A mam krągłości tu i tam i tyle. Dopóki mogę się schylić i zawiązać buty, dopóty nie będę się martwić swoją physis. Na szczęście w Stanach kupiłem sobie takie lock lace, więc nie muszę się schylać.
Nie lubię okrągłych jubileuszy i kształtnych, zgrabnych liczb. Miałem pisać wczoraj, ale w związku ze wcześniejszym zdaniem, nie zrobiłem tego.
Dokładnie pół roku i jeden dzień temu nastąpił początek końca. Koniec świata się zaczął. Mały, wredny wirusek przewrócił wszystko do góry nogami. Nowy porządek świata. Wolnomularze, illuminati i inni podobni pewnie skręcają się z zazdrości, a Hitler się pewnie w grobie przewraca. Zostaliśmy zamknięci, zniewoleni. Maseczki na początku były „be”, mieliśmy siedzieć w domu. A później się okazało, że szmata na twarz to złoty środek, bez którego nie możemy się nigdzie ruszyć.
No cóż, pewnie jeszcze z rok lub półtora zaczekamy na jakieś pigułki, albo szczepionki. A tak, to trzeba jakoś sobie radzić. Szkoda, że latać za bardzo nie można. Do Miasta bym wyskoczył.
Dałem się zrobić w bambuko. Jak kupowałem książkę Marka Niedźwieckiego, to wydawnictwo zaproponowało jeszcze nowość od Kasi Nosowskiej. Przecie ja tą panią uwielbiam! Wziąłem.
Książka pana radiowca nawet ok. Taka wideoklipowa. Szybko się czyta, autor się nie rozwodzi. 200 stron w 2 godziny. Tylko przepis na mielone w książce spowodował niemałe zasumowanie. Coś w stylu – WTF?
Ale reszta przygód ciekawa, interesująca.
AlejażemjejpowiedziałaKaśka bardzo mnie się podobała. Błyskotliwa, w punkt, zabawna książka. Może dlatego, że to zbiór InstaStory, krótkich Kasi felietonów. Czytało się płynnie, bez zastanawiania się co autor miał na myśli. Także teraz umościłem się na sofie z IKEA, z własnego pomysłu pomarańczową margaritą i książą w łapie. Najłatwiejszy w tym wszystkim był wstęp i pierwszy rozdział o pazurach/paznokciach, który i tak zaczynał mieć znamiona konfuzji w stylu WTF?, ale na szczęście się szybko skończył, więc na zadziwienia nie było za bardzo czasu. Ale później, to miałem wrażenie, że tego drinka jednak za małego zrobiłem. Co to za bełkot!? O czym ta Kasia prawi w swej książce? Czytam i nie rozumiem. Załamałem się. Po 50 stronach odłożyłem. Dziś ciąg dalszy nastąpi. No zobaczymy. Może autorka pomyślała, że jest żeńskim odpowiednikiem tego pana, co co 2 tygodnie książki wydaje? Remigiusz Mróz? Ten od Chyłki? Mroza jak się czyta, to troszkę boli, ale skubany sprawnie piórem operuje i powieść sama się właściwie czyta. Ale u Kasi? Jakbym Dziady czytał (nie czytałem, od razu sprostuję. A niby po liceum im. Adama M. jestem).
A propos liceum. Używam takiego komunikatora Signal. Kolega polecał. Bo niby tak szyfruje wiadomości, że nikt nie podejrzy. I dałem się namówić. W sumie nie wiem po co, bo ja żadnych kontrowersji nie piszę, spisku nie prowadzę. Ale założyłem. Rozmawiałem z dwiema osobami, z którymi w końcu i tak przeniosłem się na inne platformy. Także zostałem jak ta gapa z tym Signalem. Chciałem kasować już (postanowiłem usunąć wszystkie głupie aplikacje i komunikatory) i widzę komunikat, że moja wychowawczyni z liceum używa Signala! Przecie we wrześniu mija 29 lat jak się poznaliśmy. Już oficjalnie za chwilę będzie można mówić, że znamy się dłużej, niż żyjemy. W marcu, tydzień przed początkiem końca, stuknęło mi 29 lat! A kolejne 29. urodziny już za mniej niż pół roku.
Wracając do Kasi, która zrobiła mnie w bambuko. Lubię jej teksty, jej płyty, jej dowcip, jej dystans do siebie. Fajna babka. Okazuje się jednak, że ta książka to będzie drugie dzieło, którego chyba nie jestem w stanie przyjąć. Koniec i Basta!
