Tag: bolt

uberowe fatum z teksasu

5 dni temu minęło pół roku, jak zadebiutowało radio 357. Dziś mija rok, jak Nowy Świat zaistniał. Dziś mija pół roku, jak przestałem (regularnie) słuchać radio Nowy Świat. Czas leci!

A pani prezes zarządu Polskiego Radia pewnie ukontentowana, że Trójkę zniszczyła. Jak ktoś ładnie napisał o rządzącej. I jak trafnie zarazem! Z twarzy i z zawodu pani prezes. No buzię to ta kobieta ma bardzo … adekwatną do zawodu. Czyli komentarz w punkt.

 

Zadałem sobie bobu. Bo lubię. Wszystko zaczęło się w 2005 roku. Mieszkałem wtedy przy ul. Melsztyńskiej. Ja i 3 dziewczyny. Mieszkanie dwupoziomowe. Na górze mieszkałem z taką dziwną lokatorką. Potrafiła iść spać o 20.00. Gasiła światło i puszczała radio … Maryja. Na dole rządziły Monika i Maja. Takich flej w życiu nie widziałem. Wieczny syf w kuchni. Hitem był powrót Moni do domu ze wspólnego wyjścia całego domu. Koleżanka poczuła się źle, więc porozmawiała z Ralfem przez wielki biały telefon (Talking To Ralph On The Big White Phone). No cóż, niech ten pierwszy rzuci kamieniem, który nigdy nie rozmawiał z Ralfem. Ale! Bo zawsze jest jakieś ale. Tydzień później Maja chciała skorzystać z WC. Otworzyła drzwi i szybko je zamknęła komentując eksklamacyjnie – nie posprzątała! Na samo wspomnienie tej historii mam ochotę sięgnąć po telefon i zadzwonić do Ralfa. Brrrr!

Moja nawiedzona lokatorka z pięterka szybko zniknęła. Razem z nią jej ekstraordynaryjny chłopiec Damian, zwany przeze mnie Damn Ian. Koleś raz nie zamknął gazu w kuchence. A wielce lubił pichcić. Drugim razem wparował do łazienki, do kąpiącej się Moniki (nie jego dziewczyny) i zaproponował skosztowanie dania.

Wypierdalaj! – tak koleżanka odpowiedziała na taką ofertę (pardon my french).

No mlon, to znaczy Damn Ian!

Za ścianę wprowadził się Tomek i on właśnie po raz pierwszy zadał mi bobu! Ale pyszota. Od 16 lat czekam lata. A jem na różne sposoby – gotowany, rozgotowany, na parze. Uwaga! Proszę nie słuchać złych przepisów, że niby bób na parze to 15 min dochodzi. NIE! 4 wystarczą.

Dwa dni temu wyczytałem w internetach o czipsach z bobu. Podpowiedziałem Wielkiemu Pe o tym, a ten się uniósł. Okazywało się, że on te resztki-delicje dawał owieczkom w mordę!

A propos zero waste. Czytałem ostatnio „artykuł” o tym co zrobić z ogonkami po czereśniach. Że niby można je zaparzyć z herbatą. I jakie to zdrowie, i potencja, i siły witalne. Ktoś skomentował celnie:

Czyli jak wyrzucimy po zjedzeniu te ogonki, to jest WASTE. Ale jak ugotujemy herbatę i później wyrzucimy, to będzie ZERO WASTE, tak?

Ale w przypadku bobu, to nie ma mowy o jakimś quasi zero waste. Wszystko się zjada. Jak nie człowiek, to owieczki wsuną.

W związku z tym, że wczoraj miałem wychodne, to nie mogłem sobie tych czipsów przyrządzić. Podczas biesiady Wielki Pe podesłał mi fotkę z komentarzem.

Jakieś rodzynki mu wyszły.

Według receptury piecze się to 15 minut. Autorzy artykułu zaznaczyli jdnak, że krócej trzymali w piekarniku i nie do końca im wyszedł upragniony efekt. Kolega stwierdził, że 10 minut trzymał w piecu na turboobiegu. Oj, to zdecydowanie za długo. Takie łupinki to szybko się spieką.

