Tag: wybory (Page 1 of 2)

dobranoc, to będzie bardzo dobra noc

hejsan! Dawnom nie pisał, bom jakiś taki pozbawiony weny był. Ale co słonko widziało? Sporo.

Ale zacznijmy od końca. Od kilku wyborów mam zawsze taką naiwną nadzieję, że coś się zmieni, że *** już nie wygra. Słodkokwaśna zawsze mówił – co ty pierdolisz, *** wygra!

(a trzeba wiedzieć, że Słodkokwaśna daleka od popierania *** jest. No kolega po prostu mocno stąpa po ziemi).

Aha, używam 3 gwiazdek, bo jest cisza wyborcza i nie wiem, czy można agitować lub wręcz od-zachęcać.

Tym razem jednak mam realną nadzieję, że coś się zmieni na lepsze. Że jeśli nawet *** wygra, to już rujnować kraju nie będą. Obejrzałem filmik 10 października z udziałem szefa komitetu ds. Bezpieczeństwa. Mały, bezkarny człowiek. Miałem złość i łzy w oczach. Policji rozkazy wydawać może tylko komendant. Nie jakiś szef, czy nawet premier – tak to może podsumuję.

Mam szczerą nadzieję, że to będzie bardzo dobra noc dziś.

Kiedyś byłem fanem koła fortuny. Tak gdzieś na początku lat 90.

A co poza tym? Obwieszczam z dumą, że w lipcu, po bez mała 18 latach, zostałem wolnym człowiekiem. Bez kredytów. Wymediowałem sobie mój kredyt frankowy. Powiem tak. Może i zyskałbym więcej, gdybym się poszedł (c)handryczyć w sądzie. Ale:

– po pierwsze, primo – nie chciało mi się

– po drugie, primo – kredytodawca to w sumie mój pracodawca. A rączki, która karmi nie kąsamy … mocno

– po trzecie, primo – kwota wynegocjowana była akceptowalna

– po czwarte, primo – chciałem mieć jak najszybciej świetny spokój!

Także sast-prast, kilka złociszy od razu przelałem na rachunek mojego kredytu i pognałem do sądu po uroczyste wykreślenie banku z mojej księgi wieczystej i hipoteki.

Tak przez pierwsze dwa miesiące cieszyłem się wolnością, że stwierdziłem, że żadnych już kredytów nie chcę. Ale … bo zawsze jest jakieś ale, zacząłem tej jesieni zaglądać w internet i sprawdzać, co tam się na rynku mieszkań pojawia. No może, może … może się jakaś dodatkowa komnata pojawi w końcu. Bo na razie drugim pokojem w moim gnieździe jest łazienka (bathROOM).

Tak, to będzie bardzo dobra noc!

Z innych ciekawostek, to Szwecja na tapet była brana. Spełniłem swoje kolejne marzenie – odwiedziłem Fjallbackę!!! Jako wielki fan Camilli Lackberg, w końcu mogłem pojechać i zobaczyć, gdzie to się wszystko dzieje. Heh, fajne rozczarowanie. No może nie jakaś tam gorycz czy nieukontentowanie (cholera, trudny wyraz), ale nie tak to sobie wszystko wyobrażałem. Widziałem nawet kilka ekranizacji produkcji szwedzkich i tam Fjallbacka jawiła się dosyć wiejsko, zaściankowo. W książkach z zapartym tchem czytałem o niebezpiecznych jazdach samochodu lub podziwiałem wielki hotel/spa. Hehehe. Fjallbacka jest urokliwa. Wąskie uliczki. Domek przy domku. Jak się oni ścigali po tej mieścinie? Duży hotel, to taki duży domek. A biblioteka, w której główna bohaterka często jeździła dowiadywać się o tym, czy owym, to taki mały budyneczek. Ale klimat, widoki zachwycające. Udało mi się wdrapać na górę, więc podziwiać okazję miałem i Fjallbackę, i archipelag.

