Tag: usa

z jednym butem wracam z ameryki

Stało się. Po prawie 6 latach wróciłem do Stanów. 15-ty raz. I muszę powiedzieć, że czar Nowego Jorku prysł. Tłoczno, syfiasto. I ten niemożliwy do zniesienia smród/zapach (niepotrzebne skreślić) trawy.  Ale byłem, odwiedziłem i mam odklikane. Fajnie, że Ulę i jej chłopaków odwiedziłem. Miszka już duży chłopak. Jej. Jak ten czas leci. Bardzo fajny młodzieniec. Klasyczny nastolatek. Zakręcony i żyjący w swoim świecie.  

Wycieczka na luzie. Codziennie albo Manhattan, albo shopping. Albo jedno i drugie.  

Powracałem na raty. Do Kopenhagi i dzień później do Waw. Przy okazji zdarzyła mi się zmiana czasu, także o dziwo jet legu nie miałem. Ale pierwszy raz po przylocie do USA trafiło mnie. Jakiś niedorobiony byłem. Ścinało z nóg wcześnie. Nie było tak nigdy. Zawsze wstawałem rano i energii miałem co nie miara.

Ale już jestem, wróciłem, żyję. 

Wracając do Europy stwierdziłem, że muszę kupić walizkę do Waw, bo 3 pary butów nie mieszczą się w małej walizce i plecaku. Ulcia dała mi starą, do wywalenia po powrocie, walizkę. Napakowałem się jak głupi. Na lotnisku w Kopenhadze były bezduszne automaty do zrzucenia bagażu. Kładę, skanuję, sprawdzam. 23,3 kg pokazuje na wadze i za chwilę komunikat, że za dużo. Walizka nie odjeżdża. Wyjąłem jeden but i walizka pojechała.  z jednym butem w plecaku wracałem z tej Ameryki.  

Aha, miałem air tagi w walizkach. Nie polecam, stresujące. Jak wylądowaliśmy w Kopenhadze, to pokazało mi, że 1 walizka jest ponad 6 000 km ode mnie. Stresik. Ale po chwili wszystko wróciło do normy. W Waw miałem już 2 walizki i 2 air tagi (po 1 w walizce). Mała walizka była wsadzona w dużą. Także jak pokazało mi, że jedna jest przy mnie, a druga 686 km ode mnie, to się uspokoiłem. No bo jakim cudem? 

Wyjazd był ciekawy też kulinarnie. Codziennie inna kuchnia. Chińskie w China Town bardzo słabe. Hitem była dla mnie restauracja birmańska. Polecam  

puknij się w głowę

Gdyby ktoś mi powiedział nie tak dawno – a może byś wyskoczył z nami do Grecji – to powiedział sobie – puknij się w głowę Maciek! Ale nie tak bardzo dawno zaproponowano mi wyskoczenie na Santorini i … nie puknąłem się w głowę. Jadę.

I się zaczęło. Słodkokwaśna mówi, że piekło. Pan od Państwa z Europy na K. doradza zabezpieczyć się, bo ponad 40 stopni. Koleżanka grozi, że w cieniu się nawet można usmażyć. Oj! Куда я попал!

 

Gdyby ktoś mi powiedział nie tak dawno temu – a może byś mi pomógł ścianę postawić – to powiedziałbym sobie – puknij się w głowę Maciek! Ale nie tak bardzo dawno Słodkokwaśna poprosił, żebym pomógł mu listwy przykręcić. No to pomogłem. Okazało się, że listwy ponad 4 metrowe trzeba było nieść na ramieniu, na piechotę, przez 2 i pół kilometra (tyle wynosi droga od Castoramy do nowego studia foto kolegi). Oczywiście oprócz listew trzeba było zrobić i inne rzeczy. Także ściana stoi. Jak na nasz pierwszy raz, to powiem, że całkiem ładnie nam poszło. Proszę się tylko nie opierać.

Tu tylko trzy fotki, ale pewnie na profilu kolegi więcej. Duma! To znaczy hasztag duma/pride.

Słodkokwaśna zapytał się jeszcze, czy kładłem kiedyś panele podłogowe. Odrzekłem, że nie, ale że chętnie się nauczę. Nie chciałem się jakoś pukać w głowę. Może czas się przebranżowić? Niektórzy w mojej pracy zaczynają „żartować”, że w Lidlu zaczynają płacić więcej niż w naszej pracy robocie.

