Tag: Hey

dzień wokół nas, eroll

czyli Jeruzalem płonie w oddali.

 

Miałem pisać o pewnym serialu na N. Ale stwierdziłem, że co ja jestem? Filmweb? I pozwlekałem i zapomniałem już o tym. Ale teraz słyszę w radio jak pan pyta panią, czy wie, co 29 lat temu, w 1991 roku, weszło na Listę Przebojów Programu 3. Pani odfuknęła szybko – miałam wtedy 2 lata.

Uwielbiałem ten utwór, ten zespół, ten album. A jak wypuścili „Son of the Blue Sky”, to już w ogóle w Polsce epidemia Wilków nastała. Mieli swój czas. Pamiętam jak byłem w sklepie muzycznym za debiutem Wilków. To były czasy, kiedy zaczęto tępić piractwo i miało się już alternetywę – piracka kaseta za 10 000 zł, albo oryginał za 38 000 zł. Różnica widoczna, c’nie? Przeważnie piraty miały gorszej jakości wkładkę i książeczka była tylko taką okładką-wkładką. Oryginały miały wsad z obrazkami, tekstami. Także na bogato. Poprosiłem pana sprzedawcę o pokazanie oryginału i pirata. Okazało się, że różnią się tylko odcieniem niebieskiego. Oba produkty miały identyczną … książeczkę. To po co przepłacać. To był chyba ostatni raz, kiedy kupiłem pirackie wydawnictwo polskiego artysty. Kiedyś Michał Wiśniewski mówił mi, że na spotkanie z fanami jakaś laska przyniosła piracką płytę CD do podpisu. Zapytałem, co zrobił. Powiedział, że zniszczył płytę.

W ubiegłym roku poszukałem na iMusic Wilków. I czar wrócił, błysk nadal jest. Cały czas podoba mi się też „Aborygen”.

Ale, motyla noga, 29 lat to już!? Szok, jak czas pędzi. Przecie ja mam … 29 lat (przymrużenie oczka)!

I w tym samy radio, w tym samym programie pan powiedział, że młode pokolenie nie zna ogromnego przeboju, jakim był album Myslovitz „Miłość w Czasach Popkultury”. Ale co się dziwić, skoro to wydano w 1999 roku. Nie było tej młodzieży na świecie jeszcze. Ale niedawno pojawiło się to wydawnictwo na serwisach streamingowych na S i T. Wydaje się, że na iMusic raz te nagrania są, raz nie ma. Bo jak coś sobie ściągnę do biblioteki muzycznej, to za chwilę staje się nieaktywne. Ale wydaje mi się, że tego wydawnictwa nie było nigdy na apple’owym serwisie streamingowym. Muszę teraz zerknąć. Płyta mi się podobała prawie w całości. Oprócz tego koszmarnego – i nawet kiedy jestem cham, nie zmienię się. No radio obrzygało nas tym hitem. A w radio prowadzą audycję o serialach i państwo prowadzące zaprezentowało „Nienawiść” Myslovitz właśnie, bo to przecie z serialu „Ślepnąc od świateł”. Nie wiem, nie widziałem, nie mam HaBeO.

Wartość dodana z tej audycji radiowej, to fakt, że dowiedziałem się, że w marcu 2021, jak nic się nie wydarzy pandemicznego, nastąpi debiut serialu Many Saints of Newark, czyli prequel The Sopranos. To jest jeden z moich najbardziej ulubionych seriali. A dlatego, że lubię mafijne klimaty. A dlatego, że kręcili to w okolicach Jasnego Zieleńca w stanie New Jersey, do którego zajeżdżam regularnie od 13 lat już. I niektóre scenerie rozpoznawałem. Czyli taki swojski serial. A dlatego też jeszcze, że obsada aktorska świetna. Szkoda, że James Gandolfini odszedł od nas w tak młodym wieku. Zagrał Tony’ego Soprano rewelacyjnie. Ten serial z przyszłego roku ma ponoć odpowiedzieć na wiele pytań, gdyż zakończenie serialu było wieloznaczne. Ale przede wszystkim ma pokazać jak się to wszystko zaczęło. Młodego Tony’ego zagra syn – Michael Gandolfini. Nie mogę się doczekać. Może Dexter wróci w końcu z Kanady? Bo serial też świetny, ale zakończenie koszmarnie banalne. Ale byłem i w Kanadzie, i na Florydzie. Ja nie wróciłbym.