Z innych dodatkowych atrakcji, to odwiedziłem pierwszy sklep IKEA w Älmhult. Teraz tam jest muzeum IKEI. Obok jest też hotel IKEA. Miejsce fajne. Nie mam tak długich tradycji kupowania w tym sklepie, ale muzeum bardzo na plus. I muszę szczerze powiedzieć, że w restauracji było bardzo dobre jedzenie. Inne niż w sklepach normalnych i smaczniejsze.

Pod koniec czerwca zapisałem się w Warszawie na kurs szwedzkiego. Intensywny. Stwierdziłem, że jak tak jeżdżę i rozmawiam z tyloma znajomymi, to może po szwedzku dałoby się pogadać? Oczywiście to taka moja fanaberia, bo wszyscy mówimy po angielsku, ale człowiekowi się lubi w głowie poprzewracać. Kurs nie wypalił. Nie zebrało się 4 chętnych. Postanowiłem znaleźć lektora przez stronę italki.com. Pierwszym nauczycielem był taki skrzat Magnus z północy. Zaznaczam, że zapisałem się na lekcje dla początkujących. Ale Magnus do mnie coś napisał po szwedzku na Skajpie i ja mu w języku Wikingów odpowiedziałem. Zaczął do mnie po szwedzku mówić cały czas. Ale wolno. Coś na zasadzie piiiiłkaaaa … do metalu. Dał mi jakiś komiks do przeczytania. Zapytał się, czy coś rozumiem. Powiedziałem, że tylko „jag” (czyli po polsku „ja”). Komiks to niby jakiś czarny humor. Hmmm. Jakoś nie rozbawił moich szwedzkich znajomych. Magnus liczył sobie około 12 dolarsów za lekcję. Nie zachęcił mnie do kontynuacji. On sam nie zabiegał o nowego klienta.

Znalazłem polski portal buki.org.pl. I tam znalazłem jakiegoś Polaka. Przed lekcją wysłał mi kilka stron książki. Zaczęliśmy od piątej strony. Okazało się, że wszystko jasne. I tak skakaliśmy ze stronę na stronę. Coraz dalej. Chłopiec w pewnym momencie kompletnie nie był obecny duchem na lekcji, bo o coś go pytałem i cisza. Fakt, że w między czasie dzieciak w tle płakał. Może poszedł go uspokajać. Za 30 minut kompletów policzył sobie 50 zł, a za normalną lekcję chciał 70 zł. I już się umawiać chciał na kolejne spotkania. Także żyłka handlowa lepsza niż u Szweda. Ale szybko ostudziłem jego zapędy i powiedziałem, że chwilę potrzebuję na decyzję. No jak mam wybrać kogoś, to wolę zapłacić mniej i jeszcze dostać native speakera, a nie jakiegoś farbowanego lisa.

Wróciłem na italki i wybrałem Szwedkę. Od razu powiedziałem jej, że nie umiem po szwedzku i chcę się nauczyć do konwersacji. No miła dziewczynka ze Sztokholmu była, ale kompletnie nie miała pomysłu na naukę języka na poziomie A1 (a tak miała w profilu i ja na taki poziom się zapisałem). I uwaga! Jakaś farbowana Szwedka z niej! Nie wiedziała, kto to Camilla Lackberg, Henning Mankell oraz Stieg Larson!? To tak, jakbym ja nie wiedział, kto to jest JP2, czy RL9! Farbowana Szwedka!

Także kasa w portfelu. Wracam na instagrama i nadal obserwuję profile z nauką języka szwedzkiego. Może faktycznie pobrać jakiś app do nauki języków? Kiedyś coś pobrałem do nauki włoskiego.

Koleżanka z pracy obiecywała mi wysłać książkę do nauki szwedzkiego, bo jak była na studiach to pojechała na Północ w ramach wymiany i się uczyła. Czekam od lipca … 2022. No może lada dzień.