Hey, you’re just too funky for me, czyli hej, jesteście tylko moimi dwiema fankami dla mnie (jak ja tom maturę zdałem?). Czyli stary dobry Dżordż Majkel z 1992 roku. Szkoda chłopa.
too funky, czyli dwie fanki. Jedna zawsze jak dzwoni, to mówi, żebym pisał. Zachęca mnie. A druga się odezwała wczoraj i pokazała mi pozycję!
Szkoda, że już miałem i urodziny, i imieniny. 7 milionów piechotą nie chodzi. Już nawet więcej zaraziło się koronką na całym świecie.
Także dziewczyny, bardzo dziękuję za saport (po ang. support). Będę gryzmolić nadal. Dla Was. A jak się dołączy która tam jeszcze, to będę miał funky tree, czyli fanki trzy.
Dziś wybrałem się do moich biur. Na rdzawo! Tak zwany Rusty byłem.
Się ponaubierałem się z rana, a tak ścichapęk przed południem zrobiło się duszno. Akurat wtedy, co musiałem się przemieścić z biura A do biura B. Spotkałem na lunchu koleżankę, a ta się pyta, co ja tak na … roboczo się ubrałem.
Miasto widzę nadal jakieś uśpione. Ludzi co prawda jakby więcej, ale wciąż mało. Oczywiście na drogach koreczki. Tak jakby nic się nie stało.
Ciekawym czy znowu nas pozamykają w domu. Co prawda krzywa zachorowań się wypłaszcza … wprost proporcjonalnie do odmrożeń, ale mam wrażenie, że nie zamkną nas znowu. Dodrukowali kasy, inflacja podskoczyła. Pinokio coś tłumaczy, że się nauczyliśmy żyć w zarazie. Wytrzeszcz oczu od braci Szumowskich mówi, że jest super. Myślę, że zobaczyli, że nie taka zaraza straszna i możemy sobie hulać po podwórku. Jak się pochorujemy, to się jednak wszyscy zmieścimy na zakaźnym (albo w domach na kwarantannie). O, właśnie kolega Piątek mi pisze, że ponoć za miesiąc znowu nas zamykają. A niech se zamykają.
Jestem tylko ciekaw, czy wybory przełożą. Bo już ktoś coś przebąkiwuje, że nowa fala zachorowań dziwnym trafem nastąpi w tygodniu wyborów. Albo zdążą zdyskredytować przyszłego prezydenta Czaskoskiego, albo przełożą wybory, żeby wyrobić się z hakami na majora Wawy. Ogólnie PiS zachował się jak ostatnie pały. Gdyby tak nie naciskali na przełożenie wyborów, to 10 maja Budyń mógłby wygrać od razu, bez drugiej tury. A tak? To kto wie! Pały!
Czuję, że chyba mój wiatrak musi wrócić. Co za duchota! Poszedłem dziś na kometkę z moimi dziewczynami i po wyjściu z hali (bez kąpieli) na dwór nie odczułem żadnej różnicy. Makabra. Po 21 było. Okazało się też, że jednak prysznice odmrozili. Heh. Cała hala nie wiedziała o tym. Także pustki w szatni.
Kometka ogólnie dobra. Polecam. Bardzo męczący sport rakietowy. Zawsze mi się wydawało, że z panem z Europy na K. będzie mi się grało najlepiej. Ale okazuje się, że nie. Kurczaczki, jak krew z nosa nam idzie. Pod wiatr, nóż w plecy, piach w oczy. Nie wiem czemu tak jest. Z Felipe gra mi się świetnie. Gładkie zwycięstwa. Z panem G. też ok. Dostajemy równo baty. Ale jest zabawa. A z panem z Europy na K. no jak po grudzie! Dwie indywidualności. Dwa czempiony w jednym teamie, to jednak mieszanka niekoniecznie zwycięska. Eh. Ale dziś wygraliśmy 3-2 w setach. Hawk Eye musimy zainstalować. Bo jakieś delikatne kłótnie przy spornych lotkach były.
Dziś nawet nie poświętowałem Dnia Roweru! Ciekawe jak się ma moja maszyna. Dawno nie zaglądałem. Właśnie! Wpis miał zaczynać się piosenką o rowerze. Ale niestety moje dwie fanki wygrały.
