Tag: sobota (Page 1 of 2)

co ci zrobię jak cię złapię?

“Ja bardzo przepraszam, ale podejrzenia panów są całkowicie bezpodstawne. Ja niczym nie handluję. Ta pani przyszła do mnie w tym kożuchu i w nim wychodzi.”

Chyba nigdy nie zdarzyło mi się nikomu zabrać ubrania przez pomyłkę. Do tej pory raczej moje rzeczy też były nie ruszane przez obcych. Do czasu …

Raz pamiętam, jak siedziałem w barze osiedlowym późno. A bo gadałem z barmanką. Później przyszedł Piotrek, jej chłopak. A jeszcze później Rachel, lektorka angielskiego z Australii.

A właśnie, dziś jadać w autobusie zobaczyłem informację, że najwięcej, bo bez mała 700 000 w Polsce jest Piotrków. Ciekawe czy policzono Piotrków Trybunalski (uśmieszek).

I tak sobie gaworzyliśmy we czwórkę. Okazało się, że Rachel ma taki sam telefon jak ja – iFon 6S. Na jej wyświetlaczu było zdjęcie jakiegoś chłopca – Maćka – jej bojfrenda.

Zbieram się ja do wyjścia, bo godzina duchów nastała. Biorę telefon z baru i kieruję się ku domowi. Przed blokiem sprawdzam, która godzina i się wystraszyłam. Ale szybko pomyślałem, że może pijany jestem. Albo, że nie wiem co to jest. Na tapecie telefonu było zdjęcie jakiegoś faceta. No mocno mnie to zszokowało. Co jest do cholery? – pomyślałem. Aż tak pijany nie jestem, żeby sobie tapetę zmieniać. I od kiedy mam pęknięty ekran?

skończywszy moje wywody, dotarło do mnie, że to telefon Rachel.

Nastąpiło bicie się z myślami – wracać i zmarnować prawie 20 minut, czy iść spać i jutro wszystko wyjaśnić. Ale oczywiście wzięło górę to pierwsze wyjście. Też bym nie dał rady zasnąć, gdybym nie wiedział, co się dzieje z moim telefonem.

W barze Rachel panikowała, a barmanka Złota ją pocieszała – a mówiłam Ci, że Maciek wróci, jak zorientuje się, że nie swój telefon wziął.

Spotkaliśmy się później po roku lub dwóch. Udawała, że mnie nie zna. Hmmm

Dziś wyskoczyłem do Restauracji Akademia. Jemy sobie pysznie. Kątem oka widzę w połowie biesiady, że wieszak, na którym zostawiłem odzienie jest prawie puste. I na domiar tego, mojej kurtki nie widziałem. Ale pomyślałem sobie – pewnie przewiesili – i nie martwiłem się.

Przy wyjściu z lokalu zrobiło się wesoło, bo okazało się, że kurtek nie przewieszali. Pan manager przepraszał, oferował własny płaszcz, obiecywał obdzwonić wszystkich klientów (na szczęście wszyscy mieli rezerwacje, więc są namierzalni), sprawdzić monitoring. Przepraszaniom nie było końca. Mówiłem, żeby nie przepraszał, bo to nie jego wina, że ogólnie ciekawa to historia. Chyba tabletki zaczęły w końcu działać, bo jakiś naprawdę spokojny jestem (przymrużenie oczka).

No nic, zobaczymy czy jutro zadzwonią do mnie z info, że zguba się znalazła. No co za historia! – jakby to powiedział Słodkokwaśna.

A jedzenie było smaczne – tatar na dobrej wołowince, a mielony prawie jak u mamy. I kto powiedział, że przy plus 2 stopniach trzeba chodzić w odzieniu?

gryzę się …

… i się tnę.

Ugryzłem się w środę w lewy polik (od środka). W czwartek przegryzłem bąbelka na prawym poliku (afta jakaś, czyli też we w środku). A dziś coś pod językiem sobie dziabłem. Chyba grzanka z suchara mnie załatwiła. No gryzę się jak nic.

W weekend obierałem sobie warzywka i jak to mam w zwyczaju, obskrobałem sobie paluszka. U nasady palca wskazującego lewej ręki też mam jakieś cięcie.

