Tag: travel (Page 1 of 3)

proszę, nie śmiejcie się

Pisałem o plażkach egipskich, które nawiedziły mnie w ubiegłym roku. Nadal coś mnie trafia. A to duchy mi popsuły szczoteczkę do zębów – 200 zł. A to ząb się ułamał po tym, jak kolega mnie sezamkami poczęstował – 200 zł. Nowy/stary rower – już w tysiącach się wycenił. Wiecznie coś!

Już nawet ten zwrot podatku nie cieszy. Fiskusowy prezent, to już ta przysłowiowa brzytwa, koło ratunkowe!

Stary rower postanowiłem za tak zwane „postawisz flaszkę, to się dogadamy” oddać Słodkokwaśnej, żeby mógł ze swoją panią śmigać po mieście.

Mój niebieski przyjaciel został ostatnio wyciągnięty na ostatnią przejażdżkę. I niestety złapał gumę – kolejny, drobny wydatek.

Teraz tak sobie pomyślałem, że trzeba było poprosić Słodkokwaśną o darmowe kanapki na Nocnym Markecie w tym sezonie! Ale cóż, słowo się rzekło. Kanapki prze-najpyszniejsze na świecie, także mogę płacić. Darmowa flaszka też dobra.

Bruksela przede mną, prezentowa Florencja przede mną. Z wycieczki tygodniowej do Bejrutu zrezygnowałem. No może dołączę do znajomych na jakieś 2-3 dni, zobaczymy. Także wydatki i wydatki! Jak żyć?

Jak słyszę od panujących, że społeczeństwo zarabia coraz więcej i się bogaci, to mi gul chodzi. JA TEGO NIE WIDZĘ PO SOBIE.

Chyba czas zmienić panujących albo … pracodawcę.

Dziś miałem sen – I have a dream!

Śniło mi się, że Dorota Szelągowska wpadła do mnie z ekipą zrobić mi albo metamerfozę, albo rewolucję. Już nie pamiętam, co ona teraz ludziom robi. Uwielbiam oglądać tom paniom i jej program. Wieczny optymizm i słońce na twarzy.

Już nie pamiętam z czym miałem problem, że ją zaprosiłem. Chyba zabudowa kaloryfera i przestrzeni pod parapetem? To akurat naprawdę chcę zrobić, to nie sen. Mam nawet koncepcję.

No i tak Dorota mi doradza, opowiada, maluje wizję mojego podoknia (jest w ogóle taki wyraz?). Bardzo się polubiliśmy od startu. To ja kuję żelazo póki gorące i proszę ją o pewną rzecz. Mówię, że widziałem w jej programie jak zrobiła komuś w kawalerce sypialnię. Punktuję u pani readaktor-architekt. Nie dość, że pokazuję, że znam i śledzę program, to jeszcze chwalę jej pomysły i rozwiązania. A jak do tego zacząłem jej mówić jaką ja mam wizję mojej sypialni? Jak zacząłem sypać niewybrednymi pomysłami? Tzn. oryginalnymi. A jakiego przy tym fachowego słownictwa użyłem? No Dorota cała w skowronkach, że taki fachowiec i znawca się trafił.

Pani redaktor odsuwa kanapę, rzuca okiem na ścianę i kręci nosem, że coś się jej nie podoba. Odrywa gołymi rękoma karton-gips (for real!) odkrywając co się dzieje w ścianie. Woda się leje!

Załamany jestem. Znowu ta ściana, znowu jakaś awaria w łazience. Przecie nie dawniej jak w sierpniu mini-remoncik był.

Od razu łapię za telefon i wybieram moją agentkę z PZU. Ale jakoś nie mogę zadzwonić. Ręce mi się trzęsą, numer coś nie ten.

I tu znowu pojawia się Dorota i wybawia z opresji przedstawiając pana Zbyszka, który zajmie się ścianą i ciekiem.

– Trzy siedemdziesiąt i po temacie – mówi pan

– słucham? Co „trzy siedemdziesiąt”? – dopytuję zbity z pantałyku.

– no, trzy siedemset

Jakby ktoś mnie w łeb obuchem zdzielił! Kolejny wydatek.

– ale od ręki pan robisz? Płacę i dziś po sprawie?

– tak

– to rób pan – powiedziałem przybity, machnąwszy zrezygnowany ręką.

 

Przebudziwszy się od razu poleciawszy pod ścianę zbadać, czy wszystko ok – aaa, bo pisałem, że czas imiesłowy wskrzeszać.

Ale człowiek ma durne sny. Ale Dorota Szelągowska super miła babka.

 

To już będzie 6 lat, jak w nudnym finale Miszczostw Śfiata spotkali się Niemcy i Argentyńczycy. Nie pamiętam nawet kto wygrał. Chyba nie Messi, czyli jak zwykle Germani, bo oni zawsze wygrywają. Te zawody zapamiętam tylko z jednego powodu – zdemolowanie przereklamowanej Brazylii (chyba gospodarzy) przez przyszłych mistrzów. Demolka była jakaś masakryczna. Blitzkrieg. Aż się biedny Neymar popłakał.

A Polacy w ogóle grali wtedy? Szczerze nie pamiętam.

Także to już 6 lat jak robiłem remont i nabyłem jasny zlew.

A niech to jasny szlag!

Zachciało mi się, że zlew będzie w kolorze płyty kuchennej, która z kolei jest biała z powodu tego, że każdy mi czarną odradzał. I cieszę się, że mam białą, szklaną płytę, bo jest fajna. Ale ten zlew! Masakra.

Ale oczywiście wszystko musiało grać ze sobą i pasować. Ciemny blat, białe kafelki, to i biała płyta i biały zlew.

Nawet chciałem kupić biały piekarnik, ale ceny zaczynały się od 2 500 zł. Czarny za pół ceny też świetnie pasuje i pysznie piecze.

Wraz ze zlewem dostałem preparat do mycia. Starczyło na dwa razy. Oczywiście można było kupić nowy, orygnialny. Tylko, że cena też była oryginalna.

Przez 6 lat próbowałem różnych metod mycia – cif, jakiś biały proszek, woda z octem, przeklinanie zlewu, że jak się nie wyczyści, to go wyp…olę z domu. Raz nawet coś mi się przywidziało, że cytryną można ładnie przetrzeć tę dziurę w blacie. Bo niechcący cytrus raz mi wpadł do zlewu, a ja go tak czymś przycisnąłem, że aż soki puścił. Zobaczyłem wtedy jasną, czystą plamkę pod nim. Nakupiłem ci ja cytryn. Rękawiczki zakładam, tnę, rżnę, przecinam, obieram z lekka i jak zacząłem szorować! Hmm, bez kurna rezultatu.

Nadal tym cifem szoruję i domyć nie mogę. Już nawet myślałem – trudno, kolejny wydatek, kupię nowy zlew ale tym razem jakiś normalny, nie biały.

Czytam ja ci ze dwa dni temu nagłówek w onet.pl – jak skutecznie umyć zlew. Jasne – pomyślałem. Kolejna rada z dupy. Kiedyś też coś poradzali.

Do wody wlej ocet, sok z cytryny i przetrzyj

W tego typu „artykułach” najbardziej lubię opinie ludzi

A zdradzicie proporcje, czy mamy się sami domyślić?

Mój faworyt!

 

Ok, patrzę na ten nagłówek o tym szybkim czyszczeniu zlewu i widzę, że nie ma ikonki video. Czyli znaczy się artykuł pisany. Nie klikam nawet jak widzę trójkącik, bo puszczają pierdyliard reklam i „porady” trwają w nieskończoność. Wolę czytać.

Poradzili wysuszyć zlew, wsypać mąkę i suchą szmatką wcierać. Wszystko musi być na sucho, bo przy odrobinie wody robi się papka. W sumie mądrze gadają – pomyślałem.

Hm, brzmi ok, nienajgorzej. Zlew mam, mąkę bez glutenu mam, szmata się też znajdzie. Dam szansę. Jakoś nadziei sobie nie robiłem z osiągnięciem efektu WOW, gdyż na końcu artykułu napisali coś mgliście, że niby się trochę doczyszcza, że ciut lepiej będzie. Nie gwarantowali całkowitego wyczyszczenia. Ale jako, że zdesperowany byłem, to postanowiłem jednak spróbować. Lepsze to niż nowy zlew i wydatek rzędu tysiąc pięćset sto dziewięćset.

Ale oko moje przykuły jak zwykle komentarze. A właściwie komentarz, bo tylko jeden wpis był.

Domestos lepszy, albo za pół ceny Agent z Biedry

 

Ja już się dawno nauczyłem, że domestos najlepszy. Wszystko inne to jakaś nieskuteczna, aczkolwiek dużo tańsza podróba.

Domestosu nigdy nie używałem w kuchni. Zawsze w łazience. No bo tak jakoś dziwnie wylewać to coś w miejscu, gdzie się później jedzenie obrabia, nie?

Ale tak jak mówię, desperacja była spora u mnie. 8,99 za domestos, to duuuużo taniej niż nowy zlew z montażem (niewykluczone, że syfon trzeba by było wymienić, a może i blat?). 8,99 brzmi sensowniej.

Oblałem ja ci zlew i poszedłem na spotkanie. Domestos zawsze wlewam i zostawiam na kilka godzin. Albo idę spać, albo do roboty.

