Tag: Warszawa (Page 1 of 2)

dziś do tyłu mokre …

… włosy zaczesałem i dałem im schnąć pod czapką.

Stopy se zdarłem i udeptałem się.

O 9 włączyłem nowe radio 357, żeby zacząć słuchać polskiego topu wszech czasów. Drzewiej kompilację najlepszych piosenek krajowych artystów można było podziwiać w Trujce, ale jak wiemy to już inna cywilizacja i wymiar.

A kilka razy udawało mi się słuchać topu w Stanach:

Polski Top 2013

Polski Top 2012

O polskim topie pisałem 3 maja 2016. Trzy razy aż. Ale to w Polsce było.

Dziwnie się człowiek czuje słuchając radio w innej strefie czasowej. Pan w pudełku mówi, że minęła 21, a świat za oknem mówi, że nie. Tak samo jest teraz w Polsce będąc, kiedy słucham podcastów. Też się udało mi wzdrygnąć, jak wybiła w audycji 20, a ja wystraszony, że tak późno zrywam się na nogi.

 

W tygodniu jakiś pan napisał do radio, że zamierza pobić ubiegłoroczny rekord robienia kroków podczas słuchania listy polskich przebojów. 53 tysiące z groszem wydeptał wtedy. No pomyślałem sobie, że dobry pomysł. Wyruszyłem po 10. Na Stare i Nowe Miasto mnie zaniosło. Przez Łazienki. Wróciwszy do domu, opadłem bez sił na sofę. Na liczniku bez mała 25 000 kroków. A pan z radio donosi, że rekord już pobity – 53 500. Kurczaczki. To ten pan musiał równo od 9 iść i to prędko! Dobra, ja jeszcze może pójdę. Ale blisko. 30 000 może złamię?

 

Ah, a propos 50 000 kroków i więcej. Raz mi się przytrafiło to. Zakopane 2016. Maciuś wybrał się nad Morskie Oko. A tam na Czarny Staw. No widok piękny. Później przedarłem się do Doliny 5 Stawów. No bajka! Dech zapierające widoki. Później głuptasek Maciuś wymyślił, że przejdzie górą na Kasprowy i zjedzie kolejką. Nie wiedział wtedy głuptasek Maciuś, że ta trasa to Orla Perć, jeden z najbardziej niebezpiecznych szlaków górskich w Polsce. No to Maciuś się wdrapuje. Coś ciężko mu idzie. Kolanko zaczyna się odzywać. Te półmaratony odcisnęły piętno. No ale jak Maciuś sobie do łba wbije, to nie ma zmiłuj. Trzeba iść. Niestety, za każdym razem jak stawiałem prawą nogę, to czułem przykry ból w kolanie. Zerkam ja ci w niebo, ku słońcu i widzę ścianę, z której schodzą prawie pionowo ludzie. O o – pomyślałem – nie wdrapię się. Nie dam rady. I zawróciłem. Chyba po raz pierwszy podjąłem słuszną decyzję.

Ja już chyba dziś nie idę więcej. Na lewej stopie mam takiego bąbelka i na małym paluszku u prawej też.

Ale nie! 30 000 kroków do łba wbite. Odpocznę troszkę. Pyzy mamine odmroziłem. Posilę się i idę.

Na mieście sporo psiarni. Na każdym rogu stoją. Nie wiadomo czego. Może konstytucji bronią? 3 maja dziś. Pierwsza na świecie, druga w Europie (mrugnięcie oczkiem) ta nasza ustawa zasadnicza. Także policji od groma dziś. A ulice puste. Ludzi też jakoś nie za wiele.

Fajne stare tramwaje puścili na miasto. Zielony i czerwony szynowóz widziałem.

 

Coś opowieści z zach-pomu nie chcą się jednak napisać. Może będę wrzucał wstawki z tegoż wojażu? Już dawno nauczyłem się, że ja nie umiem przewodników pisać.

Połczyn-Zdrój/Oycowizna

Byliśmy w Połczynie Zdroju. Nie mam żadnego zdjęcia stamtąd. Park zdrojowy wygląda blado, ale ponoć i tak lepiej niż kiedyś. Ale tym NFZ zarządza, więc się wodotrysków nie spodziewałem. Stara część “miasta”, nazwijmy to ryneczek, nawet nawet. Uliczka-deptak Grunwaldzka taka urokliwa. Pysznego loda własnej roboty i kawę spałaszowaliśmy tam. I już. Po wycieczce po tym uzdrowisku. Gdyby ktoś mnie wywiózł to Połczyna-Zdrój na godzinę lub dwie, to bym się obraził. Byłem, nie wrócę. Niby kobiety tam często wysyłane były na kurację borowiną. Że niby bezpłodność leczyli tym zielskiem. Mhm, takie podśmiechujki są, że to niby zasługa młodych pielęgniarzy.

Wielki Pe, winiarz nad winiarze, umówił nas na spotkanie z lokalnym winiarzem od napitków sygnowanych etykietą Oycowizna. Panowie sobie porozmawiali jak fachowiec z fachowcem. Ja spojrzałem na butelkę pod kątem estetycznym, marketingowym. Ładne, pomysłowe, proste, nie za krzykliwe. Córka pana winiarza ponoć się zajmuje opakowaniem i lansem produktu na insta i fejsie. Wzięliśmy dwie butelki.

Pan winiarz mówił, że tego Marszałka z 6 tygodni trzyma. Wielki Pe stwierdził, że długo. I wino dzięki temu ma ładny kolor. I … to tyle dobrego o tym napitku – bardzo ładna, głęboka barwa. A tak to ocet w gębie. Stwierdziliśmy, że można by ostawić resztkę na marynowanie mięsa. Później się okazało, że ktoś się połasił na tego niedobrego Marszałka. Bo zdziwiłem się wielce, jak pustą butlę do kontenera “szkło” wynosiłem. Kilka dni później spróbowaliśmy tegoż wina w wykonaniu winiarni kwakowskiej. Faktycznie kolor blady, ale smak zupełnie inny. Tzn. smak jest. Także Kvakovo vs Oycowizna 1-0.