Weekend minął sympatycznie. W piątek u Słodkokwaśnej zjedliśmy pyszne kanapeczki japońskie z ryżem.

Mniam i mlask. Ta z burgerem i podwójnym serem obłęd. Ta z bawetką (bavette) też spoko.

Dodatkowo kolega zaśpiewał viral pt. Jebać PiS. Tekst bardzo prosty. Dodaliśmy również, parafrazując imprezę urodzinową Piaska – i Konfederację. Śpiewak obchodził 50-tkę i Nergal (gość zaproszony) wrzucił na insta story taki to ich wybryk. Piasek chyba w TVPiS robotę przez to stracił. Dobry ten kolega.

Sobota minęła leniwie. Się po mieście się przeszedłem się. Bo słonecznie było. Ale pioruńsko zimno. Miałem do Piotrusia G. dołączyć na sanki, bo kolega z dziećmi się bawił przy moście Śląsko-Dąbrowskim. Ja też przy tym moście byłem, tylko z drugiej strony. Pędziłem do domu, bo zimno, bo siku się chciało.

Wyjście z domu w sobotę było w stylu Pan-Hilary-Gdzie-Są-Moje-Okulary. Guzdram się, zbieram. A już buff do zakrywania twarzy naciągnięty na szyję. Czapka zarzucona na łeb. Słuchawki!? Gdzie są moje słuchawki!? Biegam po pokoju i szukam. Po kilku chwilach dotarło do mnie, że …

Na mieście postanowiłem podbić do pewnego muralu. Słoneczko jednak mocno dawało. Ale mam już 4 pory roku.

Dziś smutna wiadomość – odszedł Pan Ryszard Szurkowski. Pamiętam, jak kilkanaście lat temu, w 2006?, w 2005?, grałem z kolegami z pracy w tenisa. Bo do jakiejś sekcji sportowej się zapisałem i mieliśmy rozgrywki międzyzakładowe. Było nas 3, w każdym z nas inna krew, ale jeden przyświecał nam cel. Za kilka lat mieć u stóp cały (tenisowy) świat. Nie udało się.

Każdy wie, jak się gra w tenisa we 3. Słabo. Także koledzy pykają, a ja się kręcę i rozglądam. Na korcie obok zobaczyłem samotnego pana. Staliśmy w sumie obok siebie. I pan zaproponował skrzyżowanie rakiet, bo jego partner nie dotarł. Od razu poznałem pana Ryszarda. Musiał mieć wtedy coś koło 60 lat. Już stałem przy linii końcowej, już zamachiwałem się rakietą, jak partner naszego mistrza wpadł spóźniony. No i nie skrzyżowałem rakiet, nie zagrałem.

O panu Ryszardzie znam jeszcze jedną dykteryjkę opowiedzianą przez brązowego medalistę olimpijskiego z Barcelony, pana Kajetana Broniewskiego (kajaki). Mówił, że kiedyś w większej grupie poprosił mistrza o przejażdżkę na rowerach. Jadą sobie i jadą. Amatorzy poprosili o zaprezentowanie poziomu olimpijskiego. Pan Ryszard powiedział, że odliczy do trzech i rura. Jak powiedział, tak i zrobił. Pan Kajetan powiedział, że nawet przez chwilę nie dotrzymali mu … kroku (można tak powiedzieć w tym przypadku?).

Ponoć Trumpowi chcą zrobić impeachment. W sumie jest za późno, ale chcą się zabezpieczyć przed ewentualnym, kolejnym startowaniem tego pana w wyborach. A taki impeachment uniemożliwi to.

I taka refleksja.

Z Korą się spotkałem. Z panem Ryszardem się spotkałem. I z Trumpem też. Hmm.

niektórych rzeczy nie da się odzobaczyć

ale da się odsłuchać. Ciekawe.

Mózg nasz płata figle. Raz coś zobaczymy, co nas wzdryga i chcemy szybko o tym zapomnieć, i koniec. Widzimy to co jakiś czas przed oczami. I psuje to nam dzień, humor i powoduje, że robimy „brrr”. Dlatego też przestałem oglądać mecze naszej reprezentacji w piłkę kopaną. Tego się po prostu nie da oglądać.