Wracam po kilku godzinach i co ja widzę? BIAŁY, CZYSTY ZLEW. Przysięgam, że większej radości nic i nikt mi ostatni tak nie sprawił. Przez kilka chwil stałem nad zlewem ze szczerym i serdecznym uśmiechem. Jak dziecko rad byłem.

Dajcie znać, czy to już teraz do lekarza? Czy jeszcze mogę zaczekać? 8 minut autobusem z domu do Instytutu Psychiatrii mam tylko (przymrużenie oczka?).

 

Proszę, nie śmiejcie się.

wieczerynka

czyli rosyjska impreza.

Wczoraj, to znaczy w sobotę nastąpił powrót Różowego Królika.

Nie wiem czemu, ale zawsze chciałem taki kostium na Halloween. A jako, że w katoPolsce takich pogańskich świąt się nie obchodzi, to nie miałem okazji. 3 lata temu uczestniczyłem w tym święcie i byłem przerażony. Pisałem o tym. Dzieci biegające w opętaniu od drzwi do drzwi. Ale kostium sobie wtedy nabyłem.

W tym roku było jakoś na spokojnie. Przespałem 31 października. Ale wczoraj była impreza. Przebierana. Jako, że Ula lubi ostatnio wylegiwać się na sofie, a Tomek patrzy na nią, jak to robi, to sam poszedłem.

Dorina i Tolik podjechali po mnie.

Gospodarzami byli Lena i Pasza, czyli Kleopatra i Faraończyk. Dom ogromny, także miejsca było sporo na harce i szaleństwa. Wszyscy się przebrali. Ruslan za wampira, a jego żona Marina za … żonę Wampira. Vlad był … Vladem Palownikiem. Mnie urzekł najbardziej strój Kati – bawarka. To znaczy dziewczyna z Bawarii. Kasia przyszła z beczuszką piwa i była takim Oktober Festem. Jej Serioga było Robin Good’em. Niestety nie był gamaka, ani gamburgerów.

Okazało się, że Katia tak naprawdę była … żoną Robin Hood’a. Ale dla mnie była z Niemiec! Poza tym koleżanka ma zaraźliwy śmiech, opowiada rzeczy z pasją. Jest serdeczna, ciepła, otwarta i przyjacielska. Lubię z nią rozmawiać. Wczoraj pokazałem im trochę Wawy na zdjęciach i Katia rozpoznała w PKiN-ie swój … uniwersytet. Heh. Świat jest mały.

Towarzystwo rosyjskie zawsze mówi przy mnie po angielsku. A ich proszę o to, by zostali przy rosyjskim. Wczoraj pół godziny stałem z Seriogą-kościotrupem i gadaliśmy. Tolik dziś mi powiedział, że Serioga przyssał się do mnie i nawijał po rosyjsku. I właśnie Tolik chciał mi przyjść z pomocą i mnie uwolnić. Ale uświadomiłem go, że to było celowe, że z przyjemnością rozmawiałem.

Ok przerwa. Boarding time

Wpis powstał na lotnisku Newark. 3 listopada. Nigdy nie został dokończony…

 

a może by tak …

… zacząć śpiewać?

kochani mam lotki. Zakupiłem we dwóch tych loteryjach! Mega millions i mega ball. No nie wiem ile można wygrać, ale chyba miliony.

Pospacerowałem się dziś po Mieście i podobało mi się. Ostatnio skupiam się na ludziach, a nie na architekturze. Miasto już mnie tak nie porywa. Ale dzień był fajny.

Na koniec wpadłem, do Jalapenos Mexican Bar and Grill.

W szokum, bo poznali mnie. A ja ich. Jakaś pijana Nancy zaczęł mnie obłapywać. Ponoć odkryła parę dni wcześniej, że jest w 52% “Polkom”! No i zaczęła mi ręce całować i takie tam. Powiedziała, że się tu przeniosła z nadmorskiego New Jersey, bo się rozwodziła. Później zaczęła opowiadać o swojej girlfriend Mary.

I tu wkroczył Mark mówiąc:

– i remember you!

– i know! From last year.

– oh yeah, you’re that polish dude?

– you’re the realtor!

– yes

Pamiętałem Marka, bo rok temu siedział koło mnie i zagaił. Zapytał, czy ja z Polski jestem. A ja akurat przeglądałem polski internet. Okazało się, że Mark ma rodziców z Polski i polski znał. Rodzice zeszli i jego polski też. Na koniec powiedziałem do Marka „see ya next year”.

A dziś w Jalapenos karaoke. Już nawet kelnerka Ania nie była zdziwiona, jak jej powiedziałem „cześć Ania”. Sami swoi. Fajne miejsce. Każdy każdego zna. To tak jak u mnie na dzielni, w naszym lokalnym pubie.

Później przybiłem piątkę z właścicielem George’m.

Obok nas stał jakiś koleś. Mówię do Marka – wiesz co, on zamówił w ubiegłym roku to samo J

Karaoke pamiętam z opowieści Uli. Ponoć nawet niezłe głosy.

I tu niespodzianka. Połowa występów dramatyczna. Ale reszta super. Wyszła jakaś starsza pani i zaśpiewała ot tak, że buty mi spadły. Niby nic poważnego ale pani czuła co śpiewała. Następnie wyszedł taki sobie Romek i powiedział, że dziś ma 11. rocznicę ślubu. I przepięknie, od serca zaśpiewał ckliwe „Lady”.

Była jedna taka mała dziewczynka. Ale głos miała jak dzwon. A na koniec sam właściciel George zaśpwiewał jakieś country.

Podbiłem do niego, pogadałem jeszcze chwilę. Pamiętał mnie. To z jednej strony bardzo sympatyczne, a z drugiej świadczące o tym, że za bardzo dużo nowych klientów nie mają.

Tak mi się nie chce wracać!

bucur

zdjęcia tu

w Austin nie byłem. Ale w Augustowie już tak. W tym roku jakoś wyszło mi, że zaliczam miasta na Be. Białystok, Berlin, Budapeszt i teraz Bukareszt (Bucuresti, czyli miasto Bucura).

Miał być saspens, miała być tajemnica w opisie tej wycieczki. Ale nie. Od razu napiszę, że jestem Rumunią zachwycony! Ponoć kiedyś nazywał się ten kraj Dacia. I wszystko jasne. Mają żółte taksówki – Dacie. Prawie jak w Mieście. Prawie…

Widać, że są troszkę do tyłu niż Polska, ale wszystko przed nimi. Trochę później do UE weszli. Także trzymam kciuki.

A czemu do Rumunów? A bo mój zaprzyjaźniony ksiądz na jakąś autokarową wycieczkę/pielgrzymkę po Rumunii się wybrał. Z tego co wywnioskowałem, to pielgrzymka od wycieczki różni się tylko tym, że trzeba się modlić i ksiądz msze odprawia w kościołach. A bo ma legitymację książęcą i się wcześniej umawia, że wpadnie ze swoją trzódką i poodprawia msze.

Wiadomo, gdzie kościół, gdzie autokar, tam nie ja. Także na tę pasterkę się nie zapisałem. Ale pomysł z Bukaresztem mi się spodobał. Tom przeleciał oferty LOT-ów i Wizzair-ów i już.

Pech chciał, że trafiłem na żary rumuńskie. W Polsce już się pokończyły, a jak na złość Maciuś trafił w jeszcze większy żar.

No dobra, to przyleciałem. Zawołałem Bolta i jadę do hotelu. Okolice Bukaresztu o wiele ciekawsze niż Budapesztu. Apartament miałem na rogu Starego Miasta, czyli bliziutko. Współwłaścicielem, jest chłopak z Mołdawii – Roman. Nie wiedziałem skąd on jest na sam przód, wiedziałem tylko, że nie z Rumunii. I jak on sobie rozmawiał później z kolegą, to ja się zapytałem, czy to bułgarski (no bo jak mówił, że nie z Rumunii, to myślałem, że w jakimś innym języku mówi). A on, że to rumuński. Ok. Dopiero później dowiedziałem się, że Roman z Mołdawii jest. O nim jeszcze ciut później.

Bukareszt

Zaniedbane trochę miasto. Brudne budynki. Jakoś nikt nie chce ich odrestaurować. Ale urzekło mnie. Piękna architektura. Ładne budynki przeplatane ohydnymi blokami. Chodniki dziurawe. Trzeba uważać, żeby się nie wykopyrtnąć. Stare Miasto robi wrażenie. Te wąskie uliczki. Knajpka na knajpce. Jedzeniowo niestety kraj nie jest przyjazny mojej diecie. Dwa razy chciałm zjeść nie-mięso i były porażki.

  • pan z Europy na K doradził pójście do Alt Shift. Okazało się, że knajpa na tyłach mojej kamienicy, także blisko. Zamówiłem pyszną zupę krem warzywną. Oraz rybę maślaną ze szpinakiem i parmezanem. Po ponad 40 minutach, pan mi przynosi jakieś zdechłe, płaskie filety. Zdziwiony wielce daniem, biorę kartę i patrzę w opis. Pytam się chłopca czy „spincur” to szpinak. Pan potwierdza. To pytam się gdzież on jest w moim daniu? A gdzie parmezan? A ta ryba, to chyba nie maślana? Pan zaproponował, że kucharz zaraz na nowo ugotuje. Oj nie. Czekałem ponad 40 minut i nie zamierzam czekać kolejnych 40. Rachunek poprosiłem. Dali 30% zniżki. Ode mnie dostali 2 gwiazdki na google . No bo zupa była pyszna. Skończyło się rumuńskimi kiełbaskami w knajpie nieopodal
  • Falafele i hummus sobie wziąłem w innym przybytku. Aha, no i flaki ichniejsze. Dziwne flaki. Zabielone, kwaśne, ostrawe. Ale jak moja mama zrobi flaki, to je widać. Tu trzeba było łowić. Ale ciekawy dań. Humus jeszcze obleciał, ale falafele oddałem i przy płaceniu powiedziałem, że niestety nie dałem rady tego zjeść. Najgorsze falafele w życiu. Plus obsługa była tragiczna. 1 gwiazdka.