Koniec o wątkach pobocznych. Wracam do Wilków i właściwego serialu.

„W głębi lasu” wchłonąłem szybciutko. I jestem pod wielkim wrażeniem. Świetnie dobrana obsada. Bardzo dobra gra. Brawa dla scenarzysty za przeniesienie miejsca akcji spod Nowego Jorku do Polski. Kilka drobiazgów do zauważenia, to:

– górna warga matki głównego bohatera. W tamtych czasach chyba nie robiono na taką skalę operacji plastycznych. A medycyna estetyczna była bardzo niszowa albo w powijakach. Pani wyglądała dziwnie. A to za młodu ładna kobieta była. Dziwię się, że wzięto ją do obsady. Mogli lepiej się przyłożyć do zachowania realiów 1994 roku

– na początku pomyślałem, że kolejna produkcja cofająca się do lat 80-tych. I zdziwiłem się jak zobaczyłem retrospekcję z 1994 roku. Ale później nie miałem już takiego rozdźwięku i dyskomfortu

– końcówka jak dla mnie była lekko banalna. Wzdrygłem ramionami, jak wytłumaczyli i rozwiązali te zagadki. Ale cliffhanger jest. Ciekawe, czy pan Coben skusi się na kontynuację? Na razie się zarzeka, że nie. Pożyjemy, zobaczymy. Może powstanie druga seria bez książki?

A co mi się bardzo nie podobało? Jak zwykle w polskich produkcjach?

Dosyć szybko musiałem włączyć napisy. Nie rozumiem tego. Czy naprawdę to jest taki wielki koszt dobrze nagłośnić aktorów? Ktoś mi kiedyś powiedział, że w Stanach jak kręcą swoje filmy i seriale, to 15 mikrofonów wisi nad planem. W Polsce ponoć tylko 2. I to niestety słychać. To znaczy nie słychać. Wstyd.

 

A co się bardzo podobało? Muzyka. Słyszałem rozmowę z panią odpowiedzialną za dobór melodii. Mówiła, że najpierw miało być zagranicznie, ale później stwierdzili, ze jak to ma iść w świat, to niech będzie polskie. Że my nie gęsi i też swoje piosenki mamy. I fajnie to zabrzmiało. Ponoć tylko Spin Doctors „Two Princes” się ostało, bo to taki masakryczny hit był. Był, ale czy ja wiem? My raczej doń nie pląsaliśmy. Z naszych osiemnastek, to pamiętam Clawfinger i ich „Tell me the truth motherfucker” oraz „Ni*ger” z debiutu „Deaf Dumb Blind”.

Ale tego akurat zabrakło w tej produkcji.

Czytam zarzuty, że muzyka nie jest dobrana dobrze chronologicznie. Że kto słuchał Janerki/Klausa Mitffocha i jego „Konstytucji” na biwakach? Że słuchanie Maanamu to obciach był. Że „Dzieci” Elektrycznych Gitar, to taki jakiś pijacki przebój dla rodziców, którzy pozbyli się pociech z domu.

Cóż, Wilki z 1991 roku mogły być przecie słuchane w 1994 roku. Gorzej, gdyby akcja działa się w 1990 roku i młodzież śpiewała Eroll’a.

Co do Janerki. To fakt, my też nie słuchaliśmy. Ale w odpowiednich środowiskach? Czemu nie? Nie każdy musiał być mainstreamowy.

Hey’a potwierdzam. Dwie pierwsze płyty katowaliśmy równo na wyjazdach klasowych i prywatkach.

Maanamu nie słuchaliśmy jednak. Ani nowych przebojów, ani starych. Ale nie pamiętam, żeby to był obciach słuchać ich.