A z tym odsłuchaniem też jest podobnie. Kiedyś podesłałem pani prof. ze Szczecina filmik z piosenką „Gdzie jest słonko, kiedy śpi” i ją trafiło. Napisała mi nawet, żebym szedł w cholerę, bo teraz ta piosenka chodzi za nią cały dzień. Ha!

 

Nie będę sypał przykładami, czego nie należy oglądać, bo nie da się tego odzobaczyć.

Aha, jeszcze małe sprostowanie na temat milicji. Wczoraj kolega, emerytowany policjant przesłał mi filmik. Pan redaktor zagadywał grupkę młodych mężczyzn pod NBP w Warszawie. Okazało się, że to przebrani milicjanci. Kiedy zaczął ich pytać co tu robią, czy są funkcjonariuszami policji, młodzi się szybko usunęli z kadru. Mój kumpel pod filmikiem napisał mi tylko, że jako policjantowi w stanie spoczynku jest mu wstyd. Kiedy się te protesty skończą?

 

No dobra, co słonko widziało? Otóż wczoraj byłem nieposłuszny. Plany weekendowe się zmieniają szybko. Znajomi się przerazili zarazy i lockdown’u i zostałem sam w domu. Postanowiłem nadrobić zaległości filmowe. Barek pełen alkoholu, dobry film, cóż za pyszna sobota. Ale na sam przód stwierdziłem, że może coś na trzeźwo obejrzeć. I to już był poważny błąd. Pamiętam czasy, kiedy ze Słodkowaśną oglądaliśmy świetne filmy z serii „Tego się nie da oglądać na trzeźwo”. Pisaliśmy pijackie SMS-y do Pana z Europy na K., że dobry film widzieliśmy. Nasz przyjaciel próbował oglądać i szybko odpisywał, że nie da się tego oglądać. Albo „czy naprawdę ten film mi się podobał?”. Dziwne, ale wtedy nie wydawało mi się, że żałuję, że oglądałem, że chciałbym coś odzobaczyć. Polecam filmy: Maglownica (1995) i Ślimaki (1988).

No to wczoraj łożę się na sofie, odpalam Netflix i przeglądam. Milion tytułów, ale oczywiście nic ciekawego. Wchodzę w polskie kino i widzę ten ostatni film, tego miliardera, co rok temu na Mazurach podwoził motorówkę kelnerkę. Do żony już nie dopłynął. Tragiczna historia.

Film nagradzany, z pozytywnymi recenzjami, z międzynarodową obsadą (m.in. Bill Pullman, ten od Lost Highway Davida Lyncha). No to myślę sobie – to jest to!

The Coldest Game/Ukryta Gra dzieje się w 1962 roku głównie w Pekinie/PKiN. Kilka ujęć też jest z Brooklynu.

Przypomniało mi się, jak jakiś czas temu Pan z Euorpy na K. dzielił się ze mną informacją, że widział, że zna i że bardzo nie poleca. Że lepiej nie oglądać. Ale jak wiemy, Pan z Europy na K. jest starszym dziadem, więc co on tam może wiedzieć. Nie zna się. Także nie posłuchałem rad kolegi. Nieposłuszny byłem.

Odpalam film i patrzę. Jest Brooklyn, jest Warszawa, jest … nudno. Ten film jest po prostu zły. Niby jest jakaś historia, motyw przewodni, ale kompletnie nie wciąga. Ta gra w szachy też taka jakaś nijaka. Niby grają, ale nie wiadomo jak. Pach, pach i zwycięstwo. Pach, pach i proponuję remis. I chyba też są jakieś duże skróty myślowe w wątku głównym, bo w pewnym momencie cofnąłem się o pół godziny, do pewnej sceny, bo myślałem, że coś przegapiłem, nie załapałem. Ale nie.

Jedyny plus tego filmu, to fakt, że często mówią po rosyjsku.

Niestety filmu nie da się odzobaczyć. Panie z Europy na K. jest pan starszy, więc mądrzejszy. Teraz to już wiem. Powinienem był posłuchać.

 

madonna może sobie śpiewać

Bitch, i’m madonna.