W hotelu poradzili mi pójście do La Mama. Rumuńskie przysmaki. Dostałem ciepłe danie. Nie najlepszy to pomysł serwować niegorące dania.

Czyli sami widzicie, nie dało się jeść zgodnie z dietą.

Reasumując, Bukareszt polecam. Na dzień, góra półtorej. Ludzie przesympatyczni. Uber/Bolt działa. Jest na co patrzeć.

O ile Budapesztanki jakieś takie …rumuńskie i bez gustu, to Rumunki bardzo niczego sobie.

Cenowo Bukareszt to taka Warszawa. Bronks na Starym Mieście 14-15 zł. Woda pół litrowa – 2,3 zł. Zupa w knajpie – 15 zł. Znaczek do Austin 6 zł.

Transylwania

Wiedziałem od pana z Europy na K, że w Bukareszcie nie za bardzo jest co robić tak długo. Także posłuchałem booking.com i popatrzyłem na atrakcje. Wycieczka na zamek Draculi!

Pan Bolt już w drodze z lotniska polecał przy okazji tej wycieczki odwiedzenie zamku króla w Peles.

7.50 rano zapakowałem się do mojego busika. Było coś ponad 30 osób. Drogi mają wąskie. Dwie autostrady i reszta dróg taka lokalna. Także długo się jeździ. Ale przewodniczka rewelacja! Świetnie opowiadała. Z takim poczuciem humoru. Aż zadziwiony byłem, że robi to 4 razy w tygodniu od 9 lat! I zgubiła tylko 3 osoby.

Zamek w Peles, jak to zamek. Na bogato. Bo to państwo na tym zarabia, więc inwestują, żeby turystów ściągnąć. Pogadałem później z wycieczkowiczem z Londynu. On był zachwycony. Ja mniej. Zamek, jak zamek. Nasz królewski, nie dość, że też na wypasie, to jeszcze większy.

Ale co znaczy Transylwania? “Między lasami”. To taka wyżyna między górami. Otoczona lasem. I faktycznie. Były góry, były lasy, było płasko.

Przed Draculą zaliczyliśmy jeszcze urokliwy Brasov. Ależ piękne miasteczko. 5-te co do wielkości, o liczbie mieszkańców tyle co Białystok. Ale o wyglądzie Zamościa. Cerkwie w Rumunii przepiękne i o różnej urodzie. Także zaglądanie doń, to czysta przyjemność. W Brasovie zjadłem gołąbki. Bo pani przewodniczka rekomendowała. I były ciekawe. O wielkości ciut większej niż wietnamskie la loty. Do wielkości gołąbków mojej mamy się nawet nie umywały! Aha, mała uwaga, jak piszą w menu, że ostre, to ja mówię, że wcale nie. Można zamawiać śmiało. I tak dają kleksa śmietany na zabicie ostrości.

W Brasovie pogadałem z tym Londynczykiem, małżeństwem z Irlandii (ich syn hajta się z Rumunką) i …jedną z głównych bohaterek serialu Netflix „Queen of the South” Veronicą Falcon. Fajna, sympatyczna babeczka. Przyjechała z Mexico City do LA robić karierę w Hollywood. Albo nakręciła, albo za chwilę kręci film z Collinem Farellem. Jej ex mąż jest Polakiem. Ale ich syn mówi po …niemiecku.

Obejrzałem 2 odcinki serialu. Idea taka sobie. Banalna. Ona zagrała świetnie. Ale ta młoda główna bohaterka bardzo nijaka. Zobaczymy. Może będę kontynuował paczenie na serial.

Cała nasza ekipa stwierdziła zgodnie, że zamek Draculi to jakaś popierdułka. Na filmach ten Dracula lata po komnatach i korytarzach, żeby kąsnąć tą i tamtą. A w rzeczywistości, to nie ma się nawet gdzie rozpędzić. Zamek Draculi, w przeciwieństwie do Peles, jest w rękach prywatnych. Także jest bardziej surowy i to, co jest w środku jest finansowane przez spadkobierców.

I tu opowieść o Draculi od naszej przesympatycznej pani przewodniczki.

– Dracula to po prostu syn Draco/Dragona. Żaden z niego wampir

– Rumuni nie boją się wilkołaków i wampirów. Wilkołak, czyli Werewolf , to zwykły człowiek, co zakładał zimą skórę wilka, bo zimno. A jak było bardzo zimno, to jeszcze na łeb zakładał czerep zwierzęcia. Także „nosić wilka” = wear wolf. Czyli nie boimy się. Wampir to też jakieś takie nie straszne. Rumuni boją się strzyg. Martwych i żywych strzyg. Żeby je odpędzić, to wieszano czosnek przy drzwiach

– Proszę nie mylić miłego Draculi z Vladem Impaler’em. Czyli Vladem Napalaczem/Palem, czyli Vladem Draculą. Panów różni 100 lat. Vlad palował ludzi. Ponoć od 40 do 100 tysięcy udało mu sią na pal nadziać. No chłop się w tańcu nie pierdzielił. Co mu nie było po drodze, to nadziewał. Są ponoć 3 metody nadziewania na pal.

1 wilcze doły. No cóź. Biegniesz sobie i bęc w dół przykryty wpadasz. Szybka śmierć.

2 pale w fosie. Sięgające prawie do tafli wody. Niby atakujesz warownie, a tu taka ci niespodzianka w fosie. Szybka śmierć

3 klasyczne nadzianko na pal. Śmierć w ciągu od 24 do 72 godzin. Nic przyjemnego. Pal nie uszkadza narządów. Także działa grawitacja i masa ciała. Po co ja ci się odchudzam!

 

Oprócz tych dwóch panów należy wspomnieć niezrównoważoną Elżbietę Batory. Królowa owdowiała i wyszła ponownie za mąż za jakiegoś młodzieniaszka. Pani się ubzdurało, że starawa troszkę i za chwilę nie będzie atrakcyjna, więc szukała eliksiru młodości. Przypadkiem krew kapnęła na damy lico i królowej się wydało, że zmarchy znikły. No to dawaj teraz krew dziewic do kąpieli, bo to przecie ją odmładza i wygładza. Mercy seat dla dziewic, a pod podłogą królowa się kąpie. Pani tak ześwirowała, że ponoć odnaleźli ją w pokoju, jak próbowała się zjeść. No coś panią ewidentnie gryzło.

Także ten Dracula, to jakaś ściema. Bram Stoker nigdy nie był w Rumunii. Te jego opowieści, to jakieś stugębne plotki od kolegi Van Helsinga. Czyli wszystko jasne.

Wycieczka mi się bardzo podobała. Była dosyć napięta, bo nie było czasu na głupoty. Przy zamku Draculi, zgodnie z radą pani przewodniczki, postanowiłem sobie lub innym coś kupić. Chodziła za mną taka lokalna koszula. Co Chłopi u Reymonta w niej chodzili. Ale nie było męskich, a damskich nie robili w moim rozmiarze. Także nie kupiłem.

Wróciliśmy po 21.00 do Bukaresztu. Mój zaprzyjaźniony ksiądz ze swoją wycieczką kilka godzin wcześniej tam dotarł. Także ja prosto z busa wsiadłem do Bolta na spotkanie. Jaką że siurpryzę mi Piotruś uczynił, prezentując mi rumuńską koszulę w stylu chłopskim! Także chwilę posiedzieliśmy i pogadaliśmy. Na tyle miły kolega był, że udało mi się dnia następnego do wycieczki dołączyć po ich mszy i zwiedzić Bukareszt z panią przewodniczką, która jest Polką, ale chyba w Polsce nigdy nie mieszkała. Dziwnie po polsku mówiła, niegramatycznie. Ale coś tam dowiedziałem się o mieście. Także pół dnia miałem zorganizowane. Karawana ruszyła dalej w kraj, a ja zostałem.

Co do Caeusescu (czy jak się ten pan pisze), no niedobry to był pan. W taksi z lotniska dowiedziałem się, że to nie do końca ludzie go ubili. To jakiś wywiad/konkurencja go ubiła wykorzystując i manipulując społeczeństwem. Małżeństwo despotyczne znane było również z braku gustu. Jak gdzieś pojechali i widzieli, to u siebie też chcieli. Wydaje mi się, że któryś car tak właśnie Moskwę urządził. Na podobieństwo innych miast.

Jak rumuńskie tyraństwo jeździło do ludzi w kraj i im się cerkiew nie podobała, to Nikolai kazał burzyć. I znane były legendy, że jak Pan nadjeżdżał, to mieszkańcy zabudowywali cerkiew. Czyli w „Wyjściu Awaryjnym” stąd brali pomysły! I teraz o ironio na tyłach Parlamentu (drugi największy budynek rządowy na świecie, po Pentagonie) budują gigantyczną cerkiew. No tyran się musi w grobie przewracać!

