Tag: Patti Smith

Jezus Maria, nie ogarniam

Dziś nasz Prajm Mynister znowu się naopowiadał. Wyprzedzili mnie na MordoKsiążce, bo też chciałem już dawno środkowego palca pokazać wspomnianemu panu. Już jakiś profil założyli.

Jak żyć?

Naobiecywał, że do umów śmieciowych się nie dotkną, więc inżyniery ze Szczecina odetchnęły chyba z ulgą i będą mogły dalej chałturzyć w np. Siedlcach.

Sorry Polsko, sorry Polsko

Sorry Polsko, wybacz mi

Wystarczająco, przerażająco jest żyć.

Podoba mi się ta Maria Peszek. W końcu fajna płyta jej wyszła.

Taka jestem dziś zmęczona

Tak mi dziś bardzo źle

Proszę weź mnie do doktora

Proszę weź uratuj mnie (ooo, białostockie wyrażenie „weź”)

Nie ogarniam, Jezus Maria

Nie ogarniam, nie

Zamiast głowy, wieża ciśnień

Zamiast jednej głowy – dwie

 

Wczoraj spotkałem dawno niewidzianego kolegę. Się trochę zasiedzieliśmy. Plany dzisiejsze chciałem bardzo zrealizować, mimo przeszkód konsekwencji dnia poprzedniego, więc wstałem 7:06 i się wyszykowałem do sklepu Lidl. O 9 rano byłem z powrotem. Lodówka zapakowana, dynia pokrojona, pierś z kaczki zamarynowana i można było włączyć Trójkę. Ciężkawo troszku.

O 12 poleciałem do mistrza na sesję tenisa. Nawet nieźle mi poszło. Mistrz się uraził, jak mówiłem mu, żeby zaczął się ruszać. No i jak zaczął się ruszać, to ja tylko piłkę wzrokiem odprowadzałem. Heh. Ale fajny, godzinny relaks. Ale po tenisie nadal ciężkawo było. Jeszcze za chwilę wybieram się do znanego fotografa, który bawi się również w kulinaria. Kołki przybić. Wymyślił sobie!

 

Ta Peszek nowa, to chyba może w depresje wpędzić. „Amy” fajna opowieść. Można dzieciom na dobranoc czytać ten tekst.

Ale żeby nie było depresyjnie i czarno, bo przecież piątek jest, to

Padam, padam, tak się cieszę, że cię mam. Nikomu cię nie dam.

Niesamowicie pozytywnie zakręcona piosenka. Pa – dam, pa – dam, lubię Peszek, to śpie – wam.

Druga Polska nowość, to Skubas. Szkoda, że interesująca muzyka jest jakaś niepopularna. Mainstream to jakieś nieporozumienie. Płyty tego nurtu się nie sprzedają, a wszystkie prawie radia i telewizyje puszczają ten chłam.

Na ten przykład refren topowej ostatnio szansonistki Juli

Jestem ci wdzięczna i zapamiętaj

Na pewno przetrwam

Kiedy nie będzie nas x2

Litości! I to jeszcze dwa razy!

 

No i proszę. „Jezus Maria Peszek” numer 1 wśród najlepiej sprzedających się płyt w Polsce. Skubas gdzieś tam się wspina i atakuje szczyty.

 

Jezus Maria, nie ogarniam! Lady Pank nagrało się symfonicznie!

 

Przejdę do filmu. „Jesteś Bogiem” podobało mi się. Ale nie rozumiem tego zamieszania wokół, że niby wybitny, świetny itd. No jakoś nie uważam. Ale oglądało mi się tak miło, że aż kupiłem sobie płytę Paktofoniki za darmo na torrentach 🙂

 

Przechodzę do sedna, bo czas leci i lecieć trzeba kołki powbijać.

 

Się zauroczyłem się książką Patti Smith „Poniedziałkowe dzieci” (Just Kids). Zauroczenie tak sięgnęło zenitu, że czekam na dostawę z amazona oryginału. Lubię Patti. Najfajniejszy koncert w moim życiu dała ale kompletnie byłem zaskoczony jej życiem. Może dlatego książka mnie urzekła, że bardzo ciekawie Patti pisze? Lekko, sprawnie, prosto? Może dlatego, że w dużej mierze o Mieście to też historia? Że mi mój blog przypomina? Bo ja też na ulicy tej i tej to jadłem, piłem, siedziałem, widziałem. Może dlatego, że ot tak pisze o tych Morrisonach, Hendrixach, Joplinach? Że takie to proste czasy były – bez telefonu, internetu, tabloidów? Ale również ciężkie? Madonna też do Miasta zjechała z 19 dolarami w kieszeni.

