Tag: zakupy

chyba się pogryzę z żabką

Z tym sklepem.

Bardzo nie lubię, jak ktoś próbuje mnie oszukać. W takiej quasi piekarni/lodziarni obok domu moja noga już nie postanie. A taka ładna była. 400 kroków od domu. Ale nie! Nie daję się oszukiwać. Strasznie mnie mierzi takie głupie podejście do klienta. A łatwiej byłoby pójść na rękę i klient wyszedłby zadowolony.

Jakiś czas temu kupowałem sobie lody w tym wspomnianym przybytku. Dobre, craftowe (modne słowo ostatnio). Zauważyłem, że w środy (wiadomix: środa – dzień loda, a czwartek – dzień bez majtek) mają promo: kup 3 a dostaniesz 2. A może odwrotnie? Kup 2 porcje, a trzecia gratis? Brzmi logiczniej. I ostatniego razu skusiłem się na promo. Gałka 4 zł. Kupiłem 2 – pistacja i śmietankowy (moje ulubione smaki). Zapłaciłem … 8,5 zł. Pani mi daje rożek z … dwiema porcjami. Pytam się czy dziś jest środa. Wszystko się zgadza. Pistacja droższa, bo 4,50 zł. To dopytuję o gratisową porcję. I tu mnie pani wielce zadziwia polityką sklepiku.

Promo „3 za 2” obowiązuje tylko smaki inne niż pistacja. Tłumaczę jej, że dziwną mają politykę, bo dwie porcje inne niż pistacja kosztują 8 zł. I za tę kwotę w środę dają mi trzecią porcję gratis. Tymczasem ja zapłaciłem im 8,50 zł i jest środa, a ja nie mam dodatkowej porcji. Poza tym na haśle promocyjnym nie ma słowa o smakach i o wyjątkach, więc czuję się oszukany. Pani mnie zadziwiła wielce, bo strasznie się zacietrzewiła i zrobiła się nieuprzejma. Hm, odparłem jej, że okradają i oszukują klientów i moja noga już tu więcej nie postanie. Tak też się dzieje po dzień dzisiejszy. A to ze dwa lata już będzie. 1 gwiazdka na mapach google przyznana.

Tak samo było w jakimś beach klubie nad Wisłą. Umówiliśmy się na mecz Polska – Hiszpania w ramach europejskiego czempionatu. Przyjechałem na rowerze. Jak zwykle w cieplą porę miałem dwa bidony uczepione na ramie. Pan na wejściu oznajmił, że nie mogę wnieś obcych płynów, więc muszę je albo wypić, albo wylać. Powiedziałem, że to woda dla ochłody podczas jazdy rowerem. Pana nie interesowało. Ok. wypiłem. Dodatkowo musiałem zapłacić za wejście 20 zł. To był taki voucher. Płaciło się na bramce i do baru się podchodziło, zamawiało i płaciło się kuponem. Wszystko cacy. Ale bar nie wydawał reszty z tego kuponu. Czyli płacisz 20 zł, idziesz do baru, kupujesz colę albo wodę za 8 i … zonk. Reszty nie ma. To już nie jest oszustwo. To jest czyste złodziejstwo. Na szczęście byliśmy w kilka osób, więc jakoś się sensownie wydało te kupony. Ale niesmak pozostał. Więcej nasze nogi tam nie postały.

W tym tygodniu kupiłem jedno piwo Grodzkie Ale w Żabce. Tak ze 350 m od domu. Wczoraj wracawszy ze spotkania ze Szwedami zajrzałem do Żabki jeszcze bardziej obok domu, tak ze 150 m odeń. Tym razem wziąłem Brooklyn Lager. Bo lubię, bo bardzo często kupowałem jak byłem w Nowym Jorku. Oprócz mnie w sklepie był jakiś inny pan. Słyszę jak się oporządza przy kasie. Pani sprzedawczyni pyta – może do tego loda? No bo przecie wczoraj była środa.

Pan podziękował. A może ma pan aplikację żabki? – nie daje za wygrana miła pani. Pan też zaprzeczył.

Podbijam ze swoją małą butelką napoju chmielowego i od razu oznajmiam, że tylko piwo. Przecie taki lodzik, to mnóstwo kalorii. Złych kalorii. Szczególnie o tej porze nocy. Ale zapomniałem o aplikacji i pani mnie zapytała. Oczywiście nie mam tego. Zapłaciłem i wyszedłem.

