Magia Świąt istnieje. Tak zwany Christmas spiryt mnie dopadł! A właściwie stróżów prawa.
Od kilku dób (no właściwie za chwilę będzie od tygodnia), dni mamy coraz dłuższe! Hura! Wiosna idzie, choć zima się ledwo zaczęła.
Ale to tylko taka dygresja, nie spiryt świąteczny.
Dawno nie pisałem, bo strach pisać. Zacytuję tu kogoś i ten ktoś mi za chwilę dzwoni, że tantiem się domaga, że bez zgody zamieszczam wypowiedzi. Eh ten szwagier. Pewnie pierworodny go napuścił, bo prawo studiuje.
Ale jako że Święta i koniec 2022, to skrobię coś. A niech tam.
Rano posłuchałem sobie do pobudki Radio 357 i tam młody pan redaktor opowiadał, jak to skorzystał z faktu, że kierowcy w Warszawie świętują i delektował się pustymi i przejezdnymi ulicami. Spotkał policjantów, którzy wręczyli mu prezent. Hm, w stolicy nie ma chyba magii świąt!
Wczoraj jadę rano zawieźć papę do kościoła na mszę. Nieopodal, ale ślisko było, więc zaoferowałem się podrzucić. Wjeżdżam na wiadukt i tak konstatuję, że pusto na drogach – wszyscy pewnie jeszcze śpią (9.10 była). W tym momencie widzę z daleka radiowóz i pana policjanta suszącego. Hamuję nagle, ale i tak wiem, że po balu – wpadłem! Spojrzałem tylko na prędkościomierz – 79 kmh.
Kurwa – zakląłem w myślach, bo przy papie nie przeklinam.
Już widziałem ten mandat według nowego taryfikatora!
Dobra, jadę lewym pasem, bo po prawej bus pas i ciągła linia. Jeszcze by mi i za to dali karę.
Jakiś taki spokojny zatrzymuję się – niech się dzieje wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba.
– jeśli ma pan dowód osobisty, to szybciej nam pójdzie – mówi pan policjant. Dorzuca jeszcze – no dziś to największa prędkość. Pokazuje mi radar, na którym widnieje 79 kmh. Hm, czyli jednak nie ma tolerancji na prędkościomierzu. Zawsze wydawało mi się, że prędkość faktyczna to 2-3 kmh mniej niż pokazuje auto.
– a ktoś w ogóle jeździ tą drogą – pytam, mając nadzieję, że pan policjant zrozumie, że pusto, więc zagrożenia nie stwarzałem.
– rozmowa jest nagrywana – dodaje stróż prawa – tak, jeżdżą.
W tym momencie w lusterku wstecznym zauważam jakiekolwiek pierwsze auta tego dnia. 5 aut dokładnie. No dobra, czekam na wyrok. Ciekawe, ile to będzie za przekroczenie prędkości o 29 kmh.
– czy pan kierowca obiecuje, że będzie jeździł od tej pory przepisowo? – pyta głupio policjant. Głupio, no bo jak na takie pytanie można odpowiedzieć inaczej niż:
– oczywiście!
– no to szerokiej drogi
Uffffffff.
„Od 17 września za przekroczenie prędkości słono zapłacisz. Ile?
(…)o 26–30 km/h – 400 zł mandatu i 7 punktów karnych”
Ufffffffffffff.
W 2020 zrobili mi zdjęcie na Grójeckiej. 86 kmh równało się 6 punktom i 300 zł mandatu. Podwyżki były, ale trąbili o tym rok temu. Więc na kierowców blady strach już dawno padł.
uffffff.
Nie wiem co się stało? Magia świąt zadziałała faktycznie? Słyszeli, jak rozmawiałem z papą, żeby wysiadł i poszedł resztę drogi na piechotę do kościoła? A może zobaczyli, że przez ten czas posiadania prawa jazdy (ponad 29 lat) raz tylko mi punkty dali? I to dopiero w 2020? Czyli stan punktowy na moment zatrzymania był zerowy?
Dobra ta milicja. Ludzka taka. Może nadal na PiS głosować?