 

Gdyby ktoś mi powiedział nie tak dawno temu, że Ula z Teksasu przyleci, to bym powiedział sobie – puknij się w głowę Maciek! Jak? W pandemii? Nie wpuszczą. Ale Ule są sprytne i udało się. Dziś mamy miting towarzyski. W ubiegłym tygodniu nawet zaoferowałem, że u mnie możemy się spotkać. Bym napichcił, ugościł, napoił. Ale po rozmowie z Piątkiem stwierdziliśmy, że lepiej do knajpy. Pukłem się w głowę, bo olśniło mnie – przecie w piątek jest żar niemiłosierny! Pogotujemy się u mnie w mieszkaniu. Także idziemy do Gesslera do Warszawy Wschodniej. Mniam! Mam nadzieję, że będzie pyszniej i taniej, niż sławny już na cały polski internet obiad Anny Muchy (tej aktorki). Trzeba tylko pamiętać, żeby nie brać ostryg. Na szczęście nasza trójka to tatara fany. Ula z Teksasu nawet w Teksasie zamawia i je. Ale Ula z New Jersey z kolei mówi, że w życiu nie zaryzykowałaby dania z surowego mięsa w Stanach. Cóż, jedna i druga żyje.

 

Gdyby ktoś mi powiedział dawno, dawno temu, że na zgodę Administracji na klimatyzację będę czekał 3 miesiące, to bym powiedział sobie – puknij się w głowę Maciek! Jakie 3 miesiące. Na pewno dłużej. Szybko proszę porachować. 2 marca uprzejmie zapytałem się w mailu, czy mogę. A 4 lipca dostałem na skrzynkę mailową i do skrzynki na listy odpowiedź. TAK, MOGĘ! Hurra. Był już dziś pan od klimy. Trzech innych też już zbriefowanych. Także czas podjąć decyzję komu wydać te parę złotych. Eh!

 

Nie tak dalej, jak w środę, jechałem do Lidla. A drogę sobie chciałem skrócić i tak na skuśki przez Orlen przejechałem. Za stacją paliw jest takie samotne drzewo. Zauważyłem konar, uchyliłem się. Wracając – już nie. Ale żem się puknął w głowę! Gdyby nie kask, to bym chyba zszedł na śmierć, bo mimo ochrony łba i tak gwiazdki zobaczyłem.

Na szczęście mam neurologa wśród znajomych, to poproszę, żeby mnie opukał i osłuchał. Który to już raz się … uderzyłem w łeb? Raz na żaglach bomem zaliczyłem, bo nasz sternik nie wydawał komend i sobie zrobił zwrot przez maszt. To nawet tomografię robiłem wtedy. Ze 4 lata temu na rowerze miałem kraksę. Eh. I teraz to cholerne drzewo. Już nawet chciałem zadzwonić do Piotra G., żeby piłę mechaniczną pożyczył, co by ściąć to cholerstwo!

A puknij się w głowę Maciek! Gdzie ty masz oczy?

zabójcze kalwiny klajny

jakoś nie mogę zabrać się za wspominki o eksploracji zach-pomu. Dziś na sam przód zabrałem się za wiosenne porządki.

Ale muszę wpierw podziękować panu od Państwa z Europy na K., który opiekował się moim zieleńcem. Cudowną ma pan rękę do szpinaku, powinien pan kosztować go często w swoich daniach.

Bazylia jakoś nie polubiła ani mnie, ani kolegi. Siedzi w ziemi.

 

Poranne, sobotnie porządki wzięły się stąd, że ja w sobotę zawszę się krzątam po domu. Dziś na szczęście nie muszę odkurzać, gdyż ssak podłogowy śmiga po mieszkaniu. Na zdrowie.

Dziś, na drugie na szczęście, nie muszę zupy nastawiać, bo się okazało, że ostatnio przezornie zamroziłem bulion. Na zdrowie.

 

Walizkę wczoraj rozpakowałem i postanowiłem spakować zimowe szaty. Wiosna niech i w szafie zawita mej.

 

Buciory prędko powędrowały do pawlacza. A ich miejsce zajęły lekkie botki.

 

Między innymi trzewiki od Calvina Kleina. I tu mnie wstrząsło! Pamiętam dokładnie tę parę i skąd się wzięła u mię.

 

Manhattan, sklep obuwniczy w Macy’s (coś koło 34th ulicy, Harald Sq?). Lubię ten sklep, bo ma fajne schody ruchome. Drewniane. I często jak kupuję buty, to ścichapęk pan sprzedawca dodaje mi rabat. Na metce -50%, a na kasie dodatkowe -20. Ameryka. W Polsce często spotykam się z odwrotną sytuacją. Zakupy robione były pod koniec wojażu – maj 2018 roku. Także botki nowiusieńkie przyleciały na Sadybę.