„Dzieci” były hitem, który nuciła cała młodzież. Na szczęście przebój to był krótkotrwały. Pojawił się i znikł. Na szczęście. Hitem dla rodziców to był rok 1998 i Kult’owe „Gdy nie ma dzieci”.

 

Serial polecam. Szkoda, że nie można tego odzobaczyć i jeszcze raz popatrzeć. Eh.

 

tu brzoza, tu brzoza

Czyli Płock żąda dostępu do morza.

Hejka kochani, jak się macie? Bo ja super ale w sumie coraz mniej super.

Dziś zaszedłem do sklepu z książkami za nowym bestsellerem autorstwa Kasi Nosowekiej „AjażemjejpowiedziałaKaśka“. No nie ma! Rozeszło się. W Trójce ją teraz czytają. A właściwie Kasia sama siebie czyta. No fanem jestem Kasi i Heya, to kupię, a co mi tam.

Od kilku dni przekomarzamy się z panio prof. ze Szczecina, jaka to super pogoda. Ale oczywiście „żółty skurwysynek“, jak to powiedziała albo uczona, albo ja, określając słoneczko, podczas naszej niedawnej konwersacji AjMasażowej, czai się znowu. Upały nadchodzą. I dlatego właśnie coraz mniej super się czuję.

I tak we wtorek siedzę na lanczu z panem od Państwa z Europy na K. i się zastanawiamy, co by tu sportowego po pracy zrobić. Ja byłem już zrelaksowany po porannej rozrywce na korcie tenisowym. Mój mistrz Sensei Nafa Radal przeczołgał mnie lekko, aż straciłem prawie ochotę na grę! A to przecie imposybilne, bo uwielbiam tenis i mogę grać bez końca.

No i Marcin mówi, że biegać idzie wieczorem. Ja mu odpowiadam, czy boginie go opuściły, że w taki gorąc chce mu się nóżkami przebierać po jednak świeżym, aczkolwiek gorącym powietrzu. No i właśnie wtedy mój starszy o równo dwa miesiące przyjaciel mnie uświadomił, że nie gorąc, a chłodzik. Patrzę ja ci w apkę pogodową i faktycznie stoi 18 stopni o 21.00! To ja też idę biegać. Dzień się dzieje, wracam zjebaniutki do domu i automatycznie idę na rower. I jak tak sobie jadę, to jażemsobiepowiedziałMaciek, przecie biegać miałeś iść. No miałem. Wracam do domu i AjMasażuję się z kolegą, że zapomniałem pójść pobiegać.

No i wczoraj wybiegłem z domu. I już podejrzanie, na sam przód naszedł mnie kryzys. Jak mi się nie chce – płaczę wewnętrznie. Ale uparty jak osioł jestem i jak coś postanowię (tzn. do łba wbiję), to nie ma zmiłuj. Miało być bieganie, to będzie!

Normalnie z bieganiem u mnie zawsze było tak:

– wyjście zdomu! Tragedia grecka. Zawsze milion powódów, żeby nie wychodzić. A to ubrać się trzeba, a to ludzie patrzą, a to nie uczesany jestem, a po co w ogóle biegać?

– jak już wyszedłem i biegnę – pierwsze 20-30 minut: jessssu, po *huj ja w ogóle wyszedłem z domu? Bieganie jest do dupy! Ale durny jestem? Jessu, po co?

– jak już mija ten czas – Run, Forrest, Run! Raz jak pobiegłem, to wróciłem z 22 km na liczniku. Bieganie jest fajne

 

No i wczoraj kryzys, jak nigdy, dopadł mnie na trasie 2 razy. Normalnie chciałem się zatrzymać i zawrócić do domu na 300-nym metrze. A później, na 6-tym km to samo. Ale było tak zimno, że wiedziałem, że muszę biec, bo nie dojdę. Zmarzłem! Ciało było rozgrzane, ale ręce całe zmarznięte. Jak na jesieni! Doleciałem do domu. Na 9 i pół kilometrze słyszę di-em’a (DM). Patrzę. Aha, to kolega z insta się dopytuje, czy jutro aktualne. Moja kolejna ofiara z insta. Tzn. followers nr 8 z insta. Zakończyłem bieganie na 10 kilometrze, ciut przed 60-tą minutą tej mordęgi. I było tak zimno, że nie dałem rady odpisywać na te di-em’y!