 

Ja niestety ani królową, ani królem popu nie jestem.

Niefortunnie się do selfie ustawiłem i wyszło, co wyszło.

 

 

Dziwka jakaś, bitch! Wyjaśniam, że dziś pojechałem na grzyby. Przejeżdżałem przez ulice i Praw-dziwka, i Muchomora.

Wczoraj pyszności jadłem u Słodkokwaśnej. Pastrami kanapka (mlaaaaaask) oraz karaś smażony (nacięty, żeby się małe ości wysmażyły. Było mniam).

 

Do tego Alcorythm, żeby dziś było cacy (polecam serdecznie ten napój). I do tego pani Słodkokwaśnej narobiła kapusty kiszonej (z octem). Nawet słoik do domu dostałem, ale już dziś zrobiło się pół słoika. Chyba dzieci zjadły.

Polecamy ze Słodkokwaśną film na Netflixie – White Boy Rick. Z Matfiu Makonahy (nie pamiętam jak się on pisze. Matthew McConagh… no nie wiem). Film jest o najmłodszym informatorze FBI. Zwerbowali chłopca jak miał … 14 lat. Detroit w 1985 roku wyglądało koszmarnie. Bałbym się tam mieszkać. Bardzo fajna kreacja młodej, brytyjskiej aktorki, która zagrała ćpunkę, siostrę młodego informatora.

Widziałem też Trailer Park Boys/Chłopaki z Baraków. Nie wierzyłem co ja paczę! Absurdalne, durne, ale … wciągające.

 

W sobotę poszedłem dookoła Jeziorka Czerniakowskiego. Lubię tam spacerować. Za każdym razem coś nowego odkryję. Zauważam, że pandemia spowodowała, że ludzie gromadnie spacerują tam. Nie ma galerii handlowych, to trzeba coś robić. Wcześniej na moich spacerach mijałem z jedną, dwie osoby. Teraz co chwila dzień dobry mówię.

 

Dziś pyszny rower. Pogoda akuratna. Niestety na mojej trasie od groma pieszych. Wcześniej spotykałem jeden rower i jednego człowieka. Teraz za bardzo nie było okazji, żeby się do 20 km/h się rozpędzić. Także drzewa były mijane bezpiecznie.

Muszę się przyznać, że wykorzystałem dziś dzieci Państwa z Europy na K. Wiedziałem, że Pan z Europy na K. pojechał na włości, więc dzwonię do szanownej małżonki. Okazało się, że jednak z nim się włości. To do dzieci dzwonię. Najpierw do mojego BFF-a. Oczywiście nie odbiera, bo pewnie nie słyszy. Na szczęście starsze dziecię odebrało i się umówiłem. W oponki chciałem dmuchnąć, bo Pan z Europy na K. ma taką sprytną pompkę. Podbijam do dzieci i mówię, że trzeba nadmuchać koła do 3,5 atmosfer. I tak żartem mówię do Bąbelka, żeby brał się za robotę. I co ja paczę!? Młody zaczyna mi wentyle odkręcać. Niestety trochę ciężka robota, bo sporo powietrza uszło, zanim mój BFF założył końcówkę pompki. Licznik pokazywał 2 atmosfery (nie wiem w jakiej jednostce pokazuje). Na szczęście siostra Bąbelka włączyła się do akcji i koło nadmuchane. Poprosiłem o kawę i młody zajął się ekspresem. A często bywało tak, że jak Pan z Europy na K. pytał się, czy chcę kawę, to mówił – to se zrób.

Piję sobie i konwersuję ze starszym dzieciem i oczywiście, jak zawsze, kawę wylałem. Pewnie pytacie się, czy zmyłem podłogę? Ha, nie!

Dobre są te dzieci. Takie pomocne. Może trzeba sobie załatwić jakieś? Ponoć w kapuście można znaleźć. Przejeżdżałem dziś koło pola kapusty. Nie było.

 

Nienawidzę prasować, to miałyby co robić. Toaletę bym nauczył sprzątać. Jak kamień z kabiny prysznicowej usunąć. I takie tam inne. Dobrze by było, gdyby miały 18 lat, to po fajki i po bronksa mogłyby same pójść. A jak byłyby młodsze i miało przynajmniej z metr 20, to do lodówki mogłoby sięgać, po piwo. Sama wygoda i korzyść te dzieci. Ooooo, i przecie 500+ dają!