 

Cabernet Cortis otworzyliśmy kilka dni po Marszałku. Nic dobrego nie mogę powiedzieć. Zapach nieprzyjemny uderza w nos i tam zostaje. Smak niewykrywalny. 90 zł za dwie butelki poszły w piach. Szkoda. Ale już wiem, że wino Oycowizna z Ojcowizny będę omijał.

A niby pan tylu powracających klientów ma. Hmm.

 

Podczas obecnego urlopu zawitaliśmy też w Gorzowie Wielkopolskim. Wiem, wiem, to nie zach-pom. Ale cóż, zajechaliśmy tam. Województwo lubuskie zawsze mnie zastanawiało. Po cóż je stworzono? – często się zastanawiam. A opolskie? To samo. Po co?

Gdyby ktoś mnie wywiózł do Gorzowa na kilka godzin, lub powiedzmy pół dnia z opcją spanie i kolacja, to bym się … nie obraził. Przyjemna miejscowość. Czułem się tam jak … nie w Polsce. Zaszedłem na pocztę (w sumie to nie wiedziałem, że to poczta, budynek zwrócił moją uwagę. Jak już zacząłem go obfotografowywać, to zorientowałem się co jest w środku) po kartki, bo jeden znajomy historyk ma hobby zbierania widokówek. Kolekcjonuje kolega wszystko jak leci, ale oprócz tego co wychodzi spod szyldu wydawnictwa DDK. Ponoć kiepskie kartki robią. Znajomość z historykiem nauczyła mnie, że miasta, miasteczka mają w swoich urzędach dział promocji, która często ma takie widokówki i rozdaje je za darmo. Tako promocja miasta. Tym razem, jak już byłem na poczcie, to stwierdziłem, że kupię ze 2-3 widokówki. Przy okazji zapytuję lokalne panie gdzie tu rynek jest.

– ??? – minuje się panienka z okienka skonfundowana

– no rynek – powtarzam

– rynek? – zapytuje inna kolejkowiczka

– no miejsce, które się odwiedza. Do którego turyści najczęściej chodzą – wyjaśniam

– aaa. To pójdzie pan tam, gdzie katedra jest. Tam jest wszystko – usłyszałem w odpowiedzi

No rynek to to może nie jest, ale wycieczka mi się podobała. Także Gorzów Wielkopolski (FG) na plus. Gdyby ktoś mnie chciał zapytać z kolei o Koszalin (ZK), to odpowiadam, że nie ma o czym mówić. Nie podoba mi się to miasto. Jakoś dziwnie się po nim autem jeździ. Mają jakieś dziwne skrzyżowania i wielkie ronda. Nic mnie tam nie zaciekawiło, urzekło, oczarowało. Dział rybny w Makro Cash and Carry ssie!

To na razie tyle o wycieczce po zach-pomie i nie tylko. W kolejnym odcinku m.in. opowiem o Słupsku.

Może następnym razem trzeba będzie wziąć misia w teczkę? Będzie ciekawej na wycieczce. Może zrobi fiku miku. Albo siku? A pan doktor będzie pijany? I przyklei się do okna, bo ściana będzie mokra? Chyba „misiek strasznie pierdzi, i mówię, że to śmierdzi”.

 

gryzę się …

… i się tnę.

Ugryzłem się w środę w lewy polik (od środka). W czwartek przegryzłem bąbelka na prawym poliku (afta jakaś, czyli też we w środku). A dziś coś pod językiem sobie dziabłem. Chyba grzanka z suchara mnie załatwiła. No gryzę się jak nic.

W weekend obierałem sobie warzywka i jak to mam w zwyczaju, obskrobałem sobie paluszka. U nasady palca wskazującego lewej ręki też mam jakieś cięcie.

Weekend minął sympatycznie. W piątek u Słodkokwaśnej zjedliśmy pyszne kanapeczki japońskie z ryżem.

Mniam i mlask. Ta z burgerem i podwójnym serem obłęd. Ta z bawetką (bavette) też spoko.

Dodatkowo kolega zaśpiewał viral pt. Jebać PiS. Tekst bardzo prosty. Dodaliśmy również, parafrazując imprezę urodzinową Piaska – i Konfederację. Śpiewak obchodził 50-tkę i Nergal (gość zaproszony) wrzucił na insta story taki to ich wybryk. Piasek chyba w TVPiS robotę przez to stracił. Dobry ten kolega.

Sobota minęła leniwie. Się po mieście się przeszedłem się. Bo słonecznie było. Ale pioruńsko zimno. Miałem do Piotrusia G. dołączyć na sanki, bo kolega z dziećmi się bawił przy moście Śląsko-Dąbrowskim. Ja też przy tym moście byłem, tylko z drugiej strony. Pędziłem do domu, bo zimno, bo siku się chciało.

Wyjście z domu w sobotę było w stylu Pan-Hilary-Gdzie-Są-Moje-Okulary. Guzdram się, zbieram. A już buff do zakrywania twarzy naciągnięty na szyję. Czapka zarzucona na łeb. Słuchawki!? Gdzie są moje słuchawki!? Biegam po pokoju i szukam. Po kilku chwilach dotarło do mnie, że …

Na mieście postanowiłem podbić do pewnego muralu. Słoneczko jednak mocno dawało. Ale mam już 4 pory roku.

Dziś smutna wiadomość – odszedł Pan Ryszard Szurkowski. Pamiętam, jak kilkanaście lat temu, w 2006?, w 2005?, grałem z kolegami z pracy w tenisa. Bo do jakiejś sekcji sportowej się zapisałem i mieliśmy rozgrywki międzyzakładowe. Było nas 3, w każdym z nas inna krew, ale jeden przyświecał nam cel. Za kilka lat mieć u stóp cały (tenisowy) świat. Nie udało się.

Każdy wie, jak się gra w tenisa we 3. Słabo. Także koledzy pykają, a ja się kręcę i rozglądam. Na korcie obok zobaczyłem samotnego pana. Staliśmy w sumie obok siebie. I pan zaproponował skrzyżowanie rakiet, bo jego partner nie dotarł. Od razu poznałem pana Ryszarda. Musiał mieć wtedy coś koło 60 lat. Już stałem przy linii końcowej, już zamachiwałem się rakietą, jak partner naszego mistrza wpadł spóźniony. No i nie skrzyżowałem rakiet, nie zagrałem.