Dziś trochę cieplej, to się umówiłem na rower z kolegą z pracy. Podjedziemy do knajpy koleżanki wietnamskiej Djep. Znowu Wietnam, bo …

No i dziś się spotkałem na lancz z followersem numer 8 z insta. W ogóle to tak: mam 71 followersów. Z 60 osób to te, które znałem przed czasem tego medium. Czyli 11 nie znam/łem. Czyli zostało mi jeszcze 3. Muszę w końcu jakieś laski przyobserwować. Te co mam, to znam już długo. Z rudą Ewą się spotykam w lipcu i z Ulą z Texasu. Ale o tym spotkaniu kiedy indziej. W ogóle co za historia z ubiegłego roku z tą Ewą?! Ale wszystko w swoim czasie.

No i niby miałem iść od biura z Puławskiej, od Pana mojego, do biura na Sienkiewicza, do mojej dziupelki i w połowie drogi spotkać się z Rafałem w Vietnamce. Ale…

Ale roboty po kokardkę mam ostatnio, więc wyrwałem się po prostu na lancz.

Bardzo miłe spotkanie. Rafał z agencji szwajcarskiej, także kilka tematów zbieżnych. Ale przede wszystkim kolega to fan Gruzji. Także wykorzystać trzeba tę wiedzę/znajomość. I jeszcze chwila o fotografii i insta porozmawialiśmy i się zrobiły 2 godziny lanczu. Nieśmiały kolega tak na pierwszy rzut oka i jak na pierwsze spotkanie. Ale może to ja tak przyćmiewam? Nie wiem. Jestem ekstraordynaryjny, ekcepcjonalny i takie tam. A może jednak nie ośmielam, a może jednak onieśmielam. Ale ogólnie na plus kolega. Ma poczucie humoru i o to chodzi.

A jedzenie w Vietnamce jak zwykle mniam i mlask. Zapomniałem w sumie Rafała zapytać, jak mu smakowało, bo nigdy wcześniej nie jadł.

Dobra kiedy ten 2 lipca i Ula z Ewą?

Cukrowy człowieczek

Chodzi za mną i nie może się oderwać Cukrowy Człowieczek.

„Cukrowy człowieczku może byś się pospieszył, bo jestem zmęczony takimi scenami”

Pani Agnieszka Szydłowska, ostatnia z ostatnich w tym moim radyju Program 3, zachwyca się i rozpływa nad ilustracją muzyczną do filmu „Sugar Man”.

Film – laureat Nagrody Publiczności na festiwalach w Sundance, Nowym Jorku, Los Angeles, Melbourne. Uniwersalna i zaskakująca opowieść o potędze przypadku i roli szczęścia w ludzkim życiu. Ten trzymający w napięciu film przedstawia niewiarygodną, pełną niespodzianek, a do tego prawdziwą historię życia Sixto Rodrigueza, piosenkarza, któremu wróżono karierę większą niż Bobowi Dylanowi, a o którym… nikt nie słyszał.

Za dźwięk posłużyły płyty Sixto Rodrigueza z roku 1970 (Cold Fact) i 1971 (Coming from Reality).

A sam Pan Rodriguez? Jesus Rodriguez, to taki muzyk, siedemdziesięciojednoletni. Jakiś czas temu mylnie sądzono, że pan skomitował suisajd. Ale nie.