Wybory już w przyszłym roku.
a może mi się to wszystko śniło? Przecie ja mam dopiero 29 lat …
Ostatnio bardzo lubię drink o nazwie whisky sour. Musi być białko. Angostury nakraplam sobie coraz więcej, bo też lubię. Dziś nawet sobie pomerdałem drinka, żeby te kropelki się wymieszały. Mniam!
Słucham radio jak zwykle i ostatnio wszyscy podsumowują się i tak dalej. No ja też się może wyjaję co mnie urzekło w 2021. Ale na razie cicho sza. Sikret taki.
I we wtorek pan puszczał muzykę jak zwykle, taką jaką lubi. I tak ścichapęk zagrał Sting „Be still my beating heart”. Sam jakoś niechętnie po muzykę tego pana sięgam. Ale muszę przyznać, że starego Stinga lubię. Bardzo. Lekko jazzujący jest. Muzyka mnie urzeka. I właśnie dziś mnie naszło, żeby posłuchać albumu „… Nothing like the sun”. I dziś mnie właśnie naszło, żeby naskrobać parę słów, bo widzę, żem dawno nie pisał, a rok się kończy, kolejny rok się kończy i szczerze powiedziawszy wena mnie opuściła jakoś. Albo lenistwo ogarnęło.
Święta, święta i po świętach.
Niestety dałem ciała z wynajmem auta. Jakoś naiwnie myślałem, że bez problemu coś znajdę. W firmie korporacyjnej aut jednak już nie było, a w innych rent-a-car’ach koszt 4 kółek na 3 dni wynosił … ponad 600 zł. I to niestety Fiat 500.
Kupiłem szybko bilecik na PKP. Pierwsza klasa. A co!? Święta! Płacę, oglądam bilety i patrzę, że coś źle widzę chyba. Miejsce siedzące w drodze do Waw mam, ale do mamusi i tatusia status przy rubryce „miejsce” jest niepokojący – brak gwarancji.
Dzwonię prędziutko na infolinię i się pytam cóż to znaczy.
– nie ma pan miejsca siedzącego – mówi z infolinii PKP chłopiec
– czyli będę stał? – się upewniam
– tak – szybko rzecze głos w słuchawce
– to dlaczego sprzedajecie bilety jak nie ma miejsc? – zaciekawiam się
– nie zauważył Pan. W momencie zakończenia transakcji jest podana informacja o miejscach – jak automat informuje mnie chłopiec
– ok. mogłem nie zauważyć. Zastanawia mnie jednak po co sprzedajecie bilety stojące w I klasie? Stać mogę w II i to za pół ceny – mówię
– no nie zauważył pan …
– ale mogę wymienić bilet i oddacie mi pieniądze potrącając prowizję? – pytam
– nie. Jeśli pan wymienia, to nie ma prowizji – mówi człowiek z infolinii
Rozłączam się i wymieniam. Oczywiście wymiana polega na tym, że oddaję stary bilet, kupuję nowy, a hajsy za stary bilet dostaję po 4 dniach. Standard. Ale na szczęście bez prowizji.
Okazało się, jednak, że kolega Radzio, przyjaciel serdeczny ze studiów, będzie wracał 23 grudnia z firmy do Białego, to mnie zgarnie.
Oddaję w sumie wymieniony bilet. Prowizja 15% się należy. I tego nie rozumiem. W obu przypadkach oddałem bilet. Ale tylko przy „wymianie” dostałem 100% z powrotem. Zadziwiająca mnie logika.
Alem dojechał, poświętował, nie obżarł się i nie opił. Ufff.
Powrót to .. ech. Śmiech na sali.
Nie kumam dlaczego, jeśli bilety wysyłają mailem, to nie mogą zawiadomić pasażera, również mailem, o opóźnieniu?
A przecie, jak wiemy, opóźnienie może ulec zmianie. I uległo.
