Tag: apple

dzień wokół nas, eroll

czyli Jeruzalem płonie w oddali.

 

Miałem pisać o pewnym serialu na N. Ale stwierdziłem, że co ja jestem? Filmweb? I pozwlekałem i zapomniałem już o tym. Ale teraz słyszę w radio jak pan pyta panią, czy wie, co 29 lat temu, w 1991 roku, weszło na Listę Przebojów Programu 3. Pani odfuknęła szybko – miałam wtedy 2 lata.

Uwielbiałem ten utwór, ten zespół, ten album. A jak wypuścili „Son of the Blue Sky”, to już w ogóle w Polsce epidemia Wilków nastała. Mieli swój czas. Pamiętam jak byłem w sklepie muzycznym za debiutem Wilków. To były czasy, kiedy zaczęto tępić piractwo i miało się już alternetywę – piracka kaseta za 10 000 zł, albo oryginał za 38 000 zł. Różnica widoczna, c’nie? Przeważnie piraty miały gorszej jakości wkładkę i książeczka była tylko taką okładką-wkładką. Oryginały miały wsad z obrazkami, tekstami. Także na bogato. Poprosiłem pana sprzedawcę o pokazanie oryginału i pirata. Okazało się, że różnią się tylko odcieniem niebieskiego. Oba produkty miały identyczną … książeczkę. To po co przepłacać. To był chyba ostatni raz, kiedy kupiłem pirackie wydawnictwo polskiego artysty. Kiedyś Michał Wiśniewski mówił mi, że na spotkanie z fanami jakaś laska przyniosła piracką płytę CD do podpisu. Zapytałem, co zrobił. Powiedział, że zniszczył płytę.

W ubiegłym roku poszukałem na iMusic Wilków. I czar wrócił, błysk nadal jest. Cały czas podoba mi się też „Aborygen”.

Ale, motyla noga, 29 lat to już!? Szok, jak czas pędzi. Przecie ja mam … 29 lat (przymrużenie oczka)!

I w tym samy radio, w tym samym programie pan powiedział, że młode pokolenie nie zna ogromnego przeboju, jakim był album Myslovitz „Miłość w Czasach Popkultury”. Ale co się dziwić, skoro to wydano w 1999 roku. Nie było tej młodzieży na świecie jeszcze. Ale niedawno pojawiło się to wydawnictwo na serwisach streamingowych na S i T. Wydaje się, że na iMusic raz te nagrania są, raz nie ma. Bo jak coś sobie ściągnę do biblioteki muzycznej, to za chwilę staje się nieaktywne. Ale wydaje mi się, że tego wydawnictwa nie było nigdy na apple’owym serwisie streamingowym. Muszę teraz zerknąć. Płyta mi się podobała prawie w całości. Oprócz tego koszmarnego – i nawet kiedy jestem cham, nie zmienię się. No radio obrzygało nas tym hitem. A w radio prowadzą audycję o serialach i państwo prowadzące zaprezentowało „Nienawiść” Myslovitz właśnie, bo to przecie z serialu „Ślepnąc od świateł”. Nie wiem, nie widziałem, nie mam HaBeO.

Wartość dodana z tej audycji radiowej, to fakt, że dowiedziałem się, że w marcu 2021, jak nic się nie wydarzy pandemicznego, nastąpi debiut serialu Many Saints of Newark, czyli prequel The Sopranos. To jest jeden z moich najbardziej ulubionych seriali. A dlatego, że lubię mafijne klimaty. A dlatego, że kręcili to w okolicach Jasnego Zieleńca w stanie New Jersey, do którego zajeżdżam regularnie od 13 lat już. I niektóre scenerie rozpoznawałem. Czyli taki swojski serial. A dlatego też jeszcze, że obsada aktorska świetna. Szkoda, że James Gandolfini odszedł od nas w tak młodym wieku. Zagrał Tony’ego Soprano rewelacyjnie. Ten serial z przyszłego roku ma ponoć odpowiedzieć na wiele pytań, gdyż zakończenie serialu było wieloznaczne. Ale przede wszystkim ma pokazać jak się to wszystko zaczęło. Młodego Tony’ego zagra syn – Michael Gandolfini. Nie mogę się doczekać. Może Dexter wróci w końcu z Kanady? Bo serial też świetny, ale zakończenie koszmarnie banalne. Ale byłem i w Kanadzie, i na Florydzie. Ja nie wróciłbym.

Koniec o wątkach pobocznych. Wracam do Wilków i właściwego serialu.

„W głębi lasu” wchłonąłem szybciutko. I jestem pod wielkim wrażeniem. Świetnie dobrana obsada. Bardzo dobra gra. Brawa dla scenarzysty za przeniesienie miejsca akcji spod Nowego Jorku do Polski. Kilka drobiazgów do zauważenia, to:

– górna warga matki głównego bohatera. W tamtych czasach chyba nie robiono na taką skalę operacji plastycznych. A medycyna estetyczna była bardzo niszowa albo w powijakach. Pani wyglądała dziwnie. A to za młodu ładna kobieta była. Dziwię się, że wzięto ją do obsady. Mogli lepiej się przyłożyć do zachowania realiów 1994 roku

– na początku pomyślałem, że kolejna produkcja cofająca się do lat 80-tych. I zdziwiłem się jak zobaczyłem retrospekcję z 1994 roku. Ale później nie miałem już takiego rozdźwięku i dyskomfortu

– końcówka jak dla mnie była lekko banalna. Wzdrygłem ramionami, jak wytłumaczyli i rozwiązali te zagadki. Ale cliffhanger jest. Ciekawe, czy pan Coben skusi się na kontynuację? Na razie się zarzeka, że nie. Pożyjemy, zobaczymy. Może powstanie druga seria bez książki?

A co mi się bardzo nie podobało? Jak zwykle w polskich produkcjach?

Dosyć szybko musiałem włączyć napisy. Nie rozumiem tego. Czy naprawdę to jest taki wielki koszt dobrze nagłośnić aktorów? Ktoś mi kiedyś powiedział, że w Stanach jak kręcą swoje filmy i seriale, to 15 mikrofonów wisi nad planem. W Polsce ponoć tylko 2. I to niestety słychać. To znaczy nie słychać. Wstyd.

 

A co się bardzo podobało? Muzyka. Słyszałem rozmowę z panią odpowiedzialną za dobór melodii. Mówiła, że najpierw miało być zagranicznie, ale później stwierdzili, ze jak to ma iść w świat, to niech będzie polskie. Że my nie gęsi i też swoje piosenki mamy. I fajnie to zabrzmiało. Ponoć tylko Spin Doctors „Two Princes” się ostało, bo to taki masakryczny hit był. Był, ale czy ja wiem? My raczej doń nie pląsaliśmy. Z naszych osiemnastek, to pamiętam Clawfinger i ich „Tell me the truth motherfucker” oraz „Ni*ger” z debiutu „Deaf Dumb Blind”.

Ale tego akurat zabrakło w tej produkcji.

Czytam zarzuty, że muzyka nie jest dobrana dobrze chronologicznie. Że kto słuchał Janerki/Klausa Mitffocha i jego „Konstytucji” na biwakach? Że słuchanie Maanamu to obciach był. Że „Dzieci” Elektrycznych Gitar, to taki jakiś pijacki przebój dla rodziców, którzy pozbyli się pociech z domu.

Cóż, Wilki z 1991 roku mogły być przecie słuchane w 1994 roku. Gorzej, gdyby akcja działa się w 1990 roku i młodzież śpiewała Eroll’a.

Co do Janerki. To fakt, my też nie słuchaliśmy. Ale w odpowiednich środowiskach? Czemu nie? Nie każdy musiał być mainstreamowy.

Hey’a potwierdzam. Dwie pierwsze płyty katowaliśmy równo na wyjazdach klasowych i prywatkach.

Maanamu nie słuchaliśmy jednak. Ani nowych przebojów, ani starych. Ale nie pamiętam, żeby to był obciach słuchać ich.

„Dzieci” były hitem, który nuciła cała młodzież. Na szczęście przebój to był krótkotrwały. Pojawił się i znikł. Na szczęście. Hitem dla rodziców to był rok 1998 i Kult’owe „Gdy nie ma dzieci”.

 

Serial polecam. Szkoda, że nie można tego odzobaczyć i jeszcze raz popatrzeć. Eh.

 

bóm wakacje w rzymie!

Kto pamięta taki zespół?

Hejka kochani jak się macie? Bo ja z dnia na dzień coraz lepiej.

Pics/photo – https://1drv.ms/f/s!AiQCiXakH-geplf_jQBNeIRnfbVw

Zrzut ekranu 2018-10-28 21.54.24

Myślałem, że mnie ta swobodna włoska flegma wkurwia, ale dziś (pisane 24.10) już wiem, że nie.