Mnie nie nadawaj swojego numeru. Sama do mnie podzwonisz.
Oczywiście matury z ruska bym nie zdał. конечно, нет!
https://www.youtube.com/watch?v=pFBUh3hKKDg
Kochani, kręcimy, pedałujemy. W siną dal. Na wybory!
A właśnie! Jutro Boże Ciało, czyli Corpus Christi. Jak byłem w Teksasie, to miałem w planach odwiedzić dwie miejscowości. Boże Ciało/Corpus Christi właśnie oraz Galveston. Koleżanka z pracy polecała tą ostatnią miejscowość. Że niby urokliwie, jakieś motory, harleje i w ogóle miło. Ale jakoś Big Bend National Park wygrał i się cieszę. Park rewelacja, o czym pisałem. Ciekawe czy Uleńka z Teksasu w teksasie była w Bożym Ciele? Niech da znać.
Ostatnio stałem się fanem ogórków małosolnych a la moi. No pisałem, że tania to impreza nie jest, że od razu można kupić gotowe za tylko ciut więcej. Ale ja lubię robić i później smakować. Dwa dni temu tak dla żartu, i w sumie dla dopchania słoika, dorzuciłem 3 rzodkiewki. Kolor coś im schodzi.
Ciekawe jak smakują małosolnie. Jutro chyba czas nań będzie. Jakbym nie pisał coś długo, to niech moje fanki wydzwonią sprawdzić, czy się nie potrułem, czy coś. A gdyby moje fanki świętowały długi weekend, to podaję mój numer moim potencjalnym fankom – 69*****69.
Dziś światowy dzień mórz i oceanów. Taka ciekawostka.
To ja może o kaszance.
Ale zanim o niej, to dodam o czymś, co mnie zaintrygowało. W sobotę robiłem zakupy w Carrefourze i znalazłem to:
Domyślam się, że pewnie sporo czosnku musi zawierać ta przyprawa. I pewnie jakieś pędy osiki. I kiedy tego używać? Za dnia? Czy nocą? Promo było – minus 42%.
W weekend spotkałem się z dawnoniewidzianą znajomą przy grillu. Gaworzyliśmy o kaszance. Zgodnie stwierdziliśmy, że dobra czarna kiełbaska nie jest zła. Koleżanka dodała, że bardzo nie lubi, absmak taki ma, jak coś takiego brązowego jest w środku i się maże.
– no bo wątróbki dodają! Dobra kaszanka, to musi mieć dobrą kaszę gryczaną – włączył się kolega.
Ja w sumie też nie lubię tej brązowej mazi. Płucka albo ozorki w kaszance lepiej mi wchodzą.
Okazało się, że obok mojego domu jest sklep z mięsem. I tam mają ponoć najlepszą kaszaneczkę. Cóż, sklep kojarzę. Nigdy nie odwiedzałem, bom ogranicza mięso oraz przybytek nie wygląda jakoś zachęcająco na odwiedziny, a tym bardziej na zakupy. Ale teraz może się przejdę.
Kaszana z tą pogodą również.
W ubiegłym tygodniu sprawdziłem, że w Austin mają cały tydzień 30 plus oraz … burze. Napisałem do Uli, że pioruńsko gorąco. A u nas wtedy ledwo do 16 kreski dochodziło i było zimno i padało.
No to teraz mam. 20 kilka stopni, czasem słońce, czasem deszcz i grzmoty. Także u Maćka nadchodzi czas potów i żarów. A w Teksasie ponoć już 40+. Eh, to tyle, ile … niektórzy mają lat.
Mam nadzieję, że żartują z tymi przepowiedniami na lato, że niby jakieś fale arktycznych upałów nadchodzą.
Muszę w końcu do tego “U Maćka” zajść. Ciekawe czym handluje.
Wczoraj poszedłem do parku poczytać książkę, ale nie wytrzymałem długo. Duchota. Tak sobie smaka narobiłem wcześniej tą kaszanką, że poleciałem do osiedlowego baru na jedzenie. Grilla w weekend w końcu odpalili. Mmmmm. Mniam! Ale 14 zł?!
Drogo. Ale przynajmniej człowiek najedzony, napity, to i książka jakoś lepiej wchodzi. Ale nadszedł deszcz z grzmotami i czar prysł. Nawet parasolka za bardzo nie pomogła.