Aha, ruch w Bukareszcie duży. Ponoć oficjalnie 2 miliony ludzi. Nieoficjalnie nawet do 4 milionów. Aut – 1 milion. To łatwo zrozumieć jak się tam jeździ.

Ostatniej nocy wróciłem jakoś wcześnie do hotelu. Nabyłem piwa i ległem w salonie hotelowym przed TV. Przyszedł Roman, bo się okazało, że jakaś pani z Moskwy ma przybyć między północą, a 1 w nocy. Okazało się, że Roman mówi po rosyjsku. To pogadaliśmy do 1.20. Bardzo sympatyczny człowiek. Urodził się w Mołdawii, studiował w Moskwie, gdzie poznał żonę. Później przenieśli się do Soczi, miasta rodzinnego żony. Mieli bniznes, który im padł. Mafia działa w Rosji. Ale to nie gangsterka, to organy rządowe skutecznie potrafią dobić mały biznes. Jako, że miał obywatelstwo rumunskie, to wyjechał do Bukaresztu. I z kolegą kupił kamienicę, odnowił i wynajmuje. Ponadto ma drugi biznes – odnawianie fasad budynków. Ponoć zlecenia z całego świata. Żona z dzieciakami ma zjechać do końca wakacji i otrzymać obywatelstwo. Aż sam się zdziwiłem, że większośc skumałem po rosyjsku. 12 lat podróżowania do USA na coś się przydało. Dzięki Ula. Oчень, но мне очень нравится русский язык.

Tak teraz myślę, czy następne miasto to Belgrad? Czy ogólnie Bałkany przelecieć? Super sympatyczni ludzie, ładne widoki, ciekawe miejsca. Myślałem o tym, żeby znowu do Bukaresztu wyskoczyć i stamtąd pojechać do Bułgarii i Mołdawii?

Zobaczymy. Pomysł jest.

A na koniec mądrość ludowa od Romana:

Есть поговорка : крутой только хвостик у поросёнка, а мы хорошие, славные парни

zakańczam wpis:

Stay beautiful people! And enjoy life!

państwo na Ha

To może być Ohio!

 

Eh, uwielbiam ten serial. Znam na pamięć.

A z ciekawostek dodam, że mam dwóch znajomych mieszkających przy ul. Alternatywy. Ale ale, serial ten nie był kręcony na tej ulicy.

To tak jak serial o nowojorczykach „Przyjaciele” nigdy nie był kręcony w NY (tylko w studiu filmowym w LA).

Dziś czuję się nie za bardzo. Przesadnie nieładnie.

Idąc wczoraj na robotę dostałem telefon od kolegi:

– hej, przychodzisz dziś na mecz?

– a kto gra?

– a czy to ważne?

– w sumie nie, ale chciałbym wiedzieć na co się nastawić. Tenis, curling czy snooker

– to nie przychodź

– będę!

No i byłem. Mecz chyba też był. I chyba wygraliśmy.

Kolega na nieszczęście miał bimber.

– to co? Nie spróbujesz? 

– jak to nie?

A dobry był ten bimber. Eh, mlask i mniam.

Fajne towarzystwo, śmiechy i hihy. Chyba o 1:30 rano opuściłem towarzystwo. Chyba.

Nie wiem czy chwaliłem się, ale od ponad miesiąca jestem na diecie. Kilka grzeszków mam, bo to Turcy mnie odwiedzili z pysznymi słodkościami, więc jak nie zjeść. A to to i tamto. Ale jakoś daję radę. O ile w styczniu nie piłem alkoholu, to teraz piję ale jem inaczej. W styczniu waga spadła ze 102 do 98,5. A teraz!!!!! 94,4! Yeah baby!

Co do Turków, to znam takiego jednego z insta. Razem z żoną zwiedza świat. Polska była ich 54 krajem! Brawo Turcy! I się spotkaliśmy. Fajne spotkanie.Szkoda, że szanowna małżonka nie mówi po angielsku. I tak ich oprowadzam i oprowadzam. I najbardziej do gustu przypadły im …lody świderki.

Umówiłem się już wcześniej z Muratem, że zabiorę ich do włoskiej knajpy. Jak obiecałem, tak zrobiłem. Poczytałem później na instagramie żony, że szkoda, że nie byli w polskiej knajpie, że ona na diecie ale zrobiła wyjątek itd. Ooops. Głupio trochę. Ale z drugiej strony, ja nie chadzam po polskich restauracjach. Jak mam ochotę na polski smak, to do mamy jadę! Ale później moje Turki pojechały do Krakowa i widziałem na insta, że i pierogi były i …kebab. Także chyba zadowoleni.

Ale ja nie o tem.

Jako, że byłem już w Augustowie, to postanowiłem zaliczyć miasta na Be.

Berlin – zdjęcia

Jakoś na koniec lutego spotkałem się z kolegą, fanem foto. Opowiedział mi o projekcie 24HourPhoto. Na koniec zapytał, czy nie chcę jechać z nimi do Berlina. No jak to ja nie chcę. Ale myślałem, że to takie palcem po wodzie, fusy na wietrze, czy jak to się mówi. Ale niestety Rafał zna języki i zrozumiał to wszystko. Tydzień później dostałem ajMasaż, że mam mu hajsy przelać, bo chatę wynajął. No cóż. Ok. Jak się powiedziało A, to trzeba powiedzieć i Be. Zabookowałem lot od razu, bo pociągiem długo i ciut tylko taniej.

Projekt dziwny. Nie do końca kumam o co chodzi w nim. Nie rozumiem, jak pomogłem. Taki jakiś logistycznie zawracający za bardzo dupę. Bo o ile mogę wrzucać co godzinę zdjęcie, to opisywanie tego wg ich klucza było czystą nieprzyjemnością. Sam pomysł ciekawy. Nie jest tak łatwo zrobić zdjęcia i wrzucać coś ciekawego raz na godzinę. Ja chyba najwięcej wrzuciłem, bo 13 fot. Koledzy mniej, ale później chyba Robert nadrobił. 

Fajne było towarzystwo. Sympatyczne i z poczuciem humoru. Na szczęście Rysiek z Wrocławia zna Berlin, więc nas oprowadził. Także widziałem miejsca, których nie widziałem wcześniej. Dwaj koledzy dojechali z Waw pociągiem. I tu się nauczyłem, że lepiej jednak samolot. Pojazd ich stał w polu, bo chyba jakiś inny pociąg leciał i trzeba było przepuścić. Także wyjechali po 16 i przyjechali koło północy.

Street foto mi się spodobało. Lubię i chyba będę robił, bo znudziło mi się pstrykanie budynków i zachodów słońca.

Początek zwiedzania mi nie przypadł do gustu. Kolega jak zobaczył demonstrację, to zaczął pstrykać jak szalony. Myślałem, że cały dzień spędzimy pod naszym apartamentem. Już miałem się odłączyć. Ale jakoś poszło. Cóż, Berlin mi się podoba. Historia na każdym kroku. Polecam. W niedzielę spotkaliśmy się z naszym dobrym kumplem Robertem Lewandowskim. Ale jakiś zajęty był wsiadaniem do autobusu. Także tylko mu zdążyłem jedną fotę zrobić, jak wychodził z hotelu i wsiadał do busa. Ale oznaczyłem go na moim instastory, także zapewne widział, że byłem. Także kumple jesteśmy.

Budapeszt – zdjęcia

Bardzo fajne miasto. Stare miasto. Widać też brud, zaniedbanie, bezdomnych. Doceniam Warszawę i to, że jesteśmy w tej Unii od 15 lat. U Madziarów czas jakby się zatrzymał, albo są dokaldnie o te 15 lat za nami. Iluminacja miasta w nocy obłędna. Zwiedzanie nam się podobało. Ludzi dużo. W związku z tym, że to stare miasto i nie ma ono ulic jak u nas – Wisłostrada, czy Wał, czy Trasa Łazienkowska, to ma się wrażenie, że to miasto jest zapchane, tętni życiem non stop. 

Cenowo – różnie. Raz coś było tańsze, raz droższe. Także nie wnikam w szczegóły. Żeby nie było za słodko, to powiem, że tylko jedna rzecz mi nie spodobała się. Budapest Eye. Lepiej nogami po ziemi podziwiać. Koło można sobie darować. Ale wszystko inne – bardzo podobające się było. Polecam!

Zwróciłem uwagę na dwie rzeczy w tych miastach na Be.

– można pić piwo w miejscach publicznych. I nie jest to ani problem, ani brzydki widok

– da się jeździć rowerem i hulajnogą po chodniku i nikt na nikogo nie wpada i nie krzyczy. Da się! Czyli to jednak my, Polacy, mamy problem. Nie trzeba prawa zmieniać. Musimy my się zmienić

Za miesiąc kolejne Be-miasto!

Do usłyszenia zatem.

https://www.youtube.com/watch?v=ob-PZo1u2cA

bóm wakacje w rzymie!

Kto pamięta taki zespół?

Hejka kochani jak się macie? Bo ja z dnia na dzień coraz lepiej.

Pics/photo – https://1drv.ms/f/s!AiQCiXakH-geplf_jQBNeIRnfbVw

Zrzut ekranu 2018-10-28 21.54.24

Myślałem, że mnie ta swobodna włoska flegma wkurwia, ale dziś (pisane 24.10) już wiem, że nie.

