Tag: trip

west coast part 4, czyli death valley

Zdjęcia/Pictures

Mój organizm powiedział NIE. O 3 rano czasu wsochdniowybrzeżowego, po mniej niż 3 godzinach snu (?), obudzonym został przez budzik. O 6 wylecieliśmy nad pacyficzny brzeg. O 9 rano czasu zachodniowybrzeżowego podziwiałem LAX. Zawsze wydawało mi się, że to takie nieprzyjemne lotnisko. Duże, tłoczne, niemiłe. A tymczasem okazało się odwrotnie. Może terminal był domowy, to tak właśnie tam jest.

W Miescie Aniołów byliśmy na początku lutego 2010 roku. Było jakoś nieprzyjemnie, miasto nie zrobiło na nas wrażenia – Kodak Theatre, napis Hollywood, Beverly Hills, Universal Studios, Santa Monica Blvd, Venice Beach, Mullholand Drive, zachód słońca w Malibu. Ale jakoś bez szału.

A teraz? Miasto oblane słońcem. Jakieś radośniejsze, zachęcające.

Podzielone autostradą. 7 pasów w jedną, 7 pasów w drugą stronę. Czuć wielkomiejskość. Ale to największa aglomeracja USA.

W wypożyczalni pyta się chłopiec dokąd jadę.

– do Doliny Śmierci

– aha, przepraszam, a mogę się zapytać po co?

– zawsze chciałem jąodwiedzić

– ale tam nic nie ma. Pustania i droga pośrodku. Byłem tam raz

– właśnie po to. Przejechać się po pustyni, pochodzić po kanionach. Też mam nadzieję, że będzie to jedyny raz

– [bardzo dziwnym głosem] aha

Na dojechanie do miejscowości Beatty (czytaj: bidy) miałem wg map 4 i pół godziny.

Po godzinie doszedłem do wniosku, że albo się zdrzemnę na poboczu w aucie na 2-3 godziny, albo poszukam jakiegoś motelu 6 i się wykąpie i prześpię. Ale nie, dojechałem. Nawiem zimny dmuchał po pysku.

Co chwilę w Dolinie Śmierci wysiadałem na zdjęcia. Przy punkcie opłat wisiał termometr – ponad 100F. Do tego wiał mocny wiatr, czyli czułem się jak w piekarniku z termoobiegiem.

Mój organizm się zagrzał. Czułem się jak w Moab, kiedy dostałem udaru. Dowlokłem się do hotelu, zameldowałem się. Kurczę, ludzie tu są tak przemili, jak w Utah. Młody chłopiec ze spokojem, uśmiechem i cierpliwością opowiadał i udzielał odpowiedzi na moje pytania. W pokoju okazało się, że nie ma mydła, ani szamponu. Na szczęście sklep Family Dollar obok. O 16 wykąpanym legł w łożu. Na 2 godziny. O 18 wstałem i poszedłem coś zjeść. Cały czas mną trzęsło. No pięknie, udar słoneczny pierwszego dnia. Umrę w tej wiosce.

Beatty, to największa dziura jaką widziałem w Stanach … na razie. No może poza Patterson, bo tam same złodzieje mieszkajo, więc mamy z nimi kosę.

O ile Tropic w Utah było małe, to było zadbane, tursytcznie ogarnięte. Tu, jest syf. Trailery bardzo popularne, dużo zniszczonych budynków użytkowych i mieszkalnych. Zaniedbane miasto. I można w restauracji palić.

Zaszedłem do restauracji polecanej przez recepcjonistę. Ponoć jakiś lokalny wow lokal.

Wchodzę i pytam, czy mam usiąść, czy zaczekać, aż ktoś mnie usadzi.

– wpisz się do książki

– ok

Po wpisaniu się pytam, czy mogę wybrać stolik. Pani rzuca na ladę menu i coś tam burczy. Przeglądam menu, nic nie rzuca się w oczy. Ale widzę kątem oka babkę z fajką w buzi!

– to tu można palić?!

– tak

W lokalu obok pytam:

– do you have hot soups?

– we have hot chilli

Zbiła mnie z pantałyku.

– but it’s not a soup, right?

Pani kelnerka skonsternowana.

Klientka przy barze poleciła lokal obok, który z kolei był nierekomendowany przez chłopca z hotelu.

Wniosek: korupcja i łapówkarstwo na tej wsi!

Często jak się pytasz, czy mają „hot tea“, to się dziwią i trzeba 2 razy powtarzać. A jak pytasz o „hot soup“, to już w ogóle nie rozumieją o co pytasz.

No nic. Dotelepałem się do pokoju. Cały w drgawkach. Już miałem szukać sklepu z termometrem i pigułakmi. Już widziałem, jak odnajdują moje zwłoki po 2 dniach (przy takim upale, po 2 dniach będzie śmierdzieć). Ale jak to zwykle wtedy mówię sobie:

– ale ty durny Maciek. Organizm powiedział NIE, prześpij się najpierw i jutro rano panikuj.

Tak też uczyniłem. Obudziłem się rześki o 6 rano.

Aha, nasz hotel nazywa się Attomic i ma ufoludki, które strzegą naszych pokoi. Fajnie.

Wyruszyłem w park. Zabrałem ze sobą 5 butelek wody.

I tu powiem tak, słońce, upał, ekspozycja na słońce to nie żarty. Nigdy w życiu nie wypiłem tyle wody. Dolewałem do butelek kiedy się tylko dało. Żar niemiłosierny. Choć nie, to jeszcze nie był niemiłosierny. Tylko 113 F (ok. 42C).

Na Zabriskie Point poszedłem na szlak. Tylko 5,7 mili pętelka. Radosny, w podskokach lecę sobie i dopiero później mnie olśniło, że to ponad 9 km. Widoki piękne. Szło się między takimi górkami, po chyba wyschniętym strumyku. Słoneczko świeci. Jest fajnie.

Doszedłem do kolejnego punktu, połowy pętli. I widzę, że godzina z powrotem. Porozmawiałem z panią ranger’ką, która powiedziała, że ta trasa na prawo jest krótsza ale odsłonięta na słońce. Na początku płasko, później lekko pod górkę.

Wybrałem ją, skoro przyszedłem jedną trasą, to nie chciałem wracać też nią. I tu dramat, kryzys. Płaskie, jak płaskie. Szybko się skończyło. Pod górkę było mniej zabawnie. Ledwo człapałem. A pani ranger’ka się jeszcze na odchodne pyta, czy chcę wody, bo ona zawsze ma zapas. Nie, po co, mam w plecaku jeszcze. Dwie butelki miałem.

Pierwszą wypiłem w 20 minut. Nastała panika, nie było strzałek na trasie. Horror. Ale szedłem takim korytem rzeki, więc twierdziłem, że strzałki niepotrzebne, bo nie ma gdzie zboczyć. Żar, słońce świeci prosto z góry (a było po 10 dopiero). Idę i już widzę, jak mam omamy, jak siadam przy ścianie w cieniu i już nigdy nie wstaję. Zobaczyłem znak „Zabriskie Point Trailhead 2,1 km“. Tyle, to ja w 20 minut oblecę! Już miałem wszystko skalkulowane. Żadnych przystanków, nie marnujemy energii i czasu na zatrzymywanie się. Wody wystarczy. Idę!

I znowu, jak w Utah. Fajnie się schodziło na początku, ale koszmarnie się wraca pod górę na koniec. Widziałem ludzi na wzgórzu, już widziałem koniec. To utrzymywało mnie przy życiu. Resztkami sił wszedłem. A już byłem bliski legnięcia na ziemię i mieniawszystkiego w dupie. A niech mnie rozdziobią … no właśnie, co? Jaszczurki chyba tylko.