O panu Ryszardzie znam jeszcze jedną dykteryjkę opowiedzianą przez brązowego medalistę olimpijskiego z Barcelony, pana Kajetana Broniewskiego (kajaki). Mówił, że kiedyś w większej grupie poprosił mistrza o przejażdżkę na rowerach. Jadą sobie i jadą. Amatorzy poprosili o zaprezentowanie poziomu olimpijskiego. Pan Ryszard powiedział, że odliczy do trzech i rura. Jak powiedział, tak i zrobił. Pan Kajetan powiedział, że nawet przez chwilę nie dotrzymali mu … kroku (można tak powiedzieć w tym przypadku?).

Ponoć Trumpowi chcą zrobić impeachment. W sumie jest za późno, ale chcą się zabezpieczyć przed ewentualnym, kolejnym startowaniem tego pana w wyborach. A taki impeachment uniemożliwi to.

I taka refleksja.

Z Korą się spotkałem. Z panem Ryszardem się spotkałem. I z Trumpem też. Hmm.

gdzie jest słonko?

Kiedyś napisałem do pani wtedy-inżynier ze Szczecina kilka słów. A może jej link podesłałem?

Gdzie jest słonko, kiedy śpi? Czy wilk zawsze bywa zły.

I ona mi odpisała coś w stylu:

A idź w cholerę Maciek. Teraz nucę to cały dzień.

Słuchałem ostatnio, bodajże w poniedziałek, audycji Macieja Orłosia w Radio Nowy Świat. I tam wejścia ma pani publicystka, która rozmawia ze znanymi i komentuje życie w Polsce.

I właśnie we wspomniany ostatni poniedziałek pani Beata zapytała swego rozmówcę (chyba pan z Newsweeka) – gdzie jest prezydent Duda?

No właśnie!!! Gdzie jest nasz DługoPiS? Cisza, jak makiem zasiał. Ostatnio pana dupę słyszałem, jak zapraszał po wyborach Czaskowskiego do Pałacu Prezydenckiego na pogratulowanie sobie re-elekcji. Czyli jakiś to sierpień był. A tu już grudzień. No zaszył się.

Część osób mówiła, że El Presidente pokaże teraz jaki ma kręgosłup, bo to druga kadencja i trzeciej nie będzie. Czyli może się zaprezentować, pokazać co on nie może. A w poniedziałek usłyszałem, że mu to lotto, bo to druga kadencja i trzeciej nie będzie. Więc po co się starać?

Gdzie jest Duda?

Chyba Endrju, poczuł się wywołany do tablicy, bo dziś wyczytałem, że Głowa Państwa wraz ze swoją Szanowną Małżonką pokazali jak ślicznie udekorowali domek! Świątecznie udekorowali! No sukces! Nie sprawdzałem efektów pracy Pary Prezydenckiej. Nie wiem, czy to zgrzebnie, czy glamurowo wyszło. Nie mniej gratuluję rękodzieła. Przynajmniej coś zrobił. Prezydenta mamy co się zowie. Konduita pierwsza klasa.

Patrzę na te postępy koronawirusa i się zamyśliłem, zasmuciłem. Ponad pół roku temu rozmawiałem na Instagramie z piekarzem z Iranu. Sprawdziłem wtedy. Iran w TOP10 przypadków na świecie. My, hen hen, daleko, w połowie piątej dziesiątki. Wczoraj sprawdzam i … Iran 15., a my tuż przed nimi – na 14. miejscu na świecie. Smutne to. Od kilkudziesięciu dni jesteśmy w top10 nowych, dziennych przypadków.

Mam dosyć obostrzeń. Niech rząd spier….ala ze swoimi pomysłami. Sklepy mogą mi pozamykać. Nie kupuję, a jeśli już muszę, to mam internet. Ale rozumiem, trzeba kabzę państwową nabić. Otwórzcie kurna knajpy! Ja już mam dosyć gotowania, na wynos nie jem, bo to nie jedzenie. Napoju z pianką w kuflu bym się napił.

Dziś, wracawszy do domu z roboty, poczułem głód. Wydzwaniam właściciela knajpy, żeby coś może zamówić by. Nie odbiera. No to lecę do sklepu i robię zakupy na obiad. Kolega widzę, że próbuje do mnie oddzwonić. Podczas rozmowy mówię mu, że chowam zakupy do lodówki, że jutro sobie upichcę. Posłuchałem propozycji, mlasnąłem językiem i zadzwoniłem do knajpy (pan właściciel już był w domu). Przekomarzam się z kelnerką Justyną. I co się okazuje. Pizza wraz z niespodzianką – butelką coli, trafiła do mnie piorunem. Oj coś czuję, że pan właściciel zmobilizował swoich ludzi. Taką obsługę to lubię. Klient usatysfakcjonowany. Ale pizza z kartonu, to nie pizza, niestety.

Do przepłukania gardła zaproponowałem sobie zarekomendowaną przez ładną buzię ze sklepu z alkoholem. Pani Monika pochwaliła Kilchomana, jak powiedziałem jej, że uwielbiam torfowe whisky. Mówię panu, torf ciągnie się jak smoła – tak mi opowiadała.

Hmmm, czy ja wiem. Jak dla mnie dosyć delikatny torf. Choć pan G., znawca szkockich napitków mówił mi, że Kilchoman to głęboka wiocha i tam tak po swojsku robią. Czy ja wiem? Może już mi się podniebienie wyrobiło? Torf czuć, ale smoła? Nieeee.

Zauważyłem, że mam problemy ze snem. A może to nie problemy? Ostatnio budzę się o 5 rano. Ula z Nju Dżerzej napisała mi, że prawdopodobnie wyspałem się już za wszystkie czasy. Może?

Dziś nawet włączyłem sobie po raz pierwszy Radio Nowy Świat, żeby od 6 rano posłuchać Wojciecha Manna. Okazało się, że Mann był, ale junior. Oryginalni prowadzący do radio nie dotarli. Chyba przez ten atak zimy. Słabo.

Dzięki zwiększonej liczbie spraw w pracy w biurze byłem ze trzy razy w tym tygodniu. Jak to fajnie zobaczyć dawno niewidziane miasto. Napstrykałem sobie fotek. I znowu tylko Pałac i Pałac.