Podesłałem zdjęcie dania mojemu kumplowi w Stanach. Pod spodem napisałem „a delicacy from Poland – blood sausage”.
Yes, i’ve tried. Not a fan – odpisał szybko. No ludzie to się nie znają na dobrym, polskim i pysznym jedzeniu. Kaszana!
A propos „fan”. Wczoraj nastąpił debiut mego wielkiego wentylatora w 2020 roku. Oj, chyba trzeba powoli wygaszać pichcenie w domu. Nagotowałem pomidorowej i się zlałem potem.
A dziś zrobiłem sobie przepyszną pieczarkową. Aż sam się zdziwiłem, że naprawdę taka pyszna wyszła. Sekret dobrej zupy, to … serce włożone w przygotowanie jej.
A propos „serca”. Właśnie zadzwonił Słodkokwaśna i namówił na boczek oraz pyszny tatar z serca wołowego. Uf. Już się bałem, że z czego innego. Zapytał mnie najpierw, żebym zgadł z czego ten tatar może być. Strzeliłem na sam przód, że pewnie z byczych jąder (przecie Słodkokwaśna nie je normalnych rzeczy, tylko jakieś wynalazki). Powiedział kolega, że blisko jestem. Moim drugim typem była macica jakiegoś zwierzątka (już kiedyś mieliśmy jeść na kociołku wietnamskim, ale nie wiem w sumie czy był ten … podrób. Na pewno jadłem wtedy jajko z kaczątkiem. Brzydkim jakimś kaczątkiem. Smakowało jak … wątróbka). Ufff, okazało się, że jednak z serca wołowego.
Dobra. Wyglądam przez okno i nie wiem jak jechać. Żeby tylko jakieś kaszany nie było po drodze. W autobusie nie da się podróżować w maseczce – duchota, gorąc, poty. Piechotą – ryzyko, że coś lunie i jeszcze mnie piorun jaki trzaśnie. To chyba Uber albo coś podobnego.
Sobota! Już znowu czuję ten entuzjazm, ten porządek. Ranne wstawanie, szmata, sklep, gary! Eh.
8 rano ktoś puka, ktoś stuka, ktoś wierci, ktoś boruje. Do jasnej cholery! Pamiętam 6 lat temu, jak administracja mi przysłała regulamin przeprowadzania remontów. I tam stało:
sobota od 9 do 14
a żeby to pan tak wziął i raz zawiercił. Nie! Pan sekundę boruje i stop. Wrr stop wrrrr stop warkocz, warkocz, warkocz. O 9 pan przestał.
Wściekły się zwlokłem z wyra i cóż, pora zacząć nie marnować dnia.
W moim budynku jest jakaś wymiana oświetlenia na korytarzach. To ta ekipa skoro świt wzięła się za robotę. Ruskie jakieś, bo pan radyjo miał włączone w tym języku. A może Ukraińcy albo BialiRusini. Eh. Kinga Rusin i jej wypad na Oskary i słynne selfie z Adele na prywatnej imprezie u Jaja Zet i Bejąse.
Ale ok. Zostawmy ten wielki świat. Jaki TVN, takie … dziennikarki.
Poleciałem to pana Rowerka, żeby nadmuchać oponkę lub ją wymienić. 30 zł dziękuję bardzo.
Także Słodkokwaśna możesz wpaść po swoje dwa kółka.
Mój blok to dramat. Ludzie nie szanują ani siebie, ani innych. Wracam tydzień temu od Słodkokwaśnej i przy wejściu kupa. Rozmazana i obok taka nadepnięta. Akurat za mną sąsiad szedł, to chwilę porozmawialiśmy.
Administracja nasza co chwile jakieś odezwy nam wiesza. Zakaz, nakaz, uprzejmie to i tamto. Lubię im na tych plakacikach błędy ortograficzne poprawiać. Już raz czy dwa miałem ochotę zamieścić odezwę do Administracji z informacją, że oni są dla nas, a nie my dla nich, i żeby trochę z tonu spuścili. Kilka razy byłem u nich z pytaniem o to, kiedy pojawi się znowu kosz na śmieci przy wejściu.
– za chwilę będzie. Zamówiony jest
– pani kochana. Przez rok to Państwo zamawiacie?
– nie no co Pan, od niedawna nie ma
Machnąwszy ręką, zmieniwszy temat
– a kontener na szkło postawicie kiedyś?