Wszedłwszy na górę powiedziałem sobie, że dosyć chodzenia na dziś. Czacha dymi. Teraz tylko zwiedzanie punktów widokowych.

Ta, jasne.

Na jednym wzgórku, przy Artist Drive spotkałem kolesia co wyprowadził się z Miami i jechał gdzieś na granicę Oregon/Cali się osiąść. Dobra gadka z panem była. Zawodowy fotograf. Twierdzi, że w ciągu roku, jak się zmieni układ sił w Kongresie i Senacie, to Trumpa odwołają.

Samo Artist Drive przecudne! Wąska, jednokierunkowa droga. Widok, za widokiem. Sama radość. Country muzyka w tle. I o to chodzi.

Ze dwa lub trzy razy zatrzymałem się na parkingu koło Polaków. Bardzo młodzi ludzie. Potrafiący się zachować. Nie to co kiedyś – wstyd się przyznać, że ja też Polak. Fajnie. Brawo nasi!

A tak, to – niemiecki, francuski, włoski czasem.

Pod Natural Bridge porozmawiałem z ludźmi z Missouri.

– my grandmother was from Poland

– You know what, everybody has somebody from Poland

– yeah, you’re right

 

Duże wrażenie zrobiło na mnie wyschnięte morze. Była to wielka biała połać. Wyschnięta sól. A gdzienieniegdzie nawet jeszcze wilgotna. Można było też natrafić na kałuże z wodą.

Ruiny młynu, to były prawdziwe ruiny. Trzy ściany bez dachu.

Podróż przez park rewelacja. Czasem miało się uczucie, że się płynęło po tej drodze.

Ludzi na szczęście nie za dużo. Uwielbiam to w Dolinie Śmierci, że jest różnorodna. Masz pustynię, masz górki, masz kaniony, masz doliny, masz wydmy, masz wyschnięte morze, masz bezdroże. Tylko to słońce. Oj trzeba uważać. Połowa nas to woda.

Utrata 2% wody jest poważna. 15% – śmierć!

Rodzice powinni dać mi na chrzcie Hipochondriusz, czy coś.

Aha, i podoba mi się płyta Taconafide pt. Soma 0,5 mg, czy jak to tam. Trudno. Podoba mi się i już.

Spać, jeść, pić, jak tamagotchi! (…) Kiedy zamykam oczy, widzę łąkę z windowsa

 

west coast part 3 – Vancouver

tak, Kanada od jakiegoś czasu chodziła za mną. Na szczęście wiz już nie trzeba, bo na paszport biometryczny wpuszcząją. W grudniu wielka Trójca na wschodzie – Toronto, Ottawa, Montreal. Teraz, przy okazji odwiedzin stolicy grunge’u – Vancouver, gospodarz zimowych Igrzysk Olimpijskich w 2010 roku.

Zdjęcia/Pictures – Vancouver 30 kwietnia 2018

Na granicy poszło sprawnie. Nie było kolejki. Państwo szybko przepytało – skąd? Po co? Na jak długo? W Jakim celu?

I zacząłem się plątać przy pytaniu skąd.

Z Seattle. Nie. To znaczy, z Nowego Jorku przyleciałem, ale zatrzmałem się w New Jersey. A tak w ogóle to z Polski jestem. Na wakacjach. Zwiedzam. Na dzień przyjechałem.

Chyba głupio to brzmiało, ale zbiła mnie z pantałyku tym pytaniem skądżem ja.

Ooo, Clevland gra w 2. rundzie NBA play offs z Toronto Raptos. Widziałem kanadyjski team kiedyś na żywo, bodajże w 2007 roku. W meczu z New Jersey Nets.

Rozterka z tym kibicowaniem, bo w Cavaliers’ach gra Lebron James – niezłe zwierzę. Fajne się go ogląda. OK, niech wygra lepszy.

 

I kapela się zaczyna rozkładać. W Jalapenos jestem z lapsem, to stukam, to patrzę na tv, na to co się dzieje wokół, to wkładam do pysia oktropne, darmowe nachos, które dają każdym wchodzącym, to popijam Margeritą. No właśnie, przecie Ula z TX miała mieć ksywę Margarita! Chyba.

A nie mówiłem jak genialnie się wybrałem na Zachodnie Wybrzeże? Maciuś bardzo mądrze zabukował bilet na 7.15 rano z JFK. A żeby być po 10 rano w Seattle, a żeby czasu nie marnować. Wszystko niby ok, ale pierwszy autobus ze wsi Fair Lawn odjeżdża o 6 w niedzielę. Na szczęście Oli się zaoferował z noclegiem. 5 pokoi na Kłinsie, to się jeden znalazł. A poza tym chyba się ucieszył, że go ktoś w końcu odwiedził. Taże o 4.39 pobudka, Lyft (konkurencja Uber) i na lotnisku byłem przed 6. Straszny tłok.

Do Vancouver bilet kupiłem na 6.30. “Wstawaj szkoda dnia”. Także następnego dnia pobudka już o 4.40. Na szczęście do dworca miałem 20 minut nogami. Ale też wziąłem Lyfta.

W stanach jeżdżę Uberem lub Lyftem z opcją Pool. Śmiesznie to wygląda jak się ludzie dosiadają. Można poznać tą i tamtą. Ale już nie jeżdżę. Szkoda czasu. Taniej raptem o 1-2$ na krótkiej trasie. Dziś patrzyłem z Hoboken do Fair Lawn. 28$ pool, a normalnie – 33$. Przy pool czas podróży się wydłuża, jeśli ktoś się dosiada, więc taki jest tego koszt.

Co do porannych wstawań i moich porannych lotów – do Los Angeles mam samolot w niedzielę o 6 rano. Na szczęście z Newark, nie z JFK. Także wystarczy z domu o 4 rano wyjść około 🙂

view

Vancouver spodobało mi się od razu. Na pierwszy plan poszedłem do Chinatown. Ciut ładniejsze od azjatyckiej dzielni w Seattle. Fajny ogród dr Sun Yan Sena mieli. Idąc stamtąd do centrum wszedłem niechcący na ulicę, na którj była awaria światła i klimat się bardzo pogorszył. Ale parę kroków dalej już powrócił wielkomiejski glamour.

dzielnia

Obleciałem miasto z grubsza, kierując się do Visitor Center. Już wcześniej moją uwagę zwrócił największy zawieszony most – Capilano Suspension Bridge.

Pani wyjaśniła, że shuttle bus jeździ co 15 min i wciągu 20 min za darmo dowiozą. Wejście do parku 45 CAD czyli mniej niż 45 USD.

1CAD = 2,78 zł

1USD = 3,45 zł

Ale w knajpach jak masz ochotę, to możesz zapłacić amerykańską walutą. Przelicznik 1 do 1, czyli bardzo niekorzystny.

Po drodze mieliśmy 3 postoje przy hotelach i pozbieraliśmy innych.

Nasz pan kierowca ma kota. Na przedzie autobusu stoi słoiczek na napiwki i zdjęcie z napisem – My boss says thank you for your support.

Kotek zbiera na żwirek i jedzenie.

Pan opowiadał ciekawie o mijanych rzeczach, wplatając wymyślone opowieści z życia jego kota.

Żeby dostać obywatelstwo amerykańskie „wystarczy“ zainwestować tylko pół miliona $. Do Seattle zjechało dużo Azjatów na osiedlenie. To się nie spodobało miejscowym, bo od razu koszty życia szły do góry. Chyba Trump przykręcił kurek. Towarzystwo zawinęło się do Vancouver, bo blisko, ale jednak w normalnym kraju. Tak, w Kanadzie też ciągną łacha z Trumpa.