Podobał mi się opis kontaktów Patti z Janis Joplin, człowieku. Perła była już wtedy znana, wielka, a taka dostępna, człowieku. No i właśnie Patti zdradza, że ta Janis, to co chwilę „człowieku” mówiła, człowieku.

A pisze też, że zagadał ją Jimmi Hendrix na schodach przed klubem i opowiadał jej o swoich planach. Ale niestety za chwilę dołączył do Klubu 27, zwanego wtedy przez ludzi Klubem J (Brian Jones ze Stones’ów, Jim Morrison, Janis Joplin, Jimmi Hendrix). No jakoś Kurt Cobain i Amy Winehouse „Jot” w imieniu i nazwisku nie mają.

Książka poszła w ruch. Była na tournee w Łodzi, teraz bawi na Wilanowie. Jak na razie wszyscy czytający mówią … w sumie to brak słów (dwie osoby).

Histeria ogarnęła co niektórych, bo już nawet na gazecie.pl z jakiegoś wpisu blogerki zrobili niby artykuł. „Popłakałam się, jak skończyłam czytać”. Cholera, ja nie!

A i „Zeszyty Literackie nr 119” o Patti i o tej jej pozycji książkowej wspominało. “Zeszyty Literackie”, heh, kiedy to było! Łza na rzęsie mi się trzęsie.

Przypomina mi się zmasowana akcja promocyjna z ubiegłego roku (czy sprzed dwóch lat już?), kiedy to Tom Waits wydał płytę i był prawie wszędzie.

Czas kołki ciosać!

Polecam muzykę, polecam książkę!

Jezus Maria, nie ogarniam!

 

 

Który to już raz? Setny raz? Ciekawe

W koło Macieju

Cóż za trafne powiedzenie.

Rebus poniżej:

<koniec rebusu>

Zasiałem w koło Macieju jakieś zielsko. Tyle czasu już rośnie, że zapomniałem co ma mi się w doniczce pojawić. Rukola? Bazylia?

Pisałem już kiedyś o ładnych kwiatkach i nie pamiętam, czy mówiłem, że nigdy więcej („…nie patrz na mnie takim wzrokiem”), czy że może następnym razem?

Never ever czy maybe next time?

Historia sie powatrza. Widzę, ze w koło Macieju mam. Znowu wyrosły mi badylki na 4 cm zakończone jakąś koniczynką, czy innym płatkiem. Nie potrafią te moje zioła wyrosnąć. Okres młodości szybko osiągają, ale do dorosłości już dojrzeć nie mogą. Mam tak za każdym razem. Albo mam zły parapet albo złą ziemię. Ponad trzy tygodnie to trochę za dużo, żeby tak się nie rozwinąć.

W koło Macieju wysłałem kolejną nowość muzyczną pani inżynier ze Szczecina. Tym razem Patti Smith zapowiada się z nowym dziełem. April fool brzmi pysznie, wiosennie, słonecznie. Taka cudna energia na wiosnę. Dawno pani nie słyszałem. Koncert w Mieście 13 maja, czyli będę już odpoczywał w Warszawie po powrocie z wakacji. W koło Macieju szkoda. Jakoś w niefortunnych datach do tej Ameryki lecę. Wszystkie fajne koncerty są po moim pobycie.

Proste jest piękne!

Przybądź, bądź moim pierwszokwietniowym żartem

Nadjedź, żesz, tyś mi pisany

Nadjedź, że mi ty na tym swoim zardzewiałym rowerku

Cho no tu, złammyż wszystkie zasady

I po co tu się starać lirycznie i pisać o niczym w sposób zagmatwany (patrz: Coldplay), czy też używać przedziwnych sformułowań (patrz: liryczne popisy Angusa i Julii Stone), skoro można całkiem nieskomplikowanie zadowolić kilku ludzi (na przykład kobiety w stopniu, czy też tytule, inżyniera z północnych miast naszego kraju)?