Co do wspomnianego radia, to mogę powiedzieć tyle, że rzesza zniesmaczonych słuchaczy jest coraz większa. Nie da się już tego radia słuchać. Ten drażni, ten się powtarza, a tamten masturbuje się własnym głosem, mając w nieuwadze słuchaczy. No nie da się słuchać. Dlatego z wielką radością napawam się powrotem pana Kaczkowskiego. Na nowo do łask mych wróciła Agnieszka Szydłowska, wspomniana wcześniej. I jak widać z wielkim sukcesem. Jeden prezenter zaprasza do studio Stevena Wilsona, a druga prezenterka zapuszcza mi w ucho takiego pana Jesusa. Biorąc pod uwagę moją wiarowość, a może religijność byłoby trafniej powiedzieć, nie byłoby, to taki pan Jesus nabiera zupełnie innego wymiaru i znaczenia. Znak to jaki? Przenawrócić się mam, czy co? Omen!?

Porzucam myśl o Trójce, bo im mniej słów o niej, tym bardziej ilustruję moje obecne emocje do niej.

Ach, ostatnia myśl o radio – wczoraj można było usłyszeć i zobaczyć koncert Hey. No Kasia nie ubrała się. Zdążyłem ją przedwcześnie shejtować w mailu do pani inż. ze Szczecina ale w kolejnym mailu prostować i przepraszać musiałem. Kasia się wytłumaczyła. Kreacja jej się zniszczyła tuż przed wyjściem i, jak sama powiedziała, musiała wystąpić w tym koszmarnym płaszczu. Niestety, nie zmienia to faktu, że wyglądała jak własna babcia.

Kurcze, denerwuje mnie ten darmowy Majkrosoft Office. Poprawia automatycznie wyrazy na jakieś głupie, a polskich błędów ortograficznych nie chce poprawić. Chyba ogłupiały jest i zdezorientowany, bo niby laps amerykański (?made in china?), a Office polskość na nim wymusza. Nieumiejętnie i nie po polsku wymusza.

Koncertu nie dosłuchałem, bom do kina poleciał na „Drogówkę”. Mocny i ciekawy, jak w sumie każdy film Wojciecha Smarzowskiego. Z głupszych tekstów:

Pan policjant obstawiający wizytę papieża pyta się wiernej: Pierd…lisz się, czy trzeba z Toba chodzić.

Chodzić, nie chodzili, ale tą pierwszą czynność wykonali. W sumie, to cwana gapa z tej wiernej paniusi, bo dosyć szybko oskarżyła pana władzę o gwałt. Oczywiście bez skutku żadnego.

Po kinie SlodkoKwaśna zaproponowała kulinarno-filmową noc. Jak zwykle obejrzeliśmy ostatnie odcinki naszych ulubionych seriali oraz nowość „The Following” z Kewinem Bejkonem. Bardzo fajny serial, zapowiada się na dobry. Ponoć taki a la Dexter, którego z reszta nie widziałem, więc nie wiem. Może i Dexter, a może i nie. W każdym bądź razie tu nie policjant morduje. Przynajmniej jak na razie (dwa odcinki widziane).

Oczywiście przed seansem filmowym trzeba było się kulinarnie wykazać. Rozcinanie rybich brzuszków i wyciąganie rybich flaczków. Czynność, o mniej womitowym skojarzeniu, zwana również patroszeniem. Myślałem, że nie dam rady. Ale dałem. Nie znajduję tej aktywności na pierwszym miejscu moich ulubionych rzeczy, które lubię robić. A właściwie to przyznaję jej jedno z ostatnich miejsc w tym rankingu.

Ale rybki, stinksy, czy jak tam one się nazywały, smakowały wybornie. Potraktowaliśmy je mąką i głębokim olejem.

W sobotę rano, jako że w piątek zaproponowałem sobie kompletne nicnierobienie, zerwałem się z łóżka o 6 i już chciałem do Lidla lecieć. Ale między kuchnią, a salonem zorientowałem się, że w tym tygodniu już byłem. Padło na pobliskiego, nie ulubionego przeze mnie, Kerfura. Tak się pospieszyłem, że po przyjściu okazało się, że jeszcze zakryte. Słabizna! I chyba też skandal. Takiego Lidla otwierają o 7!