– a nie ma?
– nie ma
– jest
– zapraszam. Blok 50 metrów stąd
– wie Pan. Proszę poczekać, bo od października nowa firma będzie, to kontenery nowe będą
(rozmowa odbył się na koniec września)
Wyszedłwszy stamtąd w niesmaczeniu.
Administracja zakazała stawiać worki ze śmieciami na rampie i nie rzucać na ziemię, jak się kontener wypełni.
Czywiście kto sam z siebie podstawi kontener? A po co będę innym pomagał? Ostatnio zwizualizowali problem. Powiesili zdjęcie z masą śmieci dookoła wejścia tylniego. Poinformowali również, że gryzonie się gromadzą przez to. Tak, kiedyś wychodziwszy z bloku widziałem jak szczur po poręczy sobie hasał.
Idę sobie raz do skrzynki na listy. Obok sąsiadka wyrzuca śmieci. Oczywiście nie ma kontenera, więc stawia na rampę.
– przepraszam, co pani robi?
– wyrzucam śmieci
– przecież Administracja prosi, żeby nie stawiać śmieci na rampie. Ciężko się przejść dookoła bloku?
– ale inni też tak stawiają
– aha, no tak, jak inni też tak stawiają, to jest ok
To taka sama zasada, jak kierowcy parkujący gdzie popadnie z włączonymi światłami awaryjnymi. Przecie to nie wykroczenie. Światła awaryjne mam włączone, to jest wszystko ok.
No jaszka!
Ludzie, co to za kraj, co to za miejsce!
Wracając do soboty. Zaprowadziłem rower do pana i pomyślałem, że do Lidla skoczę, bo jakieś grecki smakowitości mają i jakiś zestaw 5 pojemników do przechowywania. Wziąłem siatę z napisem „Dzień Dobry” i idę do serwisu. Ale pan chyba ruchu nie miał, bo powiedział, że od ręki zrobi. Fajnie!
Wróciłem do domu, łamiąc zakaz skrętu w lewo z warsztatu do mnie. Nie włączałem świateł awaryjnych, po prostu złamałem prawo kodeksu ruchu drogowego. Nie udawałem, że jest inaczej. Wziąłem plecak i popedałowałem do najnowiusieńskiego Lidla na Wilanowie! Koło Państwa z Europy na K. No prawie koło.
Ostatnio nauczyłem się, żeby jednak apkę Lidla włączyć. Znowu trafiłem w kasie na pana Roberta z serii „Uczę się”. Strasznie miły pan. Ostatnio jak byłem, to zobaczyłem, jak ludzie rozbierają pudełka z łososiem z wózka. Myślę sobie – oho, społeczeństwo nauczone, świadome i mięsa nie je. Tylko rybki.
59,99 zł/kg – eee, normalna cena, nie ma szału. Ale wezmę sobie jedno pudełko – pomyślałem.
Na kasie pan do mnie mówi:
– a ma pan aplikację Lidla?
– mam. Wczytałem kartę
– a aktywował Pan kupon na łososia? Panie, 20 zł taniej za kilogram będzie. Warto.
– ooo, ok
Pan zerka na paragon na ekraniku
– widzi Pan, 5 zł taniej na tym pudełeczku
– ooo, super, dziękuję Panu
– trzeba patrzeć na te kupony, bo można zaoszczędzić
I dziś znowu trafiam na kasę do Pana Roberta. Nadal ma „Uczę się”. Ale ja już przecie wyedukowany, wiem wszystko. Wiem jakie są kupony. Nabyłem sobie mini-patelnię. 14,99 zł normalnie (tyle co w IKEA). Nawet oglądałem ją w alejce. Ale stwierdziłem, że w IKEA sobie kupię. Przy kasie przeglądam kupony i widzę, że nie zauważyłem wcześniej kuponu na patelenkę! Upust 5 złociszy. Zadzieram kiecę i lecę!
Zrobiłem sobie nawet takie funny insta story.
– czy aktywował Pan kupon na patelnię?
– oczywiście – odpowiadam cały w uśmiechu
– a nie wziął Pan drugiego humusu? 60% taniej będzie
O cholera! Jakieś promo poza apką! Ależ mnie Lidl podszedł!