Także wielki smutek mi uczyniła ta wiadomość od Wielkiego Pe, gdyż szczerze miałem nadzieję, że będzie delicja i zero waste.

Ale. Bo zawsze jest jakieś ale. Jak Maciuś do łba wbije coś, to nie ma zmiłuj. Jak miał być czips, to będzie czips!

Rano sobie nastawiłem. 4 minuty na turboobiegu zrobiło robotę. No może trzeba był potrzymać ze sześć, ale niektóre czipsy miały ten chrup! Co do smaku, to … ohyda.

bób czips

Może to kwestia doboru przypraw? Nie miałem czosnku granulowanego.

Wczoraj podczas kolacji zadzwonił mój najwspanialszy i najukochańszy chrześniak. Z Grecji dzwonił! A wybrał się z dziewczyną na zorganizowaną wyprawę na Korfu. Jego pierwsza podróż za granicę. Wujek hajsy posłał już wcześniej, także dziecko się bawi. Oczywiście Kubuś to taki mały sknerusek i kaskę chomikuje, bo na razie tylko magnes kupił, a powrót do domu dziś. Po mamusi widzę. Ale w sumie wycieczka all incusive, to na co tu wydawać? Ja mam wyjazd NOTHING inclusive, także będę chyba mój kantor w telefonie męczył co chwila.

Pytam się najukochańszego, najwspanialszego chrześniaka mego o wrażenia. Zachwycony. Zadowolony. Pytam, czy bawią się z pozostałymi członkami ekskursji, czy we dwójkę zwiedzają. No i młodzieniec już zweryfikował obraz Polaka za granicą. Zwiedzają we dwójkę i unikają rodaków. Hm, nie zdziwił mnie.

Ponoć gwoździem do trumny był fakt zamówienia u DJ piosenki Zenka Martyniuka. Kto słucha takiej „muzyki”? Urodziłem się i wychowałem w stolicy Disco Polo, ale my to Slayera, Metallica’y, The Cure, Sepultury, Depeche Mode słuchaliśmy. Żadne tam majteczki w kropeczki!

W niedzielę zaprosiłem młodego z jego towarzyszką na obiad. Niech się posilą przed powrotem do krainy Zenka.

 

Wczoraj się spotkałem z Ulą z Teksasu. U Gesslera w Warszawie Wschodniej. To już moja trzecia wizyta w jego lokalach. Ćma, Warszawski Sen i właśnie Warszawa Wschodnia. Muszę szczerze przyznać, że każdy lokal bardzo fajny i kompletnie inny. Warszawski Sen wydaje mi się, że jest bardziej kameralny, bo we Wschodniej, to stolik przy stoliku, ale kompletnie nie słychać sąsiadów, więc można swobodnie rozmawiać. Szkoda tylko, że klima nie wydolna (o ile jest). Tak się pysznie bawiliśmy, że Piątek ani razu przez ponad 4 godziny nie poszedł palić. Jedliśmy i piliśmy pyszności. Oczywiście tatary, śledź, Ula sznycel bez jajka, Piątek z jajkiem, a ja golonkę z dzika w otoczeniu pieczonego buraka. No py-szo-ta! Z dzikiem mam złe konotacje. W 2007 czy 8 roku pojechaliśmy na integrację z pracą. Do Białowieży. Na kolację był dzik z rożna. Kręcił się ponoć cały dzień. Nakroili nam po plasterku i dali na plastiki. Nie dało się tego jeść. Kompletnie bez smaku. Ależ koty miały wyżerkę. Spora część biesiadników kładło talerzyki pod ławkę. Kotki od razu wyczuły co się kroi. Wiadomo kotki są cwane i przebiegłe.

Pan obsługujący nas zarekomendował tego dzika. Powiedziałem mu, że mam złe wspomnienia. Jednak dałem się przekonać. I powiem tak – mmniaaaaam. A ten burak pieczony w smaku maminych buraczków!

Się nagadaliśmy, najedliśmy, nahahaliśmy i już Ubera czas nadszedł zamówić.

