeży China Town. Przecie wiadomo, że Azjaci są mili i fajni! Tym sposobem zasedłem do knajpy etiopskiej. Taki pikantny tatar podany na naleśniku (nazywanym chlebem) oraz z kupką ciepłego szpinaku i kupką sera białego (bardziej do szopskiego, niż do fety podobny. Ale pewnie to jakiś afrykański ser był – home made tak stało w menu). Pan i pani się dwa razy pytali, czy ja oby wiem, że to surowe mięso jest i czy ja napewno zjem. Odpowiadałem, że jeśli to wołowina, to nie ma sprawy.

etiopia

Jedzenie bardzo słabe. Jalapenos papryczki zabiły smak mięsa. Mordę tylko wypaliło. Nasze tatary są bardziej smakowite. Na koniec powiedziałem państwu, że w Polsce też jemy surową wołowinę ale z cebulą i ogórkiem kiszonym. Wielce zadziwieni byli, tym towarzystwem mięsa wołowego. Eh, ślinka cieknie. Już wiem, co ugotuję sobie pierwsze, jak do domu wrócę!

AirBnB wzięte po raz czwarty okazał się w końcu dobry! Przytulny pokój. Czysto, schludnie, w pełni wyposażone mieszkanie. Duża garderoba, łazienka, pralka i suszarka. I mają w pokoju bed wall albo wall bed. Muszę chyba do tematu w Polsce wrócić tej meblościanki! Mankament – brak wifi, a podczas 3 dni zjadło mi ze 4GB.

Ciekawe jeszcze jest to, że żurawie budowalane są oświetlone. Ciekawe, czy to taka fanaberia, czy może, żeby samoloty widziały? Ale kto tak nisko lata?

crane

Jedyna rzecz, która mi się nie podobała, to wieża widokowa. Ten najbardziej znany budynek w Seattle. Niestety w remoncie, także widać było niecałe pół miasta – wodę, sypialnię i kawałeczek centrum. Ale zamiast 29, tylko 26$. Jak dla mnie – 10$ było to warte.

wieza

Cecha wspólna całego wyjazdu, tych trzech miast – zapach trawy dosyć nachalny. Ale to akurat mi nie przeszkadzało. I like to smoke a doobie every now and then.

city de facto (never) sleeps

to zależy de facto gdzie.

Wczoraj się spotkałem z kolegą Krzysztofem z IG.

Już pisałem w styczniu o pierwszym naszym spotkaniu. To teraz powiem znowu, że bardzo sympatyczny kolega, zna Miasto. 10 lat na Kłinsie mieszkał, to wie co i jak na Bruklinie, Łiliamsburgu i Kłinsie właśnie. Mimo, że od 19 lat kolega jest w Stanach (wyjechał w liceum), to ja jestem de facto pod wielkim wrażeniem jego języka polskiego. I jeszcze takie tematy porusza, że na urlopie muszę się skupiać. Strasznie challengujące dyskusje. Tylko za dużo „de facto“ używa ale dajmyż spokój takim duperelom. Oprócz de facto intelektualnych wyzwań na szczęście czas na foty też był.

Muszę się jeszcze z raz czy dwa spotkać z Krzysztofem i ścichapęk wyżebrać od niego ze 2-3 foty. Ma fajnych kilka ujęć z serii „street“ i „places“. Czas chyba wymienić u mnie fototapetę i dostawić kilka ścian, żeby wszystko nakleić.

No dobra, jak nie wyżebrać, to chociaż o jakiś discount się uśmiechnąć.

Na sam przód ruszyliśmy do gospody polskiej na przetrącenie de facto tego czy owego. Padło na tatar i michę żarcia na dwóch (kiełba, boczek, kaszanka, kurczak i bardzo polski łosoś). Było też koryto dla trzech ale co za dużo, to nie zdrowo.

Tatar jakiś taki nie taki de facto. Każdy wie, że najlepsze tatary robi nasz ziom Przemuś. A zaraz po nim jest Słodkokwaśna i ponoć de facto ja. Suche jakieś to mięso było. Bałem się czy to oby nie tatar z prosiaczka był. Ale nie, bo żyjemy.

Michy na dwóch nie zjedliśmy, bo byliśmy we 2, a nie de facto we 4.