Prawda, że ładne.

Pamiętam ten dzień. Słoneczna sobota. Wchodzę do mieszkania, z lekka rozpakowuję walizkę. Zmęczenie jest spore, ale zasada jest prosta – nie śpimy. Za jedzeniem nie ma co się rozglądać, bo 6 tygodni mnie nie było. Oczywiście od razu zakupy spożywcze przyszły mi do głowy. Zaświtał mi też pomysł zadebiutowania w nowych butach. Zadać szyku na Sadybie i Stegnach chciałem. Ściągam skarpetki, wsuwam zmęczone stopy do botków i lecę do FRACa (delikatesy 1800 kroków ode mnie).

Wydaje mi się, że ból pojawił się po 100 metrach. Krew po 200, a łzy i przekleństwa po 250. No ale Maciuś jak do głowy wbił zakupy i zadanie szyku, to przecie nie będzie się wracał. Idę. Do sklepu jeszcze z 600 metrów. Na czworakach chyba doszedłem. Pięty obdarte do krwi. Kości widać! Oczy opuchnięte od łez. Ale szyk jest. Kelwin Klajn na nogach. Autobusem wracałem.

Ulga jaką poczułem zrzucając buty po osunięciu się na sofę w domu jest nie do opisania. Ulga!

Pięty goiły się ponad tydzień. Na sam widok botków bolało mnie całe ciało. Po 3 miesiącach stwierdziłem, że czas na ponowny szyk. Tym razem w centrum Warszawy. Niech w pracy patrzą na kelwiny klajny.

Podczas tej samej wycieczki po USA nabyłem sobie skarpetki-stopki. Sklep-outlet w New Jersey – Century 21. Ula z NJ doniosła mi, że się zwinęli podczas pandemii. Szkoda. Wszystkomający był.

Także do pracy szedłem uzbrojony w skarpetki. One specjalne są, bo na pięcie mają taki żel/silikon, żeby się nie ześlizgiwać z nogi. Na przystanku pod domem poczułem jak mi się skarpetki zrolowały pod stopą. Do biura wszedłem zły, wkurwiony, z otartymi do krwi piętami, ze łzami w oczach. Na szczęście w kiosku pod wejściem pani miała plastry na sztuki. Nabyłem dwa i zakleiłem pięty. Nie trafiłem w jedną! I plaster się już nie chciał na nowo kleić.

Do domu wróciłem wściekły. Buty odstawiłem na kolejne miesiące. Raz czy dwa jak chciałem założyć kalwiny klajny, to zakładałem długie skarpety. W nosie mam modę i savoir-vivre. Mam jedną zasadę – stanowcze nie dla białych skarpet. Chyba, że sportuję się. Ale to też nie, bo się później nie chcą doprać.

I dziś spojrzałem na moje śmiercionośnie i zabójcze kalwiny klajny i tak myślę – zadać szyku dziś, czy nie zadać? Ból już się zaprojektował.

Ale zakładam.

 

Auć! Cholera, kroku nie zrobiłem, a już czuję i ból, i jak leje się krew!

 

wystarczy tylko 270

kurczaczki, dziś wybory w USA. Pamiętam, gdzie byłem i co robiłem 4 lata temu! Ależ czas biegnie.

Ule już pogłosowały dawno. Jedna pewnie na Trumpa, a druga pewnie na Bidena.

Rozmawiałem z koleżankami i się dziwiłem, czemu takie stare dziady startują? Panowie po 70. Ula z TX mówi, że jak Joe padnie, to Kamala będzie prezydentem. Fakt, na przyszłą panią wiceprezydent można oko zawiesić. Na Mike’a Pence’a niekoniecznie. Ale to właśnie 4 lata temu starsze państwo z Indiany powiedziało mi o tym senatorze. Że kibicują Trumpowi, bo jak wygra, to zabierze ze sobą w cholerę tego polityka i da spokój ludziom Indiany.

W Polsce prezydenci raczej młodzi. Kwach, jak był wybierany po raz pierwszy, to miał chyba mniej lat niż ja teraz. 41? A Dupa miał 43 w 2015 roku. Czyli my na młodość stawiamy. Ameryka na … doświadczenie.