Dwa lata temu zamawiałem Ubera. Najpierw wysiadam ja, później Piątek i na końcu Ula. Czekamy. Widzę na ekranie, że już podjeżdża. Po sekundzie widzę, że już … odjeżdża … bez nas! Dodzwonić się nie dało do kierowcy. Gdzieś na Saską Kępę jechał. To kompletnie nie w stronę Piaseczna. Zamówić się drugiego Ubera nie dało, bo przecie ja oficjalnie byłem już w podróży. Odczekaliśmy aż niby my skończymy jechać i zamówiłem drugie auto. Oczywiście reklamację uznano piorunem.

Wczoraj podjeżdża Gruzin Nikoloz Kałmanawardze i już na dzień dobry nie przypadł nam do gustu. Po polsku ni chu-chu, po rosyjsku też bardzo nie za bardzo. Rejestracja auta nie zgadzała się z tym, co wyświetlało się na apce. Ale marka i kolor auta był ok. Człowiek kompletnie nie miał pojęcia o byciu kierowcą. Wpatrzony w ekranik telefonu. Nie zwracał uwagi na drogę. Skręć w prawo, to on skręcał w prawo, wjeżdżając na lewy pas. Przejeżdżając przez skrzyżowanie wjeżdżał prawie na przeciwległy pas.

Przypominał mi kierowcę Lyft’a. W 2016 roku jechałem od Uli z New Jersey na JFK. Lyft dawał 5$ off na 10 pierwszych przejazdów dla nowych klientów. Także jadę. Koleś kompletnie nie patrzył na drogę. Hitem było skręcenie w lewo (bo tak pokazywały i mówiły mapy google) na … parking! Skręt był 10 metrów dalej. Na bramce nie zadziałał kolesiowi E-Z Pass i się nie otworzył szlaban. Odkręcił szybę i zaczął wołać pana od bramek na autostradzie. Albo opuszczaliśmy, albo wjeżdżaliśmy na the Bronx. Milion aut, huk straszny, a ten pana woła. W końcu udało nam się przejechać. Ale cenne minuty stracone. Leciałem wtedy na południe – Karolina Południowa i … Gruzja (czyli Georgia). byłem pewny, że nie zdążę. Na szczęście okazało się, że wszedłem wprost do samolotu. I nawet kawę zdążyłem kupić w biegu. Wracając z Doliny Śmierci na lotnisku w LA też miałem, że wszedłem w ostatniej chwili. Już się rezerwowi pasażerowie zaczęli ustawiać do wejścia do samolotu. To wszystko przez wypożyczalnie. Miałem wyliczone co do minuty dojazd na lotnisko z hotelu. Ale nie przewidziałem jednego. O 6 rano wypożyczalnia była jeszcze nieczynna. Oczywiście to nie problem, bo jest drop off, ale problem był brak miejsc na parkingu. Jakby wypożyczalnia była czynna, to oddałbym przy wejściu do biura i już. A tak, to klops. Się pokręciłem trochę po parkingu. W końcu coś się zwolniło. Także do samolotu wpadłem z językiem na brodzie. Trzeci raz – wracałem do Polski (też chyba 2016 rok). Wiozła mnie ciemnoskóra kierowczyni Ubera. Śpiewała nie gorzej niż Rihanna, czy Beyonce. Było miło. Ale strasznie nie miło zrobiło się, jak do tunelu pod Hudson River wjeżdżaliśmy przez prawie 40 minut, a na Manhattanie korki gigantyczne. Walizkę oddałem na 5 minut przed zamknięciem bramki. Ufff. Wtedy właśnie postanowiłem nie latać już na JFK.

Wracając do naszego Gruzina. Biedakowi wycieraczka co chwilę się włączała. Ula zwróciła jeszcze uwagę, że ikonka silnika się świeci. Wystraszyliśmy się troszkę. Gdyby nie to, że koleżanka jechała najdalej, to może byśmy kontynuowali jazdę. Ale szczerze bałem się o nasze zdrowie. Także szybko zmieniłem adres na Sadybę. Dałem panu 1 gwiazdkę, żeby już więcej się nie spotkać. Koszmarny przejazd. Aha, Uber ma przewagę nad Boltem, że nie winszuje sobie opłaty za zmianę adresu podczas jazdy. Ostatnio jechałem Boltem i jak chciałem pojechać gdzie indziej, to zobaczyłem komunikat, że opłata 6 zł się należy. Także uwaga na to.