Wchodzę na hall główny, wiecznie remontowanego, dworca i widzę na tablicy informacje, które wzbudzają mój niepokój. Mój pociąg odjeżdża o 9:24. Na tablicy widnieje transport do stolicy o … 9:22 ale … BUS-em. Podbijam do okienka, do pani w kasie, gdyż nie widzę nigdzie okienka z informacją. I tu zaczyna się lekki dramacik/wkurw.
Pytam się o ten autobus. Pani mówi, że a i owszem, że tak, że jest. Jedzie ponad 4 godziny. Grubo ponad 4 godziny. Pytam się o mój pociąg. Dowiaduję się, że jest opóźniony. Pytam się o ile. Pani nie wie. Komunikaty przez megafon są podawane. Pytam, gdzie jest informacja. Megafony są informacją – słyszę.
– mam problem ze słuchem. Byłaby pani tak miła i powiedziała o ile pociąg jest opóźniony? – proszę.
– siedzę za okienkiem i też nie słyszę – burczy pani
Komunikaty faktycznie są cicho nadawane i przy tym gwarze w hallu, nie słychać prawie nic. A gdyby tak akurat moja mama przechodziła przez hall dworca głównego i chciała posłuchać komunikatów? To też by nie usłyszała, bo mamusia już swój wiek ma i nie wszystko dokładnie słyszy.
– poza tym informacja o opóźnieniu jest podana na tablicy – kończy ze mną panienka z okienka.
Odchodzę zrezygnowany i zerkam na tablicę. Nie widzę nic o moim pociągu. Sprawdzam nawet czy gdzieś jest informacja o składzie numer 18103. Nie ma. Jest tylko 18102 z Suwałk, który jedzie do nas z opóźnieniem … 110 minut! Opóźnienie oczywiście może ulec … i uległo.
Na autobus już nie zdążyłem, ale i tak to byłoby bez sensu, bo podróż busem jest dłuższa niż pociągiem, nawet przy tak gigantycznym opóźnieniu.
Pomyślałem sobie, że przejdę się po mieście, tylko walizeczkę schowam do przechowalni. 18 zł za 24 godziny. Nie ma opcji na godziny. Ale i tak nie skorzystałem, bo tylko monetami można płacić. Ech.
Wykombinowałem, że auto wynajmę i zapytam się kogoś z podróżujących czy nie chcą się zabrać za parę złociszy. Jakiś chłop się srogo zdenerwował, bo miał lot do domu i te 130 minut opóźnienia spowodowały niezdążenie na samolot.
Wypożyczalni nie było w pobliżu. Była co prawda jedna, ale w takim burzonym Centrum Parku. Nie wyglądało na czynne.
Ula z Teksasu! Ale tam koło Twoich dziadków bloczek postawili. Przepraszam, nie bloczek – apartamentowiec. Nie ma teraz mieszkań. Są apartamenty. Nie lubię nowomowy.
Koło studio Dzień Dobry TVN nie było kwiaciarni. Było Laboratorium Kwiatów. Zawinęli się w pandemii. Teraz jest … nie kawiarnia. Tylko coś, co serwuje kawę. Nie pamiętam już fachowej i oficjalnej nazwy.
Z innych głupotek o języku polskim, to na drzwiach jakiegoś lokalu napisali, że obłożenie w 70% może tylko przebywać. Wrzuciłem fotkę na Instastory. Sam Marszull/Słodkokwaśna się oburzył, że nie było nigdy 70%, tylko 30. Nie wiem, czy napisał też do knajpy bezpośrednio, bo dzień później komunikat zmieniono. A ja się tylko śmiałem na Instastory, że to nie po polsku było. No chyba, że klientem w Little Hell Pub jest obłożenie, to wtedy przepraszam, szacuneczek.
Na dworcu wymyśliłem, że polecę do Maca i kupię kawę i może jakiego macFishburgera. Odbiłem się od drzwi, gdyż „restauracja” czynna od 11.00 w drugi dzień Świąt. Wróciłem zrezygnowany na stację i zaopatruję się w czarny, gorący napój w automacie. Nalało się tyle kawy, że aż menisk wypukły się zrobił. Łapię za kubek, który się pod naporem uścisku się spłaszcza, wylewając gorący napój na mnie, parząc mnie. Szybko postawiłem kubeczek na podłogę, założyłem rękawiczkę i wyszedłem na mróz. Nadpiłem szybko nadmiar kawy i wróciłem do środka, żeby dokończyć picie. Pioruńsko zimno było tego dnia.