 

zły w oczach

To był bardzo wzruszający, emocjonalny weekend! Łzy w oczach miałem.

Przede wszystkim pogoda nie była taka ostatnia.

Zaczęło się w sobotę. Iga Świątek podbiła Paryż. Mistrzyni turnieju Wielkoszlemowego French Open/Roland Garros.

Jeździłem sobie dookoła Lasu Kabackiego.

Polecam tę ścieżkę. Można w kilku miejscach wyrżnąć w drzewo. Taki slalom gigant. Ale kask na głowie, pyś się cieszy i jazda. Zjechałem do baru koło 15.30 i co ja patrzę! Nasza Iga wygrywa 3-0. Zamówiłem grilla, piwo, skorzystałem z toalety i siadam. Oj! 3-3. Chyba pecha przyniosłem naszej. Ale oglądam. Piękny pierwszy set. Jak ona gra! Drugi set to chyba już kontuzja albo zdeprymowanie przeciwniczki. Co prawda na początku drugiej partii Amerykanka urodzona w Moskwie przełamała Igę, ale kolejnych 6 gemów padło łupem Polki. Ależ dziewczyna gra odważnie. Nie boi się. Zmienia tempo. Ręce same zaczynały bić brawo. Po ostatniej piłce łzy mi napłynęły do oczu.

Szkoda, że Radwańska nie wygrała takiego turnieju. Ale cóż, ona nie miała nigdy siły. Technicznie była genialna. Potrafiła taktycznie dobić przeciwniczki. Tylko jak się nie ma siły, to łatwiej dobiec do piłki. Poza tym trafiła na generację bum-bum, czyli Siostry Williams, Azarenka i Szarapowa. I też chyba niefortunnie się stało, że została przy tym swoim trenerze Wiktorowskim. Ale nie ma co gdybać. Radwańska rozsławiła Polskę. Szkoda, że olała totalnie reprezentowanie kraju podczas Igrzysk w Londynie i Pucharu Davisa. Ale nazwisko w świat poszło. Na US Open 2009 roku zamawiając picie i jedzenie pan zapytał skąd jesteśmy. I jak usłyszał Poland, to od razu skumał Radwańska.

Mam nadzieję, że teraz Iga będzie taką samą ambasadorką. Fajnie! Do przodu, po swoje! 19 lat i taki sukces.

Wzruszające również były gratulacje od legend tenisa, od Naomi Osaki (mistrzyni US Open 2020, była numer 1), od męskiego numeru 1 Novaka Djo-covida, od Lewego, od Radwańskiej.

Wiem, że może nie wszyscy się interesują tenisem, ale trzeba zaznaczyć, że to co zrobiła Iga Świątek jest wyjątkowe.

– jest najmłodszą zwyciężczynią turnieju od 1992 roku (Monika Seles była ciut młodsza, a jakie osiągnięcia ma pani Seles każdy wie)

– jedyna nastolatka od 1997, która wygrała ten turniej

– jest najniżej notowaną zawodniczką, która wygrała turniej od czasów wprowadzenia oficjalnego rankingu (1975)

– wygrała turniej bez straty seta (kilku osobom to też się udało. Rafa Nadal zrobił to wczoraj po raz 3 lub 4)

– żadna z przeciwniczek nie ugrała w całym meczu więcej niż 5 gemów z naszą Igą

– żadna z przeciwniczek nie ugrała w secie więcej niż 4 gemy

– tylko dwie przeciwniczki (na 7) zdołały uniknąć wyniku 6-1 w secie.

– jest pierwszą Polką, która zdobyła tytuł wielkoszlemowy w singlu (wśród Polek i Polaków)

I tak w ogóle, to miło się jej słucha po angielsku. Nie dość, że fajny akcent, to jak na 19 lat, mądrze mówi. Jest skromność i ta dziewczęcość. Brawo Iga!