Pod blokiem Ula wyciągnęła telefon i nastawiła Ubera (opcja Uber x). Na moim pokazywało 22 zł, u niej – 35 zł. Powiedziałem jej, że jeśli ona zamawia, to może znowu trafić na naszego pirata drogowego. Wybraliśmy tym razem Uber Comfort (46 zł). Przyjechał … Gruzin. Ale na szczęście nie ten. Żegnając się z towarzystwem od razu zażądałem potwierdzenia dojechania do domu!

Coś dziwnego z tym Uberem. Coś dziwnego z tą pogodą. I zawsze takie anomalie jak Ula z Teksasu przyjeżdża, hmmmm 🙂

 

loki nakręcone

a z oczu pada deszcz.

nie uwierzycie co za mną chodzi! Swego czasu (maj?) najlepiej sprzedająca się płyta w Polsce. Sanah i jej „Królowa Dram”. Naprawdę niezły pop. Troszkę proponuję poprawić wymowę/dykcję. To znaczy proponuję troszkę poprawić. Ale brzmi to fajnie. Proszę pana! Po co mi ta spina?

 

Buteleczki nagazowane to można pić bąbelki. Butelek ci u mnie niedostatek, ale te przyjmuję chętnie. Jakiś taki Władek II Jagiełło się zrobiłem. A co?

W ostatnich dwóch dniach deszcz mnie zlał … pod domem. Pech!

Byłem dziś na sushi. A mam takiego japońskiego żarłoka Piotra. Wiadomo. W poniedziałek Piotra i Pawła. Imieniny tego sklepu. To podbiegłem do kumpla, bo mieszka 10 km ode mnie. Przekąponowałem się i polecieliśmy na japońskie. Ohi Tashi (smażony szpinaczek. Po co mi ta ta szpina?) wziąłem sobie na przekąskę. Mniam i mlask. Polecam Sakaba sushi. Kolega to taki żarłoczek i jak widzi jedzenie, to cieszy się jak dziecko. Ale sam skubany gotuje lepiej niż Magda Gesller albo Gessler. Zawsze bierzemy łódkę, podajemy kwotę i prosimy, żeby spoza karty nam coś do tej łódki zapakowali. No mniam i mlask!

Jeszcze później u przyszłego solenizanta popróbowaliśmy balentyny 12-letniej i Bolt po mnie przyjechał. Ciekawy kierowca. Ukrainiec. Po rosyjsku nie można było mówić, bo w jego rejonie mówią po ukraińsku albo po ichniemu (gdzieś pomiędzy Kijowem a czymś tam mieszkał). Zapytałem go o Czarnbobyl. Atrakcja turystyczna. Nie dziwota. Kiedyś mnie Piotr od sushi namawiał, żeby tam pojechać. Ale ja mówię „nie”. Bo później w formularzu o darmową czekoladę mam pytania różne i mogą mnie zdyskwalifikować. A podatki same się nie zapłacą.

Śmieszna rozmowa z Victorem:

  • no chujowo było – mówi. Nie wiem jak powiedzieć
  • to po rosyjsku powiedz – mówię mu
  • хуёво
  • aaa, chujowo
  • tak

Się dogadaliśmy.

Pamiętajcie, za ponad 7 godzin zaczyna się akcja. Długopisy w dłoń, maski na twarz. Wypad!

 

plażki egipskie

Blin! Jakby powiedzieliby to wschodni sąsiedzi.

Naszły mnie plażki jakieś. Zasada, że jak się wali, to wszystko i wszędzie, sprawdza się.

A zaczęło się to, tak mi się coś wydaje, od momentu zakolegowania się z księciami. Eh. Muszę chyba zakończyć te znajomości. Święty już i tak nie będę.