A wystarczy tylko 270 głosów zdobyć. Z 538. Wtedy Hilary Clinton aka Leżąca Plaża (Lying Bitch), jak ją większość nazywała. Zdobyła ponoć 2 miliony głosów więcej. I cóż z tego. Nie wygrała w tych stanach, co trzeba. Najwięcej głosów ma się z Kalifornii, bo aż 55. Ale sporo stanów daje ci tylko 3. Także Jakby otumanić ludzi z 3 stanów, to już ma się 122 (Texas 38, Floryda 29).

 

W poniedziałek 4 lata temu zaleciałem do Charleston i zacząłem moją przygodę. Fajny to był road trip.

Myrtle Beach było już po sezonie, także hotel kosztował grosze. Coś ponad 50$. Wysokie piętro, widok na ocean. Jakiś przeziębiony byłem, bo pamiętam, że jakieś tabletki jadłem. Pokój ogromny, a łóżko przepastne. Obudziłem się przed 5 i poszedłem oglądać wschód słońca. Wtorek nadszedł.

Ale wieczorem wcześniej podziwiałem kurort. Niestety lekko zdemolowany był. Huragan Matthew odwiedził Karoliny wcześniej.

Po kolacji spotkałem w barze jakichś chłopców i pograliśmy w bilard. Jeden zaproponował mi jointa, ale odpowiedziałem, że nie palę, bo rano muszę być wypoczęty i na chodzie. Prawda była taka, że koleś wyglądał dziwnie, a ja nie palę takich rzeczy z nieznanych źródeł.

Rano po wschodzie słońca ruszyłem. Dzień wyborów. I to była przyjemna podróż. Ameryka prawdziwa. Nie jakieś betonowe autostrady i lasy, tylko architektura, życie, bezdroża, ludzie. W sumie na północnym wschodzie drogi są nudne. Bo na południu, jest krajoznawczo. Tak naprawdę to takie utwardzone drogi, które i tak nazywają się highway. Jechanie po takich szosach to czysta przyjemność i frajda. Przy którymś kościele stała kolejka do wyborów. Szkoda, że nie zatrzymałem się i nie porobiłem zdjęć.

W Savanah, w The Warehouse, oglądaliśmy w TV relację z wyborów. Ludzie się emocjonowali. Ja wszystkim mówiłem, że dylemat to my mamy co 5 lat w Polsce. A ostatnie wybory, to rozterka pomiędzy głupim a głupszym. W knajpie poznałem kolesia (po prawej) co zamówił sobie krewetki i był w delegacji i paniusię (po lewej). Pogadaliśmy troszkę. Na scenie grał chłopiec na gitarze i wtedy poznałem …

 

 

i do dziś jak to słyszę, to widzę ten bar, to miasto. A Savannah przepiękna, urokliwa!

W Charleston w barze już czekaliśmy na efekty głosowania. Jedno małżeństwo z Indiany, jedno emerytowane z MasaUciechs, ja i barman. Dyskusja trwała w najlepsze. W końcu chłopak powiedział, że nie ma bata, po czarnym prezydencie Ameryką nie będzie rządzić kobieta. Ludzie chcą białego faceta. I miał rację.

Charelston

Ciekawe co teraz będzie. Wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią, że Joe Biden. Ale już wczoraj ktośtam, cośtam nie wykluczał triumfu Trumpa. Ale dziś znowu czytałem, że Donald ma 1 szansę na 10. Zobaczymy. Może znowu Putin pomoże?

 

ostatni raz

crazy m

foto rozpoczynające wpis by @kkurzaj http://www.35×35.com

 

Ponoć pamięta się pierwsze i ostatnie. Heh. Nie pamiętam kiedy ostatni raz nie dokończyłem wpisu na blogu. A może to był pierwszy raz?

Wracało się ciężko. Dreamliner jest niewygodny i basta. Wciśnięty byłem pod okno i od razu się zacząłem wiercić. No mega niewygoda. No ale cóż, przeżyłem. I jeszcze jakiś wazon spowodował wylanie czerwonego wina na mój jeans. No słabo. Ale odprało się. Albo słabe wino, albo dobre Uniqlo (wiadomo – japońska solidność i jakość).

Wracało się też ciężko, bo się nie chciało wracać. Fajnie było. Teksas mnie urzekł najbardziej.

 

Hejka kochani, jak się macie? Bo ja jakoś dziwnie.