– ooo, nie zauważyłem
– to niech Pan idzie ja zaczekam
– nie, nie, za duża kolejka. Następnym razem. Ale dziękuję za info
– wie Pan, trzeba patrzeć na etykiety na półkach. To poza aplikacją jest
– ok, dziękuję
Bardzo miły Pan. Lidl jakoś ostatnio poszedł w odstawkę, ale przeprosiłem się z nim po otwarciu sklepu na Wilanowie. Będzie chodzone.
Co to za kraj, co to za miejsce?
Tydzień temu wpadłem do lokalnego barku na piwo. Akurat był niedawno owdowiały Stasio, co przychodzi tu chyba prawie codziennie i gra w rzutki. Z każdym gra.
– cześć Stasiu
– cześć Maciek. Zagrasz ze mną w rzutki?
– ok ale daj się piwa napić
– ok, to ja idę zapalić
i tak Stasiu zagaduje prawie każdego, kto w tym lokalu kiedykolwiek rzutki trzymał w ręku.
A Staś jest sympatyczny. Strasznie się wkręcił w grę. Na początku, to każdy go ogrywał, bo pan starszy nie trafiał w tarczę. A dziś? Własny sprzęt, trening codziennie! I zaczął ogrywać najlepszych. No coż, ze mną mu jeszcze tak dobrze nie idzie. Ostatnio Stasio nawet nową barmankę Lolę wciągną w ten sport. Ostatnio mówiła mi:
– wczoraj ograła pana Marka i pana Grzesia w rzutki
Lola jest z Ukrainy i ma ukraińskie końcówki, jak mówi po polsku.
– Wow! Nieźle, gratulacje – powiedziałem.
Duży sukces faktycznie, bo jeszcze Marka, jak Marka, ograć można. Dobry jest, ale widać, że on idzie na szybkie zwycięstwo. Wali potrójne 20 czasem, ale częściej wchodzą mu 1 i 5. Także ten rejon tarczy ma obrzucony. Ale jak przyjdzie mu zakończyć grę w innym rejonie planszy, to już gorzej. Ale jak skubany trafi 60, to się go później ciężko goni. Myślę, że na przestrzeni lat, mam z nim remis. Albo ciut do przodu jestem. Ale ograć Grześka? Fiu, fiu. Kolega 18 lat trenował bada. Grałem z nim kiedyś w tenisa. Dobry skubany jest. Silny. Dobra wytrzymałość. Ograł mnie. W rzutki widać, że ma takie podejście sportowe (tak ze Stasiem to oceniliśmy). Z Grześkiem w lotki mam bilans ujemny. Ale lubię z nim grać, bo to wyzwanie. Także Lola popsiała się wyjątkowo ogrywając obu panów.
I Lola mi opowiada, jak dzień wcześniej o mało nie została pobita, czy czort wie do czego by doszło.
W barze był ruch, nawet spory. Jeden podpity koleś zaczął się do barmanki przystawiać. Jak się okazało, że nici z tego, to koleś zaczął być agrsywny. Lola kazała mu przestać albo opuścić lokal. Bałwan z kolei jej rzekł:
Spierdalaj na Ukrainę
Lola włączyła alarm ochrony. Ale nie zadziałał. Zadzwoniła do właścicielki i do swojego chłopaka. Zrobiło się gorąco. Pijak chciał wejść za bar mówiąc, że Polska dla Polaków. Obok siedziało dwóch chłopaków i na szczęście stanęli w jej obronie. Kolega tego ćwoka był chyba bardziej ogarnięty i mniej pijany, bo szybko zawinął kolegę z baru.
Zdjęcia z monitoringu lokalu wydrukowano i mamy gablotkę z serii „tych panów nie obsługujemy”.
Co to za kraj, co to za miejsce!?
Kolejna akcja, już z moim udziałem. Wchodzę do baru na bronksa. A żeby się zrelaksować, żeby pograć w moją grę, która mne wciągnęła. Magiczne obrazki są na smartfona. Przepadłem. To w sumie nie gra, ale logiczna zabawa, łamigłówka taka. Tym razem wybrałem jakiś duży rysunek i dwa razy już go resetowałem, bo coś nie tak poszło.
Chyba jakiś pies wyjdzie z tego obrazka.