Dziś rano podbijam do Kerfura i pomyślałem, że może butelki zacznę oddawać do skupu. Zawsze wyrzucałem. Ale jakoś ostatnio stwierdziłem, że to tak jakbym pieniądze (50 groszy) wyrzucał na śmietnik. Oglądam butelczynę i widzę Z jak Zorro. Czyli zwrotna. Lecę do Kerfura zahaczając o tę bliższą Żabkę. Jakaś niemiła pani za ladą od razu mnie uświadamia, że butelki to tylko na wymianę. Dziwię się i mówię, że skoro kupiłem piwo z butelką, to powinni odkupić szkło.

– tylko na wymianę! – pani powtarza

– ale to nie jest w porządku – mówię jej.

– poza tym takiego piwa nie mamy u nas – uświadamia mnie dziewczyna

– kupiłem z Żabce – mówię jej

– my takiego nie mamy – powtarza.

Wyszedłem i wyrzuciłem butelkę do kosza.

Zastanawiam się teraz czy się nie pogryźć z Żabką. Zły wyszedłem dziś co prawda od nich, ale moja noga tam jeszcze postanie. Za blisko domu, żeby się gniewać na sklep. Nigdy nie wiadomo, kiedy lodu zabraknie do drinków! A nie ma nic gorszego, niż ciepłe modżajto albo cuba libre. Już o G + T w temperaturze pokojowej nie wspomnę.

A tak serio, to wkurza mnie ten wielki problem ze skupem butelek. Jak byłem brzdąc, to co poniedziałek leciałem do PSS Społem i oddawałem to co się uzbierało przez tydzień w domu. Zawsze na jakiegoś loda starczyło. A teraz to wielkie mecyje z tym. Albo trzeba mieć paragon, albo na wymianę przyjmują. Może następnym razem przyjdę z kuflem własnym i poproszę, żeby mi nalała z butelki i ją sobie od razu zatrzymała. I oczywiście, żeby nie śmiała za nią liczyć!

Gdzie jest nasz rząd w tym temacie!? Zajmują się innymi duperelami, takimi jak wielkość szczeniaka wódki, zawartość cukru w napojach gazowanych. A gdzie sprawiedliwość w kwestii zwrotu butelek ja się pytam się? I dlaczego nie wszystkie szkło jest zwrotne?

Pamiętam jak dawno temu w Czechach oddawaliśmy butelki. Taka ściana z dziurą była albo automat. Wrzucało się weń i dostawało albo hajsy albo kupon, który się wymieniało na hajsy. W Szwecji też skupują. Tylko ta Polska, to jakiś dziwny kraj. Moja noga w tym kraju chyba za chwile więcej nie …

bez tytułu, czyli

tak zwany untitled.

No bo naprawdę nie wiem jak zatutułować ten wpis. Całą drogę jakżem szedł, tak myślał. I wymyślił, że bez tytułu jednak będzie jak ulał.

Zrobiłem wioskę. Zgrzeszyłem. Choć nie. Grzech, piekło, niebo, to chyba wtedy mają jakieś wartości, jak się wierzy. Także nie zgrzeszyłem. Po prostu sumienie mnie gryzie. 

Nazywaj rzeczy po imieniu, a zmienią się w oka mgnieniu

Złamałem prawo. Popełniłem przestępstwo. Na szczęście o niskiej szkodliwości.

Właśnie okradłem Biedrę! Żenua wszech czasów w moim wykonaniu. 

Po robocie wybrałem się na zakupy. Brawo Biedra za postawienie w końcu kas samoobsługowych. Lidl – teraz twoja kolej.

Nienawidzę stać w kasie w tych dyskontach. Szlag mnie autentyczny trafia. Ludzie zawsze mają jakieś sterty rzeczy, a państwo w kasie jakoś nie daje rady tego przerobić. W Lidlu kilka razy chciałem zwrócić uwagę. Kasjerka brała towar, skanowała i rzucała na tę część kasy, co się wkłada do torby. Piorunem to robiła. Jak ziemniaki jakieś!

Chociaż nie narzekajmy. W Stanach stanie w kolejce w sklepach wymaga ogromnej cierpliwości.

