Tag: zdrowie (Page 1 of 2)

pakiet mężczyzna

W robocie promowali jakieś profilaktyki dla pań w październiku. Bo raka piersi można wyleczyć, jeśli się szybko zdiagnozuje. W listopadzie panów zachęca się na profilaktykę raka. Tylko nie wiem czego. Prostaty czy jąder. Ale HaeRy wysłały newsletter, że 2 godziny wolnego mogę sobie wziąć, jeśli przebadam się pod kątem nowotworu w firmowej przychodni. Jako, że obciążony jestem genetycznie, to się badam co roku. No i teraz też postanowiłem.

Pani w okienku w przychodni nie znalazła programu „nowotwór”, ale zapisała mnie chętnie na darmowy pakiet „mężczyzna”. Wziąłem chętnie. Ale mina mi zrzedła, jak pani mi wydrukowała litanię z badaniami.

Zrobiłem wszystko nieśpiesznie, ale w miarę szybko.

W tym tygodniu poszedłem na podsumowanie do internisty.

Bardzo miła babeczka po 50. Się nagadaliśmy, pośmialiśmy. Pani przelatuje moje wyniki i kiwa głową mówiąc „pięknie”, „pięknie” i „pięknie”. Czyli zdrowy, jak ryba? – pytam.

Potwierdza ale szybko zauważa i komentuje – o o o, kwas moczowy jednak za wysoki. Tu taj już tabletki dam. I dietę. Drżę.

– nie wiem czy pan lubi sery pleśniowe? – pyta pani w białym kitlu

– lubię – oświadczam szybciutko

– to już nie jemy. Czerwone mięso, czerwone wino – pani na jednym wydechu wylistowywuje

– ojej! – lamentuję

– szpinak i szczaw też nie – dodaje

– same dobre rzeczy – mówię jej

– pewnie ostryg pan nie je, ale ich też proszę unikać – dobija mnie lekarka

– uwielbiam ostrygi – mamroczę pod nosem kompletnie załamany

– ja też – pani doktór próbuje się chyba przypodobać

– taka miła pani doktor, a taka niedobra – mówię jej żartem

– to nie ja jestem niemiła, tylko panie laborantki – odpowiada

– to co ja mam teraz znowu wódkę pić? Nie lubię – pytam się, bo jednak czerwone wino lubię

Pani doktór się tylko uśmiechnęła.

No cóż, kolekcja whisky nie ruszana dawno. Trzeba będzie zetrzeć kurze.

Badania profilaktyczne pokazały również, że … muszę kupić moje … PIERWSZE … okulary! Ale na szczęście tylko do czytania. Z bliska się rozmazuje. A im dalej, tym na szczęście lepiej.

Nie znam się na szkłach, ale ponoć się szarpnąłem. No cóż. Na szczęście 600 złociszy oddaje pracodawca, więc te kilkaset dodatkowych złotych jakoś przeboleję.

Tak sobie teraz się reflektuję, że kolejny … motyla noga … już rok mija! Czas faktycznie biegnie szybciej jak się starzejemy. Widziałem dziś jakiś dokument na netflix o panu doktorze. Zdrzemłem się pacząc, ale zauważyłem, że akcja dzieje się w Nowym Jorku w 2013 roku. Przypomniałem sobie, że to wtedy na drugi dzień świąt spontanicznie zaleciałem do Miasta. I wtedy była chyba bardzo zimna zima, i Państwo z Europy na K. kupiło złe bilety powrotne, i ja po raz pierwszy zrobiłem zakupy w Uniqlo. 10 years challenge. Przecie to wczoraj było!

A za chwilę będzie 7 lat bez fajki!

 

Kopenhaga listopad 2023

hipochondriusz

lubię się bawić języ(cz)kiem, słowem, literkami. Lubię sobie wymyślać imiona różne. Raz dzieciom Państwa z Europy na K. próbowałem wmówić, że mam na imię tak naprawdę Ambrozjusz. Małe wtedy były, więc chyba uwierzyły.

Podoba mi się również Klaustrofobiusz. Za Genitaliuszem nie przepadałem, bo jakieś takie … *ujowe było.

Ale Hipochondriusz brzmi pysznie! I tak … esencjonalnie.

Ogólnie lata mi koło nosa, jak się coś ze mną dzieje. Na początku oczywiście atak paniki, jak coś łupnie, zgrzytnie i zaboli. Najgorsze scenariusze przed oczami mi stają. Przecie pisałem, jak po dostaniu bomem w głowę, biegłem na … jezzzu, chciałem napisać na trepanację czaszki! Nie, nie. Zapisałem się na takie badanie, co się do takiej tuby wjeżdża i jest błogo. Tomografia?! Olimpia mi kazała iść, jak jej powiedziałem, że bóle odczuwam nadal, po ponad 7 dniach. Oczywiście wyszło, że głowa cała!