Dobranoc, to będzie bardzo dobra noc!

wystarczy tylko 270

kurczaczki, dziś wybory w USA. Pamiętam, gdzie byłem i co robiłem 4 lata temu! Ależ czas biegnie.

Ule już pogłosowały dawno. Jedna pewnie na Trumpa, a druga pewnie na Bidena.

Rozmawiałem z koleżankami i się dziwiłem, czemu takie stare dziady startują? Panowie po 70. Ula z TX mówi, że jak Joe padnie, to Kamala będzie prezydentem. Fakt, na przyszłą panią wiceprezydent można oko zawiesić. Na Mike’a Pence’a niekoniecznie. Ale to właśnie 4 lata temu starsze państwo z Indiany powiedziało mi o tym senatorze. Że kibicują Trumpowi, bo jak wygra, to zabierze ze sobą w cholerę tego polityka i da spokój ludziom Indiany.

W Polsce prezydenci raczej młodzi. Kwach, jak był wybierany po raz pierwszy, to miał chyba mniej lat niż ja teraz. 41? A Dupa miał 43 w 2015 roku. Czyli my na młodość stawiamy. Ameryka na … doświadczenie.

A wystarczy tylko 270 głosów zdobyć. Z 538. Wtedy Hilary Clinton aka Leżąca Plaża (Lying Bitch), jak ją większość nazywała. Zdobyła ponoć 2 miliony głosów więcej. I cóż z tego. Nie wygrała w tych stanach, co trzeba. Najwięcej głosów ma się z Kalifornii, bo aż 55. Ale sporo stanów daje ci tylko 3. Także Jakby otumanić ludzi z 3 stanów, to już ma się 122 (Texas 38, Floryda 29).

 

W poniedziałek 4 lata temu zaleciałem do Charleston i zacząłem moją przygodę. Fajny to był road trip.

Myrtle Beach było już po sezonie, także hotel kosztował grosze. Coś ponad 50$. Wysokie piętro, widok na ocean. Jakiś przeziębiony byłem, bo pamiętam, że jakieś tabletki jadłem. Pokój ogromny, a łóżko przepastne. Obudziłem się przed 5 i poszedłem oglądać wschód słońca. Wtorek nadszedł.

Ale wieczorem wcześniej podziwiałem kurort. Niestety lekko zdemolowany był. Huragan Matthew odwiedził Karoliny wcześniej.

Po kolacji spotkałem w barze jakichś chłopców i pograliśmy w bilard. Jeden zaproponował mi jointa, ale odpowiedziałem, że nie palę, bo rano muszę być wypoczęty i na chodzie. Prawda była taka, że koleś wyglądał dziwnie, a ja nie palę takich rzeczy z nieznanych źródeł.

Rano po wschodzie słońca ruszyłem. Dzień wyborów. I to była przyjemna podróż. Ameryka prawdziwa. Nie jakieś betonowe autostrady i lasy, tylko architektura, życie, bezdroża, ludzie. W sumie na północnym wschodzie drogi są nudne. Bo na południu, jest krajoznawczo. Tak naprawdę to takie utwardzone drogi, które i tak nazywają się highway. Jechanie po takich szosach to czysta przyjemność i frajda. Przy którymś kościele stała kolejka do wyborów. Szkoda, że nie zatrzymałem się i nie porobiłem zdjęć.

W Savanah, w The Warehouse, oglądaliśmy w TV relację z wyborów. Ludzie się emocjonowali. Ja wszystkim mówiłem, że dylemat to my mamy co 5 lat w Polsce. A ostatnie wybory, to rozterka pomiędzy głupim a głupszym. W knajpie poznałem kolesia (po prawej) co zamówił sobie krewetki i był w delegacji i paniusię (po lewej). Pogadaliśmy troszkę. Na scenie grał chłopiec na gitarze i wtedy poznałem …

 

 

i do dziś jak to słyszę, to widzę ten bar, to miasto. A Savannah przepiękna, urokliwa!