Lokal opuściliśmy szybko w stanie ciężkości. Przewodnik zabrał mnie nad nabrzeże. Brooklyn się zmienia. Budują na potęgę drapacze chmur. Na molo kilka osób pali wesołe papieroski, kolesie łowią ryby. Taki zwyczajny piątkowy wieczór.

Zaszliśmy do pofabrycznej knajpy. Muzyka live, ogólnie bardzo głośno (nawet dwie sale dalej siedząc przy barze, trzeba było głośno mówić). Taki polski pub w stylu bawarskim, jak mawia klasyk. W knajpie raczej tłumów nie było, mimo że to de facto był piątek. Ponoć ludzie już nie mają kasy na balowanie.

Niestety autobusy i pociągi na moją wieś kończą jeździć o 00.50, więc o 23.20 trzeba było ruszyć 4 litery. Po drodze przemierzaliśmy puste ulice. Krzysiek mówił, że kiedyś o tej porze, to tu się bawiło, tam było pełno ludzi. A teraz? Pustawo. Miasto śpi.

Ale za to w metrze ludzi już pełno. Porobiłem sobie kilka zdjęć.

Okolice mojego dworca to granica między Hell’s Kitchen a Times Square, więc głośno, kolorowo, pełno. Tylko, że więcej czarnych, bezdomnych, niż imprezowiczów.

Zamówiłem Lyfta i po raz 3 okazało się, że Uber jednak lepszy. Dziad-kierowca mnie ominął, nie zatrzymał się, nie odebrał telefonu. Po chwili de facto dostałem info, że pobrali 8,98$ za niepojawienie się w miejscu odbioru. Zobaczymy. Już wyraziłem swoją opinię o tym zdarzeniu. Dostałem 10$ kredytu na następny kurs.

Muzycznie chodzą za mną dwie panie – damy rapu.

Na obie patrzę z niedowierzaniem. Po jakiemu to mówi? Po dzikiemu? Co to za … piosenki? Gdzie są teksty? Bo to jest jakiś zlepek przypadkowych słów rymujących się.

Cardi B była mocno promowana ze 2 tygodnie temu. Bo płytę wydawała. Z sukcesem – debiut na pierwszym miejscu na liście najlepszych płyt w USA. W tym tygodniu drugie. Pani słynie z tego, że często mówi „Krrrr“. I jak taki dźwięk z siebie wydaje, to de facto wszyscy się tym podniecają. Ale z drugiej strony pojawiły się głosy, że gdzie jest Nicki Minaj?! No i Nicki wróciła z tydzień temu – Barbie Tingz i Chun-Li. Jestem wielkim fanem tego drugiego przeboju. Eh, brakowało jej de facto na rynku. Przy niej Cardi B wygląda jak pochodna pani Minaj.

Jeśli ktoś sobie ceni dobrą muzykę i wrażenia estetyczne, to niech lepiej omija te wspomniane … artystki.

Miss Minaj i jej nowy hit

Cardi B i jej ubiegłoroczny numer jeden:

Z ciekawostek polecę – Nosowką i jej „Ja Pas!“. Ja bezkrytycznie uwielbiam tom paniom, de facto. Ha, i bodajże z 10 lat temu byłem z Ulą na koncercie Hey’a na Greenpoincie. Taka de facto korelacja.

Dobra, idę biegać. Aha, biegam! De facto pisałem kiedyś, że biegam tylko na Islandii. Hm, od wczoraj biegam też w New Jersey.

potwór z utah

to znaczy powrót. Literówka taka.

Zdjęcia/Pics

Musi trzeba raz jeszcze przyjechać do Utah. Podczas dwóch wizyt nie udało mi/nam się odwiedzić Kanionu Antylopy i Końskiej Podkowy. Prawie 3 godziny z Zion, z Bryce „tylko“ 2 i pół. Gdybyśmy chcieli w drodze na lotnisko zajechać, to sama podróż, niestety, trwałaby 10 godzin. No szkoda. Ale zawsze jest powód, żeby powrócić na ziemie mormońskie. Bo fajne to ziemie, fajni ludzie. Tacy spokojni, niegwałtowni, przyjacielscy. Nasz recepcjonista miał na ladzie wielki ekran. Ze 32 cale. Mówię do niego – wow, ale masz wielki ekran komputerowy!

– w sklepie wyglądał na mniejszy – odparł taki jakiś skonfundowany.