Pan wspominał o bogatej dzielnicy Vancouver, Western Vancouver i Northern Vancouver.

Miasto też klimatem podobne do Seattle – rozłożyste, z wielkimi górami w tle.

I w tej dzielnicy w samym Vancouver pan kierowca wraz ze swoim szefem kotem chciali kupić mieszkanie. Ponoć za milion dolarów kanadyjskich nie ma w czym przebierać. Można trafić kawalerkę. Szef kot powiedział, że nic z tego, bo on to jeszcze ma łóżko do spania ale dla pana kierowcy nie ma miejsca. „Nie bierzemy“ – odparł szybko mruczek. A kawalerka była tak mała, że“

You have to leave the apartment when you want to change your mind

Pamiętam hotel w San Francisco o takiej kubaturze. Ula musiała z bagażami siedzieć na łóżku, żebym ja mógł wejść.

Z kolei w Zachodnim Vancouver, na wzgórzu, domek sprzedawała sama Oprah. Za 17,5 miliona.Ale kotu też się coś nie spodobało i też nie kupili tego. A na serio – w tej części miasta, według prawa, mogą być tylko domy, bloki, sklepy spożywcze i usługowe. Zakaz jakiegokolwiek przemysłu.

Park z mostem zawieszonym fajny. Straszny, bo jak się idzie poń, to strasznie zaczyna kołysać/bujać. Szedłem jak pijany. W parku też zorganizowali to ciekawie. Można było pomiędzy drzewami chodzić – po mniej ruchliwych mostkach lub sztywnych kładkach. Po drugiej stronie mostu – chodzenie po urwiskach. Rewelacja.

Aha, w Kanadzie mają bardzo dobrą kawę. Mówiłem, że prawie jak w Europie się czuję tam. To i kawa musi być dobra.

Można było w Vancouver zostać na noc i jeszcze jeden dzień. Ale zakładałem Portland, bo głosy mówiły, że fajne, ciekawe miasteczko. Gdyby człowiek wiedział, to czego nie wie! Eh.

W drodze powrotnej pan kierowca się obudził dopiero na granicy, że musimy wypałenić formularze celne. Pan się pokajał, przeprosił, a służby amerykańskie powiedziały, że zrobią to z nami ustnie. Fajnie! Bo tak, to by jeszcze parę chwil się zeszło. Dziękuję Ameryko.

I w Seattle i tu bardzo urzekały mnie boczne ulice. Margerita z TX mówi, że takie same są w Austin. To chyba następnym razem należey na rodeo zajechać. Iiiii-haaaaa. Trzeba będzie się Margericie podlizać, jak będzie w lipcu w Wawie.

W Vancouver też mieli łudząco podobną wieżę widokową ale jakoś nie miałem ochoty wjeżdżać.

Ze szczegółów, którymi pan przewodnik się chwalił:

– jeden z największych portów w Ameryce Północnej

– najprzyjemniejszy zimowy klimat w Kanadzie

 

Vancouver fajne. Podobało mi się. Wycieczka dosyć intensywna, nie było czasu na pierdoły.

west coast part 2 – portland

w stanie Oregon. Bo jeszcze ponoć w stanie Maine jest. A gdzie Oregon, a gdzie Maine!

pictures/zdjęcia Portland 1 maja 2018

A czemu nie po kolei, mogą zapytać niektórzy. Ano temu, bo o Vancouver będę się może rozpisywał. A chcę za chwilę na Miasto wyskoczyć. O Portland powiedzieć mogę tylko tyle – jessu.

No ale nie bądźmy niedobrzy.

Na północ (Vancouver) i południe (Portland) udawałem się za pośrednictwem Bolt Busa. Nie wiem o co kaman, ale WiFi mi nie działa. Tak samo z resztą było w tych polskich autobusach. No niby łączy, jest symbol, a ni czorta nie działa. Pisałem, że zeżarło mi 4GB, więc trzeba było szukać jednak sieci. A poza tym Kanada, to obcy kraj, więc tam w ogóle nic mi nie działało. Fotele skórzane w autobusie = ciągłe ześlizgiwanie się. Słabo. W drodze powrotnej z Portland do Seattle, w autobusie śmierdziało szczynami. Niestety, piszę jak było. Słaba akcja. Właśnie, muszę chyba do nich napisać.

Na ulicy PUSTO! Chciałem zajść na lancz. Widzę neon, to lecę. Lokal zlikwidowany. Po kilku takich miejscach znalazłem marokańską knajpkę. Czynna! Porozmawiałem z panią, czy mają lancz, czy można. Tak, tak. Po 5 minutach wyszedłem, gdyż pani się więcej mną nie zainteresowała. A oprócz mnie nie było nikogo. Sklepy pozamykane. Tak mi się wydawało, dopóki nie zobaczyłem ruchu między wieszakami. Ula mi później powiedziała, że Portland jakieś eko jest i oszczędzają prąd. Wyguglowałem w końcu jedzenie. Restauracja Swine przy hotelu. Na szczęście happy hours, wszystko 50% off. Ludzie zaczęli się schodzić po 3 p.m. A po czwartej po południu, to już nawet ulice się zatłoczyły. Nie, przepraszam, nie chcę w błąd wprowadzać. Nie zatłoczyły, a pojawili się ludzie. No chyba, że mówię o takim tłoku, co na dworcu Łódź Fabryczna.

A propos pani prof ze Szczecina. Nawiedziła Białystok i pisze do mnie tak – ale czyste miasto. No fakt. Czysto w Białym 🙂

W centrum turystycznym zapytałem się pana, co mogę zobaczyć w 3-4 godziny.

  • księgarnię z milionowym zbiorem (największym w USA lub na świecie wręcz)
  • muzeum sztuki
  • muzeum historii Oregonu

Już wtedy zapaliła mi się czerwona lampka, że coś nie tak jest. Zapytałem o coś na zewnątrz, jako, że zwiedzanie tych miejsc zajmie mi cały czas i miasta nie zobaczę. To pan polecił wzgórze uniwersyteckie. Niby 20 min. Dotarłem do kampusu szybko. Tramwaje mają fajne, czyste. Ale góry nie widziałem, więc wróciłem do centrum. Autobusy mają syfiaste. I ludzie jakby mniej starali się o swój wygląd.

 

Mam! Znalazłem! Przypomniałem sobie! Widzę, że w moim kalendarzyku naskrobałem kilka słów w drodze potwornej, tzn. powrotnej o Portalnd. Autocytuję więc:

Ciężko coś miłego powiedzieć o Portland. W sumie można było 2 dni w Vancouver zostać. Ale cóż. Byłem, przyjechałem, zobaczyłem.

Można było wcześniej pociągiem wrócić. Ale cóż, było minęło. 2 godziny wystarczyły na Portland.

To może o pozytywach:

  • ciekawy akcent. Miałem problemy ze zrozumieniem
  • zielono, dużo drzew na mieście, wzdłuż ulic
  • czysto

to tyle.

Na Zachodnim Wybrzeżu dużo bezdomnych, żebrzących. Ale tu ci ludzie wyglądają … brzydko, jak członkowie Kelly Family. Brudni, zaniedbani, tak jakoś upośledzenie. W Seattle tego nie było. Jak się ogląda horrory i widzi się w oknach twarze ludzi (?) zaglądających do domu, to właśnie tak tu ci bezdomni wyglądali.

Szczytem było jedno miejsce, gdzie leżeli grupą na chodniku i nie szło przejść.