Także teraz się przechadzam. Ludzi mało. Wybieram, przebieram. Patrzę, 4-pak Ginesa! Mojego ulubionego piwa. 3,99 za puszkę! Biorę. 

W kasie jestem drugi, ale koleś przede mną chyba pół sklepu kupił. No nic, czekam cierpliwie. Rozglądam się i przecieram oczy – KASY SAMOOBSŁUGOWE. 

To idę sam się porachować. Kładę, ważę, skanuję. Dyskonty wchodzą – dwie puszki czerwonej fasoli o 1 zł mniej. Biorę 4-pak i skanuję kod kreskowy na tej obwolucie papierowej, nie z puszki. Wiadomo, że z puszki będzie tylko 3,99 zł, a ja przecie kupuję hurtowo, bo aż 4. Także laser przejechał po kreskach, towar wylądował na tej półeczce do zbierania później do torby.

Wracam sobie do domu. A że lubię czytać, to wyjąłem sobie paragon. Coś jakoś dużo zapłaciłem, a przecie nic nie kupiłem.

A wise man once said that everything could be explained with mathematics

Przecie ja po mat-fizie jestem, to co się ludzie dziwicie.

Cholera, okradłem Biedrę!

Na paragonie stało „Piwo Guinness – 3,99 zł”.

Ciekawe czy mi to piwo później w gardle stanie, czy się udławię nim, czy co? Karma to widziała.

Za karę firanki dziś upiorę.

To ja pisałem, złodziejaszek Maciej.

Wstyd. Wstyd. Wstyd.

co to za kraj, co to za miejsce?

 

 

Sobota! Już znowu czuję ten entuzjazm, ten porządek. Ranne wstawanie, szmata, sklep, gary! Eh.

8 rano ktoś puka, ktoś stuka, ktoś wierci, ktoś boruje. Do jasnej cholery! Pamiętam 6 lat temu, jak administracja mi przysłała regulamin przeprowadzania remontów. I tam stało:

sobota od 9 do 14

a żeby to pan tak wziął i raz zawiercił. Nie! Pan sekundę boruje i stop. Wrr stop wrrrr stop warkocz, warkocz, warkocz. O 9 pan przestał.

Wściekły się zwlokłem z wyra i cóż, pora zacząć nie marnować dnia.

W moim budynku jest jakaś wymiana oświetlenia na korytarzach. To ta ekipa skoro świt wzięła się za robotę. Ruskie jakieś, bo pan radyjo miał włączone w tym języku. A może Ukraińcy albo BialiRusini. Eh. Kinga Rusin i jej wypad na Oskary i słynne selfie z Adele na prywatnej imprezie u Jaja Zet i Bejąse.

Ale ok. Zostawmy ten wielki świat. Jaki TVN, takie … dziennikarki.

Poleciałem to pana Rowerka, żeby nadmuchać oponkę lub ją wymienić. 30 zł dziękuję bardzo.

Także Słodkokwaśna możesz wpaść po swoje dwa kółka.

Mój blok to dramat. Ludzie nie szanują ani siebie, ani innych. Wracam tydzień temu od Słodkokwaśnej i przy wejściu kupa. Rozmazana i obok taka nadepnięta. Akurat za mną sąsiad szedł, to chwilę porozmawialiśmy.

Administracja nasza co chwile jakieś odezwy nam wiesza. Zakaz, nakaz, uprzejmie to i tamto. Lubię im na tych plakacikach błędy ortograficzne poprawiać. Już raz czy dwa miałem ochotę zamieścić odezwę do Administracji z informacją, że oni są dla nas, a nie my dla nich, i żeby trochę z tonu spuścili. Kilka razy byłem u nich z pytaniem o to, kiedy pojawi się znowu kosz na śmieci przy wejściu.

– za chwilę będzie. Zamówiony jest

– pani kochana. Przez rok to Państwo zamawiacie?

– nie no co Pan, od niedawna nie ma

Machnąwszy ręką, zmieniwszy temat

– a kontener na szkło postawicie kiedyś?

– a nie ma?

– nie ma

– jest

– zapraszam. Blok 50 metrów stąd

– wie Pan. Proszę poczekać, bo od października nowa firma będzie, to kontenery nowe będą

(rozmowa odbył się na koniec września)

Wyszedłwszy stamtąd w niesmaczeniu.