Nie przyszło mu do głowy wymienić. Chwalę zakup mówiąc, że pewnie się filmy fajnie na tym ogląda. Pan nie potwierdził. Dopiero kilka sekund później, rozglądając się po pomieszczeniu, zauważyłem podobnej wielkości tv wiszący na ścianie.

Motel przyjemny. Czysty, duży, z dużą liczbą różnych potrzebnych rzeczy. Najlepszy hotel z 3, w których podczas tej wycieczki mieszkaliśmy. Najważniejsze, że nogi mi nie wystawały. Czyli łóżko długie w sam raz. Motel 9-10 pokojowy, z fajnym ogródkiem obok. Miejscowość Tropic taka mała dziura. Do wszystkiego można było dojść nogami. I lampy uliczne mieli, więc nie ma obawy, że ciemno w nocy. W Springdale nie było lamp i nie było też nam do śmiechu wracając kilkaset metrów do hotelu, idąc poboczem. Na szczęście latarka w telefonie robiła za sygnał świetlny.

Mieliśmy odwiedzić Great Salt Lake w Salt Lake City przed wylotem. Ale padło na Red Canyon kilka mil od Bryce Canyon. Zrobiliśmy pętelkę, spotkaliśmy Niemców i ruszyliśmy w drogę. Sam Park bardzo urokliwy. Mogłoby się wydawać, że ile można czerwonych skał oglądać? Można! Jesteśmy pod wrażeniem kolorów! Bardzo wyraziste, soczyste kolory. Niesamowite.

W Visitors Center kupiłem sobie książkę na pamiątkę. Ni to biografie, ni to przygodowa, ni to o finansach – Wanted Posters of the Wild West. Stories Behind the Crimes. Poczytamy, zobaczymy.

Całkiem przypadkiem trafiliśmy na ulicę z westernów w miejscowości Panguitch. Szkoda, że nie było saloon’u z tymi fajnymi drzwiami. I jeszcze jedna ciekawostka z podróży do Utah. W naszej Tropice odbywają się rodea. Niestety od środy do soboty! No szkoda. Ale następnym razem pojadę do Teksasu i może tam? Zobaczymy. Urokliwy był też napis na płocie gdzieś po drodze – Bulls for sale.

W motelu w Tropice można było wziąć biblię mormońską. Mieli w różnych językach. Pech chciał, że akurat wczoraj były tylko po niemiecku. Dużo zachodnich naszych sąsiadów ponoć odwiedza to miejsce.

W drodze do lotniska zajechaliśmy do urokliwego baru Arshel’s w miejscowości Beaver, w stanie Utah. Bardzo przyjacielska i pomocna pani kelnerka. Lokal taki w starym stylu.

Najważniejsze, że było czysto i dobre jedzenie. Zostawiliśmy pani prawie 44% napiwku. A taki gest mieliśmy. Rachunek nam przypadł do gustu. Widać, że dbają o takie szczegóły. A pani kelnerka, to chyba z Warszawy była, bo do wszystkich mówiła – darling i hon, honey. Tak jak w moim Mokpolu jedna taka pani Krysia – Coś jeszcze kochanieńki? Szynkę babuni dziś polecam. Już chyba kiedyś o tym pisałem, w Białymstoku nie mówi się do ludzi „kochany“, „kochana“, a tym bardziej „kochanieńki“.

Knajpka oraz Bybee Cośtam Motel w Tropica dostały od nas 5 gwiazdek oraz recenzję-laurkę na google’u.

Wbiliśmy się na lotnisko, porzuciliśmy auto i lecimy do Miasta. Samolot pełny ludzi. Wszyscy chyba cały swój bagaż wzięli ze sobą. Nikt nie sprawdza już rozmiarów podręcznych bagaży? Koleś z dużą walizką, a drugi z wielkim plecakiem. Ledwo się pomieściliśmy. W drodze do Salt Lake City wchodziliśmy ostatni, to nam kazali już bagaż podręczny nadać. Teraz na szczęście nie musieliśmy. Czyli szybki wypad z lotniska JFK będzie. Hura. I tak przed nami pewnie 90 minut podróży do domu. Zawsze się z JFK do Jasnego Zielńca tyle jedzie. Eh!

© 2026

Theme by Anders Noren — Up ↑