W rezultacie kupiłem to co chciałem, i trochę tego co nie chciałem, ale przydało się. Oczywiście zapomniałem o najważniejszym – o mące razowej. Musiałem parę godzin później pójść znowu. Ale bułeczki wyszły pierwyj sort.

Niedobrze, kabel zasilający lapsa się przetarł. Co się ruszę, to słyszę piknięcie, że zasilanie z kabla jest albo nie ma. Mam nadzieję, że nic mnie nie kopnie.

Wstałem dziś rano. Lekko niewyspany ale w sumie w dobrej formie. Zachcialo mi się spaceru ale na szczęście posiadanie długich włosów tu się przydało. Zanim hery wyschną i szopen się ułoży, to niemądre pomysły znikają.

Dziś chyba byłbym w pewnym Mieście. Chciałem zrobić pewną niespodziankę pewnej osobie. Dogadałem się w styczniu z jej panem i już tylko bilet było kupić. Ale z planów nici wyszły, czyli nic. Poza tym, co ja bym robił w taką pogodę w Mieście? Ale chodzi mi po głowie pewna wycieczka, pewne miejsce, pewne Miasto. Może już wkrótce? Może…

Wczorajsze wczesne wstanięcie zaowocowało porządkami. Tymi w miejscach widocznych i tymi w miejscach zakrytych drzwiami od szafek. Wyprzedaję i rozdaję… Szkoda, że w Polsce nie ma garażowych wyprzedaży. Zdarzało mi się zostawiać niechciane rzeczy na klatce na parterze przy wejściu. Szybko znikały.

Ale teraz wyprzedaję lub rozdaję w dobre ręce. Nowiuśkie i nieużywane: szejker, termos metalik, termos i kubeczki w skórze. Anybody? Pani inż. ze Szczecina już się zasadziła. Ok., nie przesadzam z tym zasadzaniem. Zaproponowałem jej, a ta powiedziała, że czytam jej w myślach, czy coś podobnego. W takim razie niech ma i niech używa. Bo ja nie używałem, nie używam i używać nie będę. Przynajmniej trafiom w dobre ręce.

Z książek przekonałem się do e-booków. Nie kupuję już kolejnej zabawki w postaci kindle’a, postanowiłem sprawdzić aplikację kindle’owską na moim tableciku. I sprawdza się. Strona może być biała, czarna albo w sepii. Literki większe, mniejsze albo w sam raz. No pyszna zabawka. Właśnie zakańczam Hugh Laurie’ego i jego „Sprzedawców Broni”. Nie byłem fanem Dra Hałza. Widziałem może ze dwa odcinki podczas kulinarnych mityngów u SłodkoKwaśnej ale to tyle. Książka czyta się szybko. W zabawny sposób pan pisze. I nie wiem czemu mam twarz autora przed oczami jak czytam? Tego już nie wiem.

Z muzyki zafascynawiam się nowym Nickiem Cave’em We No Who U R. Singiel usłyszany raz, a już zdążył mną trzepnąć, czy też zainteresować.

Nowy Bowie? Hm, no nowy jest. Fajnie, że coś nagrywa. Ale chyba już szału nad Where Are We Now nie ma. Pewnie raz na jakiś czas przypomnę sobie. A może kupie i płytę, o ile ją wyda?

Depeche Mode? Hm, ten Heaven to nie jest to na co czekałem. Na koncert nie pójdę, płyty raczej nie kupię. Ale! Bo zawsze jest jakieś ale. Słyszałem już zapowiedź drugiego singla i brzmi o wiele lepiej i zachęcająco. Może zatem zmienię zamiary co do DM? A w szkole podstawowej byłem takim depechem!

W tamtym, młodym czasie, uwielbiałem kilka zespołów i artystów:

Madonna – jak skończyła albo jak wygląda muzycznie dziś wszyscy wiemy. Poświęcony nawet post Królowej Popu ostatniej płycie był. Czy to zdanie ma ludzki i logiczny szyk? Bo chciałem wykazać się inteligentnym zmieszaniem ustawienia wyrazów w zdaniu? Pamiętamy ten post, nieprawdaż? MDNA, strzeżmyż się było powtarzane jak mantra we wpisie.