Administracja zakazała stawiać worki ze śmieciami na rampie i nie rzucać na ziemię, jak się kontener wypełni.

Czywiście kto sam z siebie podstawi kontener? A po co będę innym pomagał? Ostatnio zwizualizowali problem. Powiesili zdjęcie z masą śmieci dookoła wejścia tylniego. Poinformowali również, że gryzonie się gromadzą przez to. Tak, kiedyś wychodziwszy z bloku widziałem jak szczur po poręczy sobie hasał.

Idę sobie raz do skrzynki na listy. Obok sąsiadka wyrzuca śmieci. Oczywiście nie ma kontenera, więc stawia na rampę.

– przepraszam, co pani robi?

– wyrzucam śmieci

– przecież Administracja prosi, żeby nie stawiać śmieci na rampie. Ciężko się przejść dookoła bloku?

– ale inni też tak stawiają

– aha, no tak, jak inni też tak stawiają, to jest ok

 

To taka sama zasada, jak kierowcy parkujący gdzie popadnie z włączonymi światłami awaryjnymi. Przecie to nie wykroczenie. Światła awaryjne mam włączone, to jest wszystko ok.

No jaszka!

Ludzie, co to za kraj, co to za miejsce!

Wracając do soboty. Zaprowadziłem rower do pana i pomyślałem, że do Lidla skoczę, bo jakieś grecki smakowitości mają i jakiś zestaw 5 pojemników do przechowywania. Wziąłem siatę z napisem „Dzień Dobry” i idę do serwisu. Ale pan chyba ruchu nie miał, bo powiedział, że od ręki zrobi. Fajnie!

Wróciłem do domu, łamiąc zakaz skrętu w lewo z warsztatu do mnie. Nie włączałem świateł awaryjnych, po prostu złamałem prawo kodeksu ruchu drogowego. Nie udawałem, że jest inaczej. Wziąłem plecak i popedałowałem do najnowiusieńskiego Lidla na Wilanowie! Koło Państwa z Europy na K. No prawie koło.

Ostatnio nauczyłem się, żeby jednak apkę Lidla włączyć. Znowu trafiłem w kasie na pana Roberta z serii „Uczę się”. Strasznie miły pan. Ostatnio jak byłem, to zobaczyłem, jak ludzie rozbierają pudełka z łososiem z wózka. Myślę sobie – oho, społeczeństwo nauczone, świadome i mięsa nie je. Tylko rybki.

59,99 zł/kg – eee, normalna cena, nie ma szału. Ale wezmę sobie jedno pudełko – pomyślałem.

Na kasie pan do mnie mówi:

– a ma pan aplikację Lidla?

– mam. Wczytałem kartę

– a aktywował Pan kupon na łososia? Panie, 20 zł taniej za kilogram będzie. Warto.

– ooo, ok

Pan zerka na paragon na ekraniku

– widzi Pan, 5 zł taniej na tym pudełeczku

– ooo, super, dziękuję Panu

– trzeba patrzeć na te kupony, bo można zaoszczędzić

I dziś znowu trafiam na kasę do Pana Roberta. Nadal ma „Uczę się”. Ale ja już przecie wyedukowany, wiem wszystko. Wiem jakie są kupony. Nabyłem sobie mini-patelnię. 14,99 zł normalnie (tyle co w IKEA). Nawet oglądałem ją w alejce. Ale stwierdziłem, że w IKEA sobie kupię. Przy kasie przeglądam kupony i widzę, że nie zauważyłem wcześniej kuponu na patelenkę! Upust 5 złociszy. Zadzieram kiecę i lecę!

Zrobiłem sobie nawet takie funny insta story.

patelnia

 

– czy aktywował Pan kupon na patelnię?

– oczywiście – odpowiadam cały w uśmiechu

– a nie wziął Pan drugiego humusu? 60% taniej będzie

O cholera! Jakieś promo poza apką! Ależ mnie Lidl podszedł!

– ooo, nie zauważyłem

– to niech Pan idzie ja zaczekam

– nie, nie, za duża kolejka. Następnym razem. Ale dziękuję za info

– wie Pan, trzeba patrzeć na etykiety na półkach. To poza aplikacją jest

– ok, dziękuję

Bardzo miły Pan. Lidl jakoś ostatnio poszedł w odstawkę, ale przeprosiłem się z nim po otwarciu sklepu na Wilanowie. Będzie chodzone.