Tak, jestem w słonecznej Italii i muszę Was zmartwić, że jest bardzo ciepło. Zapodawany jest krótki rękaw i nogaw! Nie mówiłem wiele o tym wypadzie, bo jakoś nie chciałem. Chciałem zrobić taką niespodziankę. Kto mnie śledzi na Insta, to mógł się zsiurpryzować.

Bum! Insta story z Wiecznego Miasta!

W marcu 2006 roku byliśmy. Nie wkładałem ręki do paszczy prawdy (mouth of truth), czyli zgodnie z tradycją nie powinienem byłem odwiedzić Romy raz jeszcze. Nie wrzucałem do fontann monet. A jednak. Nie tak dawno, jak z 11 miesięcy temu poznałem w lokalnym barze małżeństwo. Szybko się zaprzyjaźniliśmy, łącząc się we wspólnej pasji czy to muzycznej, czy to kulinarnej, czy to browarniczej, a nawet destylarnej. I tak od samego zapoznania się przebrzdąkiwaliśmy, że chętnie ten Rzym można by odwiedzić. Ja pod kątem 70. urodzin mego Papy. Myślałem, żeby zabrać, pokazać. Ale niestety, o 10 lat za późno. Mama się boi latać, a Tato się męczy po paru krokach. A łażenia tu od groma. 60 km mam w nogach po niespełna 5 dniach.

No to pojechaliśmy. Jesteśmy. Chillaxujemy się.

Wino, jedzenie – mlask i mniam.

Na sam przód, przez pierwsze dni irytowała mnie włoska beztroska. Wszystko w dupie mają. Innych też.

Najpierw ponarzekam, a raczej opowiem o tym, co mnie dziwi.

Trawmwaje, metro – ill communication!

Matko boska! To jakaś kara boska, a nie transport. Już teraz wiem czemu bilet ma ważność 100 minut. Ten tramwaj się przesuwa poooooooowwwwwwwooooooollllliii. Podjazd, stop, ruch, czerwone światło, stop, stop, stop. Same pojazdy, to jakieś trupy. Tylko poręcze i siedzenia widać, że zamienione na nowe. Ale jakoś dziwnie. Mało tych poręczy. Dziś trzymałem rękę wysoko, żeby pani się mogła chwycić. I głowa pani smyrała mnie po paszce. Nawet nie chcę zaczynać o metrze! Jessu. Non stop przeładowane pociągi. Na naszej linii pociąg jeździ co 12 minut. Nie wiem, czemu nie zwiększą, skoro tyle luda!? No w Warszawie to by nie przeszło. Można mówić o korkach nad Wisłą, ale to wszystko jakieś inne, cywlizowane. Choć z drugiej strony, jak wsiadam u siebie na Bonifacym lekko po 7, to „no way Jose,  żeby wsiąść”. A przystanek to 3. raptem od pętli.

Nie wspomnę już o rzymskich dzieciach, które siadają i mają w nosie ustępowanie. O dorosłych, którzy odpalają filmy, youtuba i słuchają. Dziś byłem bliski OPR pana. Ale o tem potem. Chyba tylko autobusem idzie jechać. Bo jedzie po szynach. Ale jedzie! I nie jest zatłoczony.

Do you speak english?

Zapomnij! Ciężko jest. Tak samo jak francuzi – włoski nie gęsi i swój język mają. Dziwiło mnie, że młodzi nie mówią. Tak samo było w Germanii. Dziwne! A słyszałem, jak 3 polskie nastolatki w Warszawie coś mówiły po angielsku. Kurna ale akcent miały! Zazdro!

Tu jest słabo. Ale podzielić ludzi można na 2 kategorie:

1 wal się, nie mówię

2 nie mówię, ale chętnie pomogę

3 mówię

no mówiłem, że 2 kategorie 🙂

dziś (25.10) akcja. Idę przez tunel. Wąski chodnik. Co chwilę wyprzedzam, bo nie chodzę jak ten ostatni. Kto mnie zna ten wie.

– excuse me

cisza i nic

– excuse me

nic

w końcu chłopiec woła koleżankę, a ja ją już klepię po ramieniu mówiąc

– are you deaf?

No co za dziewoja! „Scusa”a „excuse me” to takie inne? Wielce zdziwiona. Non capisco.  Ale to chyba nie kwestia włoskiego temperamentu.

Częste akcje w komunikacji warszawskiej:

– przepraszam

zero ruchu

– przepraszam

płoną łąki, płoną lasy. N-I-C!

– z drogi!

i kończy się na wypchnięciu delikwenta z drzwi. Ma się tę masę na szczęście. Ludzie to som takie głupie!

Aaaaaa. Dzięki Wahszawo za niewybranie byleJakiego phezydenta!

Może faktycznie trzeba kilku dni tu, by się przekonać. Bo dziś spoglądam na Rzym inaczej. Fajniej. Wszystko jest OK. Po co ten pośpiech? Słońce, radość, witaminy! Ciao!

Rzym jak Rzym, co będę przewodnik robił z blogu. Strasznie stare miasto, same prawie ruiny.

A serio? Cóż mogę powiedzieć? Jest pięknie. Trochę syfiasto, mało koszy na śmieci. Dużo ludzi pali. Brudnawo. Ale ogólnie miasto warte zobaczenia.

Żałuję, że nie ma w Polsce tej mentalności.

Kawa poranna na rogu. I z tego tylko pani żyje. Do południa – kawa, śniadanie i szlus!

Albo knajpka czynna po południu. Albo miejsce otwarte tylko rano. I zawsze są klienci. A mówię o południowym Rzymie, czyli takie Stegny/Sadyba. U nas pod tym względem jest słabo. Nawet jeśli coś jest, to pustki i hula wiatr.

Ten wyjazd zaliczam do „nie ma napinki”. Co zobaczę, to zobaczę. Muzea, kościoły mniejsze, większe ciekawe. Czuć historię.

Ale jest też kwestia kulinarna! Oj jest. Jadąc taxi z lotniska pan nam naopowiadał o paru daniach oraz targach. Za jego namową pojechaliśmy na zatybrze na pchli targ. Czego tam nie było? Tych straganów ze 40, sam nie wiem co się w nich mieści. Targ ma jedną zaletę – jedną alejkę. Ale jest to też minus – się ciągnie!

Na campo de fiori nie znalazłem pysznej porchetty. Smutna buzia.

Dostałem od koleżanki link do bloga dziewczyny, co z 50 razy była w Rzymie i zdarzyło się jej mieszkać calusieńki rok. To w sumie jak ja i Miasto. 13 razy, w sumie w każdym miesiącu byłem oprócz piekielnych czerwców i lipców. Prawie.

No i ta dziewczyna opisuje Rzym – nietursytczne miejsca oraz/i pyszne miejsca. Jak na razie rzymskiego przysmaku nie mogę znaleźć, czyli ogonów. Szkoda. Miałbym porównanie – Segment, moje, Rzym.

Ludzi od groma na mieście ale w sumie, to nie przeszkadza. Jedynie odepchnęło mnie, żeby wejść do Koloseum i Kapeli Sekstyńskiej. Nie, nie chciało mi się. Stary chyba już jestem. Na szczęście byliśmy w Coloseo w 2006 roku. A kaplica? No cóż. Nie od razu Rzym zbudowano, czyli nie można mieć wszystkiego.

Rome wasn’t built in a day!

Inne freski też mi się podobały. Klikłem sobie wczoraj na rzeczy warte, ale nieoczywiste, i godne zobaczenia. Padło na zamek Św. Anioła. Polecam! Fajne miejsce. Zwiedza się na idąco (czy idąc? Jessu, co z moim polskim?). Atrakcją są widoki! Pół Rzymu widać. I pół Watykanu! Przepięknie!

Co do wyborów, to powiem, że spotkałem wicepremiera Włoch. Co za szczęście? Pani właścicielka jest powściągliwa w opiniach i mówi, że nie wypowie się na temat tego pana. Było jakieś zamieszanie na placu, to „poszłem” pocykać zdjęcia panu. Wysłałem foty do kolegi z Turynu i do Emanueli właśnie. Pani powściągliwa, a kolega zachwycony. Że ludzki pan, że dobry pan. Także jak widać, zdania są podzielone.

W sobotę poszliśmy na rekomendowane makarony. To znowu ta pani, co 50 razy była. Koło Watykanu. Faktycznie fama się po mieście niesie, bo dużo ludzi z otwartymi mapami google’a i tripadvisorami. Fajne bistro. A co do smaku, to powiem, że w Polsce takiej carbonary nie jadłem. Zupełnie inny smak. Oryginalny i prawdziwy.

Stamtąd przeszliśmy się do Bazyliki św. Marii na Zatybrzu, w dzielnicy Trastevere. Co za piękne miejsce ten Trastavere! Zaskoczyło nas. A kościółek bardzo uroczy. Polecam tę dzielnicę.