 

Pierwsza plaga

To wszystko zaczęło się na Białołęce w pewną sobotę. U naszego kolegi z liceum Piotrusia. I jakie pyszności jedliśmy, a jakie napitki mieszaliśmy. Na drugi dzień jakoś wszyscy byli jeszcze mocno zmęczeni i w bólach. A ja na dodatek, wróciwszy do domu, lekko zalany, postanowiłem być hojny i pozwoliłem się mojemu laptopowi jeszcze zalać. A co ma mieć gorzej ode mnie. Tym razem jakiś spanikowany nie byłem. Wcześniej, z 5 lat temu, jak się laptop napił kawy, to od razu była rozpacz. A teraz? Jakoś tak bez żalu. Zadzwoniłem do kolegi z pracy iRadka, który jest mistrzem w orientowaniu się w sprawach z jabłkami. Cenię zawsze jego zdanie i rady. Poleciałem też do Słodkokwaśnej, bo pamiętam, że on też kiedyś miał przygodę z lapsem. Wybitny Warszawski Kucharz i Fotograf nie był w stanie pomóc, bo jednak nie miał śrubkrętów pasujących. iRadek polecił mi dwa serwisy – Jabłkowy i MacMajster. Ok. Sprawa załatwiona. 3 razy latałem do MacMajstra. Obsługa żenująca. Koszt naprawy …przemilczę.

 

Druga plaga

Zalałem sobie mieszkanie. Na szczęście izolacja wodna dobra, bo nie dopuściła zalania sąsiadów. Poszło w ściany i w podłogę w pokoju. Przyszedł śmierdzący pan z PZU i oględził. Porobił zdjęcia i wziął numer rachunku bankowego. Powiedział, że odezwą się z kosztorysem i jak się zgodzę, to przeleją mi kasę. Chwilę później zadzwoniła Monika i powiedziała, żeby nie dawać im numeru rachunku bankowego, bo przeleją i mają cię w dupie. Ooops.

Ale jeden kolega książę powiedział mi, że oni jak podadzą kosztorys, to wtedy zapytają czy przelać. Wtedy mam powiedzieć NIE. Cóż, nikt się nie odezwał. Po kilku dniach konto zasilono kwotą 507,80 zł. I, jak przepowiedziała Monika, mają mnie teraz w dupie. Dwie ekipy remontowe powiedziały, jak już przestały się śmiać, że takiego czegoś to się nawet nie podejmą. Bo szkoda im czasu. Znalazłem trzecią ekipę. O sposobie załatwienia tej plagi nie powiem ze względu na różne urzędy fiskalne. Powiem tylko, że jestem parę złoty w plecy. Ale tylko parę (na szczęście)

 

Trzecia plaga

Wesele kolegi. No może to nie plaga. Niech się ludzie weselą, łączą w pary, kochają się. Tylko to wydatek kolejny: mucha, buty, garnitur, kwiaty, kartka z życzeniami, Uber w jedną, Uber w drugą stronę. No same wydatki. Także zabawa już za 7 dni.

 

Czwarta plaga

We wrześniu Słodkowaśna i jego pani oddała mi stelaż do sofy. Bo się przeprowadzali nieopodal. Ucieszyłem się bardzo. Zakupiłem materac w IKEA pasujący do łóżka za niemało. I już. Po prawie 7 miesiącach coś pękło, coś łupnęło. Myślałem, że to te deseczki, na których osadzony jest materac. Ale niestety NIE. Stelaż pękł. Załamka! Gdyby nie to, że ten materac jest nowy i trochę kosztował, to w diabły wywaliłbym wszystko i kupił nowe łoże. A tak, to niestety teraz spawacza szukam. I w końcu do czegoś przydał się opasły tom o tytule „Wielki słownik polsko-angielski”. Na razie dobrze leży pod łóżkiem.