 

W sobotę wieczór zostałem zaproszony do Słodkokwaśnej. Żeberka i tatar. Uf, prosto, nie trzeba było stać przy garach za bardzo. Ale jak zwykle, dań wyjechał na stół koło północy. Do dziś boję się na wagę stanąć. Całą niedzielę pościłem. Dopiero koło 20 poszedłem na pizzę do Segmentu. Robert akurat coś eksperymentował przy plackach i postawił mi na stole … gwiazdę.

Popróbowaliśmy i stwierdziliśmy, że chyba nie. To nie jest dobry czas na takie wypieki. Choć te rożki wypełnione słonym serem fajne. Zamówiłem sobie pizzę z serii „Wiesz co, zjadłbym pizzę, ale nie wiem jaką”. I super w Segmencie jest to, że właściciel już wie, jak mi dogodzić. Jego drugi pizzer też jest kreatywny, ale jemu trzeba podpowiedzieć z czym ta pizza miałaby być lub nie. W sumie sytuacja jest win-win. Bo ja smacznie się najadam, a oni eksperymentują. I tym razem zjadłem nowość, która się pokaże za niedługo w menu. Mniam i mlask!

Na koniec pan właściciel podsunął mi talerzyk z rybkami. Czy znam – pytał się. Bo brat przywiózł z Białostockiego. No znam – mówię mu – Czasem robię sam. Kolega nie znał. Ale te rybki takie nie w moim smaku. Ciut za słodka zalewa. Kolega też chyba fanem nie został, ale wszystko ze słoika wyjadł.

Okazało się, że Polska gra. Choć gra to może za dużo powiedziane. Przynajmniej wyglądali lepiej niż w meczu z Holandią. Restauracja Segment jest fanem Legii i polskiej reprezentacji. I to tyle w temacie futbolu.

Tatar został przyrządzony z mięśnia sercowego. No kawał klocka. 1,8 kg. Po oczyszczeniu już tylko 1,4 kg. Ale 6 zł za kilogram, także żadna strata. Tatar pyszka. Polecamy serdecznie. Bardzo delikatne mięso. Na grubych okach trzeba mielić.

Żeberka takie jakieś ciut przy suche miejscami. Ale lepsze niż te moje z 7 marca.

I polecamy serdecznie alcorythm. Może nie będę mówił do czego to służy, bo wyjdziemy na jakichś alkoholików, ale sprawdzony to produkt. Działa. W niedzielę samopoczucie bardzo dobre. I wydaje mi się, że w sobotę, jakoś ciut po północy, pani Słodkokwaśnej zasugerowała, że mnie do bramki odprowadzi. Zróbcie w końcu ten domofon! Żeby nie trzeba było się fatygować z gośćmi do wyjścia.

 

Także w niedzielę obudziłem się objedzony. Rower był krótki, bo jakoś nie za bardzo było ciepło, jak się pędziło na dwóch kółkach. Ale za to spacer po lesie był jak ukojenie. Jesień polska w połączeniu z promieniami słonecznymi jest bajkowa na łonie natury. Fajne kolory.

To była niedziela jak się zowie.

 

A dziś przeczytałem, że, od wiosny 2021, po 110 latach Czesi przestają produkować Lentilky. Powodem jest zmiana receptury i opakowania – informuje czeska stacja Radiožurnál. Germania będzie teraz to robić. To już nie będzie to samo. Łzy w oczach!

 

j j

Dziś się wietrzyłem na rowerze. Ładna pogoda, trzeba było korzystać. Wczoraj w sumie też jeździłem. Fajnie, w miarę ciepło, ale piździ jak w kieleckiem. Jak jechałem na południe, to 11 kmh na liczniku tylko. Czyli wrażenie, jakby się w miejscu stało. Więcej nie dałem rady. Wczoraj był tour de Las Kabacki. Bardzo przyjemna pętelka, bo nie wieje i fajnie się śmiga między drzewami. A dziś pojechałem wzdłuż Wisły. Przed Mostem Północnym zawróciłem, bo rurociąg leżał. Oczyszczalnia ścieków Czajka. Zawróciłem i do domu pognałem już przez Nowe i Stare Miasto. Przy Łazienkach na Ujazdowskich zauważyłem piorun i zachmurzenie. Chyba tak szybko nie pędziłem przez miasto. