Tag: kurt cobain

chuda środa

Jutro wiadomix co jest! Przyrzekam, że ani jednego nie wtranżolę! Rok temu byłem blisko, ale niestety na koniec dnia pękłem. Dałem nawet wpis, że łamiąca wiadomość. Najgorsze było to, że ten pączek wieczorem był już starawy, więc mała przyjemność.

Teraz tak myślę, że jak mam jednak zostać pokonany przez moją słabą silną wolę, to może od razu z rana ze 2 wsunąć? Przecie jak siebie znam, to znowu, robiąc kroki, jakaś cukiernia mnie złapie i zbałamuci!

W Carrefourze dziś ładne takie mieli. Kolorowe. Zapakowane w plastikowe pudełeczka o kolorze transparentnym, czyli moim ulubionym.

No tak teraz myślę, czy to dobry pomysł? Złamać się od razu z rana i zjeść pyszunie, świeże pączusie? Czy starać się nie złamać i znowu jakiegoś starucha przetrącić o 19? Dylematy.

Paluszki sobie się goją. Na jednym cięcie cały czas widać. Na drugim ta linia jakaś przerywana. Pani pielęgniarka mówiła, że nie będzie śladu. Czekamy.

Nadal nie czuję czubków palców. Jak dotykam, to jakby nie moje. Dziwne. Ale pani pielęgniarka mówiła, że tak może być, ale wszystko wróci do normy. Czekamy.

Trochę stopy pobolewają, ale chodzę sobie dzielnie. Żałuję tylko, że biegać nie mogę i grać z chłopakami w bada znowu. Na szczęście na siłkę mogę uczęszczać, więc jakiś tam ruch jest.

Siłownia zmieniona. Jest … inaczej. W końcu w szafkach są wieszaki zamontowane na stałe, więc nie wędrują i nie giną. Szatnia jest jakaś bardziej przestronna. Tylko znowu obsługa numerki rozdaje jakoś nieroztropnie. Non stop koło mnie ktoś się kręci. A dookoła pusto. Dziwne. Ostatnio akurat się ubierałem i jak zakładałem dres to musiałem skakać na jednej nodze, bo ktoś akurat wchodził z lewej, a ktoś wychodził z prawej. A skakać tez nie mogę.

Ciszej jest. (Chamska) muza już tak nie napie…ala jak na starej siłowni. Powierzchnia do ćwiczeń ze dwa razy większa. Na dole ciężary w dwóch salach, a na górze oddzielna część na aeroby i oddzielna na takie tam (na nogi, na ręce, piłki, maty). Fajnie, podoba mi się. Nie ma też napakowanych osób, co śmiertelnie poważnie traktują zajęcia. Nikt tu nie zapisuje w kajeciku, że właśnie podniósł coś z milion razy. Także Nowa Siłka vs Stara Siłka 10 – 1.

A ten jeden to za to, że jak dzieci wchodzą do szatni, to ani be, ani mee, ani kukuryku. Na starej siłce wszyscy mówili „cześć” na wejściu i wyjściu. No może nie wszyscy, ale z 95%. Na nowej siłce z 95% … nie mówi.

Wczoraj pani prof. ze Szczecina zasmuciła mnie wiadomością. Też pisałem na moim blogu o tym panu, że widziałem go nie raz, nie dwa. Ale więcej już nie.

Przyjaciel Kurta Cobaina, Layne Staley’a, Anthony’ego Bourdain’a. Courtney Love wyciągnęła mu pomocną dłoń, kiedy za mocno się zatracił w niedobre substancje. Ponoć rozważali amputację ręki, bo była zmasakrowana nakłuciami. Wokalista Screaming Trees. Miał przygodę z Queens of The Stone Age, z PJ Harvey, z Mad Season, UNKLE. Genialne płyty wraz z Isobel Cambell. Duet z Gregiem Dullim, jako The Gutter Twins. No i solowe płyty ze swoim bandem. Mocny, mroczny głos. Koniec. Szkoda.

 

west coast part 1, czyli smells like teen spirit

a właściwie powinno być „…part 3“ bodajże. 2009 San Francisco, trasa nr 1 wzdłuż wybrzeża, 2010 San Diego, LA, Santa Barbara, Malibu.

13. raz jednak tu jestem, to gdzie można jeszcze by tu pojechać? Gdzie oczy poniosą. Padło na Seattle. A jak tam, to już blisko mamy do Vancouver i Portland w stanie Oregon.

Pictures/zdjęcia Seattle 30 kwietnia – 02 maja

Początkowo miałem spać gdzie indziej każdą noc. Ale ostatecznie postawiłem na trzy noclegi w stolicy grunge’u.

A czemu Seattle? Bo wielkim sentymentem darzę to miasto. Uwielbiam serial The Killing, uwielbiam/łem grunge.

W większości filmów, czy seriali miasto jawi się we mgle, mroczne, deszczowe, nieprzyjemne. Ale jednak intrygujące. Jak to miło się rozczarować. Było słonecznie i nawet ciepło. Raz jak chciało popadać, to akurat wyjechałem do Kanady.

Poczułem po raz pierwszy dobitnie, co znaczy „histora“.

Pamiętam jak dziś, jak Courtney Love na cmentarzu czytała list pożegnalny męża!

It’s better to burn out than fade away

Ostatnie słowa wokalisty Nirvana w liście pożegnalnym. Klub 27. Kiedyś się wydawało, że to taki poważny wiek. A teraz? Że to dzieciak był. Szkoda chłopca.

Ale ja i tak fanem Pearl Jamu byłem. Jak się okazuje, jedynego ostałego się przedstawiciela wspomnianego gatunku muzycznego.

Groby Andrew Wood’a (Mother Love Bone) oraz Jimmy Hendrix’a gdzieś w stanie Washington. Prochy Layne Staley’ego (Alice in Chains) w rękach prywatnych. Chris Cornell odpoczywa w LA. Także gdzie ten grunge? Gdzie te ikony?

A co do Kurta, to okazało się, że prochy rozsypane gdzieś nad oceanem. Nie ma grobu jednak. Yoko Ono grunge’u (jak określili ją bohaterowie filmu „Sprzedawcy/Clerks“) sprzedała dom, a nowi właściciele postawili szlaban, bo mieli dosyć inwazji fanów i nawet nie można już domu zobaczyć. Pytam się kierowcy Uber, po co ona dom sprzedawała? Kasy nie ma? Nie wiesz, jak jest drogo dom utrzymać – usłyszałem w odpowiedzi. No ale akurat jej chyba kasy nie brakuje. No nic. Jej sprawa. Narkotyki za darmo nie są. Klub The Crocodile odwiedzony. Wszedłem i wyszedłem. Gdybym miał 17 lat… tzn. 21, to bym został. I na tym pozostawmyż opis klubu.

Co prawda, można było zobaczyć taki pomnik kamień o nazwie Black Sun, o którym śpiewał Soundgarden, ale to trzeba by było iść, a iść.

Zdesperowany wyguglowałem chociaż „pearl jam grunge places“. I dostałem:

– w tej kafejce ten z tym się spotkał

– tu nagrali coś tam

– w tym miejscu zagrali koncert, który uwieczniony jest w teledysku „even flow“

– tu stał na rogu

– tam się potknął

i takie tam pierdołki.

Także grunge to historia. Miasto zupełnie nie pasuje do tego gatunku. Ale jak powiedział pan Uber – miasto się mocno zmieniło. I wsumie nie ma co się dziwić. Ładne, czyste miasto. Dużo inwestycji z wielkiej płyty, to znaczy dykty.

Grunge sobie podarowałem i postanowiłem zwiedzać miasto.

Na sam przód jadąc z Lotniska, wysiadłem w China Town. Jedno chyba ze słabszych dzielnic. Ale zarazem z dużym akcentem Wietnamu. Brama na wejściu jest, także wszystko się zgadza.

chinatown

Zobaczyłem Go Poke – hawajska knajpka. I było to dobre (surowe ryby marynowane lub nie w sałacie i innych dodatkach).

go poke

Poke (fish salad)

Poke /poʊˈkeɪ/ (Hawaiian for “to section” or “to slice or cut”) is a raw fish salad served as an appetizer in Hawaiian cuisine, and sometimes as a main

Podróże kształcą.

Ludzi na mieście nie za wiele. Pustawo wręcz rzekłbym. Ale ponoć to niedziela, więc nie dziwota. Najwięcej tłumu było przy Pike Place Market.

market 1

Fajne miejsce – owoce, warzywa, owoce morza można kupić. Zadziwiły mnie fioletowe szparagi. I oczywiście od groma miejsc, gdzie można przysiąść i skonsumować.

market 3

Parki, parczki też są. I mają takie totemy hawajskie, alaskowe. W ogóle Seattle i Vancouver to dużo urody azjatyckiej, hawajskiej i alaskiej.

totem

Podoba mi się Seattle z jeszcze jednej strony. Jest górzyste. No może nie są to ulice San Francisco, ale powspinać się trzeba. I uwielbiam trawaje i te ich trolejbusy, czy jak to zwać – streetcars. I robi na mnie wrażenie, jak widzisz panoramę miasta, albo jakąś jego część, a w tle wielkie góry nieumiętnie schowane w chmurach.

Dużo bezdomnych. I to mnie w sumie zaskoczyło. Bo ta część Stanów, co prawda na Zachodnim Wybrzeżu, do najcielplejszych chyba nie należy. Tak mi się wydawało. Więc raczej bardziej na południu powinni się wylegiwać – San Francisco lub Los Angeles. Ale w Vancouver pan przewodnik rozwiał wątpliwości. Kandyjskie miasto jest najcieplejszym miastem w zimie. Śniegu ostatnim razem mieli jeden dzień. Jak się pojawił, tak i szybko znikł. Także bezdomni byli. Leżeli sobie i już. Po raz pierwszy trzymałem portfel z przodu. Po raz pierwszy rozglądałem się dookoła przechadzając przez równe zakamarki. Po raz kolejny szedłem tam, gdzie oczy niosły, nie patrząc w jaką dzielnię wchodzę. Tak po 22 się zastanowiłem, czy jak by ktoś szedł z naprzeciw, to ja bym skręcił, czy raczej nie? Ale mam wzrost, wagę, mały nie jestem, czyli z daleka też mnie widać. I sobie szedłem po pustych zakamarkach obrzeży China Town. Przecie wiadomo, że Azjaci są mili i fajni! Tym sposobem zasedłem do knajpy etiopskiej. Taki pikantny tatar podany na naleśniku (nazywanym chlebem) oraz z kupką ciepłego szpinaku i kupką sera białego (bardziej do szopskiego, niż do fety podobny. Ale pewnie to jakiś afrykański ser był – home made tak stało w menu). Pan i pani się dwa razy pytali, czy ja oby wiem, że to surowe mięso jest i czy ja napewno zjem. Odpowiadałem, że jeśli to wołowina, to nie ma sprawy.

etiopia

Jedzenie bardzo słabe. Jalapenos papryczki zabiły smak mięsa. Mordę tylko wypaliło. Nasze tatary są bardziej smakowite. Na koniec powiedziałem państwu, że w Polsce też jemy surową wołowinę ale z cebulą i ogórkiem kiszonym. Wielce zadziwieni byli, tym towarzystwem mięsa wołowego. Eh, ślinka cieknie. Już wiem, co ugotuję sobie pierwsze, jak do domu wrócę!

AirBnB wzięte po raz czwarty okazał się w końcu dobry! Przytulny pokój. Czysto, schludnie, w pełni wyposażone mieszkanie. Duża garderoba, łazienka, pralka i suszarka. I mają w pokoju bed wall albo wall bed. Muszę chyba do tematu w Polsce wrócić tej meblościanki! Mankament – brak wifi, a podczas 3 dni zjadło mi ze 4GB.