Gdzie jest Duda?

bdsm

I inne takie skrótowce.

Nasz naród jest zdyscyplinowany, uległy, zdominowany i chyba związany. Tylko nie wiem z czym lub kim związany?

Dziś z przyjemnością przeszedłem się do biura. Pan kurier się zapowiedział. Trzeba było wpuścić i przyjąć paczki. A że w domu już człowieka szlag trafia, to chętnie się wypuściłem na miasto.

W witrynach księgarnianych zobaczyłem, że mój ulubiony pisarz Harakiri Murakami wydał nową książkę. Cyk, pstryk i szybki ajMasaż do największej fanki tegoż Japończyka z pytaniem, czy zna. Nie znała. Czy księgarnie są czynne?

książki – Murakami

W biurze oszczędzają na świetle. Korytarz ciemny, że strach iść, żeby się o coś nie zaczepić. Na szczęście jest na końcu korytarza światełko.

 

W Radio Nowy Świat usłyszałem jak Matołusz Morawiecki obwieszczał sukces. Polska daje radę. Nie, wróć! Założenia i strategia walki z pandemią wymyślona przez rząd się sprawdza, jest sukcesem. I tu, po raz pierwszy zgodzę się z Matołuszem! Polacy odnoszą sukces. Od kilku(nastu) dni jesteśmy w czołówce, ŚWIATOWEJ czołówce w liczbie największych nowych, dziennych przypadków zachorowań na covid-19. Wczoraj nawet przez chwilę byliśmy na prowadzeniu, ale USA się porachowało i ze 142 tysiącami nas zdeklasowało. Doszły Indie i finalnie dzień zakończyliśmy na 8 miejscu. Polacy najlepsi na świecie, drudzy w Europie, jak to się mówi.

Teraz też zerkam i widzę, że znowu idzie nam wyśmienicie! Dziękujemy polski rządu, świetnie nas dominujesz, przywiązujesz do domów, dyscyplinujesz, a my ulegamy. BDSM.

covid na świecie 13 listopada 2020

Ale Matołusz nie o tem prawił. Że DDM działa. Dystans, Dezynfekcja, Maseczka! Jasne. Widać to na ulicach.

Z tych skrótowców pamiętam z czasów początków mojej kariery zawodowej DDD+. W Auchan tak menadżery tłukli kasjerkom. Co należy robić, jak klientowi zrobić dobrze, żeby wrócił. Dzień dobry, Dziękuję, Do widzenia, plus własna inicjatywa.

Ja byłem dobry z tych plusów. Raz nas przeszkolili na kasach. Wiadomo, w razie czego. Jakby klientów naszło i trzeba było kasy otworzyć wszystkie. To wtedy i managerowie innych działów mogliby obsługiwać. Nie przeszkadzało mi to, to była fajna nauka. Przy mojej kasie stoi kolejeczka. Gdzieś na piątym miejscu kolega z pracy. Mówię – tego pana nie obsługujemy! – wskazując palcem tam gdzieś przed siebie. Nagle jakiś klient stojący przed moim kolegą łapie się jedną ręką za serce i przerażony pyta – mnie? Czemu?

Szybko wyjaśniłem, że nie o niego chodzi. Także takich własnych inicjatyw miałem sporo. Plusowałem często.

Kolega mój zza biurka, manager AGD, tak się przejął pracą przy taśmie, że jak przekładał tartę owocową ze skanera za siebie, do strefy pakowania zakupów przez klientów (takich rzeczy się nie wkładało do reklamówek. Normalnie kasjer wkładał skarby nabyte przez naszych szanownych klientów do reklamówek z logo Auchan), to ciasto mu wyleciało z tego pudełka. Chyba nie za bardzo skalkulował odległość i siłę należną do użycia w celu zrobienia tej czynności.

Przy kasie było wesoło. Ale tylko nam, managerom, bo kasjerki miały przerąbane. Im, takie własne inicjatywy by nie przeszły. Ale w Auchan było fajnie. Nawet po kilku ładnych latach rozpoznawałem buzie i zagadywałem.

HGW, kiedy ta pandemia minie.

Dziś wracając do domu przeszedłem przez Łazienki. Bo lubię i nie trzeba maseczki nosić. Ładna ta polska jesień. Najładniejsza na świecie. Nawet w Teksasie takiej nie mają, bo Ula z TX mi pisze, że jesssu jak zimno, że 26 stopni jest. Uleńko, pisałem już – NIE DENERWUJ MIĘ, bo się … zdenerwuję.

Wszystkiego dobrego 13-ego w piątek.

 

 

 

 

a po dwunaste …

Nie będziesz miał piktogramów cudzych przede mną.

Każdy miał ZPT w szkole. No może każdy tak stary i starszy, jak ja.

Na moich zajęciach w 4 i 5 klasie było nudno – szydełko, gary i piktogramy. Czyli nie chloruj, nie bębnuj i takie tam. Później mieliśmy normalnego gościa i strzelaliśmy do celu i bawiliśmy się młotkiem i wiertarką.

Mam taką oliwkę do ciała. Rumianek z czymśtam. Bo jakich suchy się zrobiłem. Smarowałem sobie tu i tam i nakapało mi na kapę. Uprałem. Ale co ja widzę! Kanapa ma plamę! Nie pomogła docelowa pomoc, czyli zmywak.

Oczywiście te obicia sofy są zdejmowalne i … pralne. Tyle tylko, żeby to zdjąć, to trzeba pół łóżka rozkręcić. Eh. Oczywiście rozłożyłem sofę i zdjąłem to. Zastanawiałem się, czy się odpierze. Ale tylko przez chwilę. Stwierdziłem, że to co miałem zrobić, to zrobiłem. Wyjdzie, jak wyjdzie. Mam to w (francuski akcent) dupię.

Po praniu czytam to coś wystające i patrzę, czy można wirować. Hm. Jest bęben przekreślony. No nie, w latach 80-tych to znaczyło – nie wirować. Słabo. Nie wyschnie mi do nocy. Będę spał na podłodze – stwierdziłem. A tej podłogi i tak mało, bo się sofa rozłożyła.