Część tych osób robi jakieś zamieszanie – krzyczy, rozmawia samo ze sobą (cóż, ja ze sobą też rozmawiam. Bo z kimś mądrym fajnie pogadać), gestykuluje, jakby opędzało się od swojego niewidzialnego towarzysza. W NYC tego aż tak nie widać, bo klimat dużo chłodniejszy.

 

 

Portland, Oregon, The Beaver State, 01/05/2018

Ha, ten beaver bardzo im pasuje!

west coast part 1, czyli smells like teen spirit

a właściwie powinno być „…part 3“ bodajże. 2009 San Francisco, trasa nr 1 wzdłuż wybrzeża, 2010 San Diego, LA, Santa Barbara, Malibu.

13. raz jednak tu jestem, to gdzie można jeszcze by tu pojechać? Gdzie oczy poniosą. Padło na Seattle. A jak tam, to już blisko mamy do Vancouver i Portland w stanie Oregon.

Pictures/zdjęcia Seattle 30 kwietnia – 02 maja

Początkowo miałem spać gdzie indziej każdą noc. Ale ostatecznie postawiłem na trzy noclegi w stolicy grunge’u.

A czemu Seattle? Bo wielkim sentymentem darzę to miasto. Uwielbiam serial The Killing, uwielbiam/łem grunge.

W większości filmów, czy seriali miasto jawi się we mgle, mroczne, deszczowe, nieprzyjemne. Ale jednak intrygujące. Jak to miło się rozczarować. Było słonecznie i nawet ciepło. Raz jak chciało popadać, to akurat wyjechałem do Kanady.

Poczułem po raz pierwszy dobitnie, co znaczy „histora“.

Pamiętam jak dziś, jak Courtney Love na cmentarzu czytała list pożegnalny męża!

It’s better to burn out than fade away

Ostatnie słowa wokalisty Nirvana w liście pożegnalnym. Klub 27. Kiedyś się wydawało, że to taki poważny wiek. A teraz? Że to dzieciak był. Szkoda chłopca.

Ale ja i tak fanem Pearl Jamu byłem. Jak się okazuje, jedynego ostałego się przedstawiciela wspomnianego gatunku muzycznego.

Groby Andrew Wood’a (Mother Love Bone) oraz Jimmy Hendrix’a gdzieś w stanie Washington. Prochy Layne Staley’ego (Alice in Chains) w rękach prywatnych. Chris Cornell odpoczywa w LA. Także gdzie ten grunge? Gdzie te ikony?

A co do Kurta, to okazało się, że prochy rozsypane gdzieś nad oceanem. Nie ma grobu jednak. Yoko Ono grunge’u (jak określili ją bohaterowie filmu „Sprzedawcy/Clerks“) sprzedała dom, a nowi właściciele postawili szlaban, bo mieli dosyć inwazji fanów i nawet nie można już domu zobaczyć. Pytam się kierowcy Uber, po co ona dom sprzedawała? Kasy nie ma? Nie wiesz, jak jest drogo dom utrzymać – usłyszałem w odpowiedzi. No ale akurat jej chyba kasy nie brakuje. No nic. Jej sprawa. Narkotyki za darmo nie są. Klub The Crocodile odwiedzony. Wszedłem i wyszedłem. Gdybym miał 17 lat… tzn. 21, to bym został. I na tym pozostawmyż opis klubu.

Co prawda, można było zobaczyć taki pomnik kamień o nazwie Black Sun, o którym śpiewał Soundgarden, ale to trzeba by było iść, a iść.

Zdesperowany wyguglowałem chociaż „pearl jam grunge places“. I dostałem:

– w tej kafejce ten z tym się spotkał

– tu nagrali coś tam

– w tym miejscu zagrali koncert, który uwieczniony jest w teledysku „even flow“

– tu stał na rogu

– tam się potknął

i takie tam pierdołki.

Także grunge to historia. Miasto zupełnie nie pasuje do tego gatunku. Ale jak powiedział pan Uber – miasto się mocno zmieniło. I wsumie nie ma co się dziwić. Ładne, czyste miasto. Dużo inwestycji z wielkiej płyty, to znaczy dykty.

Grunge sobie podarowałem i postanowiłem zwiedzać miasto.

Na sam przód jadąc z Lotniska, wysiadłem w China Town. Jedno chyba ze słabszych dzielnic. Ale zarazem z dużym akcentem Wietnamu. Brama na wejściu jest, także wszystko się zgadza.

chinatown

Zobaczyłem Go Poke – hawajska knajpka. I było to dobre (surowe ryby marynowane lub nie w sałacie i innych dodatkach).

go poke

Poke (fish salad)

Poke /poʊˈkeɪ/ (Hawaiian for “to section” or “to slice or cut”) is a raw fish salad served as an appetizer in Hawaiian cuisine, and sometimes as a main

Podróże kształcą.

Ludzi na mieście nie za wiele. Pustawo wręcz rzekłbym. Ale ponoć to niedziela, więc nie dziwota. Najwięcej tłumu było przy Pike Place Market.

market 1

Fajne miejsce – owoce, warzywa, owoce morza można kupić. Zadziwiły mnie fioletowe szparagi. I oczywiście od groma miejsc, gdzie można przysiąść i skonsumować.

market 3

Parki, parczki też są. I mają takie totemy hawajskie, alaskowe. W ogóle Seattle i Vancouver to dużo urody azjatyckiej, hawajskiej i alaskiej.

totem

Podoba mi się Seattle z jeszcze jednej strony. Jest górzyste. No może nie są to ulice San Francisco, ale powspinać się trzeba. I uwielbiam trawaje i te ich trolejbusy, czy jak to zwać – streetcars. I robi na mnie wrażenie, jak widzisz panoramę miasta, albo jakąś jego część, a w tle wielkie góry nieumiętnie schowane w chmurach.

Dużo bezdomnych. I to mnie w sumie zaskoczyło. Bo ta część Stanów, co prawda na Zachodnim Wybrzeżu, do najcielplejszych chyba nie należy. Tak mi się wydawało. Więc raczej bardziej na południu powinni się wylegiwać – San Francisco lub Los Angeles. Ale w Vancouver pan przewodnik rozwiał wątpliwości. Kandyjskie miasto jest najcieplejszym miastem w zimie. Śniegu ostatnim razem mieli jeden dzień. Jak się pojawił, tak i szybko znikł. Także bezdomni byli. Leżeli sobie i już. Po raz pierwszy trzymałem portfel z przodu. Po raz pierwszy rozglądałem się dookoła przechadzając przez równe zakamarki. Po raz kolejny szedłem tam, gdzie oczy niosły, nie patrząc w jaką dzielnię wchodzę. Tak po 22 się zastanowiłem, czy jak by ktoś szedł z naprzeciw, to ja bym skręcił, czy raczej nie? Ale mam wzrost, wagę, mały nie jestem, czyli z daleka też mnie widać. I sobie szedłem po pustych zakamarkach obrzeży China Town. Przecie wiadomo, że Azjaci są mili i fajni! Tym sposobem zasedłem do knajpy etiopskiej. Taki pikantny tatar podany na naleśniku (nazywanym chlebem) oraz z kupką ciepłego szpinaku i kupką sera białego (bardziej do szopskiego, niż do fety podobny. Ale pewnie to jakiś afrykański ser był – home made tak stało w menu). Pan i pani się dwa razy pytali, czy ja oby wiem, że to surowe mięso jest i czy ja napewno zjem. Odpowiadałem, że jeśli to wołowina, to nie ma sprawy.

etiopia

Jedzenie bardzo słabe. Jalapenos papryczki zabiły smak mięsa. Mordę tylko wypaliło. Nasze tatary są bardziej smakowite. Na koniec powiedziałem państwu, że w Polsce też jemy surową wołowinę ale z cebulą i ogórkiem kiszonym. Wielce zadziwieni byli, tym towarzystwem mięsa wołowego. Eh, ślinka cieknie. Już wiem, co ugotuję sobie pierwsze, jak do domu wrócę!