W Charleston w barze już czekaliśmy na efekty głosowania. Jedno małżeństwo z Indiany, jedno emerytowane z MasaUciechs, ja i barman. Dyskusja trwała w najlepsze. W końcu chłopak powiedział, że nie ma bata, po czarnym prezydencie Ameryką nie będzie rządzić kobieta. Ludzie chcą białego faceta. I miał rację.

Charelston

Ciekawe co teraz będzie. Wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią, że Joe Biden. Ale już wczoraj ktośtam, cośtam nie wykluczał triumfu Trumpa. Ale dziś znowu czytałem, że Donald ma 1 szansę na 10. Zobaczymy. Może znowu Putin pomoże?

 

rozebrać się do rosołu

Po ponad 4 godzinach bulgotania słońce zajrzało przez okno. Szybko pogasiłem palniki, zasłoniłem rolety i włączyłem wiatrak.

Nalałem sobie talerz zupy i siadłem do stołu. Uf, jak gorąco. Pot mnie zlał. Takżem rozebrał się do rosołu. Ale bez sensacji proszę mi tu. Żadnych bezeceństw. Przyzwoity byłem. Nie do takiego rosołu.

Rosół na kaczce okazał się pyszny. Aż sam się dziwię, bom zawsze sceptyczny jest wobec swoich dań. Pozwoliłem sobie na dwa talerze.

Ryba w sosie też niczego sobie. Ale czuję, że to chyba koniec pichcenia w tym tygodniu. Za gorąco będzie.

Włączam internety i widzę, że ktoś śmiał zażartować sobie z naszego Sebastiana, prezydenta Wolski. Po angielsku ponoć rozmawiali. No wyuczony ten pan. Brawo Sebastian.

Oczywiście oprócz znajomości języka obcego, nie mój prezydent posiada również bystrość, inteligencję i poczucie humoru. Zorientował się, że to prank. No co za wspaniały i błyskotliwy prezydent. Dobrze chyba jednak wybrali Wolacy. Będzie chyba kupa śmiechu przez kolejnych 5 lat. Ciekawe czy nasz kraj przetrwa, czy do cna go roz…..

i po wyrobach

kacze pióro!

Blisko było.

Kolejne 5 lat z Budyniem, DługoPiSem, Sebastianem, Anżejem i jego … Damą. Kolejne 5 lat tej pyzatej, kretyńsko uśmiechniętej facjaty.

 

Ale wyciągam pozytywy. To ostatnie 5 lat tego pana. Mam nadzieję, że przepadnie po 2025 roku, tak jak jego poprzednik Bredzisław K.

 

koszmar bieżącego lata

 

 

Nie wiem co jest, ale miałem koszmar ostatniej nocy! W moim magicznym domku!? Dziwne. Paranormalne.

Sen był jakiś wyborczy i składał się z różnych epizodów. I wszystko się zaczęło chyba od tego, że jadąc do Białego mijał nas Budyń aka Sebastian asystowany przez migające i wyjące auta. Pewnie się agitował w Suwałkach. I ten fakt, i wybór mojej Mamy spowodował, że śnił mi się nie mój prezydent Wolski.

Najpierw koło bloku mojej siostry zatrzymał się wehikuł, z którego wysiadł Sebastian. Jak gdyby nigdy nic zarzucił na ramię torbę i poszedł na zakupy do Biedry! Czyli to prawda, prezydent wszystkich Wolaków. Prezydent wolskich spraw. Eh. Super kandydat.

Druga część koszmaru działa się przy ul. Sokólskiej 3. Podjeżdżam ja ci autem i widzę, że Pierwsza Dama parkuje przy moim budynku. Ponoć miała coś z naszego mieszkania zabrać. Jakieś stare rzeczy Sebastiana. Parkuję przy klatce, żeby drzwi szanownie otworzyć Pierwszej Damie i …

I nie przylazła! Czekam jak głupi. Okazało się, że z tych emocji zostawiłem kluczyki od auta w domu w Waw (to ciekawe jak w ogóle udało mi się przyjechać! Ale jak wiemy, sny mają swoje własne prawa, których szkiełko i oko nie pojmie nigdy).

I stoję jak ta pała pod klatką. A moje auto blokuje przejazd. Wioska. Pewnie Pierwsza Dama poszła do Biedry pomóc staremu taszczyć zakupy.

Obudziłem się niewyspany. Koszmar!

A rano włączyłem oba komputery i zacząłem pracę zdalną.

Na prywatnym lapsie odpaliłem Radio Nowy Świat i z taką pewną nieśmiałością słucham. Poranna Manna na dzień dobry. Nigdy nie przepadałem za Mannem, ale teraz słucham z takim rozrzewnieniem.

Napisałem tekst do Arka-Zegarka, który wspiera finansowo ten projekt. Jest patronem. Nie wiem czy mogę przytoczyć naszą rozmowę, bo namawiam kolegę do przemocy domowej. No cóż mogę powiedzieć. Kolega Arkadiusz jest freak-iem muzycznym. Trójkę uwielbia(ł), to nie dziwota, że do tego nowego projektu ma słabość. Ja się cieszę, że w końcu ruszyli, bo tego nowego radio (b)Z(d)et, to znaczy nowej Trójki nie da się słuchać.

Ok. Arkadiusz udzielił zgody na publikację naszej konwersacji. Ale ostrzegł, że jego szanowna małżonka, a moja szalenie serdeczna przyjaciółka Ula też czyta moje wypociny. Ula, ja tylko żartowałem. Przemocy domowej mówmyż stanowcze NIE.

Dla przeciwwagi, żeby nie było, że tak Dudę lubię, wrzucam fotkę. Już fani Sebastiana atakują.

Miłego piątku wszystkim. Niech ten koszmar od niedzieli się już skończy. WyPAD 2020!

ta ostatnia niedziela

i się bawiłem pysznie.

Na rowerach spędziliśmy cały dzień. Ja, Słodkokwaśna (nazwijmy go Zdzisiek) i pani Słodkokwaśnej (nazwijmy ją Marysia).

Po głosowaniu się spotkałem na moście Łazienkowskim z koleżeństwem. Podbiliśmy do Miami Wars bo jakiś bazar winylowy otworzyli. Zdzisiek oczywiście przepadł, a my z Marysią się leżakowaliśmy. Woda się w rzece podniosła bardzo. Prawobrzeżna część jest tak zalana, że nie da się rowerem śmigać wzdłuż Wisły.

Zdzisiek nakupił sobie ze 3 płyty. Z Marysią ustaliliśmy, że chętnie byśmy zjedli w Pho2 (czytaj: fo kwadrat). Ale Słodkokwaśna się żachnął, że tam to nie, bo nie wziął aparatu i zdjęć nie będzie mógł zrobić. Zaproponował Makrell w barce Wynurzenie. Marysia foszka strzeliła, a ja bardzo chętnie się zgodziłem, bo nie znam tej knajpy z nordyckim jadłem. Jak zwykle zamówiliśmy wszystko, czyli:

– burger z grillowaną makrelą

– fryty z sosikiem

– kanapka ze śledziem

– makrela na ziemniaku

W barze drinkowym wzięliśmy po czymś pysznym i się zaczęliśmy zajadać. Mlask i mniam! Marysia coś tam kąsnęła, ale nadal foch, że nie o bułach i frytach myślała w tak gorący dzień.

No to wymyśliliśmy, że do tego Pho2 podjedziemy. Oh. U Marysi od razu humor się poprawił. A jak dostała swoje bon bo nambo, to już w ogóle pyś rozchmurzony. My ze Zdziśkiem po sajgonkach daliśmy – z krewetami i z mięsem.