I tak co jakiś czas się sprawdzam, jak pomyślę, że umieram, że to już ten czas. No nie wybieram się na żaden inny świat, także trzeba dbać o się.

Od niedawna uczęszczam na siłownię. A tak sobie mięśnie wyrabiam. Przede wszystkim to parę kilo chcę zrzucić. Szczególnie teraz bardzo chcę, skoro uwięził mnie pan chirurg w bezruchu. Co ja mogę teraz? Chodzić mogę. Rowerem mogę jeździć. Stopy mają się nie ciskać i przesuwać gwałtownie w obuwiu. Także żegnaj tenisie, badmintonie i bieganiu. Ale szczęśliwie czas szybko mija i od zabiegi cięcia i piłowania kości palców minęło już ponad 9 miesięcy. Może po roku będę mógł powrócić do moich wysiłków.

Na razie jest siłownia. Kilogramy mi nie spadają. Ale tłumaczę sobie to niechudnięcie tym, że to tylko tłuszcz zamienia się w mięśnie, a te wiadomo ważą. To umięśniam się.

Po pierwszych zajęciach w sierpniu 2021 musiałem zrobić 3 dni przerwy, bo zakwasy miałem na wszystkim. Ale później się organizm przyzwyczaił i chadzam tak co drugi dzień (staram się). Jest fajnie.

W ostatnią niedzielę postanowiłem zrobić sobie nowe ćwiczenia. No może nie nowe, ale na nowo zacząć je robić. Oczywiście rodzony w niedzielę jestem, to troszkę taki leniwy jestem. Na siłowni zawsze wybieram ćwiczenia łatwe, lekkie i przyjemne, czyli biceps i nóżki. Omijam jakoś brzuch. Ciężkie i nudne to zajęcia. Ale postanowiłem, że wrócę i wróciłem. Muszę coś z tym moim maćkiem zrobić. Ramiona się ładnie kształtują. Łydki też niczego sobie. Ale brzuch i cycki nadal takie jakieś za spore.

Brzuch można rzeźbić na różne sposoby. Najłatwiejsza jest taka maszyna w kształcie fotela. Łapie się rękoma nad głową, nogami się zapiera o taki wałek i się zgina w pół. No nic trudnego, ale dla lepszego efektu zakłada się ciężary. Żeby nie było za lekko. I jakiś koleś przede mną powiesił 20 kg. Myślałem, że dam radę. Siadam, próbuję i stwierdzam, że dam radę, ale strasznym kosztem i mordowaniem się. No dobra: ledwo dałem radę. Na drugi dzień czułem się jak z krzyża zdjęty. Brzuch mnie bolał. Miałem trudności ze zginaniem się. We wtorek powtórzyłem ćwiczenie. Ledwo mi się udało. Nie dałem rady się ruszyć na tym fotelu. Ale jakimiś cudem zrobiłem 3 serie po 10 powtórzeń. Aha, 20kg zamieniłem na 10.

Dziś rano się budzę i czuję taki ścisk w klatce piersiowej. PO LEWEJ STRONIE! Serce! Od razu stwierdziłem. Na pewno jakiś zawał rozległy przechodzę albo serce mi się chce wyrwać. No słabe uczucie. Jakby kto trzymał serce w dłoni. Jak próbuję wziąć głęboki oddech, to kłuje mnie. Przy zgięciu i schyleniu się to samo! Do pracy szedłem bardzo wolno, ważąc każdy krok. Już oczami wyobraźni widziałem, jak padam jak długi na ulicy albo już przy biurku. Nawet kawy drugiej nie dokończyłem, bo ocknąłem się w połowie siorbiąc czarny przysmak, krzycząc na siebie:

Czyś ty zwariował Hipochondriusz!? Zawał masz i kawę jeszcze pijesz?!

Poleciałem do łazienki i wylałem resztę. Umyłem przy okazji kubek i … jabłko.

Panika lekka cały dzień, ale dzierżę fason. Nie przewracam się, normalnie funkcjonuję. Stwierdziłem, że jak nie umrę dziś, to będzie ok. Po południu wykonałem jednak telefon do przychodni i się umówiłem.

Hmmm, mięsień jakiś nadwyrężony. Pan doktór stwierdził, że pewnie krzywo spałem, albo się źle ułożyłem na noc. Faktycznie jakiś sen miałem nierówny. Opowiedziałem mu o moich ostatnich przygodach w fitnessklubie i pan doktór tylko potwierdził, że to jakieś nadwyrężenie mięśnia.

Będę żył.