AirBnB wzięte po raz czwarty okazał się w końcu dobry! Przytulny pokój. Czysto, schludnie, w pełni wyposażone mieszkanie. Duża garderoba, łazienka, pralka i suszarka. I mają w pokoju bed wall albo wall bed. Muszę chyba do tematu w Polsce wrócić tej meblościanki! Mankament – brak wifi, a podczas 3 dni zjadło mi ze 4GB.

Ciekawe jeszcze jest to, że żurawie budowalane są oświetlone. Ciekawe, czy to taka fanaberia, czy może, żeby samoloty widziały? Ale kto tak nisko lata?

crane

Jedyna rzecz, która mi się nie podobała, to wieża widokowa. Ten najbardziej znany budynek w Seattle. Niestety w remoncie, także widać było niecałe pół miasta – wodę, sypialnię i kawałeczek centrum. Ale zamiast 29, tylko 26$. Jak dla mnie – 10$ było to warte.

wieza

Cecha wspólna całego wyjazdu, tych trzech miast – zapach trawy dosyć nachalny. Ale to akurat mi nie przeszkadzało. I like to smoke a doobie every now and then.

skyr!

Pictures and Movies

 

Zrzut ekranu 2017-08-27 20.23.24

Zanim zacznę główny wątek, to muszę napisać o co chodziło z wcześniejszym wpisem. Ostatniego dnia wiało i padało, więc zajechaliśmy na lotnisko wcześniej. I na sam przód info – samolot opóźniony o ponad godzinę. To się nudziliśmy, a raczej nerdziliśmy, jak to mówią bąbelki Państwa na K. z Europy. No i kolega zapytał, czemu nie ma odpowiedzi w google’u na pytanie – czy wieloryby pływają w deszczu? Drugi kolega rzekł, że trzeba stronę na ten temat założyć. I tu wszedłem ja, cały na biało. Oświadczyłem, że za chwilę stworzę wpis na ten temat i już. No bo jak się wpisze „bachorlęta“, to od razu google pokazuje stronę mojego bloga. W przypadku tych wielorybów, hmm, coś nie zagrało. Google głuchy na moje wpisy blogowe.

Skyr! Czyli nowe przekleństwo.

Wyraz brzmi złowieszczo, złowrogo. Jak największe przekleństwo. Uszy więdną na sam dźwięk. A jak pasuje do naszego nie gęsiego języka!? Skyr twoja mać albo ty stary skyrze! Toż to poezja. Na sam dźwięk tego słowa druga osoba już drży i się boi. I estymy nabiera.

Na Islandię chcieliśmy już lecieć od jakiegoś czasu. Żeby zorzę polarną (zwaną naukowo aureola boreliosis 🙂) zobaczyć. Żeby, tak jak fiordy, z ręki nam jadła.

Planowanie u Państwa G. połączyliśmy z degustacją pysznych gamburgerów. Piotrek – klasa mięsne bułeczki. Czekamy na kolejne takie nasiadówki. To był maj, pachniała … Białołęka.

Kraj jest mały. Śmialiśmy się, że na Islandii żyje ponad 300 tysięcy ludzi, z czego w samym Rejkiawiku 400 tysięcy. Największa mniejszość? Oczywiście my! Polacy.

Dziwny kraj. Kraj, w którym rzadko się mówi w języku islandzkim, bo wszyscy znają angielski. Kraj, w którym nie musisz gotówki mieć, bo za wszystko zapłacisz kartą. Także kron islandzkich (ISK) w ręku nie trzymaliśmy.

W maju była szybka decyzja i już. Wizzair lata bezpośrednio. Wylot o 18.00, czyli po robocie, bo na Okęcie to przecie rzut beretem. Nie tak jak na Modlin – trzy dni kajakiem. Czas inny na wyspie, więc 18 godzina, plus 4 godziny lotu, minus 2 w pamięci za zmianę czasu i już o 20 byliśmy na lotnisku w Keflavik.

Będę wrzucał ceny, bo niektórzy dociekawiają się co? jak? I tak dalej. Wynajęto auto w Hertz – Qashqai, z opcją „drugi kierowca“ (5 osób, 2 walizki rejsowe (mniejsza i średnia), 1 podręczna, 2 plecaki – daje radę). Koszt ok. 1 000 zł na dzień. No drogo, uprzedzałem.

Od razu pojechaliśmy do pierwszego miejsca – Hveragerði. Po prostu miejscowość oddalona o lekko ponad godzinę od lotniska. Po to tam, żeby rano było blisko, bliżej.

I już mogę powiedzieć, że byłem zauroczony wyspą. Ni to księżyc, ni to Mars! Już z samolotu był zachwyt. A po drodze jeszcze doszły zapachy – H2S albo sama siarka.

Mieszkanie/dom – koszt 260 euro, 3 sypialnie, 1 łazienka, salon z jadalnią i oddzielną kuchnią. Fajne lokum. Ale tylko potraktowane jako sypialnia. Rano już popędziliśmy na pierwsze atrakcje.

Zaskoczeni byliśmy zielonością.

z

W sumie lato. No i dzięki Ci Panie za pogodę. Też nam się poszczęściło. No może z wyjątkiem ostatniego dnia. Ale cóż, nie można mieć wszystkiego.

Na początek uraczyliśmy się wodospadami. Rewelacja! Można było wejść „za wodospad“.

w

Uwaga – trzeba się ubrać p-deszcz, bo wyjdzie się mokrym. Zobaczyliśmy na górze wodospadu ludzi i stwierdziliśmy, że też tak chcemy. Chwilę na lewo od strumienia wody była tabliczka „cośtam cośtam 650 metrów“. Język islandzki bardzo osobliwy, także nie dość, że nie wiemy jak odczytać, to nie pytajcie jak napisać. Cośtam cośtam brzmi dobrze. Foss to chyba wodospad, a sjon to widok. A propos, jest taki zespół z Łodzi Sjon (Nojs od tyłu). Fajnie grają.

Także stwierdziliśmy, że 650 m, to tak jak pół litra na dwóch, czyli nic. I okazało się, że to był drugi, zupełnie inny wodospad. Ukryty, otoczony skałami. Pięknie! Wejście doń, po kamykach, przez wodę.

w2

Pod wodospadem ogromny głaz, na którym można stanąć i zrobić zdjęcie. Ludzi mało (ta informacja ma znaczenie).