 

Piąta plaga

Kolacja z Ulą z Teksasu i Grześkiem. Jak co roku się z Ulą spotykamy. To był już trzeci raz. Pierwszy raz gdzieś na bulwarze siedzieliśmy we dwójkę. Rok temu w knajpce z rybkami z Rudą Ewą, koleżanka moją z Auchan. A w ostatni czwartek Grzesiek się dołączył, bo bardzo chciał Ulę poznać. Jako, że wszyscy są tatarożerni, to zaprosiłem do zaprzyjaźnionej knajpy. A słyszałem też, że restauracja słynie z pysznej kaczki, to wzięliśmy kaczki. Ula nie brała, bo nie może jeść na mieście. Mam się wtedy gniewa i podejrzewa, że córka pewnikiem chora jakaś. Wiem, mam tak samo w Białymstoku. Jak na Wielkanoc powiedziałem, że nie jem tego i tamtego, to mama na poważnie zapytała „ale przyznaj się, chory jesteś? Ale powiedziałbyś mi?”. Eh te mamy.

Plagą nie było wykosztowanie się w restauracji, bo zaprosiłem znajomych z wielką radością. No i dostałem prezenty, także zwróciło się.

BOLT mnie oszukał. Zamawiam kurs. Wychodzimy przed lokal, a pana nie ma. Niby dojeżdża jeszcze. Kręcił się, kręcił i odjechał. Dziadu nie anulował kursu, więc nie mogłem nic zrobić. Ani nie mogłem anulować ja, ani nie mogłem zamówić nowego. Ula zamówiła Ubera i się porozwoziliśmy. Po dotraciu do domu dostałem maila z kosztem mojego kursu w kierunku przeciwnym niż wybierałem. Wczoraj pani konsultantka napisała, że oddali mi kasę. Ciekawę gdzie, bo na karcie jeszcze nie widać.

Ciekawe jak ustosunkują się Ula i Grzesiek do tej plagi? Już podczas spotkania obawiali się, że ich obsmaruję na blogu. Ha, nie obsmarowałem. Fajne spotkanie. Następnym razem widzimy się w Austin Uleńko. Patrzyłem na mapę – podróż autem od Uli do Uli tylko 26 godzin.

 

Plaga szósta i jak na razie ostatnia, choć jak wiemy plag egipskich było 10. Blin! 4 to go!

Wczoraj miałem wyskoczyć do znajomych. Pomyślałem, że rowerem podskoczę. Bo to zdrowo będzie. Naubierałem się jak głupi. Założyłem koszulkę z rowerem i zbiegam do rowerowni. Szybkim ruchem odpinam kabelek do mocowania pojazdu. Płynnym ruchem szarpię go i jak mnie końcówka nie uderzyła w oko. Poczułem jak mi się białko wylewa z oka. Przez kilka chwil stałem z zamkniętymi oczami. Bałem się, że jak otworzę, to oko mi wypłynie. Ale naszczęście udało mi się otworzyć lewe oko. Wyciągam telefon. Oczywiście Face ID w iPhone nie działa na jedno oko. Wpisałem szybko kod 3529 i włączam aparat.

Eeee, to tylko krew. Oko całe i białko białe. Rozciąłem tylko między brwią a okiem. I powieka ciut mi spuchła. Poszedłem ledwo żywy coś zjeść do Segmentu i okazało się, że koledze Face ID się popsuło w telefonie. I jak poczytaliśmy w necie, to ponoć jakaś częsta plaga. Jak znam złośliwość rzeczy martwych, to pewnie będzie plaga numer 7 u mnie. Albo 8, bo …

 

Plaga siódma

Miałem właśnie wskoczyć na rower do IKEA (jazda na ponad godzinę w jedną mańkę). A tu mi Ula pisze z Teksasu, że właśnie w Wilanowie przed chwilą burza ich złapała. Ale czemu ja nic nie widziałem? Przecie do pałacu w Wilanowie mam ze 3 km. Dziwne.

 

 

A jak było naprawdę? Według Biblii?

1 zdechłe ryby w Nilu

2 żaby wszędzie

3 komary i zamiana bydła w komary

4 muchy wszędzie

5 zaraza na trzodzie chlewnej

6 pył wszędzie

7 grzmot i grad

8 szarańcza

9 mgła i spanie przez 3 dni. To plaga? Toż to przyjemność

10 śmierć pierworodnych

 

Jakiś nieludzki był ten bóg Jahwe. Żeby tak ludzi karać. A bóg ponoć jest miłością.

Kto traci boga, traci wszsystko – taki napis mam na kościele nieopodal.

 

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