Ale przy okazji zaordynowałem sobie kontrolne badanie krwi, USG i moczu. A lubię te eksperymenty. Lubię, jak mnie pani dziabnie w niewidzialną dla mnie żyłkę albo zimnym żelem brzuch wysmaruje i później jeździ takim czymś. Tylko oddawać specimenu w ten wąski, plastikowy pojemnik nie lubię. Już lepiej posiew zrobić, bo pojemnik szerszy. Eh, trzeba się będzie pomordować rano.

Ciekawe jak tam cichy zabójca cholesterol? Ostatnie badania w 2020 pokazały, że załatwiłem gnojka dietą.

Jutro może do jakiego psychiatry się zapiszę? Bo ewidentnie coś nie tak mam z głową.

To ja pisałem Hipochondriusz.

rozebrać się do rosołu

Po ponad 4 godzinach bulgotania słońce zajrzało przez okno. Szybko pogasiłem palniki, zasłoniłem rolety i włączyłem wiatrak.

Nalałem sobie talerz zupy i siadłem do stołu. Uf, jak gorąco. Pot mnie zlał. Takżem rozebrał się do rosołu. Ale bez sensacji proszę mi tu. Żadnych bezeceństw. Przyzwoity byłem. Nie do takiego rosołu.

Rosół na kaczce okazał się pyszny. Aż sam się dziwię, bom zawsze sceptyczny jest wobec swoich dań. Pozwoliłem sobie na dwa talerze.

Ryba w sosie też niczego sobie. Ale czuję, że to chyba koniec pichcenia w tym tygodniu. Za gorąco będzie.

Włączam internety i widzę, że ktoś śmiał zażartować sobie z naszego Sebastiana, prezydenta Wolski. Po angielsku ponoć rozmawiali. No wyuczony ten pan. Brawo Sebastian.

Oczywiście oprócz znajomości języka obcego, nie mój prezydent posiada również bystrość, inteligencję i poczucie humoru. Zorientował się, że to prank. No co za wspaniały i błyskotliwy prezydent. Dobrze chyba jednak wybrali Wolacy. Będzie chyba kupa śmiechu przez kolejnych 5 lat. Ciekawe czy nasz kraj przetrwa, czy do cna go roz…..

żeby życie miało smaczek …

Raz ogórek, raz kabaczek.

 

Nie, ja nie o LGBT i innych bezeceństwach. Nie mówmyż o debilu. Chłop i tak ma przed sobą trudny czas. Pakowanie. Wiem, kilka razy się przeprowadzałem. Tyle tego się jednak zbiera, że okazuje się, że całe życie to nie jeden, a od groma pudeł i worków. Także WyPAD 2020.

Ja nie o ideologii, a o ludziach. O koleżance z pracy, co mi o tej porze roku przynosi dary. Przeprowadziła się Dorota na wieś ze swoimi chłopakami i sobie przy domu grzebie, kopie, sadzi, piele. I natura oddaje jej jak szalona! Dwa dni temu przyniosła mi wór szczypioru, rukoli, sałaty. A rok temu dostałem jeszcze gigantyczne ogórki, cukinie i miętę. Także czekam na resztę zielonego.

W sklepie mym czasem się zapytuję pana Wojtka z rybnego, czy ma jakieś łby i kręgosłupy rybie. I jak czasem ma, to kupuję. I dwa dni temu sobie nawarzyłem rosołu rybnego. Piękny. Taki zawiesisty, z drobinkami mięsa łososia. Mlask.

Raz zrobiłem zupę z sałaty i się zakochałem. Piękna zieleń wychodzi po zblendowaniu. A smak!?

Rok temu Dorota zaproponowała, żebym zmiksował ogórki świeże. Mlask!

Teraz zrobiłem zupę zieloną ze szczypiorem, rukolą i sałatą. Py-cha!

 

Dziś chyba wykorzystam mleczko kokosowe, bo coś długo stoi i martwię się, czy nie zepsuje się. I krewetki dodam. Jest tak gorąco, że pranie schnie w okamgnieniu, a krewetki rozmrażają się ciut dłużej.

 

Czekolady nie dostałem. Odrzucili mnie z poboru honorowego krwi. Niestety krwinki białe w ilości 3 800 zdyskwalifikowały mnie. Minimum to 4 000. Cholera. Blisko byłem. Pan doktór na moje pytanie, jak naturalnie mogę podnieść te leukocyty, odpowiedział, że są dwie metody: wysiłek dzień przed oraz … przeziębienie.

No kurczaczki, przecie dzień przed ewentualną donacją wysiłkowałem się jak nigdy. Wiktorię z Panem G. nad chłopakami odniosłem epicką! I nawet krwinka mi nie drgnęła?

Przeziębiać się nie zamierzam.