Tak, jestem w słonecznej Italii i muszę Was zmartwić, że jest bardzo ciepło. Zapodawany jest krótki rękaw i nogaw! Nie mówiłem wiele o tym wypadzie, bo jakoś nie chciałem. Chciałem zrobić taką niespodziankę. Kto mnie śledzi na Insta, to mógł się zsiurpryzować.

Bum! Insta story z Wiecznego Miasta!

W marcu 2006 roku byliśmy. Nie wkładałem ręki do paszczy prawdy (mouth of truth), czyli zgodnie z tradycją nie powinienem byłem odwiedzić Romy raz jeszcze. Nie wrzucałem do fontann monet. A jednak. Nie tak dawno, jak z 11 miesięcy temu poznałem w lokalnym barze małżeństwo. Szybko się zaprzyjaźniliśmy, łącząc się we wspólnej pasji czy to muzycznej, czy to kulinarnej, czy to browarniczej, a nawet destylarnej. I tak od samego zapoznania się przebrzdąkiwaliśmy, że chętnie ten Rzym można by odwiedzić. Ja pod kątem 70. urodzin mego Papy. Myślałem, żeby zabrać, pokazać. Ale niestety, o 10 lat za późno. Mama się boi latać, a Tato się męczy po paru krokach. A łażenia tu od groma. 60 km mam w nogach po niespełna 5 dniach.

No to pojechaliśmy. Jesteśmy. Chillaxujemy się.

Wino, jedzenie – mlask i mniam.

Na sam przód, przez pierwsze dni irytowała mnie włoska beztroska. Wszystko w dupie mają. Innych też.

Najpierw ponarzekam, a raczej opowiem o tym, co mnie dziwi.

Trawmwaje, metro – ill communication!

Matko boska! To jakaś kara boska, a nie transport. Już teraz wiem czemu bilet ma ważność 100 minut. Ten tramwaj się przesuwa poooooooowwwwwwwooooooollllliii. Podjazd, stop, ruch, czerwone światło, stop, stop, stop. Same pojazdy, to jakieś trupy. Tylko poręcze i siedzenia widać, że zamienione na nowe. Ale jakoś dziwnie. Mało tych poręczy. Dziś trzymałem rękę wysoko, żeby pani się mogła chwycić. I głowa pani smyrała mnie po paszce. Nawet nie chcę zaczynać o metrze! Jessu. Non stop przeładowane pociągi. Na naszej linii pociąg jeździ co 12 minut. Nie wiem, czemu nie zwiększą, skoro tyle luda!? No w Warszawie to by nie przeszło. Można mówić o korkach nad Wisłą, ale to wszystko jakieś inne, cywlizowane. Choć z drugiej strony, jak wsiadam u siebie na Bonifacym lekko po 7, to „no way Jose,  żeby wsiąść”. A przystanek to 3. raptem od pętli.

Nie wspomnę już o rzymskich dzieciach, które siadają i mają w nosie ustępowanie. O dorosłych, którzy odpalają filmy, youtuba i słuchają. Dziś byłem bliski OPR pana. Ale o tem potem. Chyba tylko autobusem idzie jechać. Bo jedzie po szynach. Ale jedzie! I nie jest zatłoczony.

Do you speak english?

Zapomnij! Ciężko jest. Tak samo jak francuzi – włoski nie gęsi i swój język mają. Dziwiło mnie, że młodzi nie mówią. Tak samo było w Germanii. Dziwne! A słyszałem, jak 3 polskie nastolatki w Warszawie coś mówiły po angielsku. Kurna ale akcent miały! Zazdro!

Tu jest słabo. Ale podzielić ludzi można na 2 kategorie:

1 wal się, nie mówię

2 nie mówię, ale chętnie pomogę

3 mówię

no mówiłem, że 2 kategorie 🙂

dziś (25.10) akcja. Idę przez tunel. Wąski chodnik. Co chwilę wyprzedzam, bo nie chodzę jak ten ostatni. Kto mnie zna ten wie.

– excuse me

cisza i nic

– excuse me

nic

w końcu chłopiec woła koleżankę, a ja ją już klepię po ramieniu mówiąc

– are you deaf?

No co za dziewoja! „Scusa”a „excuse me” to takie inne? Wielce zdziwiona. Non capisco.  Ale to chyba nie kwestia włoskiego temperamentu.

Częste akcje w komunikacji warszawskiej:

– przepraszam

zero ruchu

– przepraszam

płoną łąki, płoną lasy. N-I-C!

– z drogi!

i kończy się na wypchnięciu delikwenta z drzwi. Ma się tę masę na szczęście. Ludzie to som takie głupie!