I tak od wodospadu, do wodospadu dojechaliśmy do wraku samolotu.

sj

Historia prosta ale straszna. Samolot awaryjnie lądował na plaży. 1973 rok. Na szczęście wszyscy przeżyli. Ale pozostawili wrak, bo po co dźwigać. W ciągu tych 44 lat samolot został pozbawiony wnętrzności, także sobie tam stoi i niesczeje. Ale! Droga do tego wraku jest osobliwa. Wieje, kurzy się, bezkres. Niby 40 minut iścia (3,6 km wg endomondo/google maps). Najlepsze było to, że jak się szło w tej marsjańskiej wichurze, to miało się wrażenie, że ni skyr bliżej się robi. Że cały cas jest daleko, a właściwie, to miejsce się oddala. Ale dotarlim! Wrak, jak wrak. Na szczęście czarna, pusta plaża obok robi piorunujące wrażenie. W drodze powrotnej się nawet trochę przebiegliśmy. Także jakby ktoś pytał, to begam tylko na Islandii.

bp

Zajechaliśmy później do bazaltowych paluszków.

bAza2

Ludzi sporo i radość obcowania z naturą odeszła. Jakiś mądry inaczej próbował nawet wspinać się po sklepieniu jaskini bez żadnego sprzętu. Zdziwił się, że odpadł zrobiwszy pół kroku w górę. Grawitacja działa nawet na Islandii 🙂 Ale nie wszyscy chyba o tym wiedzą.

baza

Fosshotel w Hofn (właściwie: Fosshótel Vatnajökull, Hornafjördur, 781 Lindarbakki, Islandia) – bardzo fajny hotel o cenach dosyć kosmicznych. W barze pracowało sporo naszych i jedna Rumunka. Krajanka uprzejmie zakomunikowała, że zorza jest codziennie! Cel wizyty się ziszczał. Kolega chciał bardzo zoabczyć to zjawisko. No dobra, takie trzy pociągnięcia po niebie widzieliśmy. Tylko takie szare były, nie zielone. No peszek.

Rano pojechaliśmy na plan filmowy ostatnich przygód agenta 007. Ktoś w Hollywood miał sen. Miał być pościg pomiędzy górami lodowymi i skyr! Postawili tamę, laguna się zamroziła i Bond mógł się ścigać. Doczytałem, że Games of Thrones teżtam kręcili. Ale to nie moja bajka. Desinteressement mnie to.

Wycieczka z Panem Samochodzikiem była jedną z lepszych atrakcji (tylko 5 500 ISK = ok. 200 PLN). Drugi największy lodowiec w Europie. Laguna, po której pływaliśmy jest młoda – liczy sobie tylko 87 lat. Także lodowiec topi się dosyć szybko. Nasza amfibia z lądu wjechała do laguny i już mogliśmy podziwiać góry lodowe. W międdzyczasie pan przewodnik wyciągnął z wody 1000-letnią górkę lodową, postukał, popukał i już wszyscy mogli się delektować najczystszą wodą świata.

amf

Za mostem była diamentowa plaża. Pan przewodnik polecił zwiedzenie. Góry lodowe wypływają tam do Atlantyku. Można dotknąć, polizać, objąć, wejść. W tym miejscu doświadczyliśmy przypływu. Człowiek to się uczy całe życie.

aaa

W drodze do Rejkiawiku zahaczyliśmy o jeden szlak na wodospad. Urokliwe, bo zwiedziliśmy małe domki o dachacha z trawnika.

ch_0378

Później przeszliśmy się do wąwozu. 2 km długi, 100 m głęboki.

waw

Taka moja refleksja. Zadepczemy i zniszczymy tę naszą planetę. Ludzie nie respektują piktogramów i napisów „nie wchodzić“, „nie deptać“. Szkoda.

Sam Rejkiawik? Hm. Miasto na 2-3 godziny. Nie dłużej. Można było na ten czas wynająć coś poza stolicą, skoro i tak tam tylko spaliśmy. Ale cóż, czasu nie cofniemy. Mieszkanie wynajeliśmy z AirBnB. 3 sypialnie, duży salon. 1 200 zł za noc za mieszkanie.

rejkiavik 1.jpg

Ale:

– sofa – w plamach. Przepraszam za moją łacinę (pardon my french) – sofa była po prostu ujebana

IMG_0397

– narzuta na sofę – zakurzona, że aż człowiek ma atak kaszlu

– tv i internet nie działa – w sumie to i tak niepotrzebne to było

– mieszkanie jest krzywe. Część wycieczki miała problemy z błędnikiem

– łazienka – koszmar. Deska sklejona taśmą. Prysznic w sumie też. Dopiero na opiniach (nota bene bardzo dobrych) dowiedzieliśmy się, że to Robert w lipcu posklejał. Ogólnie chata syf

IMG_0398

– woda ciepła śmierdzi siarką. Mycie zębów jest ciekawym doświadczeniem

– lokalizacja – muzyka napier… gra głośno do 3 rano, a później ludzie do 5 dyskutują.

Co do AirBnb. 3 razy korzystałem:

– Savannah, Georgia, USA

– Lwów, Ukraina

– Rejkiawik, Islandia

Serwis porażka. Niestety.

 

Podczas pobytu w stolicy zaczęliśmy zwiedzać atrakcje z serii Golden Circle:

– wulkan

Czterogodzinna wycieczka w głąb krateru. Koszt 400 dolarów od osoby. Pani powiedziała, że pogoda niesprzyjająca (nic nie było widać w promieniu kilkunastu metrów), i że raczej słaba to przyjemność. Podziękowaliśmy niestety.

vulcano

Na zdjęciu pogoda jeszcze dobra (ale wiało niemiłosiernie). Na wulkanie już aura była diametralnie inna.

– pęknięcie płyt tektonicznych pomiędzy Eurazją a Ameryką = Þingvellir (Thingvellir)

Od groma ludzi. No szczelina pomiędzy skałami. Także szybko to oblecieliśmy. Można było podziwić letniskową siedzibę premiera Islandii. Domek taki.

plyty

– gejzer Strokkur

Słowo gejzer pochodzi z islandzkiego. Fajnie tryskają. Warto zobaczyć. Tylko jeden był czynny. Co 10 minut strzelał. Inne tylko bulgotały. Temperatura wody 80-100 stopni. Polecam!

gejzer.jpg

– Gullfoss

Potężny wodospad. Jeden nasz wycieczkowicz wybiera się we wrześniu nad Niagarę, to porówna. Żywioł, moc, potęga natury – rewelacja!

gullfoss

W stolicy wykupiliśmy za 10 900 ISK (ok. 350 PLN) rejs 3-godzinny. Podglądanie wielorybów i delfinów. 99% szans. Dzień wcześniej finwala widzieli. Od rana pogoda dziwna – wieje i pada. Rough sea – więc nas przewieźli autokarem z Rejkiawiku do Keflaviku. No cóż, mamy voucher na dwa lata. Wracamy i mamy kolejny kurs za darmo.

whale

Blue Lagoon też nie wypaliło. Niemiłosiernie wiało i padało. Wysiedliśmy z auta, doczołgaliśmy się do przechowalni bagażu i daliśmy sobie spokój. Przecie w taką aurę nikt normalny się nie będzie taplał w kałużach. Ale w drodze do laguny pięknie dawało siarkowodorem! Zgniłe jajeczko.

Islandię polecam! Inny stan umysłu, inny świat. Drogo ale cóż, raz się żyje. Teraz przez kolejnych 5 lat przyjdzie mi oszczędzać.

 

Co do kosztów, to donoszę:

– danie rybne – ok. 4 100 ISK

– piwo w knajpie – 1 200 ISK, aha, uwaga na piwo Gull. Siki. Dobre było Boli, Einstok white ale i pale ale

– kawa – 500 ISK

– zupa – do 2 000 ISK

– skyr z musli – ok. 900 ISK

– bekon, jajka sadzone, zielenina – 1 700 ISK

– paliwo za 1 330 km – ok 17 000 ISK

– gałka lodu w wafelku – 500 ISK

– 3h38min parkingu P1 w Rejkawiku – 1 000 ISK

 

1 000 ISK = ok. 35 zł.

 

Co do kulinariów, to w Rejkiawiku dwa miejsca opiszę po krótce:

– śniadanie w Sandhold Bakari, ulica Laugavegur

Bardzo duże, fajnie wyglądające miejsce na śniadanie. Przeróżne pieczywo można zjeść. Niestety śniadanie niczego nie urywało. A właściwie, to więcej tam raczej nie pójdziemy. Zaleta – czynne od 6.30 rano.