Mam czas 2 tygodnie do ponownego podejścia. No nic, wizja darmowej komunikacji jako honorowy krwiodawca oddala się. Pal licho czekoladę, w taki upał się i tak by roztopiła. I w drodze powrotnej deszcz mnie zlał!

 

wyginam śmiało ciało

Czyli coś mnie łupie. Żem się wczoraj zawziął.

Środa, wiadomo, dzień … badmintona. W parze byłem z panem G. Zawsze jak z nim gram, to jest kupa śmiechu, no bo sukcesów sportowych jakoś nie za bardzo. Ale ostatnio, jak byłem sparowany z Panem z Europy na K., to coś nam szło ciężko. Jak po grudzie, ale wygraliśmy. Wczoraj pomyślałem sobie, że tanio skóry nie sprzedamy. Szalałem, biegałem od lewej do prawej. Czasem się udało trafić w lotkę, częściej nie. Atutem był serwis kolegi. Wygraliśmy 4-2 w setach! Ostatni był gorący. Prowadziliśmy 20-10, do wiktorii brakowało nam 1 punktu. Felipe zdobył 10 punktów z rzędu. Kurczaczki, 20-20. Zrobiło się nerwowo. W międzyczasie pan G. odebrał serwis, który ewidentnie szedł na aut. Ale w przyrodzie nic nie ginie. Felipe wyciągnął moje zagranie, które wylądowałoby kilometr za linią boczną. Fajna ta kometka. Śmiech i radość. Jeszcze gdybyśmy umieli w to grać jakoś dobrze.

Mokry jak świnia, ale szczęśliwy jak głupi. Widomo, endorfiny.

No i przed snem stwierdzam, że

  1. plecki pobolewają
  2. coś prawa rąsią daje znać, że jest (trzeba chyba opaskę ortopedyczną odnaleźć. Ponowna (ewentualna) rehabilitacja łokcia tenisisty nie za bardzo mi się widzi)

Starość albo nierozgrzanie. Ale zaparłem się, do łba wbiłem. Nie chciałem sprzedawać tanio swojej skóry. Wyginałem się, rąsią wybierałem lotki zza pleców, siła uderzeń była piorunująca. To teraz mam. Na szczęście za tydzień gram w parze z Felipe, to będę mógł odpocząć. Kolega zagra za dwóch. (łatwe) Zwycięstwo w kieszeni(?)

I tak się czuję taki zrelaksowany z rana. Wysportowany. Rześki. Lecę do pokoju kąpielowego, wskakuję na wagę … i się okazuje, że tylko 1 kg schudłem od wczoraj wieczora. Słabo.

A propos sprawdzania ile jest Maćka na świecie, to raz się wystraszyłem strasznie. Przesuwałem wagę jakoś nienaturalnie. Rękami tym razem, nie nogą. Staję nań i patrzę, że ważę grubo ponad 230! O matko co to? – krzyczę w niedowierzaniu.

 

UFO, pewnie UFO mnie porwało. Abdukcja jakaś była, wszczepili mi coś! – ja to zawsze na wszystko mam prawdopodobną odpowiedź, c’nie? Alien abduction na Sadybie? Zagadka się szybko rozwiązała. Okazało się, że jakoś niechcący i nieświadomie rąsią przełączyłem kilogramy na funty. Uffff. A ile się później naszukałem, żeby to odczynić! Ale w końcu udało się i maszyna pokazuje kilogramy. I znowu jest mniej niż 100! Człowiek to naprawdę może wyzionąć ducha w swoim domu na zawał. Nawet durna waga może tak (śmiertelnie prawie) nastraszyć.

Dziś idę wyssać swoją krew. 8 tygodni minęło, czekolada mi się skończyła, a podatki same się nie zapłacą. Ciekawe ile waży prawie pół litra krwi? Pół człowiek, pół litra!

kto handluje ten żyje, czyli …

teraz jest wojna!

 

Kochani, w końcu nabyłem TO! 3 podejścia robiłem, aż w końcu mam TO!

Za pierwszym razem wchodzę do przybytku i się pytam pani, czy można kartą płacić. Niestety nie. Ale zapytałem przy okazji, czy ma TO? Po forsę mogłem podskoczyć do mojej serdecznej koleżanki Joli, która szefuje w oddziale pewnego banku 50 metrów obok. Ale pani przekupka nie miała TEGO już.

Zachodzę wczoraj ponownie. Jest pan. Starszy panoczek w białym fartuchu. Tym razem uzbrojony byłem w dwadzieścia złociszy. Ale pan mnie zaczął przepraszać, że nie ma już TEGO.