Bon Jovi – kto? Wtedy wydawało mi się, że wokalista ma takie super włosy. I jak ja będę duży, to zapuszczę sobie takie same. A teraz, jak widzę jakieś ich teledyski z lat 80-tych ubiegłego wieku, to stwierdzam, że włosy miał jak baba.

The Cure – jakoś naturalnie zainteresowanie minęło. Słuchałem jeszcze w 2000 roku ich Bloodflowers ale już nie zrozumiałem tego i nie porwałem się ich utworami. No może Last Day of Summer jeszcze pociągał i wciągał ale to już było ostateczne rozstanie z zespołem.

Depeche Mode – lubiłem, lubię, czasem posłucham. Ale to nowe cudo jakoś nie rzuca na kolana i nie tarmosi.

A pies na zdjęciu mnie po prostu rozbawił.

W rezultacie nagrałem sobie takie coś:

Sixto Rodrigez – Sugar Man

W sumie wiadomo czemu

Asaf Avidian – Different Pulses

A takie ciekawe, nietuzinkowe dźwieki

Jessie Ware – Wildest Moments

Powrót do łask po dłuższym czasie. Fajny głos, fajna piosenka. Teledysk, prosty, mnie przekonał, i daję pani znowu szansę na śpiewanie na moich składanych płytach.

Bruno Mars – Locked Out of Heaven

Jak dla mnie sprytna piosenka, sprytna aranżacja. Fajny głos. Zdolny, młody chłopiec.

Rihanna – Diamonds

Wraca do moich łask. Moje uwielbienie do tej piosenki jest wprost proporcjonalne do znienawidzenia pani inż. ze Szczecina.

Andy Burrows – Because i know that i can

Lubię Editors, lubie niektóre rzeczy Razorlight. Lubię bardzo projekt panów z obu wspomnianych zespołów – Smith&Burrows. 2+2=4 i wszystko jasne.

Y’akoto – Y’akoto’s babyblues

Kolejna jakaś płacząca pani znaleziona w jakims buszu. No oczywiście koncert już miala w Polsce. Tylko, że ja wtedy nie wiedziałem kto to i co to. Ale babyblues miłe. To niech mi gra

The Lumineers – Ho hey

Proste granie. Ho, hej, I belong with you, you belong with me. Heh, takie skrzaty leśne.
The Wallflowers – Love is the country

Niby nic nadzwyczajnego. Ale gra mi.

Maroon 5 – one more night

Lubię głos tego pana. I taka melodia nie głupia I nie skomplikowana.

Justin Timberlake + Jay Z – Suit & Tie

Lubię go. Piosenka nie przekonuje ale z kazdym odsłuchem …

Sean Rowe – Downwind

Głos i prosta melodia

Neil Finn – Song of the Lonely Mountain

A bracia Finn zawsze mieli dobre nagrania. Usłyszane zawsze raz, zawsze jakoś znienacka, zawsze zaciekawiali mnie.

Ed Sheeran – Give me love

Ze sto lat temu dałem panu szansę. Nie przekonał. Kariera jego płyty „+” wygląda tak: pan ją nagrał sto lat temu. Przez pierwsze półwiecze niesamowita popularność w domu, czyli UK, później jakiś czas Europa odkrywała plusa, a teraz Stany. No to daję druga szansę. Ale może niech pan coś nagra nowego.

Anthony Hamilton & Elayna Boynton – Freedom

Rick Ross – 100 Black Coffins

John Legend – Who Did That to You

3 pozycje z filmu “Django”. Film mi się bardzo podobał. Ale zdania są podzielone. 2 na bardzo na tak, a 2 na „no może być. Nie porywał”

Awolnation – Sail

Macy Gray – Sail

Najpierw spodobała mi się wersja Macy Gray. Dopiero później przypadkowo znalazłem oryginał. To niech mi tu dwa razy gra.

 

 

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