Aaaaaa. Dzięki Wahszawo za niewybranie byleJakiego phezydenta!

Może faktycznie trzeba kilku dni tu, by się przekonać. Bo dziś spoglądam na Rzym inaczej. Fajniej. Wszystko jest OK. Po co ten pośpiech? Słońce, radość, witaminy! Ciao!

Rzym jak Rzym, co będę przewodnik robił z blogu. Strasznie stare miasto, same prawie ruiny.

A serio? Cóż mogę powiedzieć? Jest pięknie. Trochę syfiasto, mało koszy na śmieci. Dużo ludzi pali. Brudnawo. Ale ogólnie miasto warte zobaczenia.

Żałuję, że nie ma w Polsce tej mentalności.

Kawa poranna na rogu. I z tego tylko pani żyje. Do południa – kawa, śniadanie i szlus!

Albo knajpka czynna po południu. Albo miejsce otwarte tylko rano. I zawsze są klienci. A mówię o południowym Rzymie, czyli takie Stegny/Sadyba. U nas pod tym względem jest słabo. Nawet jeśli coś jest, to pustki i hula wiatr.

Ten wyjazd zaliczam do „nie ma napinki”. Co zobaczę, to zobaczę. Muzea, kościoły mniejsze, większe ciekawe. Czuć historię.

Ale jest też kwestia kulinarna! Oj jest. Jadąc taxi z lotniska pan nam naopowiadał o paru daniach oraz targach. Za jego namową pojechaliśmy na zatybrze na pchli targ. Czego tam nie było? Tych straganów ze 40, sam nie wiem co się w nich mieści. Targ ma jedną zaletę – jedną alejkę. Ale jest to też minus – się ciągnie!

Na campo de fiori nie znalazłem pysznej porchetty. Smutna buzia.

Dostałem od koleżanki link do bloga dziewczyny, co z 50 razy była w Rzymie i zdarzyło się jej mieszkać calusieńki rok. To w sumie jak ja i Miasto. 13 razy, w sumie w każdym miesiącu byłem oprócz piekielnych czerwców i lipców. Prawie.

No i ta dziewczyna opisuje Rzym – nietursytczne miejsca oraz/i pyszne miejsca. Jak na razie rzymskiego przysmaku nie mogę znaleźć, czyli ogonów. Szkoda. Miałbym porównanie – Segment, moje, Rzym.

Ludzi od groma na mieście ale w sumie, to nie przeszkadza. Jedynie odepchnęło mnie, żeby wejść do Koloseum i Kapeli Sekstyńskiej. Nie, nie chciało mi się. Stary chyba już jestem. Na szczęście byliśmy w Coloseo w 2006 roku. A kaplica? No cóż. Nie od razu Rzym zbudowano, czyli nie można mieć wszystkiego.

Rome wasn’t built in a day!

Inne freski też mi się podobały. Klikłem sobie wczoraj na rzeczy warte, ale nieoczywiste, i godne zobaczenia. Padło na zamek Św. Anioła. Polecam! Fajne miejsce. Zwiedza się na idąco (czy idąc? Jessu, co z moim polskim?). Atrakcją są widoki! Pół Rzymu widać. I pół Watykanu! Przepięknie!

Co do wyborów, to powiem, że spotkałem wicepremiera Włoch. Co za szczęście? Pani właścicielka jest powściągliwa w opiniach i mówi, że nie wypowie się na temat tego pana. Było jakieś zamieszanie na placu, to „poszłem” pocykać zdjęcia panu. Wysłałem foty do kolegi z Turynu i do Emanueli właśnie. Pani powściągliwa, a kolega zachwycony. Że ludzki pan, że dobry pan. Także jak widać, zdania są podzielone.

W sobotę poszliśmy na rekomendowane makarony. To znowu ta pani, co 50 razy była. Koło Watykanu. Faktycznie fama się po mieście niesie, bo dużo ludzi z otwartymi mapami google’a i tripadvisorami. Fajne bistro. A co do smaku, to powiem, że w Polsce takiej carbonary nie jadłem. Zupełnie inny smak. Oryginalny i prawdziwy.

Stamtąd przeszliśmy się do Bazyliki św. Marii na Zatybrzu, w dzielnicy Trastevere. Co za piękne miejsce ten Trastavere! Zaskoczyło nas. A kościółek bardzo uroczy. Polecam tę dzielnicę.