Wczoraj wyskoczyłem na naszą dzielnię, do jak się okazało bardzo sympatycznego miejsca. Piwo craftowe, muzyka prawie jak od DJ – klasyczny hip hop i rap zmashupowany. Bardzo sympatycznie. Obok siedział ciemnoskóry chłopiec, który swojej pani śpiewał – No Sleep til Brooklyn. Dziewczynkę chyba bajerował, bo z Miasta był, a ona by chciała tam pojechać. Ale fajnie pan podśpiewywał, a ja się gibałem. Wróciwszy tam wieczorem trafiłem na jazzowy koncert. Poznałem kapelę na przerwie na papierosa. Fajna wokalistka z Chile (tylko nie wiem czemu podczas występu mówiła, że z Brazylii jest). Oprócz zespołu zagaiłem dziewczynę o blond włosach:

– hi, do you speak english?

– yes

– can you tell me why italians do not speak english?

– i don’t know. I am from Switzerland. I speak 4 different languages

– oh yes, you are excused 🙂 i can only say 2 words in Swiss – Roger Federer

Fajna dziewczyna. Później dołączył Włoch i zapytałem o to samo. Nie potrafił odpowiedzieć. Powiedziałem im, że w Polsce, to już są takie czasy, że od przeczkola dzieciaki mają angielski.

Dziś (sobota) postanowiliśmy zajrzeć do Caravaggia i jego „Wróżbitki”, czyli do Muzeum Kapitolińskie. Świetne miejsce. Trochę za dużo chodzenia ale kilka rzeczy godnych obejrzenia. I w międzyczasie przechadza się zwiedzający po taki tarasie z widokiem na Forum Romanum.

I tu chyba koniec rzymskich wakacji, bo faktycznie jaki przewodnik mi wyjdzie. Rzym fantastyczny. Tylko ta komunikacja jakoś mi nie leży. Nie wiem, czy dałbym radę się przyzwyczaić.

Dodam na koniec, że na sam przód przyjazdu, na lotnisku, spotkaliśmy pana:

https://www.youtube.com/watch?v=Q0wZQbK938Y

szok!

a może by tak rzucić wszystko…

… i wyjechać w Bieszczady?

panorama

Hejka kochani,jak się macie? Bo ja świetnie. Relaks w górach.

 

O spotkaniach instagramowych miałem pisać ale jakoś nie znalazłem tego wątku ciekawym. To znaczy ludzie ciekawi, spotkania ciekawe ale opisywanie tego idzie mi jak krew z nosa.

Dziewczyny w formie. Posiedzielim, pogadalim. A właściwie Ewa gadała.

Fajna nowa znajmość, to kolejny Krzysiek pracujący w muzeum Uniwersytetu Warszawskiego. Oprowadził nas prywatnie. W sumie to jego wystawa, więc z pierwszej ręki mieliśmy info. Ciekawy ten gmach Uniwerku. Kolega był trochę spięty i stremowany, bo aż 3 nowych ludzi mu się pojawiło w muzeum, z czego 2 to followersi. Ale kolega na plus. Dowcipny i z poczuciem humoru. Muszę przepytać DrAdama czy wie i umie o swoim pracodawcy tyle, co teraz ja! Ha! Bo filologia wygasłego bliskiego wschodu też mieści się w tych budynkach.

 

Jestem w górach. Bieszczady. Zabrałem ze sobą dwóch Bąbelków – 11 i prawie 17 lat. Podnieceni byli wyjazdem w góry. To ich debiut. I z tego co dziś widzę, to był to ich trzeci raz – pierwszy, ostatni i o jeden raz za dużo.

Weszliśmy na Tarnicę, najwyższy szczyt w okolicy. Od strony Ustrzyk Górnych. Niby 3 godziny i 15 minut się wchodzi. Gdyby nie te dwie kule u nogi, to podejrzewam, że w 90 minutach bym się zmieścił.

Do śmiechu mi nie było już po 10 minutach. Bo:

– wujku, możemy zrobić postój?

– już? Po 10 minutach?

– tak

No to ok, czekamy.

– daleko jeszcze?

– skoro 10 minut temu drogowskaz pokazywał 3 godziny, to zostało nam … 2 godziny i 50 minut

– aha

i tak co 15 minut.

Załamałem się lekko, bo im dalej w las, to mniej śmiesznie było. Na barana go nie wezmę, na ręce też nie, taxi nie podjedzie. No musi iść!

Na Tarnicy zabiłem mu brawo, powiedziałem, że jest zuch chłopak, jestem z niego dumny i go wyściskałem.

W drodze potwornej, tzn. powrotnej (godzina schodzenia w dół, dosyć mocno w dół) zapytałem się, co im najbardziej się podoba z wycieczki.

– góra – odparli

– tylko? A natura? Krajobraz? Widoki?

– no też. Mówiliśmy, że góry

– aha. To co? Będziemy jeszcze chodzić?

– nie!

– czemu?

– nuda, słabo

– no ale widoki!

– no i co?

 

 

Cisnej jakoś nie poznaję. Chyba albo dużo po górach chodziliśmy, albo dużo robiliśmy czego innego. W sumie ze 25 lat temu to było.Zaszedłem do Bar Siekierezada. Wydawało mi się, że to była stodoła zastawiona stołami. Mordownia taka. Ale okazuje się, że chyba nie, bo to lokal gastronomiczny o dużym zainteresowaniu turystów.

Prawie 22 000 kroki poczynione. 205 pięter. Fajne góry. Lubię hashtag #wgórachjesttocokocham

Nie mogę zgodzić się bardziej

wpis nie zawiera lokowania wulgaryzmów

Co to za klub?
Co to za miejsce?
Ja dobrze nie pamiętam

Uwielbiam tę dziewczynę. Kilka lat temu jak usłyszałem The Dumplings i ich „Technicolor Yawn“, to pomyślałem, że fajne bardzo. Jak dowiedziałem się, że to Polacy, to byłem w szoku, że tak ładnie, tak dobrze, tak miło. A jak się dowiedziałem, że dziewczę liczy sobie 16 wiosen, to zbierałem szczękę z podłogi. Ładny ma głos ta pani, ładnie śpiewa, umie nadać klimat. Ich wersja tekstu Osieckiej „Ach nie mnie jednej“ do tej pory na mojej plejliście, a to chyba z rok będzie. Polecam też dobry utwór, z dobrym tekstem „Kocham być z Tobą“. Justyna Święs również udziala się chętnie u innych. Na przykład gościnnie zaśpiewała z FiszemEmademTworzywem w „Śladach“.

 

Powstał ciekawy projekt „Albo Inaczej“, czyli piosenki w nowych wersjach. Nie żadne tam „Małgośki“, Mieczysławy Foggi i inne evergreeny polskiej muzyki, a przeboje niedawne. I ta „Czerwona Sukienka“ wskrzeszona przez Justynę Święs jest z repertuaru Fisza.

Fajną wersję przygotował też polski Justin Timberlake, jak go zwali przy debiucie, Mrozu. „Gdyby nie miało być jutra“ z repertuaru Pezeta. Polecam składankę (“Albo Inaczej 2”).

Muzycznie cały czas chodzi za mną państwo Carter i ich „MałpieGówno“ (Apeshit). Dziś Bey i Dżej mają występ na Narodowym. Szkoda, że mnie tam nie będzie. Ale mam wysłannika, to będę miał relację. To „MałpieGówno“ to nie rozumiem po jakiemu artyści śpiewają. Chyba faktycznie po małpiemu.

Sami chyba nie dowierzają w sukces pieśni, bo śpiewają, że „Olaboga, nie do wiary, że to wyprodukowaliśmy“ [i can’t believe we made it].

Skrrt

 

To ad rem

Hejka kochani jak się macie? Bo ja coraz lepiej.

Roboty przymusowe, weekendowe dobiegają końca. Spokój na dwa miesiące. Tylko wyglądać września. O ile zaczynając w maju musiałem wstawać o 6.30, to dziś mam super imprezkę pod nazwą Nocny Marek. Tak, dobrze rozkminiacie. Czas trwania imprezy jest dosyć późny niestety. Start o 17.00, koniec o 21.00. Kacze pióro!

IMG_6400

Ale już widzę koniec. Weekend jeszcze da się może uratować.

 

Nakrzyczałem na naszych sportowców w ostatnim wpisie i proszę jak poskutkowało. Nasza rakietmistrzyni tak się spięła, że dopiero po zaciętej walce o finał odpadła z turnieju. A nasi kopacze pokonali Żapon. Co prawda 1-0 ale pokonali. Styl przemilczę, bo znowu jakaś żenada i parodia.

Także kląć jak widać wypada, bo skutkuje.

Jak się okazuje po fazie grupowej, Polska w drugiej rundzie trafiła na Niemców … na lotnisku.

3 lipca tuż-tuż. Czas poumawiać dziewczyny na spotkanie.

lp1

Nad głową moją ktoś wykleił strop

Gazetami sprzed lat

 

Heh, i przypomniała mi się działka Uli. Domek murowany, a na górze pokój ze spadzistym dachem dwustronnym. I ten sufit na poddaszu cały wyklejony posterami gwiazd z Dziennika Ludowego (?). Taka gazeta, co w wydaniu weekendowym miała rozkładany plakat. Sztandar Młodych? Nie, chyba Dziennik Ludowy. Stało się w sobotę rano w kolejce do kiosku, do którego przywozili ze 3 czy 5 egzemplarzy. Jak ktoś stał najpierw, to po zakupie oznajmiał – Shakin‘ Stevens, czyli Trzęsący się Stefan. I kolejka się ciut zmniejszała. A jak mówił, że na przykład Europe! To dopiero był szał.