Ciekawe jeszcze jest to, że żurawie budowalane są oświetlone. Ciekawe, czy to taka fanaberia, czy może, żeby samoloty widziały? Ale kto tak nisko lata?

crane

Jedyna rzecz, która mi się nie podobała, to wieża widokowa. Ten najbardziej znany budynek w Seattle. Niestety w remoncie, także widać było niecałe pół miasta – wodę, sypialnię i kawałeczek centrum. Ale zamiast 29, tylko 26$. Jak dla mnie – 10$ było to warte.

wieza

Cecha wspólna całego wyjazdu, tych trzech miast – zapach trawy dosyć nachalny. Ale to akurat mi nie przeszkadzało. I like to smoke a doobie every now and then.

Patrzę sobie na niebo i widzę jak leci samolot

A czyż nie mówili, że stamtąd Jezus nadszedł?

Z ząbkami piranii śnię o tobie…

Nie, nie zwariowałem. Zanuciłem sobie Marka Lanegana. Dwie jego piosenki z ostatniej płyty. Kto wie, ten wie co to.

Pan K. powiedział, że czytał, że to taki Tom Waits. Czyżby mój sen zrobił projekcję i wiedział, że przy okazji koncertu Marka wspomniany będzie Tom? Czytałem ten artykuł dziś.

Nie, nie byłem przekonany, że to Tom Waits, albo że to jakiś jego młodszy brat. Ale i po wczorajszym koncercie, i po przeczytaniu artykułu, i po odsłuchaniu dwóch ostatnich płyt, mam wciąż Toma Waitsa przed oczyma. Coś w tym jest, czy po prostu tęsknie za zobaczeniem Waitsa na żywo? Może zadzwonię do niego jak będę w Mieście, to na jakiś lunch wyskoczymy?

ale czy ten Mark nie jest łudząco podobny do Waitsa? jakby tak być koślawym na jedno oko…

Eh.

Wracając do 19 marca roku tego.

Support na szczęście nie był przerażający. Ale też nie powalający. Brzdąkanie w stylu grunge. Pomyślałem nawet, że Kurt Cobain żyje. Ale melodie ich to już nie dla mnie. Już mnie taka muzyka nie bawi. Creature with the Atom Bomb. No nazwa zespołu pasowała jak ulał. Dokładnie tak wyglądali. Pioseneczki mieli tak rozbudowane, że jak po 10 minutach brzdękania wokalista wydał głos, to aż się zdziwiłem, że ktoś tam na scenie jest i śpiewa.

W porównaniu z koncertem w Szkocji panowie rozgrzewający szybko zakończyli swój występ.

Pan Mark wyszedł wczoraj na scenę i już. Żadnego przymilania się. Żadnej miłości do tłumu. Stał sobie przy mikrofonie i śpiewał. Raz czy dwa głowę na prawo przekręcił. „Senk ju wery macz” z raz powiedział i już. Postawa typu take it or leave it. No prawdziwa gwiazda rocka. Szacunek.

Co mnie uderzyło w tym koncercie? Ano to, że pan śpiewał piosenki. Proste, rockowe piosenki. Bez żadnych ozdobników i fajerwerków. Prosto znaczy dobrze. Podobało mi się. Urzekło mnie do tego stopnia, że już zaemailowałem do Uli, że zobaczyć go w Nowym Jorku nada. Kanieczna!

Myślałem, że dEUS był OK. Ale teraz stwierdzam, że było widać przepaść w klasie artysty. A może po prostu i łagodnie rzec wypadałoby, że różnicę, inność?  Belgowie byli poprawni, dobrzy ale w porównaniu ze zmęczeniem i doświadczeniem Marka Lanegana wypadli faktycznie jak taki efekciarski Coldplay. Czyli dobrze mi się zdawało, że Proxima była za mała dla nich, albo oni za wielcy na Proximę. W Belgii wyprzedają koncerty w halach na kilkanaście tysięcy osób, więc to w Warszawie było jakimś mikro-występem. Może dlatego się nie zmieścili do polskiego klubu?