– ależ nie ma sprawy. Przy okazji przechodziłem – uspokajam pana

– bardzo mi przykro. Proszę jutro przyjść

– a o której otwieracie państwo? – zapytuję, żeby wiedzieć jak dzień zaplanować. Jak widać TO schodzi na pniu

– o 8, ale jeśli pan chce wcześniej, to ja będę o 6 – zachęca pan sprzedawca

– nie. Spokojnie. Wpadnę za dnia

– zapraszam jutro i bardzo przepraszam

– nie ma za co przepraszać. Do jutra

 

Rano dziś wstałem bardzo nie rano. Wskazówki mi się coś przestawiły chyba. Byłem pewien, że jak młody Bóg zerwałem się o 6.43. Ale nie. Myślałem, że może nie 6, a 9.43 jest. Też nie. Wyszedłem zrezygnowany z domu grubo po 11. Żar już był. Po drodze kupiłem pomidory i dymkę. Myślę, że będzie pasować do TEGO.

Pan w fartuchu był. Bardzo taki zapraszający, zachęcający. Skromność i uprzejmość. Pytam się pana z czym TO ma.

– noooo, z kaszą gryczaną

– ale wie pan, niektórzy dają wątróbkę, ozory albo jakieś serca – informuję

– nie, nie. Tak bez, to dłużej świeższa będzie – odpowiada ekspedient i pakuje mi jeden kawałek TEGO do torebki foliowej

– wie pan co, skoro TO takie małe, to wezmę dwa kawałki – dodaję ze ślinką cieknącą już (tak, nie miałem maseczki)

– a uprzejmie proszę szanownemu panu

 

Bardzo sympatyczny pan sprzedający. Pogadaliśmy chwilkę. Powiedziałem mu, że stugębna plotka mnie tu zagnała. To znaczy ustna rekomendacja koleżanki. Pan potwierdził, że lokalizacja może być słaba, ale jak ludzie sobie przekazują informację, to wieść się niesie i handel kwtnie. Miał rację. Nie chciałem go jednak dołować, że jego sklep wygląda mało zachęcająco. I przez te 15 lat ani razu jakoś nie chciało mi się zajrzeć do niego. A wielki napis na szybie mają – CIELĘCINA.

Pan mnie ujął nie tylko skromnością i uprzejmością. Oczarował mnie jego język. Pan mówił po … warszawsku. Ale tak jakoś przedwojennie, mam wrażenie. Trochę mnie zaskoczył sposób poproszenia o zapłatę, dlatego też nie mogę sobie teraz przypomnieć. Dziwnie powiedział. 8 złoty pana? Czy jakoś tak. No aż poczułem się jakbym się w czasie cofnął. Chyba zacznę mięso znowu jeść, żeby tylko go odwiedzać. Jego żona (ta pani sprzed dwóch dni) chyba przyjezdna, bo mówiła normalnie. Eh! Najważniejsze, że mam TO!

 

O i bimber też mam!

pan fasola

Nigdy nie byłem fanem tegoż komedianta. Na nerwy mi działał. Ale mam jego obrazek w głowie.

Zawsze chciałem mieć dywan na klacie. Niestety, jedyny dywan, to pod łóżkiem. Kawior taki (po rosyjsku ковёр – dywan. Диван – łóżko, sofa. Zdałbym chyba ten rosyjski na maturze jednak). Także dziś zrobiłem sobie dywan na klacie. Sam się ostrzygłem, ogoliłem i … niechcący zrobiłem na pana Fasolę.

 

Dziś już wiem, że dywanu na klacie bardzo nie chciałbym mieć. Kiedyś na studiach mieliśmy kumpla. Bardzo owłosiony i grubawy. Grając w kosza jedna drużyna była bez koszulek (żeby się jakoś rozeznać kto jest kto, z której drużyny). I raz przypadło mi w udziale krycie kolegi. Akurat to ja byłem w koszulce. Kolega dostał ksywę Oślizgły. Fuj, co za, kurczaczki, nieprzyjemność przy starciu w zbiórce piłki. Oślizgłość!

Wczoraj po kometce zaszedłem jeszcze do kumpla do knajpy włoskiej. Nieopodal przemknął nasz Albercik – turecki Barber. I się nauczyłem, że niestety nasz przyjaciel nie ma ruchu za bardzo. Ludzie się nie chcą ciąć i golić. Ale ja się nie dziwię. Mam opory przed usługami tego typu. Robert i jego pizzer też sami się od marca strzygą. I ja zacząłem. 130 zł zaoszczędzone. I nawet ten drugi raz poszedł mi o niebo lepiej niż pierwszy. Radość!

 

Dziś się napedałowałem ze Słodkokwaśnymi. 42 kilometrów w sumie. Ból niestety dupy. Nieradość. Zajechaliśmy na pizzę z Radości. Arturka nie było niestety. Zamówiliśmy prawie wszystko, zjedliśmy, przepłukaliśmy gardło. Pizza dobra, nietypowa taka.