Opóźnienie uległo zmianie. 130 minut w plecy!
Ale pociąg w końcu nadjechał. W przedziale chłopiec zatelefonował do kogoś i usłyszałem historię o busie, na który nie zdążyłem. Kierowca do pełnego ludzi autokaru powiedział, że będzie jechał opłotkami, przez wszelkie możliwe zadupia. Prosi o opuszczenie maszyny, bo za chwilę podstawią inny autobus, który bezpośrednio zawiezie wszystkich do stolicy. Ludzie wysiedli. stal się tylko jeden pasażer. Nowy bus nie podjechał… Polska, mieszkam w Polsce. mieszkam tu, tu, tu … Jakiż ten Kazik mądre i prorocze piosenki śpiewał.
Kupiłem nowe łoże, gdyż stara, rozkładana sofa doprowadzała mnie do szału. Nogi mi właziły w szpary. Kupiłem tym razem zwykłą ramę i gruby, twardy materac. Spałem na nowym ze 4 noce i … mam koszmary!
Nie pamiętam już wszystkich, ale wczoraj miałem koszmarny koszmar. Tatuaż chciałem zrobić. Dziara numer trzy. Sam fakt posiadania tatuażu numer trzy nie był koszmarny. Ale …
Ah! Dykteryjka. Siedzimy w knajpce przed Świętami i trwa dyskusja. Koleżanka mówi – ponoć nie istnieje człowiek, który ma tylko dwa tatuaże. Wszyscy przytakują, machając w podziwie łepetynami. I tu wchodzę ja! Cały na biało. Aniu, ja mam dwa tatuaże – informuję.
Konsternacja.
Koniec dykteryjki.
No i w tym śnie podbijam do Słodkowaśnej z prośbą o namiar na mistrza sztuki. Podaje mi telefon do jakiegoś pana, co niby jest prze-super. Na wizycie pan mi rysuje takie próbne tatuaże. Ja ich nie widzę (jeden na przedramieniu, drugi na łopatce). Dopiero w domu zerkam w zwierciadełko i co ja paczę! Obrazki całkiem fajne. No mistrz – myślę sobie. Ale dopiero później dociera do mnie, że pod rysunkami są jakieś napisy, złote myśli. Coś na zasadzie, że jeśli nie chcę zmoknąć w deszczu, to muszę wziąć parasol. Ale po angielsku te bon moty/creda były. Obudziłem się wystrachany cały. Brrrr.
Strasznie mi się do USA chce! A tu wiecznie jakieś odmiany, warianty covidowe, testy przed przylotem. No i weź leć. Nigdy nie wiadomo, kiedy omikrona złapiesz.
Dziś zamieniałem abażur w lampce. Ze świątecznej gwiazdy na regularny. I mi się gwiazdka popsuła! Przed wyrzuceniem do kosza zrobiłem sobie focię. Nie było mnie w 2020. Nie było mnie w 2021. Mam postanowienie, żeby w 2022 zawitać. Ale opóźnienie jak wiadomo może ulec …
niebo jasne i wiadomo żyć nie łatwo w wielkim mieście
święta i prawie po. Dziś niedziela, ale to też dzień świąteczny. Także i ja jeszcze świąteczny.
Tak sobie wczoraj kontemplowałem i pomyślałem o kolędach. Nikt już chyba nie śpiewa. Teraz to MaRyja Karej albo Łam! Piosenki o zdradzie, zamianie kochanków, o podtekście seksualnym. No bo przecie Mariah Carey pod choinkę chce chłopca. Ja bym taką Merają anno domini 1994 nie pogardził pod choinką. A Dżordż jak się okazało o pięknej dziewczynce nie śpiewał, tylko jakiemuś chłopcu serce oddał w zeszłe święta. A niewdzięcznik następnego dnia mu je oddał. Temu się pewnie biedny w grobie teraz przewraca.