Co to za kraj, co to za miejsce?

Tydzień temu wpadłem do lokalnego barku na piwo. Akurat był niedawno owdowiały Stasio, co przychodzi tu chyba prawie codziennie i gra w rzutki. Z każdym gra.

– cześć Stasiu

– cześć Maciek. Zagrasz ze mną w rzutki?

– ok ale daj się piwa napić

– ok, to ja idę zapalić

i tak Stasiu zagaduje prawie każdego, kto w tym lokalu kiedykolwiek rzutki trzymał w ręku.

A Staś jest sympatyczny. Strasznie się wkręcił w grę. Na początku, to każdy go ogrywał, bo pan starszy nie trafiał w tarczę. A dziś? Własny sprzęt, trening codziennie! I zaczął ogrywać najlepszych. No coż, ze mną mu jeszcze tak dobrze nie idzie. Ostatnio Stasio nawet nową barmankę Lolę wciągną w ten sport. Ostatnio mówiła mi:

– wczoraj ograła pana Marka i pana Grzesia w rzutki

Lola jest z Ukrainy i ma ukraińskie końcówki, jak mówi po polsku.

– Wow! Nieźle, gratulacje – powiedziałem.

Duży sukces faktycznie, bo jeszcze Marka, jak Marka, ograć można. Dobry jest, ale widać, że on idzie na szybkie zwycięstwo. Wali potrójne 20 czasem, ale częściej wchodzą mu 1 i 5. Także ten rejon tarczy ma obrzucony. Ale jak przyjdzie mu zakończyć grę w innym rejonie planszy, to już gorzej. Ale jak skubany trafi 60, to się go później ciężko goni. Myślę, że na przestrzeni lat, mam z nim remis. Albo ciut do przodu jestem. Ale ograć Grześka? Fiu, fiu. Kolega 18 lat trenował bada. Grałem z nim kiedyś w tenisa. Dobry skubany jest. Silny. Dobra wytrzymałość. Ograł mnie. W rzutki widać, że ma takie podejście sportowe (tak ze Stasiem to oceniliśmy). Z Grześkiem w lotki mam bilans ujemny. Ale lubię z nim grać, bo to wyzwanie. Także Lola popsiała się wyjątkowo ogrywając obu panów.

I Lola mi opowiada, jak dzień wcześniej o mało nie została pobita, czy czort wie do czego by doszło.

W barze był ruch, nawet spory. Jeden podpity koleś zaczął się do barmanki przystawiać. Jak się okazało, że nici z tego, to koleś zaczął być agrsywny. Lola kazała mu przestać albo opuścić lokal. Bałwan z kolei jej rzekł:

Spierdalaj na Ukrainę

Lola włączyła alarm ochrony. Ale nie zadziałał. Zadzwoniła do właścicielki i do swojego chłopaka. Zrobiło się gorąco. Pijak chciał wejść za bar mówiąc, że Polska dla Polaków. Obok siedziało dwóch chłopaków i na szczęście stanęli w jej obronie. Kolega tego ćwoka był chyba bardziej ogarnięty i mniej pijany, bo szybko zawinął kolegę  z baru.

Zdjęcia z monitoringu lokalu wydrukowano i mamy gablotkę z serii „tych panów nie obsługujemy”.

Co to za kraj, co to za miejsce!?

Kolejna akcja, już z moim udziałem. Wchodzę do baru na bronksa. A żeby się zrelaksować, żeby pograć w moją grę, która mne wciągnęła. Magiczne obrazki są na smartfona. Przepadłem. To w sumie nie gra, ale logiczna zabawa, łamigłówka taka. Tym razem wybrałem jakiś duży rysunek i dwa razy już go resetowałem, bo coś nie tak poszło.

lamigl

Chyba jakiś pies wyjdzie z tego obrazka.