– obiad w Old Iceland Restaurant

Rewelacja miejsce. Pyszne wszystko:

– zupa mięsna (owca) – 1 890 ISK

– shellfish soup – 1 990 ISK

– fish of the day – 3 990 ISK

– ciastko rabarbarowe własnej (matczynej) roboty – 1 690 ISK

– bronks – einstok 0,4 l – 1 350 ISK

– kawa – 500 ISK

– cola – 450 ISK

Jedzenie, jak jedzenie. Jednym smakuje to, innym tamto. Kwestia gustu. Tu wszystko było pyszne. Ale (poza wysoką oceną gooogle’a) pan kelner robi cały klimat. Entuzjasta, lubi swoją pracę. Uśmiechnięty, sama radość.

 

Byliśmy też w innej knajpie w Rejkiawiku. Ponoć jedna z lepszych. Też było smacznie. Okoń atlantycki za 2 850 ISK, 3 różne przystawki, rekin, wieloryb i inne rybki – od 1 500 do 3 600 ISK, danie mięsne 3 720 ISK. Ale lokal godny polecenia – The Islandic Bar, Islenski Barinn, Ingolfsstruti 1a 101, Reykjavik.

Na Islandii fajne jest to, że kawa jakakolwiek kosztuje tyle samo. Nie ważne czy espresso, americano, czy latte. Tyle samo.

 

 

W tym miejscu pozdrawiam moich wycieczkowiczów. Z większością się znamy „dłużej, niż żyjemy“ [sic!].

 

Na lotnisku dobił nas Wizzair. Na dzień dobry widzimy, że opóźnienie. Uwielbiam siedzieć 5 godzin na terminalu. Zaczęliśmy sprawdzać, co się dzieje z lotem z Waw do KEF. I zaczęliśmy się bać. Samolot wylądował w Szwecji. Ciekawe, czy awaria, czy awantura. Google jest pomocny – Wizzair ma w zwyczaju zatrzymywać się na tankowanie. Uff. Jedno muszę przyznać – dobrze skubani lądują. Lufa albo Frontier ląduje tak, że modlitewnik tylko otworzyć. A tu – szacunek i dziękuję.

Obszedłem lotnisko – do niby tanich wypożyczalni kolejka. Do Hertza pusto. Piszę „niby“, bo raz powiedziałem veto odnośnie Hertza. Na koniec dnia okazało się, że to był błąd. Więkoszość wypożyczalni ukrywa inne koszty i podczas wypożania się dolicza to i owo. Także polecamy Hertza. Szybko.

Druga atrakcja na lotnisku, to wielka tablica promująca i zachwalająca wyspę. Zgadzam się z nimi – kiedy najlepiej odwiedzić Islandię? Między 1 stycznia, a 31 grudnia 🙂 Zdecydowanie.

O ile jest Empire State of Mind lub New York State of Mind, to ja dodam Icelandic State of Mind.

Z ciekawostek – raz tylko na Okęciu i raz chyba od niechcenia na Keflaviku sprawdzili mój dowód osobisty (można i na dowód, i na paszport się przelecieć). Zadziwiający luz 🙂

 

Przed wylotem poczytaliśmy o Islandii. Teraz mogę zweryfikować.

1 nie zwiedzaj tych rzeczy tylko dlatego, że inni je zwiedzają

Prawda. Po krótkim czasie zwiedzania kameralnego, okazuje się, że tłum jest męczący i atrakcja traci na swojej … atrakcyjności

 

2 nie zakładaj, że wszystko jest drogie

Ha! Jest drogo, ale bez przesady. Chciałem kupić koszulkę w Duperella Store w jednym z turystycznych miejsc. T-shirt za 100 zł. Okazało się, że w Rejkiaviku jeszcze drożej (nawet 140 zł)

 

3 nie dawaj napiwków

Nie mieliśmy gotówki w ogóle. Napiwków się nie daje niby. Ale widziałem, że ktoś tam coś zostawiał. Dodtakowo na prawie każdym barze był wielki słój na napiwki

 

4 nie kupuj wody w butelce. Kranówka jest czysta. W restauracji nigdy nie zapłacisz za szklankę wody

To prawda! Taka anegdota – musiliśmy wylać śmierdzącą wodę nabraną w domu i nalać wody „z kibla“

 

5 nie zakładaj, że wszystko zobaczysz podczas wizyty

Nie zakładaliśmy. Nie da się

 

6 uwaga na mandaty – 90 kmh poza miastem. Nie ma autostrad. Fotoradary są wszędzie, i w mieście, i poza nim. Poza tym, szybka jazda jest po prostu niebezpieczna

Niebiezpieczna to może nie do końca. Większość podróży była po krajowej „jedynce“. Mogliby do 100 km/h zwiększyć. Koledze noga świerzbiła ale odczytałem taryfikator mandatów i było po temacie. Często mają takie mostki, na których trzeba zwolnić/zatrzymać się i przepuścić.

 

7 maska na oczy na sen

Tu było spoko. Nie potrzebowaliśmy. Raz przeżyłem dzień polarny. Tallin 2008. Przedziwne uczucie. Organizm głupieje

 

8 nie kupuj super drogich duperel-pamiątek

Nie kupowaliśmy. Duperella store są na całym świecie. Także byliśmy odporni

 

9 unikaj Blue Lagoon – pierdyliard ludzi i drogie wejście. The Mývatn Nature Baths, located in North Iceland, jest podobne

Byliśmy. Ale tak wiało i padało, że nie weszliśmy

 

10 unikaj zakupów w sieci sklepów 10/11 (całodobowe). Zamiast tego – Bonus, Kronan

Byliśmy raz, bo to jedyny sklep całodobowy. Kupiliśmy, zjedliśmy i żyjemy

Aha, motto tego kraju – jak leziesz baranie!? No przechodzą owce, czarne owce i barany przez krajową jedynkę i skyr. Sam se uważaj 🙂

Skyr! Jutro poniedziałek!

 

 

Na szerokie wody mnie weź. Wpłyń na mnie

Zrzut ekranu 2017-08-27 22.38.36 

l’voof

czyli dawnej Polski uroki.

Dali długi weekend to pojechaliśmy odwiedzić dawną Polskę. Od Bałtyku po Morze Czarne. Hm, robi wrażenie ogrom Polski. Szkoda, że już tak wielce wielka nie jest. Co do pojezdki, to zacznę od końca i początku, czyli od transportu. „A idź ty na chuj i nogami wymachuj“ jak powiadał mój przyjaciel ze studiów. O ile na Ukrainę to jeszcze jeszcze ale z powrotem!? 9 godzin na granicy! Cały powrót 15 i pół godziny. Ma-sa-kra. Nie dziwię się opowieściom, że w Stanach ktoś wpada z gnatem i masakruje. Ja byłem bliski roznieść ten autokar. Dobrze, że żaru nie było, bo pan kierowca wyłączał silnik jak staliśmy.

Ale jak wiemy, podróże kształcą. Już wiem, że poza Uniję Jedyną Prawdziwą nigdy więcej autokarem nie wyjadę.