Wchodzę do baru. Prawie wszystkie stoliki zajęte, oprócz tego pod telewizorem. Staś gra z Markiem. Przy barze tylko jedno miejsce wolne, w kącie. Co było mi na rękę, bo nie miałem ochoty na rozmowy. Chciałem sobię główkę połamać tylko. Okazało się, że obok siedział Jimmy, chłopak z Kenii. Poznałem go kiedyś, ale dawno go nie widziałem. Jimmy rozmawiał z dwoma Polakami. Jeden ni hu hu po angielsku i chyba było mu nie w smak, że jakoś gadki nie ma i siedzi jak ta pała. A drugi coś tam dukał. Biedaczysko myślał, że jak będzie głośno dukać, to będzie mu lepiej po tym angielsku szło. Także kolo był głośny, ale ja się wyłączyłem i nie słuchałem o czym rozmawiają. Tego niekumatego po angielsku znam z widzenia. To taki kolo, co prosto w oczy nie powie, a jakiś komentarz w powietrze rzuci. Ja go zawsze ignorowałem, bo twierdzę, że jak ktoś chce mi coś powiedzieć, to niech mi to powie prosto w twarz.
Także piję piwo i jestem w swoim świecie.
– ale rozumiesz trochę po polsku? – odezwał się ten niekumaty
– rozumie troche – rzekł Jimmy
– jesteś czarnuchem?
Myślałem, że się przesłyszałem. Ale nie, bo baran powtówrzył pytanie. Jimmy bardzo inteligentnie udał, że aż tak dobrze nie rozumie po polsku. Ale jestem pewien, że zrozumiał pytanie.
– jesteś czarnuchem?
Pomyślałem, że może kolesie sobie żartują. Tak jak ja ze Słodkokwaśną żartowaliśmy sobie z Namka, a on z nas.
– jesteś czarnuchem? Wstydzisz się, że jesteś czarnuchem?
Odstawiłem piwo i telefon i w bardzo brzydkich słowach zapytałem się bałwana, czy zdaje sobie z tego sprawę, o co pyta? I czy on jest dumny z bycia białasem? Na koniec rzuciłem, że jest rasistą.
Wróciłem do gry i znowu usłyszałem jakieś komentarze do mnie ale rzucone w powietrze. Zgodnie z tradycją zignorowałem kolesia.
Ale znowu bałwan zadał te dwa pytania.
– możesz zabrać swojego kolegę i wyjść stąd? – poprosiłem tego co coś tam dukał po angielsku.
Ćwok był już zrobiony i chyba nie podobało mu się, że bar nie kręci się wokół niego. To musiał zagaić rozmowę. Bałwan wyszedł pierwszy, a jego kolega zaczął przepraszać za niego.
– stary nie przepraszaj, tylko zwróć uwagę koledze, że jest rasistowskim ćwokiem – poprosiłem.
Widać było, że koleś się strasznie zawstydził za kolegę.
Zapytałem się później Stasia i Marka, czy znają tego bałwana, bo on tu nie raz przychodził, a moje chłopaki są klientami tego baru dużo dłużej niż ja.
Marek powiedział, że to jakiś członek bandy Mokotowskiej.
Ok, jak mnie znajdą na dnie Wisły albo Jeziorka Czerniakowskiego w betonowych butach, to szukajcie tropu w tym wpisie.
Jimmy podziękował za wsparcie i opowiedział, że książkę napisał – Strangers at the gate: Black Poland
To chyba po tej akcji druga część powstanie. Eh.
– Maciek, zagrasz ze mną – zapytał namolnie Staś
– oj Stasiu, nie chce mi się. A Marek co? Już nie chce?
– Marek idzie do domu
– no dobra, to zagram. Ale Jimmiego bierzemy do gry
– dobra, to na 3 nastawię – rzekł uradowany jak dziecko Stasio.
No chłop po stracie żony ma dwie rozrywki – bawienie wnuka i te rzutki.
– Jimmy, do you wanna play darts with us?
– ok
Chyba na 5 czy 6 gier, Stasio wygrał jedną, ostatnią. Jimmy ani jednej, ale skubany dobrze sobie radził! Ale jak to mówi Pan z Europy na K. – beginner’s luck. Tak też podsumował mój wczorajszy debiut w squasha. Tzn. mój niesamowity popis gry w tę grę.
Ale serio mówiąc, to nie wiem co się dzieje z naszym społeczeństwem.
Co to za kraj, co to za miejsce?
Kurna, znowu potarem sobie oko, uprzednio posiekawszy red hot chili pepper. Jejks. Piecze. Tylko teraz nie sikać, nie sikać!!!