No i ta działka, a właściwie sufit poddasza był wyklejony gwiazdami.

Kiedyś u mnie na ścianie wisiał Michael Jackson. Tuż po Thrillerze, czyli normalny czarny chłopiec o śnieżnobiałym uśmiechu. Mieliśmy wtedy gości ze Szczecina (nie, to nie była pani profesor). I chyba brat cioteczny pomalował Majkelu co drugi ząb na brązowo. I chyba jeszcze papuga siedziała mu na ramieniu. Jak ja się kurka wystraszyłem otwierając oczy z rana!

Dziś pierwszy dzień lata!

IMG_6346

Ajażemwampowiedziałem, że kupię książkę Kasi! To kupiłem. Leży i czeka na kolej. No nie mam teraz głowy do lektur. A to za gorąco, a to Miszczostwa Świata, a to to i tamto. O tej Jerozolimie nie mogę skończyć. Poszedłem nawet raz do grilo-baru z rzutkami i piwem z książką. Ale przyszli znajomi i zagadywali. Przeczytałem tylko ze 3%.

Wczoraj miałem ogromną przyjemność być zaproszonym na spacer przez kolegę ze szwajcarskiej agencji butikowej. Wycieczka miała tytuł Śladami Szwajcarów. No troszkę tych Helwetów się przewinęło przez Wawę. Także edukacyjna eskapada. Bardzo super była Katarzyna-przewodnik! Gadatliwa, uśmiechnięta, pasjonująca się naszą stolicą. Na ten przykład dowiedziałem się, że „a imię jego 44“, to nie żaden wieszcz, a li tylko Kolumna Zygmunta. Wybudowana w 1644 roku, zniszczona w 1944. Mawiano, że jak miecz króla opadnie, to Warszawa się podda. No i we wrześniu, bodaj 3, 1944 roku zniszczono kolumnę i król leżał na bruku, czyli można powiedzieć, że miecz opadł. A kolumna mierzy 44:2=22 metry. Oczywistym jest żart o tym „a imię jego 44“.

Aha, Kasia skończyła filologię polską i przyznała się, że nie przeczytała Lalki. Dopiero teraz zabrała się za tę lekturę. Świetnie pokazana Warszawa. Może wrócić? Przypomnieć sobie to romansidło?

Ej, kto nakręcił Lalkę na 3 litery?

Ken 🙂

(zobaczcie ostatnie zdjęcie w tym wpisie)

Po spacerze, wracając do domu, postanowiłem obejrzeć mecz w dawno niewidzianym miejscu. I byli też dawno niewidziani znajomi. Po drugim nie za bardzo zimnym piwie koledzy po prawej zapytali:

– a nie napijesz się z nami Maciek wódki?

– jak to nie?

No i namówili mnie cholera. Wydaje mi się, że nie wypiłem dużo, chyba. Dziś wiem jedno – wódka, to twój wróg, tfuj. Nie piję więcej. A kolega proponował ucztę gruzińską wczoraj. To ja powiedziałem, że chętnie ale nie dziś. Nie powiedziałem mu, że nie jem po 18.00. Jeść, nie jem, ale napić się niestety napiłem. Wódka to zło!

Dziś przejechałem 30 km na rowerze i nic. Nadal kac i łeb pęka. Poszedłem nawet na trening do mego senseja Nafy Radala.

IMG_6358

Pomachałem rakietką i nadal nie widać poprawy. Po tym wuefie wpadłem do smażalni ryb na węglowodany, bo sensei mówi, że teraz to w mięśnie wszystko się zamieni.

Co do zobaczenia stolicy naszej w czasie międzywojennym, polecam Króla Twardocha!

Ulica Mostowa patrzona z Barbakanu (jest tam taki fajny niebieski budynek, Mostowa 8) ma nazwę taką, gdyż prowadziła na most, drewniany most. XVII wiek. Przeprawiać się można było tylko 30 lat, bo kra trafiła w most. Przedłużeniem Mostowej jest ulica Boleść. Bo w budynku, gdzie pobierano opłaty później zorganizowano miejsce Kary i Poprawy, czyli coś na modlę poprawczaka albo więzienia. Później była tam prochownia, Teatr Stara Prochownia. Teraz miejsce komercyjne. Można wynająć na event.

Eh, można by prawić o tej Szwajcarskiej Warszawie i prawić. Świetna lekcja historii. Może kiedyś opowiem o Kościelnej i Franciszkanach, i ocju Józefie i synach Janie i Jakubie Fontana, i o najwyższej swego czasu kamienicy czynszowej, i o naszej gwieździe nauki Marii Skłodowskiej-Curie i jej przyjaźni z Albertem Einsteinem. Może.

IMG_6353

To może ja do rzeczy przejdę, bom tytuł dał jednoznaczny.

Nie byłem nigdy jakimś zapalonym fanem Lady Pank. Ale lubiłem ich bardziej niż Maanam, czy Republikę. Płyt nigdy nie kupowałem, nie pożyczałem. Ale znało się hity i nuciło.

W 1983 roku wydali debiut LP1. 11 z 13 utworów pojawiło się na Liście Przebojów Programu Trzeciego, z czego 6 wylądowało na 1 miejscu. Ponoć ewenement, rekord świata i kosmosu. Żadna inna płyta nie powtórzyła tego sukcesu. W Stanach ponoć Bad wspomnianego wcześniej już Króla Popu może poszczycić się rekordem w kategorii “najwięcej numerów 1 z jednej płyty”. I chyba Katy Perry i jej Teenage Dream– 5 numerów jeden.

A najwięcej piosenek w Top10 z jednej płyty – Jackson Thriller, Bruce Springsteen Born in the USA, Janet Jackson Rhythm Nation– 7 utwórów.

Także jak widać, Lady Pank gwiazdą wielką jest i basta. Mnie osobiście ich muzyka znudziła. Przestałem słuchać, a nawet przełączać jak leciało w radio lub TV.

I teraz pojawiła się ciekawa reedycja z okazji 35-tych urodzin. Zaprosili gości.

I słucham jak wariat. Wszystkie teksty pamiętam! Wykasowałem sobie ex-Beatlesa (żarcik) Artura Rojka, bo się nie da słuchać jego miauczenia albo beczenia.

Myślałem, że Maleńczuk to pomyłka w tym projekcie. Ale z każdym odsłuchem jest coraz lepiej. Świetnie pasuje do Tańcz Głupia Tańcz. Kto jak nie on może zaśpiewać ten tekst!

Najświetniejsza jest … Kasia Nosowska, również jak Michael Jackson, wpsomniana wcześniej w tym wpisie. Jej -10 w Rio re-we-la-cja!

Podoba mi się jeszcze duet z Lechem Janerką Pokręciłomi się w Głowie, znane wcześniej przeze mnie jako Someone’s Round the Corner, czyli próba Lady Panku podbicia Zachodu.

Muzycznie muszę wspomnieć o projekcie małżeństwa, które trzęsie szołbizem na świecie. Najbardziej wpływowi, najbogatsi i naj naj naj – The Carters, czyli Kłin Bi i jej mąż Jaj Zet. Bey ponoć ma koncert na Narodowym 30 czerwca. Czemu ja to przegapiłem?

Długa historia krótko o tym nowym projekcie. Jay Z zdradził Beyonce. Awantury z Solange (siostrą/szwagierką) w windzie znane są . Małżonka po paru latach wydaje ścichapęk Lemoniadę, gorzki album o przemyśleniu, o żalu, o wybaczeniu. Wiadomo, dramaty osobiste się sprzedają. Adele i jej 21 i 25 świetnym przykładem. Brytyjka odbierając Grammy za album rokku rozpłakała się prawie mówiąc, ze najlepszy album nagrała Beyonce i to jej nagroda się należy. Rok tem zdradliwy mąż wydaje 4:44, czyli album o tym, jakie miał pokusy, jak zdradził, jaki był głupi, jaki on szczęściarz, że ma taką żonę i że ogólnie głupi i ślepy.

Czyli mądry Polak po szkodzie. Ale co się nazdradzał, to jego, nieprawdaż?

No i 2 dni temu. A może i 3. Małżeństwo/Państwo Carterowie wydają album Everything is Love. Takie przyśpiewki o tym, że „oessu, nie wierzymy, że nam się udało [przetrwać ten kryzys małżeński]“.

A z innych głębokich tekstów:

Fuck you, fuck you, you’re cool

 

Powiem tak, ja tam ich lubię. Razem, solo w kolaboracjach. No lubię i już.

 

Leżąc na wznak przed oczami mam 
z “ekspresiaka” wciąż nagłówki dwa: 

“Minus 10 w Rio” 
“Dżuma w Santa Fe” 
Wszystko obok mija 
Jak wariata sen

west coast part 4, czyli death valley

Zdjęcia/Pictures

Mój organizm powiedział NIE. O 3 rano czasu wsochdniowybrzeżowego, po mniej niż 3 godzinach snu (?), obudzonym został przez budzik. O 6 wylecieliśmy nad pacyficzny brzeg. O 9 rano czasu zachodniowybrzeżowego podziwiałem LAX. Zawsze wydawało mi się, że to takie nieprzyjemne lotnisko. Duże, tłoczne, niemiłe. A tymczasem okazało się odwrotnie. Może terminal był domowy, to tak właśnie tam jest.