No dobra, wiruję to. Zerkam do wujka G i zapytuję – piktogramy pranie.

Ta-dah! Jestem w domu. W dzisiejszych czasach to znaczy NIE SUSZYĆ w suszarkach! 1000 obrotów i jedziemy. Po kilku godzinach jeszcze takie wilgotne. Żelazkiem miałem dopomóc, ale niestety ten piktogram nie zmienił się przez lata. Nie żelazkować, to nie żelazkować.

Przez to wszystko tylko taki Pierre Dolnik mi w domu wyszedł (co ja taki francuski dziś jestem? Brakuje tu tylko tej najlepszej francuskiej whisky Żak Daniel).

mais tu es fou Maciek

Na szczęście dziś środa, dzień … badmintona. Czyli z sesji wrócę do domu jakoś po 22. Czyli suszki mogą wisieć jeszcze te 8 godzin. Schnij kochany, schnij!

Ciekawe czy łóżko złożę z potworem? Hm. Tego na Zet-Pe-Tach nie uczyli. IKEA wtedy nie było w Polsce.

Ale za to narobiłem sobie rosołu z łososia i kupiłem borowiki na bazarku. Mniam!

 

a po jedenaste …

https://www.youtube.com/watch?v=T6cl_1X9luw

 

Nie dam. Nie popuszczę. Nie dopuszczę. A po złości!

Czyli „oto polska cała nasza”. Ło ho ho ho.

 

Zabierałem się za pisanie od wielu dni. Już nawet miałem wymyślone tytuły wpisu. Ale wszystko padło.

Miało być „jak mag jakiś” albo „straciłem swoją maskę”.

 

Pranie urządzałem. Wrzuciłem swoją białą maseczkę. Bo często piorę, bo prasuję, bo zabijam nań zarazki. Rozwieszam pranie i idę spać. W nocy się budzę w potach. Gdzie jest moja maseczka! – krzyczę. Aaaa. Uprana! – uspokajam się i zasypiam. Budzę się znowu – nie pamiętam, żebym rozwieszał!

Rano wstaję, przeglądam suszarkę i nie ma. Zaglądam do bębna i nie ma. Hm, a może nie włożyłem? – pomyślałem. Ale nie. Pamiętam przecie. Jak wrzucałem maseczkę do prania, to akurat przechodził tatuś Halinki. I jeden oficer też wrzucał. Wysoki – wysoki, taki wysoki, że jak wrzucał to kucał. I jechała taksówka i powóz. I krowę prowadzili…i trąbił autobus. I szły jakieś 3 dziewczynki. Jak wrzucałem maseczkę do skrzynki.

Ale jednak nie było!

Przetrzepałem jeansy. Nie ma. No nic. Trudno. Przepadło. Ale i tak się to w końcu znajdzie – powiedziałem do siebie.

No i jak zbierałem pranie następnego dnia, to jak przetrząsałem t-shirt z Austin, to z rękawka wypadła maseczka! Ta-dah i ło ho ho ho! Taki mag jestem! Mażek właściwie. Bo czary to takie średnie były. Maska się odnalazła. I całe szczęście, bo ta zapasowa jest ciasna. Jak zakładam, to mi się w oczy wżyna.

 

Weekend się udał przepysznie. Barka Wynurzenie i knajpa Makrell. Oj pyszne rybki i inne takie tam. Po głównym napitku zaproponowaliśmy sobie El Classico – wódka z energetykiem, czyli samo zło. Nie było to ani mądre, ani dobre (Nie mieli RedBulla). Ale cóż. Przeżyliśmy. Niedziela była piękna i terapeutyczna. Rower zawsze pomaga na przewietrzenie głowy. Wdarłem się ostatnio na niedokończony jeszcze Most Południowy (im. Zimnego Leszka? Oj coś czuję. Że Matołusz i Dupa mogą zaproponować taką nazwę). Fajny mostek. Szeroki. Ale do Wisły nie da się jeszcze dojechać. Pilnują. A jak nie pilnują, to są ekrany. Ponoć most z najdłuższym dojazdem.

Przed dotarciem do knajpy postanowiłem definitywnie rozstać się z Veturilo. Koszmar. Wiecznie coś nie tak. Albo z wyciągnięciem roweru (czasem), albo z oddaniem (najczęściej). A najbardziej do szewskiej pasji doprowadzają doprowadzały mnie dwie rzeczy:

– nie jesteś na stacji rowerowej (WTF!)

– są wolne stoiska, nie możesz zwrócić roweru (nie ma!)

Także po sobotniej wpadce, pożegnałem się z rowerem miejskim. Hulajnogą będę jeździł!

 

Na piątek na mecz zaprosił kolega do siebie, do knajpy. Przyjdziesz na mecz? – pyta mnie. Ja już wiem, że się nie pyta, kto w co gra, tylko się potwierdza i jeszcze ewentualnie utwierdza – będzie Leszek, czy pijemy piwo?

Był Leszek, fan nie piwa. Tym razem był samogon. A jak się skończył, to i piwem Leszek nie pogardził. A mecz słaby. Chyba. Nie pamiętam.

 

Dziś byłem świadkiem 11-ego przykazania. Nie dam, nie popuszczę, nie będziesz miał lepiej ode mnie.

Stoję na przystanku na Dolnej (w kierunku za miasto, czyli Wilanów). Zatoczka długa, spokojnie zmieszczą się ze 3, jak nie 3 i pół autobusu. Na przedzie zatoczki stoi taxi, a w połowie jakiś dostawczak (tam jest kilka straganów i kioski, także trzeba jakoś zaopatrywać). Podjeżdża jako pierwszy „Pińcet plus”, a za nim pojawia się 116. Gdyby ten drugi autobus chciał, to by się spokojnie zmieścił między 503, a dostawczym. Ale coś kierowca nie chciał się wpasować i tak się czaił, jak czajka jaka. Pierwszy skład zebrał pasażerów i zaczął udawać, że jest taki biedny i nie może wyjechać. Zaczął napierać na taxi. I tak co chwilę – osobówka odjeżdżała na z pół metra, a autobus udawał, że wyjeżdża z zatoczki i się zbliżał do taxi. Żałuję, że nie zacząłem tego nagrywać. Ciekawe, czy policja zarekwirowałaby mi ewentualnie telefon, jak dowód rzeczowy numer 1.