Mam takie wtrącenie jeszcze dotyczące granicy. Taki absmak mam. Faktycznie nie kojarzę, żeby na polskim o tym uczyli. Na rosyjskim tak. Jak masz czasownik ruchu, to się mówi „dokąd“, a jak ma się „statyczny“ czasownik, to „gdzie“. Np. dokąd nogi poniosą lub gdzie leży. W Polsce jakoś się utarło i zostało połączenie “gdzie” z czasownikiem “ruchu”. Ale mnie czasem to drażni. „Gdzie jedzie?“. Hm, chyba „dokąd“? „Nazwisko poda“. No nie podoba mi się sposób odnoszenia się polskich celników do Ukraińców. Mogę na usprawiedliwienie zrozumieć, że im prościej mówisz, to szybciej ktoś zrozumie. Ale Ukrainiec Polak dwa bratanki. Da się dogadać.

Ah! Teraz wtrącę moje dwa nowe, fajne powiedzenia. „Do pobaczenia“ oraz „wypapała“.

Do pobaczenia fajne jest i basta.

Koło naszego lokum, o którym nieuchronnie za chwilę, był klub. Ah, co to był za klub! Aż pod naszym nocnym kolejki się ustawiały. Na rogu naszej kamienicy był punkt z kawą i krłasantami – Lviv Croissants. Pycha! Dziś w 5 punktach szukałem krłasantów! Nie było. Pech.

No i stoim na zewnątrz naszego punktu gastro i słyszę jak obok dwóch chłopców komentuje, że się jakaś dziewucha pod klubem wypapała (upadła znaczy. Albo może wypier…się…tego się?). No sprytny wyraz! Nie wulgarny.

Co do papania. No to kuda my papali?! Mieszkanie wybieraliśmy siedząc na telefonach. Słodkokwaśna podał mi namiar na mieszkanie, ja zabukowałem. Okazało się, że to co on widział i to co ja widziałem miało tylko dwie wspólne cechy: tę samą cenę oraz opis – dwa pokoje w centrum Lwowa. Dopiero na godzinę przed meldunkiem się zorientowaliśmy, że myślimy o dwóch różnych lokalach. Ale już po fakcie i jak wiemy – jak przygoda, to tylko we Lwowie, we Lwowie.

Cóż, po powrocie napisałem w recenzji na AirBnB, że mieszkanie przy Miodowej 9 powinno być natychmiast usunięte z tego serwisu. No powiedzmy, że chata jak chata. Jakie miasto, jaka cena, taki standard. Ale to co było w środku!?! Śmierdzące i brudne łóżko, sedes ustawiony tak, że bokiem trzeba było na tron siadać. Dodatkowo, po pierwszym tuszu pierwszego wycieczkowicza, cała podłoga w pokoju kąpielowym była mokra. Ręczniki po jednym użyciu śmierdziały i wyglądały jak szmaty do podłogi. Ah, wpadliśmy na genialny pomysł, żeby je wyprać. Całą noc i pół dnia się prało. O 2 nastawiliśmy. O 7.10 rano wstałem, żeby wirowanie nastawić, a tam się dalej prało. Po 8 Słodkokwaśna i jego pani nastawiali drugi raz pranie, bo się okazało, że za pierwszym razem to nie wiadomo co się stało. No chata syf. Co będę się rozwodził. Recenzja poniżej.

Zrzut ekranu 2017-08-17 22.29.05

Mam nadzieję, że mieszkanie w Rejkiawiku, które zarezerwowałem też na airBnb, będzie nie o takim standardzie.

I teraz o samym Lwowie. No co za piękne miasto! Jak się odwiedza takie miejsca, to aż żal, że Warszawa była tak zniszczona przez hitlerowców.

Lubię stare budynki, lubię kocie łby. Wszystko mi się podobało. Polecam każdemu. I do tego knajpki, knajpy, restauracje. Jak knajpa nie dowygląda, to dosmakuje. Jak smakuje, to wszystko inne też dobre. Szampaneria – hotdogi i szampan! Mnie najbardziej smakował ten z kaszanką i jajkiem. Ale i ten italiański też niczego sobie. Nowojorski najmniej się podobał. No ale kto by wpadł na taki pomysł gdzie indziej?

Sushi ze słoniny! Penis ze słoniny, serce ze słoniny! Zamówiliśmy kilka rollsów (właściwie to wszystkie, jakie mieli w karcie). Fajne to „sushi“ ze słoniną. Aż Rosjanki przychodziły robić zdjęcia naszym daniom. Żałuję teraz, że ja nie poszedłem zrobić zdjęcia ich dania – wielki biały penis ze słoniny. 4 panie raz dwa go wciągnęły. No i kto by wpadł gdzie indziej na pomysł takiej wersji japońskiego dania? A kawa parzona w piasku!?

Ukrainian state of mind! Dosłownie.

Byliśmy też w Parku Stryjskim. Duży. Pan Uber kierowca mówił, że trzeci w Jewropie. A najmłodszy syn pana kierowcy został w ubiegłym miesiącu mistrzem w arm wrestlingu podczas Igrzysk Olimpijskich sportów nieolimpijskich i za miesiąc się wybiera do Budapesztu na Czempionat Mira. Niestety Państwo Ukraina nie wsparła mistrza i wszystkie sukcesy syn odniósł za pieniądze swojej rodziny. Pan kierowca Ubera 30 lat pracował w banku i teraz sobie jeździ.

Kupiliśmy sobie wycieczkę limuzyną turystyczną po mieście. Bo już wszystko widzieliśmy i ile można chodzić i jeść. Fajna obwózka. Dosiadły się 3 dziewuszki i już gnaliśmy po Lwowie. Pan włączył przewodnika po rosyjsku, żeby wilk był syty i owca cała. O dziwo, większość zrozumiałem. Te dwie dziołchy obok mnie siedzące były z Odessy. Ale mamy podejrzenia ze Słodkokwaśną, że one chyba ten tego ze sobą. Gdzieś nam przepadły jak pan zrobił postój na zwiedzanie cerkwi. Cerkiew ładna. Z zewnątrz bardziej mnie ujęła, bo bryła taka mało cerkiewna. W środku, hm, kościoły w Białymstoku lepiej się prezentują.

Oh, tyle by tu pisać o Lwowie. I u Baczewskich na śniadaniu byliśmy. 120 hrywien (18 zł) za ile-zjesz-tyle-zjesz śniadanie. W cenie 50 gram wódki Baczewski. Wieczorem też dobrze karmili. Też pawie wszystkie przystawki przetestowaliśmy. Wódkę ciekawie podają. 200 gram dali nam w bucie kowbojskim. Ale 300 już w takiej szklanej beczuszce. Zamówiliśmy też whsiky Baczewskiego. Hm, no cóż, malczik się pytał jak nam smakuje. To odpowiedziałem mu, że to nie była whisky, na którą czekaliśmy i nie zrobili tej whisky dla nas. Zamówiliśmy szybko doń colę, a malczik kiwnął ze zrozumieniem.

No a mangalica! Ta świnia? Zamówiłem wersję z grila. Smaczna bardzo. No stek i pierożki już nie do końca.

Także jak widać moja dieta bezmięsna troszkę była przestrzegana i troszkę nie. Śledzie bardzo mi smakowały.

Ach i jeszcze jedna głupota. Przy jednej knajpie był szablon na modłę Instagrama. Że niby 5 000 lajków się ma. To oczywiście nieprawda. Wsadziłem łeb i już. Trzeba być chyba nienormalnym, żeby mnie aż 5 000 razy lubić. Raz wystarczy.

Dobra, kończę, bo zaraz lodówkę zjem. Pyszny i piękny ten Lwów. Polecam.

Do pobaczenia Lwowie.

Jak przygoda, to tylko we Lwowie, we Lwowie.

Tam zawsze i chętnie mogę papać i wypapać się.

 

 

 

 

© 2026

Theme by Anders Noren — Up ↑