Tag: grill

podaruj mi trochę słońca

https://www.youtube.com/watch?v=4rn42R63Xts

 

wczoraj żem się ostrzygł i ogolił. Samodzielne dzieło numer 3. Hmm, za drugim razem jednak poszło mi znakomicie. Wczoraj tylko dobrze. Nastawiam ja ci lustereczka w pokoju kąpielowym, żeby się zobaczyć dookoła. Żeby sprawdzić czy do ludzi można wyjść, czy kapelusza szukać. Kręcę sobie główką we wszystkie strony i co ja paczę! Biały pasek na karku! Ale wioska. O dziwoto, nie przejąłem się tym zbytnio. Opali się – pomyślałem. Podbijam do okna zobaczyć jak świat wygląda. Okazało się, że słońce zaszło. Ooo. A do sklepu miałem iść.

Poszedłem więc, rozglądając się wokół, czy nikt mnie palcami nie pokazuje i się nie śmieje. Ale nie. Wszystko w porządku. Także fryzura krótka jest i jest mi z tym dobrze.

4 lipca pożyczyłem kilku amerykańskim znajomym wszystkiego dobrego, pojeździłem z Panem z Europy na K. na rowerze (każdy na swoim) i pojechaliśmy do Państwa G. Na labę, na picie, na jedzenie, na popatrzenie na siebie z bliska. Ostatni raz się widzieliśmy w większym gronie 7 marca u mnie. Także po prawie 4 miesiącach nadszedł czas na rewizytę.

Spotkanie udane. Troszkę marketingu i PR sobie porobiłem. Pozyskałem 2 followersów mojego bloga! Także sobota owocna.

Sernik ponoć palce lizać. Delikatny, smaczny, puszysty. No mi też smakował, ale ja zawsze krytyczny wobec siebie jestem. Mam jednak nadzieję, że ludzie prawdę mówili i chwalili szczerze.

Jestem pod ogromnym wrażeniem ogrodnika Państwa G.! Pięknie wszystko wygląda. Trawa jak na murawie boiska piłkarskiego. Kołysząca się ławka wygodna, ognisko ładnie ukamieniowane, tzn. otoczone kostką. Szklarenka niczego sobie. Tu porzeczka, tam porzeczka. Tylko zrywać i zjadać. Ciekawym jest pomidorów. Te sklepowe są kompletnie bez smaku. Kiedyś znajomi dali mi kilka domowych pomidorów i smak dzieciństwa wrócił. Mam nadzieje, że Państwo G. coś mi sprezentują.

Wczoraj to ja zachowałem się jak Pan z Europy na K. u mnie w marcu. Już na rowerach prosiłem go, że gdzieś zajechać i coś przetrącić, bom głodny był. Ale nie. Kazał się powstrzymać.

– wieczorem zjesz – mówił

– Ale to wieczorem dopiero za 5 godzin. Z głodu zdechnę

– arbuza zjedz

– mam arbuza!

 

W tym sklepie, com był były takie mini arbuzy. Kupiłem jednego i wsadziłem do lodówki. Po rowerze był jak zbawienie. Ni to jedzenie, ni to picie. Albo to i to zarazem.

 

No i pojechaliśmy do Państwa G., i tak jak pan z Europy na K. u mnie, komunikuję na wstępie, żem głodny jest. I się rzuciłem na talerze. Najpyszniejsze ze stołu były liście cykorii z wkładką mięsno-zielono-śmietanową. Muszę zapytać Olimpii jak to zrobiła. Zeżarłem połowę na dzień dobry. Oliwki z czosnkiem też szybko schodziły. Na szczęście Piotruś nastawił grilla i się zajadaliśmy warzywami, serem, mięskiem i pyszną kaszaneczką. A ta kaszanka chodziła za mną od jakiegoś czasu. Nawet jak jechałem do Państwa G. to się zastanawiałem, czy będzie ta czarna kiełbaska. Ale żem się głodny zrobił, jak tom pisał.

Bobu sobie chyba zaraz zadam. W końcu potaniał i można było kupić. Chore są ceny w tym roku.

 

I na rower! Ku słońcu. Pasek na karku dopalić!

kaszanka

Dziś światowy dzień mórz i oceanów. Taka ciekawostka.

To ja może o kaszance.

Ale zanim o niej, to dodam o czymś, co mnie zaintrygowało. W sobotę robiłem zakupy w Carrefourze i znalazłem to:

Domyślam się, że pewnie sporo czosnku musi zawierać ta przyprawa. I pewnie jakieś pędy osiki. I kiedy tego używać? Za dnia? Czy nocą? Promo było  – minus 42%.