W koło Macieju dałem szansę kolejnemu projektowi Jacka White’a. Zawsze jest tak, że podoba mi się coś jednego i sięgam po całość. I w koło Macieju nadchodzi znudzenie i rozczarowanie. Sixteen saltines huknęło jak piorun z nieba i pozostawiło mnie wstrząśniętym. Piękny hałas, z takim miłym darciem się. Niestety reszta płyty ad kosz.

Już jakiś czas temu stwierdziłem, że ostatnia płyta Nosowskiej 8 nie przekona mnie. Mam co prawda wszystkie Hey’e i kilka płyt solowych wokalistki ale coś ta Ósemka nie dla mnie napisana. Jako, że zawsze jest jakieś ale, to napiszę, że to nie jest płyta, na którą czekałem ale jest tam piosenka napisana specjalnie dla mnie. I puszczam ja ją sobie w koło Macieju.

Kto formuje z chmur ten kształt jakby smocze łby

Kto zrywa z domu dach jak skalp, pozbawia okna szyb

Kto piorunom ostrzy groty

Kto jęzorami fal zlizuje palmy z brzegu wysp

I na rozkaz czyj dusze wyskakują z ciał

Kto przejrzyste kule gradu ciska z pasją w maszty statków

Kto piorunom ostrzy groty

Kto z impetem nimi miota

Kto przejrzyste kule gradu ciska z pasją w maszty statków

Również krótko i na temat.

Dziś chyba po raz pierwszy uprzedzę pewien kulinarny blog. Pisałem kiedyś, że jestem fanem sosu rybnego. Dodaję go niemal do wszystkiego. Już od jakiegoś czasu tak sobie żartujemy, że z wódką go jeszcze nie piliśmy. Kusi ale tylko w kategorii żartu. Nie sądzę, żebym kiedyś się dał namówić. No chyba, że z miską przy boku. Ale odstawmy te niewybredne i womitowe prawdopodobieństwa i skupmyż się na faktach. Ciastka z sosem rybnym smakują i to bardzo! Nie ma co się gorszyć. Po prostu sos rybny jest zamiast soli. A jak każdy wie, sól, to biała śmierć.

Białe się kończy prać, więc czas na zakończenie wpisu.

Matematyka będzie prosta. Do Ameryki mam 5 dni, a niektórzy do Żapon’u aż całe 6. I weź tu się za tydzień zacznij kontaktować. Ja -6 godzin od Polski, a tamci +8.

Ciekawostka mnie taka naszła. Co by było, gdyby Państwo K. na przykład w sobotę do Żapon’u wschodnim kursem polecieli, a ja też tam ale kierując się na zachód i byśmy się spotkali?

No właśnie matury za pasem. Zadanie z matematyki na szóstkę. Albo z fizyki? Albo z alchemii. Chociaż z tym ostatnim przedmiotem to przesadziłem. Co prawda alchemia to przednaukowa praktyka zawarta obecnie i w chemii, i w fizyce, i w sztuce, i w semiotyce, i w spychologii (tzn. w psychologii), i w metalurgii, i w astrologii, i w mistycyzmie, i w religii ale mająca na celu odkrycie  metody transmutacji ołowiu w złoto, lekarstwa na wszelkie choroby oraz eliksiru nieśmiertelności.

Czyli maturę było by ciężko zdać na szóstkę. Ale spróbujmy:

W sobotę z Warszawy w kierunku wschodnim do Żapon’u wyleciało Państwo z Europy na K. W tym samym czasie i z tego samego miejsca w kierunku zachodnim wylatuje twórca dziwnego blogu. Oba samoloty lecą z tą sama prędkością, tylko Ziemia jednym się kręci inaczej, niż drugiemu. Czy prawdopodobieństwo spotkania się jest posybilne, skoro jedni nadlecą w niedzielę, a ten drugi w piątek? Czyż nie nastąpi paradoks albo podróż w czasie?  I podaj Państwo z Europy na K.

Idę wyjąć białe.

W koło Macieju z tymi absurdalnymi postami.

P.S. ponoć Kazachstan jest w Europie.

© 2026

Theme by Anders Noren — Up ↑