I tak po kilku podjazdach autobus włączył awaryjne, otworzył drzwi i wypuścił pasażerów. Czyli rąbnął w taksi. Oczywiście to było takie kontrolowane puknięcie, po złości. Jak mijaliśmy „wypadek”, to widać było, że nie stało się nic. Ale policja pewnie przyjechała i mandacik pewnie dała. Nie wiem, czemu pan kierowca autobusu taki uparty i zawzięty. Nie dam, nie pozwolę, moje to.

Kierowca taksówki mógł w sumie podjechać za pierwszym razem aż tak daleko, żeby ten nieszczęsny autobus mógł wyjechać. Eh, my Polacy. Tylko tych pasażerów szkoda, bo to skład na Ursynów był. 99% innych linii leci prosto na Sadybę, Stegny, Wilanów i Powsin.

I ktoś może zapytać, co ja robiłem na przystanku autobusowym? Wracałem z biura. Mam dosyć siedzenia w domu. I jak nigdy cieszy mnie widok jak podążam do starego i śmierdzącego biura. Jeszcze pół roku temu na widok Pałacu miałem złe skojarzenia. A teraz? Proszę bardzo – piękne niebo, pałac i księżyc.

 

Na klatce toczy się wymiana dobrami. Choć w niedzielę myślałem, że coś zdechło. A ta jakieś futro była. Jak rzuciłem okiem niedbale, to myślałem, że

Coś tam było! Może człowiek! Może!

Już miałem zapytać, czy w porządku wszystko. Ale drugi rzut oka stwierdził, że to pies jakiś. A jak się przyjrzałem z bliska, to już wiedziałem, że to futerko ktoś wywalił.

 

I szkoda, że nie mam nadal długich włosów, bo bym se loki nakręcił.

Eh. Zapuszczać?

nie ma to jak starsza siostra

zanim zacznę, to uprzejmie doniosę jaki jest status mojego mandatu. Chciałem zanieść do delegatury. Okazało się, że cwane gapy nie mają jej w Warszawie. Raszyn najbliżej. Fashion from Raszyn – taki kiedyś szyld widziałem w tej miejscowości. Musi ciuchy sprzedawali.

Także wypełniłem formularze czarnym długopisem i … dopisałem na górze „nie mam niebieskiego”, bo się okazało, że w pierwszym zdaniu wyboldowali pouczenie, że trzeba na niebiesko. Hmm może mandat anulują, jak się okaże, że źle coś zrobiłem? Oby.

Na poczcie mówię do pani, że nadać chcę list polecony.

– priorytet?

– nie. Polecony wystarczy

– 5,90

– ile? Drogo! – mówię

– bo polecony

– do Ameryki pocztówkę za 6 zł wysyłałem

– ale nie poleconym

– ale za 6 zł

– ale nie poleconym

 

Widzę, że gadka jak do Władka. Płacę i wychodzę. Pani kazała dopisać z tyłu koperty adres nadawcy. Dopisałem … niebieskim długopisem pocztowym. Teraz to w tej mandatowni nie uwierzą, że nie miałem niebieskiego. Do więzienia mnie wezmo. Jak nic.

 

Co do oddawania krwi, to … krew mnie zalewa. Musiałem kupić czekoladę do sernika, bo mnie znowu pogonili. Ale przynajmniej widok ładny miałem idąc.

Dziś pomyślałem, że pójdę na wysysanie krwi na Nowogrodzką (centrum miasta). Zachodzę i wychodzę po 5 minutach. Od groma ludzi i kolejka w słońcu. A dopiero przed 9 rano jest. Wygoogle’owałem gdzie są jakieś ambulanse. Był jeden na Ursynowie. Dojazd prosty – metro i autobus. Na miejscu okazało się, że jestem 2 w kolejce. Moszczę się, wypełniam surweje i inne ankiety. Wchodzę do pani lekarz i ta mówi, że niestety, w związku z tym, że 15 dni temu mnie zdyskwalifikowali za niski poziom białych krwinek, to nie mogą oni przyjąć krwi ode mnie, bo nie mają tu laboratorium i nie mogą sprawdzić, czy coś mi podskoczyło. Gdybym przyszedł po miesiącu, to inna gadka. No to mówię, że w takim razie pojadę na Saską. I tu pani mnie dobija mówiąc, że musi dać mi dyskwalifikację, bo zarejestrowałem się, a krwi nie oddałem. No musi. Poprosiłem, żeby dała choć na 1 dzień tego bana. Jutro pojadę na Saską. A miałem tam jechać od razu, ale zachciało mi się zmiany i wymyśliłem tę Nowogrodzką. Eh. 5 zł w plecy za czekoladę. Plus bilet 4,40. Metrem jechałem i tam kanary już u dołu schodów czyhają. Nie dało się na gapę jechać. No nic. Co się odwlecze, to nie …

Wracam do tematu.

No i idąc z powrotem z tej poczty dzwonię do dawno niesłyszanej siostry (nazwijmy ją Kasia). A mówię, że sernik robię. Oczywiście ciekawska Kasia nie byłaby sobą, jakby nie wywiedziała się wszystkiego o placku. To mówię, że figa pokrojona na dno, a do ciasta żurawiny.

– suszone? – pyta pani z policji

– tak

– obtocz mąką albo budyniem, bo opadną na dno

– ooo. Właśnie. Bo wtedy jak robiłem, to wszystko na dno poszło w jedno miejsce.

 

I od tego się ma starszą siostrę. Poradzi, podpowie. Wszystko wie. A jak byliśmy mali, to moja siostra, już wtedy była starsza ode mnie, mnie wykorzystywała. Mama mówiła jej, że ma zrobić to i tamto, i szła do pracy. A cwana siostrzyczka, jak się tylko drzwi zamykały wołała mnie i wydawała polecenia. Że niby mama mówiła, że ja mam zrobić to i tamto. Ja do garów i do sprzątania, a Kasia do swoich lalek. Cóż. Okazuje się po tylu latach, że umiem i wiem jak zrobić to i tamto. Dzięki siostra.