W weekend spotkałem się z dawnoniewidzianą znajomą przy grillu. Gaworzyliśmy o kaszance. Zgodnie stwierdziliśmy, że dobra czarna kiełbaska nie jest zła. Koleżanka dodała, że bardzo nie lubi, absmak taki ma, jak coś takiego brązowego jest w środku i się maże.

no bo wątróbki dodają! Dobra kaszanka, to musi mieć dobrą kaszę gryczaną – włączył się kolega.

Ja w sumie też nie lubię tej brązowej mazi. Płucka albo ozorki w kaszance lepiej mi wchodzą.

Okazało się, że obok mojego domu jest sklep z mięsem. I tam mają ponoć najlepszą kaszaneczkę. Cóż, sklep kojarzę. Nigdy nie odwiedzałem, bom ogranicza mięso oraz przybytek nie wygląda jakoś zachęcająco na odwiedziny, a tym bardziej na zakupy. Ale teraz może się przejdę.

Kaszana z tą pogodą również.

 

W ubiegłym tygodniu sprawdziłem, że w Austin mają cały tydzień 30 plus oraz … burze. Napisałem do Uli, że pioruńsko gorąco. A u nas wtedy ledwo do 16 kreski dochodziło i było zimno i padało.

No to teraz mam. 20 kilka stopni, czasem słońce, czasem deszcz i grzmoty. Także u Maćka nadchodzi czas potów i żarów. A w Teksasie ponoć już 40+. Eh, to tyle, ile … niektórzy mają lat.

Mam nadzieję, że żartują z tymi przepowiedniami na lato, że niby jakieś fale arktycznych upałów nadchodzą.

Muszę w końcu do tego “U Maćka” zajść. Ciekawe czym handluje.

 

 

 

Wczoraj poszedłem do parku poczytać książkę, ale nie wytrzymałem długo. Duchota. Tak sobie smaka narobiłem wcześniej tą kaszanką, że poleciałem do osiedlowego baru na jedzenie. Grilla w weekend w końcu odpalili. Mmmmm. Mniam! Ale 14 zł?!

Drogo. Ale przynajmniej człowiek najedzony, napity, to i książka jakoś lepiej wchodzi. Ale nadszedł deszcz z grzmotami i czar prysł. Nawet parasolka za bardzo nie pomogła.

Podesłałem zdjęcie dania mojemu kumplowi w Stanach. Pod spodem napisałem „a delicacy from Poland – blood sausage”.

Yes, i’ve tried. Not a fan – odpisał szybko. No ludzie to się nie znają na dobrym, polskim i pysznym jedzeniu. Kaszana!

 

A proposfan”. Wczoraj nastąpił debiut mego wielkiego wentylatora w 2020 roku. Oj, chyba trzeba powoli wygaszać pichcenie w domu. Nagotowałem pomidorowej i się zlałem potem.

A dziś zrobiłem sobie przepyszną pieczarkową. Aż sam się zdziwiłem, że naprawdę taka pyszna wyszła. Sekret dobrej zupy, to … serce włożone w przygotowanie jej.

A propos „serca”. Właśnie zadzwonił Słodkokwaśna i namówił na boczek oraz pyszny tatar z serca wołowego. Uf. Już się bałem, że z czego innego. Zapytał mnie najpierw, żebym zgadł z czego ten tatar może być. Strzeliłem na sam przód, że pewnie z byczych jąder (przecie Słodkokwaśna nie je normalnych rzeczy, tylko jakieś wynalazki). Powiedział kolega, że blisko jestem. Moim drugim typem była macica jakiegoś zwierzątka (już kiedyś mieliśmy jeść na kociołku wietnamskim, ale nie wiem w sumie czy był ten … podrób. Na pewno jadłem wtedy jajko z kaczątkiem. Brzydkim jakimś kaczątkiem. Smakowało jak … wątróbka). Ufff, okazało się, że jednak z serca wołowego.

Dobra. Wyglądam przez okno i nie wiem jak jechać. Żeby tylko jakieś kaszany nie było po drodze. W autobusie nie da się podróżować w maseczce – duchota, gorąc, poty. Piechotą – ryzyko, że coś lunie i jeszcze mnie piorun jaki trzaśnie. To chyba Uber albo coś podobnego.

 

 

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