Po drugiej stronie ulicy, w cukierni Odette postanowiliśmy sobie cukier podnieść i kawki popić. Pyszne miejsce. Na sam przód rzuciły mi się usteczka! Już miałem brać, alem zobaczył, że maliny mają, a ja jakoś nie za bardzo malinowy jestem. Padło na pistacjową tartę. Pięknie nam pani stół udekorowała pysznościami. Eh. Smacznie było.

Zdzisiek zaproponował jeszcze tatara w Elektrowni Powiśle. To podjechaliśmy. Jakiś teatr uliczny był. Sztab Czaskowskiego się rozstawiał na wieczór. Niestety nie miałem maseczki. Zdzisiek poradził, żebym mówił, że mam problemy z oddychaniem. Jak poradził, takżem zrobił. Ale okazało się, że pan ochroniarz też miał problemy z oddychaniem i mnie nie wpuścił. Nie chciało mi się kłócić, więc Zdzisiek poszedł zobaczyć, czy jest ten tatar w food court’cie. Nie było, więc żaden ambaras, że mnie nie wpuścił.

 

Podjechaliśmy na prawobrzeżną część do Lunaparku Warszawa. Oj. Ale zabawa. Najpierw mały drinczek. Jakieś martini z tonicem.

drink

A później!? Woah baby! Minigolf! Co za zabawa! Z 17 dołków w sumie było? Chyba jakoś tak. Na początku rozklepałem Zdziśka i Marysię. Ja 14 uderzeń, Zdzisiek 23, Marysia 22. Czy jakoś tak. I trafiliśmy na cholerny dołek numer 7. Zdzisiek pyknął go w 10 ruchach, Marysia w 21, a ja? Kurczaczki, 50!!! Później się gra znowu wyrównała. Prowadziłem na każdym dołku o 1, góra 2 uderzenia. Już myślałem, że nie dam rady. Ale ostatni dołek był wybawieniem. Udało mi się w 4 uderzeniach umieścić piłeczkę w dołku. I czekałem cierpliwie na towarzystwo. Po 18 nieudanych próbach Zdziśka nastąpiła gloria! Marysia już wcześniej odpadła z gry o pierwsze miejsce. Ale gra przednia. Polecam.

I tak fajny dzień. Tu podjedziesz, tam podjedziesz. Tu chillax, tam chillax. Tu #skubskub, tam #skubskub. Super dzień. Dzięki Marysia i Zdzisiek!

No i po 21 patrzę i się cieszę. A niech się teraz Duda poci i martwi. Wynik jest dobry. Mam nadzieję, że za 2 tygodnie nastąpi wypad.

Aha, jedna ważna rzecz. Komary się pojawiły! I ssą jak dzikie!

 

(social) media kłamio

Albo nie pokazują całej prawdy. Albo pokazują ekstremalne przypadki.

Dołączam się do bojkotu FaceBook’a i nadal nie zakładam tam konta. Albo może założę właśnie i pokażę co ja widzę.

Otwieram ja ci rano oczy i paczę na internety. Kolejka tu, kolejka tam. Ktoś pisze, że taki żarcik kolejkowy był – kto kicha idzie na koniec. Zakładałem wcześniej, że może głosowanie potrwać chwilę. Ale i tak, jak zobaczyłem te zdjęcia, to pomyślałem sobie „o o”. Ubrałem się w patriotyczny t-shirt z Texasu, wziąłem ze sobą termos, no i kanapki. Zestaw wyborczy gotowy: dowód, długopis i maseczka. Idę.

Daleko nie mam. Zdziwko! Idę i nie widzę ludzi. Nie ma kolejek.

Z miejsca wszedłem do środka i tu się troszkę nastałem – z 5 minut? Moja ulica jakaś popularna. 3 członków siedzi sobie bezczynnie, a tylko jeden wydaje karty.

