Tag: Williamsburg

city de facto (never) sleeps

to zależy de facto gdzie.

Wczoraj się spotkałem z kolegą Krzysztofem z IG.

Już pisałem w styczniu o pierwszym naszym spotkaniu. To teraz powiem znowu, że bardzo sympatyczny kolega, zna Miasto. 10 lat na Kłinsie mieszkał, to wie co i jak na Bruklinie, Łiliamsburgu i Kłinsie właśnie. Mimo, że od 19 lat kolega jest w Stanach (wyjechał w liceum), to ja jestem de facto pod wielkim wrażeniem jego języka polskiego. I jeszcze takie tematy porusza, że na urlopie muszę się skupiać. Strasznie challengujące dyskusje. Tylko za dużo „de facto“ używa ale dajmyż spokój takim duperelom. Oprócz de facto intelektualnych wyzwań na szczęście czas na foty też był.

Muszę się jeszcze z raz czy dwa spotkać z Krzysztofem i ścichapęk wyżebrać od niego ze 2-3 foty. Ma fajnych kilka ujęć z serii „street“ i „places“. Czas chyba wymienić u mnie fototapetę i dostawić kilka ścian, żeby wszystko nakleić.

No dobra, jak nie wyżebrać, to chociaż o jakiś discount się uśmiechnąć.

Na sam przód ruszyliśmy do gospody polskiej na przetrącenie de facto tego czy owego. Padło na tatar i michę żarcia na dwóch (kiełba, boczek, kaszanka, kurczak i bardzo polski łosoś). Było też koryto dla trzech ale co za dużo, to nie zdrowo.

Tatar jakiś taki nie taki de facto. Każdy wie, że najlepsze tatary robi nasz ziom Przemuś. A zaraz po nim jest Słodkokwaśna i ponoć de facto ja. Suche jakieś to mięso było. Bałem się czy to oby nie tatar z prosiaczka był. Ale nie, bo żyjemy.

Michy na dwóch nie zjedliśmy, bo byliśmy we 2, a nie de facto we 4.

Lokal opuściliśmy szybko w stanie ciężkości. Przewodnik zabrał mnie nad nabrzeże. Brooklyn się zmienia. Budują na potęgę drapacze chmur. Na molo kilka osób pali wesołe papieroski, kolesie łowią ryby. Taki zwyczajny piątkowy wieczór.

Zaszliśmy do pofabrycznej knajpy. Muzyka live, ogólnie bardzo głośno (nawet dwie sale dalej siedząc przy barze, trzeba było głośno mówić). Taki polski pub w stylu bawarskim, jak mawia klasyk. W knajpie raczej tłumów nie było, mimo że to de facto był piątek. Ponoć ludzie już nie mają kasy na balowanie.

Niestety autobusy i pociągi na moją wieś kończą jeździć o 00.50, więc o 23.20 trzeba było ruszyć 4 litery. Po drodze przemierzaliśmy puste ulice. Krzysiek mówił, że kiedyś o tej porze, to tu się bawiło, tam było pełno ludzi. A teraz? Pustawo. Miasto śpi.

Ale za to w metrze ludzi już pełno. Porobiłem sobie kilka zdjęć.

Okolice mojego dworca to granica między Hell’s Kitchen a Times Square, więc głośno, kolorowo, pełno. Tylko, że więcej czarnych, bezdomnych, niż imprezowiczów.

Zamówiłem Lyfta i po raz 3 okazało się, że Uber jednak lepszy. Dziad-kierowca mnie ominął, nie zatrzymał się, nie odebrał telefonu. Po chwili de facto dostałem info, że pobrali 8,98$ za niepojawienie się w miejscu odbioru. Zobaczymy. Już wyraziłem swoją opinię o tym zdarzeniu. Dostałem 10$ kredytu na następny kurs.

Muzycznie chodzą za mną dwie panie – damy rapu.

Na obie patrzę z niedowierzaniem. Po jakiemu to mówi? Po dzikiemu? Co to za … piosenki? Gdzie są teksty? Bo to jest jakiś zlepek przypadkowych słów rymujących się.

Cardi B była mocno promowana ze 2 tygodnie temu. Bo płytę wydawała. Z sukcesem – debiut na pierwszym miejscu na liście najlepszych płyt w USA. W tym tygodniu drugie. Pani słynie z tego, że często mówi „Krrrr“. I jak taki dźwięk z siebie wydaje, to de facto wszyscy się tym podniecają. Ale z drugiej strony pojawiły się głosy, że gdzie jest Nicki Minaj?! No i Nicki wróciła z tydzień temu – Barbie Tingz i Chun-Li. Jestem wielkim fanem tego drugiego przeboju. Eh, brakowało jej de facto na rynku. Przy niej Cardi B wygląda jak pochodna pani Minaj.

Jeśli ktoś sobie ceni dobrą muzykę i wrażenia estetyczne, to niech lepiej omija te wspomniane … artystki.

Miss Minaj i jej nowy hit

Cardi B i jej ubiegłoroczny numer jeden:

Z ciekawostek polecę – Nosowką i jej „Ja Pas!“. Ja bezkrytycznie uwielbiam tom paniom, de facto. Ha, i bodajże z 10 lat temu byłem z Ulą na koncercie Hey’a na Greenpoincie. Taka de facto korelacja.

Dobra, idę biegać. Aha, biegam! De facto pisałem kiedyś, że biegam tylko na Islandii. Hm, od wczoraj biegam też w New Jersey.