 

Kiedyś zapytałem się małego siostrzeńca Bąbelka od czego ma starszego brata, jak mi przyszedł głowę zawracać z jakimś problemem. Mały rezolutnie rzekł:

Wujku. Starszego brata mam od obrony mnie przed kolegami

 

No fakt. Szczególnie jak starszy brat judo trenował w dzieciństwie przez kilka lat. Mądry bąbelek.

 

A taka ciekawostka z naszego życia rodzinnego. Moja siostra, jak wyszła za mąż, to przestała być Kasią D. Ale wtedy mój cioteczny brat, też mdobrogov, tyle że Marcin, ożenił się z jakąś inną Katarzyną i na nowo mamy Kasię D. w rodzinie. Ciekawe, czy tak samo umie poradzić i podpowiedzieć. I czy wie wszystko?

a na plaży …

…mi się marzy taniec w słońcu i bez końca.

 

Koronawakcje nadeszły. Pandemiczne lato się zaczęło. Jakby mniej pada już.

Przeszedłem się po dzielni. Ot tak bez celu. Żeby spalić … kalorie po pizzy.

A propos palenia. Czy dziś nie jest przypadkiem 3 i pół roku jak przestałem palić? Chyba dziś, tzn. jutro, z wtorku na środę. 1 lipca o 1.40 naszego czasu dokładnie. Eh. 1277/1278 dni. Nie tęsknię i nie wyobrażam sobie, żebym wrócił do nałogu. Nie ciągnie mnie już nawet. Współczuję palącym. Rzućcie to w diabły.

A propos włoskiej kuchni. Wczoraj dałem się zaprosić na lancz na Saską Kępę. Knajpa się nazywa Pinsa. O kurczaczki jaka pycha! Na Wilanowie też ponoć jest. Mlask!

Na przystawkę Arancini Verdura (ser mozzarella, kozi ser, cukinia, szpinak, czerwona cebula, papryka, ryż) i Arancini Bolognese (ser mozzarella, sos Bolognese, ryż). Na główne – Pinsa Bianca La Regina wypiekana na mące sojowej, ryżowej i pszennej oraz Pinsa Panini Polipo.

Mlask ale wracajmy do spaceru dzisiejszego. Jako że Sadybę mam „obeszniętą” (od wyrazu obejść lub obchodzić), tzn. że obszedłem już Sadybę tyle razy, to nigdy nie wiem dokąd pójdę, jak idę na spacer. Codziennie muszę zrobić 10 000 kroków. Przynajmniej. Do łba wbite dawno. Także byłem już wszędzie. I dziś chciałem przejść obok muzeum z czołgami, ale zorientowałem się, że kilka godzin wcześniej do sklepu szedłem tamtędy. To skręciłem w lewo nad jeziorko Czerniakowskie.

Dopiero teraz spostrzegłem, że w takim tuneliku, wejściu na podwórko starej kamienicy wiszą obrazki. Chyba jednak niedawno powiesili, bo jestem pewien, że byłyby spostrzeżone wcześniej, bo ja spostrzegam takie rzeczy. Spostrzegawczym raczej jest.

I tak się przeszedłem kawałeczek po plaży nad jeziorkiem. Urzekła mnie tablica informująca jak należy spędzać czas nad wodą w dobie pandemii. Dziwne to będą wakacje. Dziwny to będzie plażing.

Barak, w którym było Nabo i koszmarny Wietnamczyk wyremontowali na glanc i otworzyli coś, co się nazywa Owoce & Warzywa oraz NaboKu, czyli nowe-stare Nabo. No wygląda to jak gwiazdki Miszelina albo coś takiego. Dużo ludzi. Trzeba będzie podejść w niedzielę i zobaczyć. I obfotografować.

 

A propos przedrostków „ob-”. Jak poznać, czy ktoś jest pijany? Należy poprosić taką osobę, żeby powiedziała króciutkie zdanie:

Na stole znajdują się butelki obetykietykowane i butelki nieobetykietykowane.

wieczny odpoczynek racz im dać panie

na mojej ulicy

 

ta ostatnia niedziela

i się bawiłem pysznie.

Na rowerach spędziliśmy cały dzień. Ja, Słodkokwaśna (nazwijmy go Zdzisiek) i pani Słodkokwaśnej (nazwijmy ją Marysia).

Po głosowaniu się spotkałem na moście Łazienkowskim z koleżeństwem. Podbiliśmy do Miami Wars bo jakiś bazar winylowy otworzyli. Zdzisiek oczywiście przepadł, a my z Marysią się leżakowaliśmy. Woda się w rzece podniosła bardzo. Prawobrzeżna część jest tak zalana, że nie da się rowerem śmigać wzdłuż Wisły.

Zdzisiek nakupił sobie ze 3 płyty. Z Marysią ustaliliśmy, że chętnie byśmy zjedli w Pho2 (czytaj: fo kwadrat). Ale Słodkokwaśna się żachnął, że tam to nie, bo nie wziął aparatu i zdjęć nie będzie mógł zrobić. Zaproponował Makrell w barce Wynurzenie. Marysia foszka strzeliła, a ja bardzo chętnie się zgodziłem, bo nie znam tej knajpy z nordyckim jadłem. Jak zwykle zamówiliśmy wszystko, czyli:

– burger z grillowaną makrelą

– fryty z sosikiem

– kanapka ze śledziem

– makrela na ziemniaku

W barze drinkowym wzięliśmy po czymś pysznym i się zaczęliśmy zajadać. Mlask i mniam! Marysia coś tam kąsnęła, ale nadal foch, że nie o bułach i frytach myślała w tak gorący dzień.

No to wymyśliliśmy, że do tego Pho2 podjedziemy. Oh. U Marysi od razu humor się poprawił. A jak dostała swoje bon bo nambo, to już w ogóle pyś rozchmurzony. My ze Zdziśkiem po sajgonkach daliśmy – z krewetami i z mięsem.

Po drugiej stronie ulicy, w cukierni Odette postanowiliśmy sobie cukier podnieść i kawki popić. Pyszne miejsce. Na sam przód rzuciły mi się usteczka! Już miałem brać, alem zobaczył, że maliny mają, a ja jakoś nie za bardzo malinowy jestem. Padło na pistacjową tartę. Pięknie nam pani stół udekorowała pysznościami. Eh. Smacznie było.