Jedno jest pewne. Proxima to nie jest miejsce na koncerty. Co prawda nie było wczoraj aż tak fatalnie, jak 8 marca, ale do efektu WOW było bardzo daleko.

Tout est noir, mon amour (wszystko czarnym jest, kochaniutka)

Tout est blanc (wszystko jest białe)

Je t’aime, mon amour (kocham cię, kochanie moje – no prawie jak Maanam)

Comme j’aime la nuit (jakżesz lubię noc)

 

Czyli lekcje francuskiego nie poszły na marne. Fajny jest ten „Gravedigger’s song”. Przy odsłuchaniu płyty na sam przód rzucił mi się “St Louis Elegy”. Ostatnio radio często przypominało „Gray Goes Black”. Pieśń Grabarza jakoś mnie nie urzekała. Do wczoraj, do wysłuchania wersji live. Najjaśniejszy punkt w tym dość mrocznym występie.

Teraz słucham sobie wszystkich jego solowych płyt. Powracam też do duetów z Isobel Campbell. „The Best ofScreaming Trees też jest gdzieś obok. Muszę jeszcze tylko The Queens of The Stone Age odszukać i przesłuchać. Udzielał się trochę Mark Lanegan. A tych projektów to ze czterdzieści – aż się samo ciśnie na usta.

Hm, When Your Number Isn’t Up z płyty „Bubblegum” łudząco przypomina tego Waitsa…jakby tak człowiek był przygłuchy na jedno ucho…

Z ostatniej chwili – niestety Screaming Trees wylatują aż poza kosz. No młodziutki wtedy był. I głos jakiś taki…

Taki jestem rozkoncertowany, że wyszukałem sobie koncerty w en-Y-cee.

Florence and The Machine – nie, bardzo dziękuję. Zdecydowane nie

Bruce “Boss” Sprongsteen – no musiałbym na głowę chyba upaść, żeby wydać 300$

The Cranberries – tak o 20 lat za późno

Mark Lanegan – myślimy, myślimy. Szukamy też okazyjnych cen biletów

Nino Katamadze Tato-ma-gazę – ha, wszyscy o niej już zapomnieli, a tu dziś mi Ula o niej przypomniała. Szkoda, że koncert w dniu, kiedy będę już podziwiał z góry nocną panoramę Miasta. Ceny też niczego sobie. Ceni się!

Jakoś nic więcej ni przykuło mojej uwagi. Madge ze swoją cyrkową trupą wybiera się do Miasta jakoś na jesień. Marillion na lato się zapowiedzieli. No może co jeszcze się pojawi w tak zwanym międzyczasie.

I tak a propos i tych koncertów, i mego lotu (tak, tak, to już za 38 dni), i opowieści koleżanki pracującej w LOT-cie, że limity bagażu się pozmniejszały, odkryłem, że jako członek programu  Miles+More przysługuje mi inny, większy limit bagażu! Choć raz się do czegoś ten program przydał.

Odkryłem właśnie coś. Urzekł mnie niedawno duet Beth Hart i Joe Bonamassa w piosence „I’ll Take Care of You”. To polecam również płytę z 1999 roku Marka Lanegana. Utwór drugi jak i sam tytuł płyty nie wymaga już podawania. Zdecydowanie inna wersja. I głos jakiś łagodny i młody. Pieśń napisana przez Brook’a Benton’a. No proszę, człowiek się uczy całe życie. Mam też nadzieję, że nikt teraz nie sprawdza na wikipedii kim był pan Benton oraz na jujubie jego piosenek. Chociaż to „Rainy Night In Georgia” brzmi inaczej niż reszta jego … szlagierów (?)

 

Czyżby to był już ten wpis, który ustawi mi nowe cele dotyczące liczby wpisów?

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