No i ten jeden bezczynny pyta:

– Bonifacego niskie numery. Zapraszam

– co to są niskie numery? – pytam. Moja ulica ciągnie się od 1 do 163. Także liczyłem na cud, że może się załapię

– no nie duże – pan doprecyzowuje

– jasne

Cisza kilkunastosekundowa

– do 87 – pan uściśla

Kurczaczki, ja mieszkam w następnym bloku. Ale nie szkodzi. Stoję sobie przy urnie i czekam. Paczę, a niektórzy wrzucają karty niezłożone. Spojrzałem na kilka i co ja widzę? Widok mnie cieszy.

(jest cisza wyborcza, więc nie podam nazwiska)

Z tyłu jakaś aferka. Pani starsza z chodzikiem pyta o Idzikowskiego. Niestety, to nie ta komisja. Pani załamana. Mówi, że była w jednej komisji i tu ją skierowali. Członkowie komisji niewzruszeni. Pani lamentuje, że nie ma już siły iść. Pan z komisji po lewej bezczelnie rzekł – trudno, starci jakiś jeden kandydat.

Powstrzymałem się przed OPR pana. Wyszedłem niespiesznie cieszyć się niedzielą.

 

 

loki nakręcone

a z oczu pada deszcz.

nie uwierzycie co za mną chodzi! Swego czasu (maj?) najlepiej sprzedająca się płyta w Polsce. Sanah i jej „Królowa Dram”. Naprawdę niezły pop. Troszkę proponuję poprawić wymowę/dykcję. To znaczy proponuję troszkę poprawić. Ale brzmi to fajnie. Proszę pana! Po co mi ta spina?

 

Buteleczki nagazowane to można pić bąbelki. Butelek ci u mnie niedostatek, ale te przyjmuję chętnie. Jakiś taki Władek II Jagiełło się zrobiłem. A co?

W ostatnich dwóch dniach deszcz mnie zlał … pod domem. Pech!

Byłem dziś na sushi. A mam takiego japońskiego żarłoka Piotra. Wiadomo. W poniedziałek Piotra i Pawła. Imieniny tego sklepu. To podbiegłem do kumpla, bo mieszka 10 km ode mnie. Przekąponowałem się i polecieliśmy na japońskie. Ohi Tashi (smażony szpinaczek. Po co mi ta ta szpina?) wziąłem sobie na przekąskę. Mniam i mlask. Polecam Sakaba sushi. Kolega to taki żarłoczek i jak widzi jedzenie, to cieszy się jak dziecko. Ale sam skubany gotuje lepiej niż Magda Gesller albo Gessler. Zawsze bierzemy łódkę, podajemy kwotę i prosimy, żeby spoza karty nam coś do tej łódki zapakowali. No mniam i mlask!

Jeszcze później u przyszłego solenizanta popróbowaliśmy balentyny 12-letniej i Bolt po mnie przyjechał. Ciekawy kierowca. Ukrainiec. Po rosyjsku nie można było mówić, bo w jego rejonie mówią po ukraińsku albo po ichniemu (gdzieś pomiędzy Kijowem a czymś tam mieszkał). Zapytałem go o Czarnbobyl. Atrakcja turystyczna. Nie dziwota. Kiedyś mnie Piotr od sushi namawiał, żeby tam pojechać. Ale ja mówię „nie”. Bo później w formularzu o darmową czekoladę mam pytania różne i mogą mnie zdyskwalifikować. A podatki same się nie zapłacą.

Śmieszna rozmowa z Victorem:

  • no chujowo było – mówi. Nie wiem jak powiedzieć
  • to po rosyjsku powiedz – mówię mu
  • хуёво
  • aaa, chujowo
  • tak

Się dogadaliśmy.

Pamiętajcie, za ponad 7 godzin zaczyna się akcja. Długopisy w dłoń, maski na twarz. Wypad!