Ja wziąłem tasmańską i ojca chrzestnego. Słodkokwaśna – zimowa i rosyjska, a jego pani – słoneczna i caprese.

 

 

Zimowa na propsach! Na deser poszedł … murzynek, to znaczy ciasteczko o kolorze niebiałym, ciemne takie (ponoć nie można murzyn mówić) oraz tarta z czekoladom. Ja uważam, że brownie Słodkokwaśnej lepsze niż moja tarta, a pani Słodkowaśnej, że tarta lepsza. Słodkokwaśna nie powiedział nic, tylko kamerował nas cały czas. Także film będzie. Pizzę z Radości polecam. Właściciel Arturek mega zakręcony i pozytywny człowiek. No szkoda, że nie było okazji się pośmiać razem.

 

Przed strawą przejechaliśmy się po Szynce Grochowskiej. Ktoś „OL” wydrapał z przodu. Na Dudziarską zajechaliśmy. Mam nadzieję, że Duda tam zamieszka po wyborach. Żarcik. Nie życzę nikomu tego adresu. To jest miejsce, do którego miasto zsyłało wszystkich niespłacających kredytów, czynszów. Wyeksmitowani tacy. Zgodnie we trójkę stwierdziliśmy, że jak jakiś Czarnobyl to wygląda. Ponoć ich już stamtąd przenieśli, to temu tak to wygląda jeszcze straszniej. Jakby ktoś był zainteresowany, to polecam to miejsce. 225 tam staje. Kawęczyn-Wygoda, o ile dobrzem zapamiętał. Koszmar!

 

Aha, skoro żyję, to piszę lub skoro piszę, to żyję. Rzodkiewki małosolnej popróbowałem. Otworzyłem ja ci słoiczek i bach jak gazy poszły! Biało-czerwona kuleczka bardzosolna. Wniosek – mniej soli do wody niźli do ogórków. Ale pomysł z tym warzywkiem dobry. Będzie kontynuacja.

 

Przed zajechaniem do domu, na 42-im kilometrze zajechałem na bronksa do baru osiedlowego! Och co za ulga te leżaczki. Istny ass rest!

 

too funky

 

Hey, you’re just too funky for me, czyli hej, jesteście tylko moimi dwiema fankami dla mnie (jak ja tom maturę zdałem?). Czyli stary dobry Dżordż Majkel z 1992 roku. Szkoda chłopa.

 

too funky, czyli dwie fanki. Jedna zawsze jak dzwoni, to mówi, żebym pisał. Zachęca mnie. A druga się odezwała wczoraj i pokazała mi pozycję!

Szkoda, że już miałem i urodziny, i imieniny. 7 milionów piechotą nie chodzi. Już nawet więcej zaraziło się koronką na całym świecie.

Także dziewczyny, bardzo dziękuję za saport (po ang. support). Będę gryzmolić nadal. Dla Was. A jak się dołączy która tam jeszcze, to będę miał funky tree, czyli fanki trzy.

Dziś wybrałem się do moich biur. Na rdzawo! Tak zwany Rusty byłem.

Się ponaubierałem się z rana, a tak ścichapęk przed południem zrobiło się duszno. Akurat wtedy, co musiałem się przemieścić z biura A do biura B. Spotkałem na lunchu koleżankę, a ta się pyta, co ja tak na … roboczo się ubrałem.

Miasto widzę nadal jakieś uśpione. Ludzi co prawda jakby więcej, ale wciąż mało. Oczywiście na drogach koreczki. Tak jakby nic się nie stało.

Ciekawym czy znowu nas pozamykają w domu. Co prawda krzywa zachorowań się wypłaszcza … wprost proporcjonalnie do odmrożeń, ale mam wrażenie, że nie zamkną nas znowu. Dodrukowali kasy, inflacja podskoczyła. Pinokio coś tłumaczy, że się nauczyliśmy żyć w zarazie. Wytrzeszcz oczu od braci Szumowskich mówi, że jest super. Myślę, że zobaczyli, że nie taka zaraza straszna i możemy sobie hulać po podwórku. Jak się pochorujemy, to się jednak wszyscy zmieścimy na zakaźnym (albo w domach na kwarantannie). O, właśnie kolega Piątek mi pisze, że ponoć za miesiąc znowu nas zamykają. A niech se zamykają.

Jestem tylko ciekaw, czy wybory przełożą. Bo już ktoś coś przebąkiwuje, że nowa fala zachorowań dziwnym trafem nastąpi w tygodniu wyborów. Albo zdążą zdyskredytować przyszłego prezydenta Czaskoskiego, albo przełożą wybory, żeby wyrobić się z hakami na majora Wawy. Ogólnie PiS zachował się jak ostatnie pały. Gdyby tak nie naciskali na przełożenie wyborów, to 10 maja Budyń mógłby wygrać od razu, bez drugiej tury. A tak? To kto wie! Pały!