Od powrotu z USA coś się ze mną dzieje. Jak nie gardło, to prawie cieknący nos. Nawet antybiotyki w płynie na św. Marcina nie pomogły! A od wczoraj mam jakieś poty. Co zrobię mini-wysiłek, to mokrym jest! Dosyć tego. Poszedłem dziś do pani doktór. Opowiedziałem jej wszystko jak na spowiedzi. Pani obmacała, przebadała i stwierdziła brak oznak grypy! Yay!

Ale w związku z tych, że z ciepłych krajów wróciłem (Texas), to eskulapka zaaplikowała mi badania – krew, EKG i RTG klatki piersiowej. Może to wirus jakiś!?

W zabiegowym się jakieś dziecko darło. Pytam się laborantki co tam się dzieje. Odpowiedziała, że ze skóry obdzierają. Heh, sam pamiętam będąc młodym chłopczykiem, że jak tylko widziałem strzykawkę, to pół miasta o tym słyszało. A teraz proszę – krewki chłopak jestem. Sam chętnie kilka razy w roku pozwalam się kłuć i wysysać krew.

Dietowałem się 6 miesięcy niecałe, bo półrocznica wypadała jakoś w USA, a tam jak wiemy ciężko o jakiś post czy umiar. I badania pokazały, że całkiem dobrze mi poszło. Może nie wspaniale, ale dobrze. To co miało spaść, ciut spadło, a to co miało wzrosnąć – wzrosło.

Z mojej diety postanawiam na resztę życia (starać się) nie jeść:

– smażonego mięsa

– żółtek

– słodyczy

– sera żółtego

– wędlin

 

Mąkę miałem dorzucić. I bym rzucił ten biały proszek, ale za bardzo pizzę lubię w restauracji Segment. To czasem zjem. A pytałem się nawet właściciela, czy nie myślał wprowadzić jednej pizzy do menu na jakiejś ciemnej mące. Gdyby spojrzenie mogło zabić. Jak nie spojrzenie, to chyba kolega umarłby ze śmiechu. NIE MA TAKIEJ OPCJI. To dlatego pierwszy i ostatni raz go o to pytałem, więc czasem mąkę zjem.

Jutro spotykamy się z koleżeństwem, które spotkałem w USA i które nas odwiedziło w Jasnym Zieleńcu. Olimpia już wtedy mówiła, że się musimy spotkać po moim powrocie! To jutro ten dzień. Może się doczłapię bez tych potów. Ale to nie o tym. Ostatnio sprzątam szafki. Oddałem maszynkę do mięsa i do innych rzeczy rodzicom. Bo ich się popsuła, a ja w sumie nie potrzebuję jej. Także zrobiło się miejsce. Patrzę w szafki, a tam biszkopty! O nie. Wylatujecie. Patrzę w lodówkę – aromat migdałowy. Zaglądam do barku – whisky! Ok 2+2 = … Szkoda wyrzucać. Zrobię tiramisu. A jak zrobiłem pierwszy raz ten deser, to Olimpia właśnie napisała, że yum i mlask. To teraz pomyślałem, że zrobię tiramisu po raz ostatni!

… i cholera chyba nie wyjdzie. Ciasto jakieś się zrobiło rzadkie. Jak dodałem masakrapone do zabajone, to ledwo łyżką mogłem ruszać. Ale jak się rozkręciłem, to zaczeło się płynnie lać. Ciekawe, czy zgęstnieje. Kakao nie mam, ale Olimpia mówi, że posypiemy u niej z jej zapasów.

Ostatnio też myślałem, żeby odstawić Stany na bok. Że już dość. Ale po powrocie, jakoś tak nie uważam. 24 stany przede mną jeszcze. Trza kasę zbierać, bo wynajem aut, hotel i paliwo za darmo nie są.

A jakby ktoś był ciekawski zdjęć, to są tu:

Kansas City, MO – https://1drv.ms/u/s!AiQCiXakH-get3vMqfgH7tL6ZTCm?e=ZfFGl5

Memphis – https://1drv.ms/u/s!AiQCiXakH-geuGFahKKuYc3L9jiE?e=vdzXFj

Nashville – https://1drv.ms/u/s!AiQCiXakH-geuRnWTDEia1MUO5sC?e=KwThXS

Texas – https://1drv.ms/u/s!AiQCiXakH-getR52m4CexnIwp8FN?e=p6nL77

Miasto – https://1drv.ms/u/s!AiQCiXakH-geuT3hlO9ZlEqosSYf?e=GmRuOp

 

 

 

 

z motykom na słąnce

Ja i mój zapał. Ja i moje obietnice. Motto tegóż odchódzącego roku brzmi(ało) i grzmi(ało) – 40 wpisów na 40 lat! Cóż. 40-tka minęła, jak prawie 300 dni. 24 post w tym roku. To też nieźle. Jest przynajmniej 4.