 

job twoju mać

Czyli zaczynam się bać na serio. Już mi donoszą, że sondaże najnowsze na korzyść Du*y mówią. Że KO daje dupy, jak PO wcześniej. Że nie potrafią wygrać wyborów.

Wczoraj spotkałem się na takim spotkaniu ni to służbowym, ni to biznesowym.

Zeszło na politykę w końcu. No bo przecież, my Polacy się znamy.

I tu mię uderzyło.

Andrzej jest najlepszy. Tylko Duda

Pytam się grzecznie

– panowie, serio?

– tak. Andrzej jest super

– a PiS i ten koleś z Żoliborza?

– Jarosław jest super

 

Skończyłem dyskusję z kolegami. 2 litry wódki na 3 robi swoje. Ale dziś, tak na trzeźwo pomyślałem, że takich kolegów jest więcej i cholera go wie, może ten Andrju wygra?

Cały czas myślę o tym WyPADzie – niech spada.

Grrr

wyroby prezydenckie

Zaczynam się oryginalnie bać. Do tej pory, przy sondażach na korzyść Dudy, twierdziłem, że będziemy jednak mieli nowego prezydenta.

Teraz, jak szala się powoli przechyla na Czaskowskiego, to zaczynam się bać.

A że PiS coś za chwilę znajdzie na majora Warszawy. A że stan wyjątkowy wprowadzą. A że zmobilizują wieś.

Boję się.

Wcześniej, cały w skowronkach mówiłem, że WyPAD 2020 będzie. Słodkokwaśna mnie tonował, że co ja PRLD i tak Duda wygra. Ale ja zawsze twierdziłem, że trzeba być optymistą, wierzyć w dobro. Jeśli czegoś mocno chcesz, jeśli wierzysz w coś mocno, to się spełnić TO może. Jak będzie czarnowidztwo, to na pewno się zło ziści. Także ja byłem i jestem pewien, że Duda nie wygra. Ale zaczynam się bać o demokrację.

Wczoraj czytałem artykuł, że Duda może wygrać w 1 rundzie. Wystarczy, że PiS zmobilizuje swoich wyborców.

Dziś rozmawiam z koleżanką z Poznania i mówi mi, że w jakichś gminach obiecują, że jak frekwencja będzie powyżej 50%, to kupią wóz strażacki. Każdej takiej gminie. Cholera! Ale dla przeciwwagi (chyba) Hanna Zdanowska, prezydent Łodzi, obiecuje darmowe imprezy kulturowe w mieście za sam, wysoki, udział w wyrobach prezydenckich. Boję się, że PiS kupi sobie wyborców. Łódź, to może być za mało.

Drugi scenariusz, to wprowadzenie stanu wyjątkowego po 28 czerwca i uznanie wyników 1 rundy za ostateczne. Ale przeciw tej teorii pojawiły się głosy, że nikt na Świecie takiego prezydenta nie będzie poważał. I to byłby zamach na demokrację. Jawny zamach. Ale czy PiS się tym martwi?

I po cóż ta marionetka poleciała teraz do USA? WyPAD 2020.

A może wprowadzą stan wyjątkowy po 1 rundzie i każą nam głosować przez Pocztę Polską w dogrywce? Oj, bałbym się i takiego rozwiązania.

Kiedyś, późne lata 90., koleżanka siedziała w Komisji wyborczej. Powiedziała, że jak zamknęli lokal, to zaczęli członkowie głosować za nieobecnych. Oj.

Ula z Niu Dżerzej mówiła mi, że jej mama poszła zagłosować ciut przed zamknięciem i się okazało, że … już zagłosowała. Oj.

Boję się.

Zmobilizujmy się i zróbmy wyPAD już w pierwszej rundzie. To jest mój sen. Ten sen koi mnie.

 

 

« Older posts

© 2026

Theme by Anders Noren — Up ↑