Gee…Glee

Hm, pogrzeb Whitney trwał ponad 3 godziny. Kościół New Hope w Newark. Oooo, to blisko Państwa. Mam nadzieję, że nikt z nudów nie umarł. Chociaż na wesoło było. Fajnie to wyglądało. Nie to, żebym oglądał, ale przełączałem sobie TV i padało parę razy to na CNN, to na TVN24, to na coś tam innego. Kevin Costner opowiedział kilka historyjek z czasów kręcenia „Bodygarda”. No na wesoło było.

– A wiesz, byłem na pogrzebie Whitney Houston.

– I jak?

– Boki zrywać

Alicii Keys już nie zniosłem. Nudne to wydarzenie, ale ogólnie wrażenie pozytywne. Ludzie wspominają ją, opowiadają historie z nią związane. Nie ma miejsca na lament i rozpacz. To ja też tak chcę. Chcę, żeby na moim pogrzebie grał Marillion albo Tom Waits i było wesoło. Ludzie mają się cieszyć i wspominać dobre i wesołe rzeczy i sytuacje związane ze mną. Mam nadzieję, że były jakieś.

– a wiesz byłem na pogrzebie mdobrogova

– i jak?

– czytali jego blog. Boki zrywać

Grrr, tak, to chyba nie chcę.

Podsumowując panią to powiem, że fanem nie byłem, płyt nie miałem. Ale za wcześnie. 48 lat!

VIVA TV dała ciała. Tydzień temu zrobili blok o niej. Napisali na ekranie „09.08.1963 – 11.02.2011”. No bo się mówiło, że 48 lat miała. Tylko nikt nie spojrzał, że 1963 + 48 to trochę nie ten rok. Lekkie faux pas, czyli błąd kroków.

Co ja o tej Whitney? A właśnie teraz mnie naszło, że jak Sylwestra spędzałem (jakie spędzałem? Sam zszedł), to pisałem, że „Bodygarda” oglądałem. Znak jakiś, omen znaczy! Ale pamiętam jedną rzecz. Pamięć do rzeczy głupich mam dobrą. Widziałem „The Bodyguard” w kinie. Wiem, wiem, wioska. Byłem w kinie „Pokój” z Ulą. Ciekawe czy to pamięta?

Co do innych telewizyjnych głupot, to muszę się przyznać do czegoś. „Glee” mi się podoba. Znany kolega fotograf mnie zaraził. Puszcza mi jakieś seriale podczas biesiad. I raz, ku mojemu zniesmaczeniu włączył „Glee”. No niezły koszmarek ale wciąga. Taki serial o młodzieży, która śpiewa. Nie wiem czemu i co mi, ale podoba mi się. Takie „Beverly Hills Tysiąc Pięćset Sto Dziewięćset”, tylko tyle, że śpiewają i jest dowcipnie. Odcinek z Gwyneth Paltrow fajny. Pani umie śpiewać. No w sumie z takim mężem przy boku, to wstyd nie umieć. Ale kto jeszcze lubi Coldplay? „Boże nie wiem dokąd zmierzam” – tak śpiewa w wersie Chris Martin. I jak powiedział Marek N, w Trójce – jest to najlepsza recenzja płyty. Niestety kwas wyszedł panom. Nie da się już tego słuchać.

Dla przeciwwagi powiem, że zafascynował mnie jeszcze serial „2 Broke Girls”. Taki o niczym, szybki i głupiutki. Dobre teksty, szybka akcja i fajny pomysł. Biedna pani spotyka w pracy spauperyzowaną ex-bogaczkę. Plus w towarzysze pracy to Ukrainiec i Koreańczyk. Bardzo zgrabny serial. Akcja się dzieje w Mieście w Williamsburgu na Brooklynie. Jak się tam znalazła biedna bogaczka? Wygooglowała sobie. „Miejsce, do którego bogaci nigdy nie zajrzą”. Polecam. I jeszcze mają ciekawą sąsiadkę. Emigrantkę z Warszawy.

Co do płyt, to zdobyłem sobie dziś Mark Lanegan Band i jego nowe dzieło „Blues Funeral” (co ja z tymi pogrzebami dziś!?). Porwało mnie od pierwszego odsłuchu.  Poleciłem od razu mojej znajomej pani inż. ze Szczecina. Powiedziałem, że jest takie cudo, że pan śpiewa, że nagrał tę płytę specjalnie dla niej. I jak pani inż. będzie słuchała albumu, to pan śpiewak ją wybatoży i sponiewiera swoim głosem. Nie myliłem się. A skąd się wziął ten pan? The Gutter Twins – jedno z projektów Grega Dulliego, czyli znane z tego blogu The Twilight Singers. Plus kilka fajnych płyt nagranych przez Marka z Isobelle Campbelle. 19 marca koncert w Prximie. Namawiam kogo się da, żeby pójść.

I jeszcze 8 marca, czyli tuż przed, Deus w Stodole!

Drugie cudo to Angus i Julia Stone i ich „Down the Way” z 2011 r. Kilka piosenek rozwala mnie. Dziś (nie)chcący słuchałem „Draw Your Swords” 5 razy z rzędu. A byłoby i więcej, tylko poszedłem palić i zapomniałem cofnąć „track”.

Do Smith and Burrows i ich “Funny Looking Angels” muszę się jeszcze przyzwyczaić. Thom Smith znany i lubiany z kapeli Editors, a Andy Burrows, to były perkusista grupy Razorlight. Czyli mieszanka w sam raz dla mnie.

Hm, czas odpalić pierwszy sezon „Glee”. Co za wstyd! A może lepiej wyjść na miasto i się od-Glee-zować? Gee… co za dylemat!

© 2026

Theme by Anders Noren — Up ↑