Czuję, że chyba mój wiatrak musi wrócić. Co za duchota! Poszedłem dziś na kometkę z moimi dziewczynami i po wyjściu z hali (bez kąpieli) na dwór nie odczułem żadnej różnicy. Makabra. Po 21 było. Okazało się też, że jednak prysznice odmrozili. Heh. Cała hala nie wiedziała o tym. Także pustki w szatni.

Kometka ogólnie dobra. Polecam. Bardzo męczący sport rakietowy. Zawsze mi się wydawało, że z panem z Europy na K. będzie mi się grało najlepiej. Ale okazuje się, że nie. Kurczaczki, jak krew z nosa nam idzie. Pod wiatr, nóż w plecy, piach w oczy. Nie wiem czemu tak jest. Z Felipe gra mi się świetnie. Gładkie zwycięstwa. Z panem G. też ok. Dostajemy równo baty. Ale jest zabawa. A z panem z Europy na K. no jak po grudzie! Dwie indywidualności. Dwa czempiony w jednym teamie, to jednak mieszanka niekoniecznie zwycięska. Eh. Ale dziś wygraliśmy 3-2 w setach. Hawk Eye musimy zainstalować. Bo jakieś delikatne kłótnie przy spornych lotkach były.

 

Dziś nawet nie poświętowałem Dnia Roweru! Ciekawe jak się ma moja maszyna. Dawno nie zaglądałem. Właśnie! Wpis miał zaczynać się piosenką o rowerze. Ale niestety moje dwie fanki wygrały.

Mnie nie nadawaj swojego numeru. Sama do mnie podzwonisz.

Oczywiście matury z ruska bym nie zdał. конечно, нет!

https://www.youtube.com/watch?v=pFBUh3hKKDg

 

 

Kochani, kręcimy, pedałujemy. W siną dal. Na wybory!

A właśnie! Jutro Boże Ciało, czyli Corpus Christi. Jak byłem w Teksasie, to miałem w planach odwiedzić dwie miejscowości. Boże Ciało/Corpus Christi właśnie oraz Galveston. Koleżanka z pracy polecała tą ostatnią miejscowość. Że niby urokliwie, jakieś motory, harleje i w ogóle miło. Ale jakoś Big Bend National Park wygrał i się cieszę. Park rewelacja, o czym pisałem. Ciekawe czy Uleńka z Teksasu w teksasie była w Bożym Ciele? Niech da znać.

 

Ostatnio stałem się fanem ogórków małosolnych a la moi. No pisałem, że tania to impreza nie jest, że od razu można kupić gotowe za tylko ciut więcej. Ale ja lubię robić i później smakować. Dwa dni temu tak dla żartu, i w sumie dla dopchania słoika, dorzuciłem 3 rzodkiewki. Kolor coś im schodzi.

Ciekawe jak smakują małosolnie. Jutro chyba czas nań będzie. Jakbym nie pisał coś długo, to niech moje fanki wydzwonią sprawdzić, czy się nie potrułem, czy coś. A gdyby moje fanki świętowały długi weekend, to podaję mój numer moim potencjalnym fankom – 69*****69.

o, po żarach

 

 

“9 czerwca obchodzimy Dzień Przyjaciela. W tym dniu można podziękować przyjacielowi za to, że zawsze jest tuż obok”.

No nie wiem. Gdybym teraz zobaczył mojego przyjaciela obok, to bym chyba zszedł na zawał! Ale wszystkim przyjaciołom mówię krótkie „dzięki, że jesteście”.

Choć w radio dziś mówią o psach, a nie o ludziach jako przyjaciołach. Na psa urok!

Kolejne dni wyglądają ciekawie. Rower, Wujek Dobra Rada. Heh!

 

Dziś chyba nastąpi oficjalne i uroczyste schowanie wentylatora. Szybko jakoś. Półtorej dnia stał wystawiony tylko. Żary jakoś odeszły. Po żarach już jakby jest. Wczoraj, na ten przykład, spaceruję za dnia ze sklepu do domu. Krótkie wszystko – włosy, koszulka, spodenki. Dzwoni Słodkokwaśna i zaprasza na boczek i inne takie. Lekko ponad godzinę po zaproszeniu wychodzę z domu. Nadal na krótko ubrany. I tu szok termiczny! Zimno. Nie chciało mi się już wracać do domu się przebierać. Pani Słodkokwaśnej zapytała mnie, czy ja tak przyjechałem, jak mnie zobaczyła, jak przyszła późno z roboty. No niestety tak właśnie przyjechałem. Na szczęście z domu do Bolta i zeń do domu blisko i nie zmarzłem.

Także po żarach mam nadzieję już jest.