Wczoraj wyskoczyłem na naszą dzielnię, do jak się okazało bardzo sympatycznego miejsca. Piwo craftowe, muzyka prawie jak od DJ – klasyczny hip hop i rap zmashupowany. Bardzo sympatycznie. Obok siedział ciemnoskóry chłopiec, który swojej pani śpiewał – No Sleep til Brooklyn. Dziewczynkę chyba bajerował, bo z Miasta był, a ona by chciała tam pojechać. Ale fajnie pan podśpiewywał, a ja się gibałem. Wróciwszy tam wieczorem trafiłem na jazzowy koncert. Poznałem kapelę na przerwie na papierosa. Fajna wokalistka z Chile (tylko nie wiem czemu podczas występu mówiła, że z Brazylii jest). Oprócz zespołu zagaiłem dziewczynę o blond włosach:

– hi, do you speak english?

– yes

– can you tell me why italians do not speak english?

– i don’t know. I am from Switzerland. I speak 4 different languages

– oh yes, you are excused 🙂 i can only say 2 words in Swiss – Roger Federer

Fajna dziewczyna. Później dołączył Włoch i zapytałem o to samo. Nie potrafił odpowiedzieć. Powiedziałem im, że w Polsce, to już są takie czasy, że od przeczkola dzieciaki mają angielski.

Dziś (sobota) postanowiliśmy zajrzeć do Caravaggia i jego „Wróżbitki”, czyli do Muzeum Kapitolińskie. Świetne miejsce. Trochę za dużo chodzenia ale kilka rzeczy godnych obejrzenia. I w międzyczasie przechadza się zwiedzający po taki tarasie z widokiem na Forum Romanum.

I tu chyba koniec rzymskich wakacji, bo faktycznie jaki przewodnik mi wyjdzie. Rzym fantastyczny. Tylko ta komunikacja jakoś mi nie leży. Nie wiem, czy dałbym radę się przyzwyczaić.

Dodam na koniec, że na sam przód przyjazdu, na lotnisku, spotkaliśmy pana:

https://www.youtube.com/watch?v=Q0wZQbK938Y

szok!

kabel

Hejka kochani. Jak się macie? Bo ja super.

 

Jesssu, ja to w jakimś marketingu albo pi-jarze powinienem pracować.

No wszędzie znajomości nawiążę. Z każdym zagadam.

Na każdym evencie służbowym poznam ciekawego klienta. A jak muszę coś zorganizować, to też bez problemu zagadam. Wybadam, ogarnę.

Zachodzę ja ci na Okęcie. Pani miła w okienku, to się uśmiechamy.

Aha, moja waga domowa ssie! Ważę się ja ci i patrzę, że mam 26 prawie kilo. Myślę sobie „o-o. Nie za dobrze“. Wyrzucam ze 2 pary butów, to i tamto. Odkładam flaszeczkę. Nadal powyżej 25 kg. Poddaję się. Najwyżej dopłacę za nadbagaż. Kładę ja ci walizę na pas i w szokum jest! 23,8 kg! Waga z Eur Agd. Oszusty. To ja zapewne nie ważę 100 kg!

Wracamy do pani z okienka.

– ale po cóż mi pani kartę drukuje, skoro mam w telefonie?

– a wydrukowałam ja ci już

– ok. Dziękuję

I zerkam. I co ja paczę!? Pierwotnie mój lot o 17.30. O 20.55 ląduję na Newark i po godzinie, mniej więcej, cmok cmok z Ulom!

– boarding o 19.15?! dokąd pani mnie wysyła?

– aaaa! Bo opóźnienie jest. O 20.00 wylot

A idź ty na chuj i nogami wymachuj. Jakby dali znać wcześniej, to bym w robocie został do 16.00.

Ale konwersuję z panią i się śmieję, i mam ubaw po pachy, No co zrobić! Trudno. Uwielbiam 5 godzin na lotnisku spędząć. Niedawno w Tel Avivie się pysznie bawiłem.

No serio, to słaba akcja. Przecie 2 i pół godziny obsuwy, to ja ten cmok cmok gdzieś o około północy zrobię.

No nic. I bramka 15-16N. To samo co do Izraela. Wiadomo, w USA najwięcej obrzezańców mieszka.

Poszedłęm ja ci do naszego ulubionego baru. Pani ta sama, co wtedy. Ale chyba przeszkolili, bo już nie taka wkurwiona na robotę. Nawet się pouśmiechalim. Placki sobie wziąłem ziemniaczane.

Pomyślałem sobie, że może lapsa odpalę. Ale brawo ja! Ładowarka w walizce.