I takie to kolędy – seks, seks, zdrada, seks, niewdzięczność, seks.
A gdzie narodzenie Pana? A gdzie truchlejąca moc? A przybieżeni pasterze?
Nie przepadam za kolędami. Uważam, że ludzie je jakoś na smutną nutę śpiewają. A tu przecie Bóg się rodzi. Powinno być doniośle, radośnie. A w kościołach jakieś zawodzenie. Smutek. Tylko żyły podciąć. To tak, jakby słuchać wcześniejszych płyt Kasi Kowalskiej. Ta pani też zawodziła, jęczała i życie ją bolało. Żartowałem kiedyś nawet, że do każdej jej płyty powinni żyletki dołączać. Ale stop kochani! Nie tędy droga. Nie myślmyż tak. Nie mówmyż tak.
I tak sobie wczoraj idąc tu i tam pomyślałem o mojej … kolędzie. I padło na raz, dwa, trzy.
A czemu? A bo to się okaże w następnym wpisie (o ile dobrze porachowałem).
Za tą piosenką też jakoś nie przepadałem. Ale w to lato (w to? Czy w zeszłe lato? Last summer?) w naszej blaszanej budzie, czyli barku osiedlowym grał taki chłopiec. Szanty śpiewał na początku, ale później zmienił repertuar. I prawie zawsze grał ten utwór. Fajny jest. Taki nieśpieszny. Ot taki lekki w tekście. Żadna to Osiecka, czy Kasia, tylko takie rymy o zwykłym, przyziemnym życiu.
I don’t need to hang my stocking
There upon the fireplace
Santa Claus won’t make me happy
With a toy on Christmas Day
Hahahahaha, zobaczyłem gdzieś na necie tytuł artykułu i się rozhahałem.
No właśnie. JAK?
“Dziewczyny, uwierzcie, chciałam się zabić! Nie wytrzymam tego dłużej! Pozostaje mi nadzieja, że w święta za rok będziemy już razem” Załamana. “Tiaaa, i na dodatek na skórze z dzika przed kominkiem. Dziewczyno, przetrzyj oczy!” Racjonaliskta. (Fragment z internetowego forum).
No istny dramat!
Święta zapowiadają się chyba na spokojnie. Izolacja trwa.
Wczoraj poszedłem zrobić się na bóstwo. I chyba ten dowcip, że żona mówi, że była u fryzjera, a mąż się z przekąsem pyta, czy był nieczynny, się sprawdził. Jakiś taki … niedorobiony jestem.
Dałem szansę zakładowi fryzjerskiemu obok bloku. Kiedyś takie panie Krysie z PRL go prowadziły. Jedna miała minę wiecznie wkurwionej panci, a druga była całkiem sympatyczna.
Wczoraj był fryzjer. Tomek. O-MÓJ-BOŻE! Koszmar. Prawie 90 minut psychicznego znęcania się nad klientem. Srala-mądrala. Na sam przód dowiedziałem się, że pan ma lat 42, 7 dzieci z, chyba, 15 paniami. A jaki on wyuczony? Doświadczenia z lat 50 ma, bo fryzjerstwo z mlekiem matki wyssał. A jak zaczął mi wykładać o technice mycia głowy, to błagałem tylko w myślach, żeby kończył bystro. Mam nakładać szampon na dwa palce i nałożyć na włosy. Nie wcierać! Trzymamy 45 sekund, zmywamy i raz jeszcze. Po zabiegach należy palcem przejechać od czoła do tyłu i nasłuchiwać, czy piszczy. Jak tak, to włoski są dobrze namaszczone. Żadnych więcej pryszczy i plam na skórze. A ile na lokal narzekał? Że kolor pedalski, że on, gdyby mógł i chciał, to z tej budy zrobiłby Barber shop z prawdziwego zdarzenia. Ale zarazem nie byłby zakład czysto barberingowy (sic!).