 

Wczoraj rozmawiałem ze starszym Bąbelkiem. Pytałem o wrażenia z matury z polaka. Zadowolony. Ale później się okazało, że zaczął się martwić, bo na 2 godziny przed egzaminem wyciekły do netu tematy. Ponoć w podlaskiem ktoś to wrzucił i ponoć nikt spoza podlaskiego nie wchodził na te strony. Jakim trzeba być idiotą, żeby wrzucać pewniaki na 2 godziny przed egzaminem? Pocieszyłem młodego, żeby się nie martwił. Chyba wszyscy chcą, żeby te egzaminy już się zakończyły i nie trzeba było narażać kogokolwiek na ponowny stres i zagrożenie zdrowia w związku z zarazą.

 

Dziś matma. I kurczaczki! Dostaję od Arka-Zegarka zadanie. Znowu jakiś przeciek. No co za pechowy rocznik. Za chwilę dzieciakom każą pisać na nowo wszystko! Ciekawe, czy to zadanie, które mój serdeczny przyjaciel podesłał, to na szóstkę jest, czy nie. Oczywiście natychmiast przesłałem dalej do mojego Bąbelka, ale chyba już za późno było. Eh!

Także po żarach mam nadzieję już jest.

 

 

zaraza

po raz pierwszy (chyba) jest mi żal polityka.

 

Tu już nawet nie ma co komentować. Mały kmiotek doprowadził do skrajnych emocji kobietę. Rozgoryczenie, żal, wściekłość i bezradność aż się wylewa z pani posłanki. Mam do niej sentyment. Zwróciłem na jej przebojowość i otwartość uwagę ponad 30 lat temu w 5-10-15.

Coraz bardziej zgadzam się z panem Wojciechem Mannem, że Naczelnik państwa Wolskiego się czegoś boi i nie wie tylko czego. Nie wiem, czy on ma wyrzuty sumienia, że brata na śmierć wysłał? Czy on nienawidzi ludzi? Czy on już tak jest odizolowany od rzeczywistości, że nie wie co robi? Czy może po prostu nie kontaktuje już z rzeczywistością i żyje w swoim idealnym świecie? Ten mały człowiek jest pełen pogardy dla ludzi. Mały, wredny zaraz! Niektórzy moi znajomi twierdzą, że powinni go poddać badaniom psychiatrycznym. Sekunduję tej idei.

 

Noże i pistolety
Co tylko kto tam ma
Na życie gdy zabraknie
Na życie gdy zabraknie
Tłum wyjdzie na ulice gdy przyjdzie na to czas

 

Ostatnio Ula z Teksasu mnie zagaiła, czy polecam coś do posłuchania. Nie wiem. Jakoś ostatnio nic mnie nie łechce. Powiedziałem dla żartu, że może Kazik.

Rozhahała się.

A dziś włączyłem sobie Zarazę – nowe dzieło Kazika Staszewskiego. Wśród 15 pozycji są i potwory:

– twój ból jest lepszy niż mój

– powiedzcie, że kochacie nas

i nawet fajne kawałki. Ściągnąłem sobie z 5 do muzycznej biblioteki:

– noże i pistolety

– bawmy się

– bohater

– nigdzie już nie pójdę już

– bilet w jedną stronę złą

i nie wiem, czy nie dodam czegoś jeszcze. Jak zwykle teksty ma dobre, w punkt.

 

Burze ponoć nadchodzą. Już czuję duchotę. Eh. I w związku z anomalią pogodową już mi się plany pokrzyżowały. Nici z wyjścia do knajpy. Strasznie się zaniepokoiłem, bo w domu lodówka pusta. Ale szybko ochłonąłem, żeby przemyśleć racjonalnie i na spokojnie sytuację. Maciek, ale ty durny. Przecie wczoraj prawie pół dnia w garach stałeś – powiedziałem sam do siebie (powtarzam się, ale lubię czasem z kimś mądrym porozmawiać). Zupa ogórkowa, dziś pomidorowa z rosołu z wczoraj, sos ze skorupiaków, śledzie z cebulką, śledzie z cebulką i kurkumą. No i przecie, nie dalej jak 2 dni temu, kupiłem w Lidl dwupak z dorszem, to mi jeden na dziś właśnie został. I jeszcze małosolne ogórki mam nastawione od kilku dni. Już powinny dojść. Czyli nie umrę z głodu. Uf!

Wczoraj się chilloutowałem na dworzu i po raz pierwszy poczułem, że jest przyjemnie. Wcześniej jakoś zawsze zimno było wieczorową porą. Ale niestety ciepło, ciepło, a do domu w deszczu wracałem. Eh, pewnie urosnę.

 

« Older posts

© 2026

Theme by Anders Noren — Up ↑