Co tam od połowy listopada? A no nic. Nie biegam i choróbstwa mnie nachodzą. Druga influenza w ciągu półtora miesiąca. Grrr. 3 niedomaganie w ciągu ostatnich 5 sylwestrów. Ale uśmiechamy się i do przodu.

Wczoraj widziałem gwiazdy [pozostała część wpisu będzie zawierać wulgaryzmy]. Wysiadałem z metra (pociągu). Taki durny i radosny, że do pracy pędzę, że to już koniec, że to już ostatni dzień, jak się kurwa pierdolnąłem. Niskie wyjście mają. Tak się pierdolnąłem, że zobaczyłem gwiazdy. Wyrazy brzydkie użyte są na miejscu, bo napisać „uderzyłem się“, to jakby nic nie napisać. Już raz dostałem na regatach w łeb. Kolega sternik robił zwrot i dostałem bomem, że prawiem z łódki wypadł. W końcu, w żołnierskich słowach, poprosiłem go, żeby zaczął komendy podawać, bo zginiemy na tej łajbie. Zaczął. Łepek mnie bolał kilka dni, i to chyba Olimpia nakazała mi iść do doktóra. Zrobili tomografię i oczywiście nic. Długa historia krótko – pan na K. z Europy też miał przygodę i też miał interwencję medyczną. Także już wiem – jak zacznę wymiotywowywać albo tracić przytomność, to wtedy muszę na 100% pójść do znachora. Na razie nie zawracamy głowy. Żyję!

Ale kto nie żyje? Otóż, odszedł wspaniały piosenkarz, idol naszej licealnej koleżanki. Od razu jak usłyszałem o odejściu jego, pomyślałem o Niej. Inni z naszej klasy chyba też, bo znam przynajmniej jedną osobę jeszczę, która zadumała się i wspomniała wspomnianą wcześniej koleżankę. A skoro my po mat-fiz, czyli tezę można wysnuć – Istnieją przynajmniej 2 osoby z klasy C, które pomyślały. Miałem już pisać wcześniej o tym piosenkarzu i o tej koleżance ale nie wiedziałem, czy mogę, czy koleżanka nie poczuje się wyróżniona. Ale Monika zadzwoniła do mnie, i jako wierna czytaczka i fanka mego bloga, wręcz upomniała się o wspominkę. Co prawda ostatnimi laty już tak nie wariowała na punkcie szansonisty z Wysp ale wszyscy pamiętamy czasy szaleństwa Moni – jak to z magnetofonem w jednym ręku i drinkiem w drugim tańczyła i śpiewała na wycieczkach klasowych. Oj, nie, wróć – byliśmy poniżej 18. roku życia wtedy! Nie, nie piliśmy wtedy … dużo. Także Monika, jesteś wspomniana. Ja też tego pana lubiłem słuchać. Ostatnie jego dzieło, które wpadło mi w ucho, to cover o proweniencji symfonicznej pod nazwą „Going to a Town“. Rufus Wainwright nie powinien się obrazić za tę wersję.

Dla niezorientowanych – bo będę zakańczał – kończę, bo tyle spraw w tym roku jeszcze do załatwienia. Bigos się gotuje, odkurzacz i jakieś szmaty patrzą na mnie. Znak trzeba skontrolować (to dla wtajemniczonych).

Heh, tak mi się podoba pisanie, że chyba to może jeszcze nie ostani wpis w tym roku będzie? 25? Hello?!

Koniec roku dziś ma potrójny wymiar – urodziny, parapetówa, koniec roku. Ach, kolejny (i zarazem ostatni) stary dziad, wraz z szanowną małżonką kupili taki szałas w lesie (kilka drzew stoi na posesji). Idziemy ogrzać (house warming party).

2017 zaczekaj, bo może nie skończyłem jeszcze!

PS. Kilka fotek z mego wojażu do Południowej Karoliny i Gruzji (Georgii).

Myrtle Beach, SC – widok z balkonu hotelowego na ocean – zdjęcie 2.

Charleston, SC – zawsze mnie intrygowało to miasto, bo turniej tenisowy tam się odbywa co roku – zdjęcie 1.

Savannah, GA – bardzo przyjemne miasto w Gruzji amerykańskiej

charlestonmyrtlebeachsavannah

 

 

 

 

© 2026

Theme by Anders Noren — Up ↑