W Miescie Aniołów byliśmy na początku lutego 2010 roku. Było jakoś nieprzyjemnie, miasto nie zrobiło na nas wrażenia – Kodak Theatre, napis Hollywood, Beverly Hills, Universal Studios, Santa Monica Blvd, Venice Beach, Mullholand Drive, zachód słońca w Malibu. Ale jakoś bez szału.

A teraz? Miasto oblane słońcem. Jakieś radośniejsze, zachęcające.

Podzielone autostradą. 7 pasów w jedną, 7 pasów w drugą stronę. Czuć wielkomiejskość. Ale to największa aglomeracja USA.

W wypożyczalni pyta się chłopiec dokąd jadę.

– do Doliny Śmierci

– aha, przepraszam, a mogę się zapytać po co?

– zawsze chciałem jąodwiedzić

– ale tam nic nie ma. Pustania i droga pośrodku. Byłem tam raz

– właśnie po to. Przejechać się po pustyni, pochodzić po kanionach. Też mam nadzieję, że będzie to jedyny raz

– [bardzo dziwnym głosem] aha

Na dojechanie do miejscowości Beatty (czytaj: bidy) miałem wg map 4 i pół godziny.

Po godzinie doszedłem do wniosku, że albo się zdrzemnę na poboczu w aucie na 2-3 godziny, albo poszukam jakiegoś motelu 6 i się wykąpie i prześpię. Ale nie, dojechałem. Nawiem zimny dmuchał po pysku.

Co chwilę w Dolinie Śmierci wysiadałem na zdjęcia. Przy punkcie opłat wisiał termometr – ponad 100F. Do tego wiał mocny wiatr, czyli czułem się jak w piekarniku z termoobiegiem.

Mój organizm się zagrzał. Czułem się jak w Moab, kiedy dostałem udaru. Dowlokłem się do hotelu, zameldowałem się. Kurczę, ludzie tu są tak przemili, jak w Utah. Młody chłopiec ze spokojem, uśmiechem i cierpliwością opowiadał i udzielał odpowiedzi na moje pytania. W pokoju okazało się, że nie ma mydła, ani szamponu. Na szczęście sklep Family Dollar obok. O 16 wykąpanym legł w łożu. Na 2 godziny. O 18 wstałem i poszedłem coś zjeść. Cały czas mną trzęsło. No pięknie, udar słoneczny pierwszego dnia. Umrę w tej wiosce.

Beatty, to największa dziura jaką widziałem w Stanach … na razie. No może poza Patterson, bo tam same złodzieje mieszkajo, więc mamy z nimi kosę.

O ile Tropic w Utah było małe, to było zadbane, tursytcznie ogarnięte. Tu, jest syf. Trailery bardzo popularne, dużo zniszczonych budynków użytkowych i mieszkalnych. Zaniedbane miasto. I można w restauracji palić.

Zaszedłem do restauracji polecanej przez recepcjonistę. Ponoć jakiś lokalny wow lokal.

Wchodzę i pytam, czy mam usiąść, czy zaczekać, aż ktoś mnie usadzi.

– wpisz się do książki

– ok

Po wpisaniu się pytam, czy mogę wybrać stolik. Pani rzuca na ladę menu i coś tam burczy. Przeglądam menu, nic nie rzuca się w oczy. Ale widzę kątem oka babkę z fajką w buzi!

– to tu można palić?!

– tak

W lokalu obok pytam:

– do you have hot soups?

– we have hot chilli

Zbiła mnie z pantałyku.

– but it’s not a soup, right?

Pani kelnerka skonsternowana.

Klientka przy barze poleciła lokal obok, który z kolei był nierekomendowany przez chłopca z hotelu.

Wniosek: korupcja i łapówkarstwo na tej wsi!

Często jak się pytasz, czy mają „hot tea“, to się dziwią i trzeba 2 razy powtarzać. A jak pytasz o „hot soup“, to już w ogóle nie rozumieją o co pytasz.

No nic. Dotelepałem się do pokoju. Cały w drgawkach. Już miałem szukać sklepu z termometrem i pigułakmi. Już widziałem, jak odnajdują moje zwłoki po 2 dniach (przy takim upale, po 2 dniach będzie śmierdzieć). Ale jak to zwykle wtedy mówię sobie:

– ale ty durny Maciek. Organizm powiedział NIE, prześpij się najpierw i jutro rano panikuj.

Tak też uczyniłem. Obudziłem się rześki o 6 rano.

Aha, nasz hotel nazywa się Attomic i ma ufoludki, które strzegą naszych pokoi. Fajnie.

Wyruszyłem w park. Zabrałem ze sobą 5 butelek wody.

I tu powiem tak, słońce, upał, ekspozycja na słońce to nie żarty. Nigdy w życiu nie wypiłem tyle wody. Dolewałem do butelek kiedy się tylko dało. Żar niemiłosierny. Choć nie, to jeszcze nie był niemiłosierny. Tylko 113 F (ok. 42C).

Na Zabriskie Point poszedłem na szlak. Tylko 5,7 mili pętelka. Radosny, w podskokach lecę sobie i dopiero później mnie olśniło, że to ponad 9 km. Widoki piękne. Szło się między takimi górkami, po chyba wyschniętym strumyku. Słoneczko świeci. Jest fajnie.

Doszedłem do kolejnego punktu, połowy pętli. I widzę, że godzina z powrotem. Porozmawiałem z panią ranger’ką, która powiedziała, że ta trasa na prawo jest krótsza ale odsłonięta na słońce. Na początku płasko, później lekko pod górkę.

Wybrałem ją, skoro przyszedłem jedną trasą, to nie chciałem wracać też nią. I tu dramat, kryzys. Płaskie, jak płaskie. Szybko się skończyło. Pod górkę było mniej zabawnie. Ledwo człapałem. A pani ranger’ka się jeszcze na odchodne pyta, czy chcę wody, bo ona zawsze ma zapas. Nie, po co, mam w plecaku jeszcze. Dwie butelki miałem.

Pierwszą wypiłem w 20 minut. Nastała panika, nie było strzałek na trasie. Horror. Ale szedłem takim korytem rzeki, więc twierdziłem, że strzałki niepotrzebne, bo nie ma gdzie zboczyć. Żar, słońce świeci prosto z góry (a było po 10 dopiero). Idę i już widzę, jak mam omamy, jak siadam przy ścianie w cieniu i już nigdy nie wstaję. Zobaczyłem znak „Zabriskie Point Trailhead 2,1 km“. Tyle, to ja w 20 minut oblecę! Już miałem wszystko skalkulowane. Żadnych przystanków, nie marnujemy energii i czasu na zatrzymywanie się. Wody wystarczy. Idę!

I znowu, jak w Utah. Fajnie się schodziło na początku, ale koszmarnie się wraca pod górę na koniec. Widziałem ludzi na wzgórzu, już widziałem koniec. To utrzymywało mnie przy życiu. Resztkami sił wszedłem. A już byłem bliski legnięcia na ziemię i mieniawszystkiego w dupie. A niech mnie rozdziobią … no właśnie, co? Jaszczurki chyba tylko.

Wszedłwszy na górę powiedziałem sobie, że dosyć chodzenia na dziś. Czacha dymi. Teraz tylko zwiedzanie punktów widokowych.

Ta, jasne.

Na jednym wzgórku, przy Artist Drive spotkałem kolesia co wyprowadził się z Miami i jechał gdzieś na granicę Oregon/Cali się osiąść. Dobra gadka z panem była. Zawodowy fotograf. Twierdzi, że w ciągu roku, jak się zmieni układ sił w Kongresie i Senacie, to Trumpa odwołają.

Samo Artist Drive przecudne! Wąska, jednokierunkowa droga. Widok, za widokiem. Sama radość. Country muzyka w tle. I o to chodzi.

Ze dwa lub trzy razy zatrzymałem się na parkingu koło Polaków. Bardzo młodzi ludzie. Potrafiący się zachować. Nie to co kiedyś – wstyd się przyznać, że ja też Polak. Fajnie. Brawo nasi!

A tak, to – niemiecki, francuski, włoski czasem.

Pod Natural Bridge porozmawiałem z ludźmi z Missouri.

– my grandmother was from Poland

– You know what, everybody has somebody from Poland

– yeah, you’re right

 

Duże wrażenie zrobiło na mnie wyschnięte morze. Była to wielka biała połać. Wyschnięta sól. A gdzienieniegdzie nawet jeszcze wilgotna. Można było też natrafić na kałuże z wodą.

Ruiny młynu, to były prawdziwe ruiny. Trzy ściany bez dachu.

Podróż przez park rewelacja. Czasem miało się uczucie, że się płynęło po tej drodze.

Ludzi na szczęście nie za dużo. Uwielbiam to w Dolinie Śmierci, że jest różnorodna. Masz pustynię, masz górki, masz kaniony, masz doliny, masz wydmy, masz wyschnięte morze, masz bezdroże. Tylko to słońce. Oj trzeba uważać. Połowa nas to woda.

Utrata 2% wody jest poważna. 15% – śmierć!

Rodzice powinni dać mi na chrzcie Hipochondriusz, czy coś.

Aha, i podoba mi się płyta Taconafide pt. Soma 0,5 mg, czy jak to tam. Trudno. Podoba mi się i już.

Spać, jeść, pić, jak tamagotchi! (…) Kiedy zamykam oczy, widzę łąkę z windowsa

 

« Older posts

© 2026

Theme by Anders Noren — Up ↑