Dobił mnie swoją międzynarodową karierą. Gdzie on nie pracował? Wszystkie profesjonalne firmy fryzjerskie świata zaliczył. Frank Provost? Proszę bardzo. Odwiedził wszystkie, chyba, 629 lokali. Zajęło mu to 10 lat. A w Dubaju samego Emira strzygł. I bardzo mu się w tych Indiach podobało (sic!).
A chłopiec po tylko zawodówce i taki talent! No świat się nie poznał na nim chyba jeszcze. Ten salon to taka pomoc dla jego ciotki. Bo on handluje w internecie. Ma taką firmę, co sprzedaje wszystko. Jak zapytałm go jak się nazywa, to nie umiał odpowiedzieć. Ale fotele fryzjerskie, które kosztują 2 500 zł on opyla za 700! No czysty zysk.
I tak 90 minut … pardon my french … pierdolenia.
Na koniec skasował mnie na 100 zł. I też gapa jestem, że nie oponowałem. Bo kolesia wcześniej skasował na 35 razy 2, czyli 70 (strzyżenie łba 35 i drugie tyle dół. Czyli broda, jak się domyśliłem). Nie wiem, czemu ode mnie wziął stówę? Ale i tak taniej, jak u gawędziarza i ściemniacza tureckiego, Albercika.
Także w pobliskim zakładzie golibrody byłem trzeci raz – pierwszy, ostatni i zdecydowanie o jeden raz za dużo!
A dziś wyszło słońce! Nie widziałem Gwiazdy Betlejemskiej. To znaczy widziałem. Na bazarkach, w sklepach, z salonach florystycznych. Ale tej na niebie, co widać co 800 lat, nie widziałem. Bo niebo zaciągnięte chmurami lub smogiem. Zasmożenie jekieś chyba jest spore.
A dziś wyszło słońce!
Dziś była kontynuacja poszukiwać mojego tutora języka rosyjskiego.
Rosyjski lektor rosyjskiego okazał się … chyba tym jedynym. Muszę jeszcze jedną rzecz sprawdzić z tamtym drugim, Ukraińcem.
Aleksey mieszka … koło Moskwy. 700 km na południe. Ukraina? – pytam. No jeszcze nie. Jeszcze Rosja.
I ten Aleks mieszka sobie z żoną i prawie rocznym synkiem na takim małym mieszkaniu 60-metrowym i dorabia na korepetycjach z rosyjskiego i historii Rosji. Dziś mieliśmy próbne zajęcia. Cholera, co za challenge! Kazał mi użyć szarych komórek. Myślałem, że to będzie tak, że jak on coś powie, to ja od razu sobie do głowy wbiję. No okazało się, że nie. Nie dość, że kazał mi tekst czytać, to jeszcze domyślać się czemu ta Masza to taka, a taka i dlaczego robi to, co robi.
Na sam przód naszej lekcji chciałem mu powiedzieć, że ma wielkie słuchawki (nauszniki). Gadka była taka:
– ale masz wielkie nauszniki
– garnitura? – odpowiada
– nie. Jak nazywa się to coś co masz na głowie – precyzuję slasz dopytuję
– garnitura
– nie. No … słuchawki – mówię zbity szczerze z pantałyku (Aleksey zna polski), bo korepetytor jest w t-shirt’cie
– eto garnitura. Słuchawki, to same słuchawki, a jak mam z mikrofonem, to nazywa się to garnitura
Гарнитура – Zestaw słuchawkowy
No i lekcja trwała w najlepsze. Nauczyłem się jeszcze, że каркас кровати, to nie żadne zwłoki/padlina/szkielet łóżka, a rama.
Na bok nauka, czas na labę i Rażdzjestwo.
Otworzyłem dziś lodówkę i się przeraziłem. Matko boska, światła nie widać! Okazało się, że doszło mi dodatkowe danie – żurek. Ale od razu zeżarłem pierogi z kurkami i liczba dań została constans.
Chaładzielnik zapchany dobrami. Jutro czeka mnie cały dzień przy garach. Mak na szczęście już ukręcony. A jeszcze 10 000 kroków czeka na zrobienie! Kiedy!? Kiedy!?