I co ja paczę!? Panoczek siedzi z mac bookiem pro! To podbijam.

– dzień dobry, przepraszam, może ma pan ładowarkę do lapopa, bo bym chętnie się naładował, a zostawiłem kabel w walizce.

– jasne, nie ma sprawy.

I tak poznałem Przemka. Weteryniarz, od 37 lat mieszkający w USA, obecnie w Lambertville, na granicy z Pensylwanią, czyli jakaś godzina dwadzieścia od Jasnego Zieleńca. Laptop się ładował nie będąc kompletnie używany. No tylko ten raz, żeby sprawdzić gdzie Rzym, gdzie Krym, a gdzie Moskwa.

Przemek z Warszawy. I też wpieniony na opóźnienie, bo by mógł ze swoją mamą dłużej posiedzieć. A tak, to gnije na lotnisku. Mówił też, że jego żona leciała niedawno i też opóźnienie mieli. Identyczne. Także LOT- szmrot.

I tu wtrącił się Krzysiu. Z Tarnowa. Śmieciami albo myjnią samochodową obraca w USA. Dał Przemkowi wizytówkę i sobie rozmiawiamy.

– wiesz, ale spisz numer i oddaj mi wizytówkę, bo mam tylko jedną

– zrób zdjęcie i mu oddaj – wtrącam

Ja namiaru nie chciałem, bo powiedziałem, że tam nie mieszkam. A kolega wziął, bo ponoć blisko siebie mieszkają. Krzysiek gdzieś z brzegu Pensylwanii.

Osoboliwa postać ten Krzysiu. Nie pił! Dziwne. Polak i nie pije. Pewnie jakiś łobuz. Twierdził, że musi bęben zrzucić, bo stara go gania. Ale kabanoski od Przemka wciągnął.

A jak mi się oczy zaświeciły, jak mój nowy przyjaciel pistacje wyciągnął!

– znasz? Lubisz te orzeszki?

– czy ja znam?! Przemek, przecie zeżrę wszystkie i nie przestanę, jak nie skończę.

Jakżem powiedział, takżem zrobił.

Krzysiu się oddalał ze dwa razy do palarni, a my się cieszyliśmy konwersacją, śmiejąc się gromko.

Nawet jakiś chłopiec nas zaczepił, czy nie możemy mu przylukać lapsa i plecaka, bo do toalety chce wyskoczyć. To przypilnowaliśmy.

Aha, przy check-in-ie wczoraj wybrałem sobie mądrze rząd przy wyjściu ewakuacyjnym. Jesssu, jaki ja bystrzacha! 2 metry luzu przede mną! Nogi można wyciągnąć. Aha, tym nowym dreamlinerem lecimy. Faktycznie jakiś inny, niż ostatnio miałem. Nic nie kapie i się tacka z ohydnym jedzeniem nie zsuwa (no jedzenie niestety bardzo na NIE).

Na bramce zagaduję panią. Widać, że większość pasażerów wkurwiona opóźnieniem.

– przepraszam, czy moglibyśmy z kolegą zmienić miejsca i siedzieć obok siebie?

– jessu, teraz pan to mówi? 2 i pół godziny opóźnienia, a pan teraz o to prosi?

– no bo się teraz poznaliśmy. Jakby była pani taka miła

– w samolocoe proszę zapytać. Pół samolotu puste, coś się da znaleźć.

– ok, dzięki, nie przeszkadzam

 

Ja miałem 20 rząd (pierwotnie 18 ale zmieniłem na ten ewakuacyjny), Krzyś 16, Przemek 14 i ta fajna dziewczyna też 16, bo ją coś Krzysiu zagadywał. Fajna dziewoja. Fajnie po polsku mówi. Powiedziałem jej, żeby podziękowała rodzicom, bo czysta przyjemność popatrzeć i posłuchać, tzn. posłuchać.

Aha, córka Przemka to jakaś szycha w szołbizie.

– znasz Lorde?

– czy ja znam Lorde. Przemek, uwielbiam Lorde i jej „Royals“

– no widzisz, bo moja Natalia ją odkryła i wypromowała

I pokazuje mi okładkę singla z dedykacją dla Natalii.

 

Rozścieliłem ja ci sobie kocyk na podłodze i sobie drzemię. Po 3 godzinach zmiana warty. Ja piszę, a Przemek chrapie.

„And we’ll never be royals
It don’t run in our blood
That kind of lux just ain’t for us
We crave a different kind of buzz“

 

 

 

 

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