Wchodzę do baru. Prawie wszystkie stoliki zajęte, oprócz tego pod telewizorem. Staś gra z Markiem. Przy barze tylko jedno miejsce wolne, w kącie. Co było mi na rękę, bo nie miałem ochoty na rozmowy. Chciałem sobię główkę połamać tylko. Okazało się, że obok siedział Jimmy, chłopak z Kenii. Poznałem go kiedyś, ale dawno go nie widziałem. Jimmy rozmawiał z dwoma Polakami. Jeden ni hu hu po angielsku i chyba było mu nie w smak, że jakoś gadki nie ma i siedzi jak ta pała. A drugi coś tam dukał. Biedaczysko myślał, że jak będzie głośno dukać, to będzie mu lepiej po tym angielsku szło. Także kolo był głośny, ale ja się wyłączyłem i nie słuchałem o czym rozmawiają. Tego niekumatego po angielsku znam z widzenia. To taki kolo, co prosto w oczy nie powie, a jakiś komentarz w powietrze rzuci. Ja go zawsze ignorowałem, bo twierdzę, że jak ktoś chce mi coś powiedzieć, to niech mi to powie prosto w twarz.

Także piję piwo i jestem w swoim świecie.

– ale rozumiesz trochę po polsku? – odezwał się ten niekumaty

– rozumie troche – rzekł Jimmy

– jesteś czarnuchem?

Myślałem, że się przesłyszałem. Ale nie, bo baran powtówrzył pytanie. Jimmy bardzo inteligentnie udał, że aż tak dobrze nie rozumie po polsku. Ale jestem pewien, że zrozumiał pytanie.

– jesteś czarnuchem?

Pomyślałem, że może kolesie sobie żartują. Tak jak ja ze Słodkokwaśną żartowaliśmy sobie z Namka, a on z nas.

– jesteś czarnuchem? Wstydzisz się, że jesteś czarnuchem?

Odstawiłem piwo i telefon i w bardzo brzydkich słowach zapytałem się bałwana, czy zdaje sobie z tego sprawę, o co pyta? I czy on jest dumny z bycia białasem? Na koniec rzuciłem, że jest rasistą.

Wróciłem do gry i znowu usłyszałem jakieś komentarze do mnie ale rzucone w powietrze. Zgodnie z tradycją zignorowałem kolesia.

Ale znowu bałwan zadał te dwa pytania.

– możesz zabrać swojego kolegę i wyjść stąd? – poprosiłem tego co coś tam dukał po angielsku.

Ćwok był już zrobiony i chyba nie podobało mu się, że bar nie kręci się wokół niego. To musiał zagaić rozmowę. Bałwan wyszedł pierwszy, a jego kolega zaczął przepraszać za niego.

– stary nie przepraszaj, tylko zwróć uwagę koledze, że jest rasistowskim ćwokiem – poprosiłem.

Widać było, że koleś się strasznie zawstydził za kolegę.

Zapytałem się później Stasia i Marka, czy znają tego bałwana, bo on tu nie raz przychodził, a moje chłopaki są klientami tego baru dużo dłużej niż ja.

Marek powiedział, że to jakiś członek bandy Mokotowskiej.

Ok, jak mnie znajdą na dnie Wisły albo Jeziorka Czerniakowskiego w betonowych butach, to szukajcie tropu w tym wpisie.

Jimmy podziękował za wsparcie i opowiedział, że książkę napisał – Strangers at the gate: Black Poland

książka

To chyba po tej akcji druga część powstanie. Eh.

 

– Maciek, zagrasz ze mną – zapytał namolnie Staś

– oj Stasiu, nie chce mi się. A Marek co? Już nie chce?

– Marek idzie do domu

– no dobra, to zagram. Ale Jimmiego bierzemy do gry

– dobra, to na 3 nastawię – rzekł uradowany jak dziecko Stasio.

No chłop po stracie żony ma dwie rozrywki – bawienie wnuka i te rzutki.

– Jimmy, do you wanna play darts with us?

– ok

Chyba na 5 czy 6 gier, Stasio wygrał jedną, ostatnią. Jimmy ani jednej, ale skubany dobrze sobie radził! Ale jak to mówi Pan z Europy na K. – beginner’s luck. Tak też podsumował mój wczorajszy debiut w squasha. Tzn. mój niesamowity popis gry w tę grę.

Ale serio mówiąc, to nie wiem co się dzieje z naszym społeczeństwem.

Co to za kraj, co to za miejsce?

 

Kurna, znowu potarem sobie oko, uprzednio posiekawszy red hot chili pepper. Jejks. Piecze. Tylko teraz nie sikać, nie sikać!!!

Miłej soboty wszystkim.

© 2026

Theme by Anders Noren — Up ↑