Zdzisiek zaproponował jeszcze tatara w Elektrowni Powiśle. To podjechaliśmy. Jakiś teatr uliczny był. Sztab Czaskowskiego się rozstawiał na wieczór. Niestety nie miałem maseczki. Zdzisiek poradził, żebym mówił, że mam problemy z oddychaniem. Jak poradził, takżem zrobił. Ale okazało się, że pan ochroniarz też miał problemy z oddychaniem i mnie nie wpuścił. Nie chciało mi się kłócić, więc Zdzisiek poszedł zobaczyć, czy jest ten tatar w food court’cie. Nie było, więc żaden ambaras, że mnie nie wpuścił.

 

Podjechaliśmy na prawobrzeżną część do Lunaparku Warszawa. Oj. Ale zabawa. Najpierw mały drinczek. Jakieś martini z tonicem.

drink

A później!? Woah baby! Minigolf! Co za zabawa! Z 17 dołków w sumie było? Chyba jakoś tak. Na początku rozklepałem Zdziśka i Marysię. Ja 14 uderzeń, Zdzisiek 23, Marysia 22. Czy jakoś tak. I trafiliśmy na cholerny dołek numer 7. Zdzisiek pyknął go w 10 ruchach, Marysia w 21, a ja? Kurczaczki, 50!!! Później się gra znowu wyrównała. Prowadziłem na każdym dołku o 1, góra 2 uderzenia. Już myślałem, że nie dam rady. Ale ostatni dołek był wybawieniem. Udało mi się w 4 uderzeniach umieścić piłeczkę w dołku. I czekałem cierpliwie na towarzystwo. Po 18 nieudanych próbach Zdziśka nastąpiła gloria! Marysia już wcześniej odpadła z gry o pierwsze miejsce. Ale gra przednia. Polecam.

I tak fajny dzień. Tu podjedziesz, tam podjedziesz. Tu chillax, tam chillax. Tu #skubskub, tam #skubskub. Super dzień. Dzięki Marysia i Zdzisiek!

No i po 21 patrzę i się cieszę. A niech się teraz Duda poci i martwi. Wynik jest dobry. Mam nadzieję, że za 2 tygodnie nastąpi wypad.

Aha, jedna ważna rzecz. Komary się pojawiły! I ssą jak dzikie!

 

kto handluje ten żyje, czyli …

teraz jest wojna!

 

Kochani, w końcu nabyłem TO! 3 podejścia robiłem, aż w końcu mam TO!

Za pierwszym razem wchodzę do przybytku i się pytam pani, czy można kartą płacić. Niestety nie. Ale zapytałem przy okazji, czy ma TO? Po forsę mogłem podskoczyć do mojej serdecznej koleżanki Joli, która szefuje w oddziale pewnego banku 50 metrów obok. Ale pani przekupka nie miała TEGO już.

Zachodzę wczoraj ponownie. Jest pan. Starszy panoczek w białym fartuchu. Tym razem uzbrojony byłem w dwadzieścia złociszy. Ale pan mnie zaczął przepraszać, że nie ma już TEGO.

– ależ nie ma sprawy. Przy okazji przechodziłem – uspokajam pana

– bardzo mi przykro. Proszę jutro przyjść

– a o której otwieracie państwo? – zapytuję, żeby wiedzieć jak dzień zaplanować. Jak widać TO schodzi na pniu

– o 8, ale jeśli pan chce wcześniej, to ja będę o 6 – zachęca pan sprzedawca

– nie. Spokojnie. Wpadnę za dnia

– zapraszam jutro i bardzo przepraszam

– nie ma za co przepraszać. Do jutra

 

Rano dziś wstałem bardzo nie rano. Wskazówki mi się coś przestawiły chyba. Byłem pewien, że jak młody Bóg zerwałem się o 6.43. Ale nie. Myślałem, że może nie 6, a 9.43 jest. Też nie. Wyszedłem zrezygnowany z domu grubo po 11. Żar już był. Po drodze kupiłem pomidory i dymkę. Myślę, że będzie pasować do TEGO.

Pan w fartuchu był. Bardzo taki zapraszający, zachęcający. Skromność i uprzejmość. Pytam się pana z czym TO ma.

– noooo, z kaszą gryczaną

– ale wie pan, niektórzy dają wątróbkę, ozory albo jakieś serca – informuję

– nie, nie. Tak bez, to dłużej świeższa będzie – odpowiada ekspedient i pakuje mi jeden kawałek TEGO do torebki foliowej

– wie pan co, skoro TO takie małe, to wezmę dwa kawałki – dodaję ze ślinką cieknącą już (tak, nie miałem maseczki)

– a uprzejmie proszę szanownemu panu

 

Bardzo sympatyczny pan sprzedający. Pogadaliśmy chwilkę. Powiedziałem mu, że stugębna plotka mnie tu zagnała. To znaczy ustna rekomendacja koleżanki. Pan potwierdził, że lokalizacja może być słaba, ale jak ludzie sobie przekazują informację, to wieść się niesie i handel kwtnie. Miał rację. Nie chciałem go jednak dołować, że jego sklep wygląda mało zachęcająco. I przez te 15 lat ani razu jakoś nie chciało mi się zajrzeć do niego. A wielki napis na szybie mają – CIELĘCINA.

Pan mnie ujął nie tylko skromnością i uprzejmością. Oczarował mnie jego język. Pan mówił po … warszawsku. Ale tak jakoś przedwojennie, mam wrażenie. Trochę mnie zaskoczył sposób poproszenia o zapłatę, dlatego też nie mogę sobie teraz przypomnieć. Dziwnie powiedział. 8 złoty pana? Czy jakoś tak. No aż poczułem się jakbym się w czasie cofnął. Chyba zacznę mięso znowu jeść, żeby tylko go odwiedzać. Jego żona (ta pani sprzed dwóch dni) chyba przyjezdna, bo mówiła normalnie. Eh! Najważniejsze, że mam TO!

 

O i bimber też mam!

« Older posts

© 2026

Theme by Anders Noren — Up ↑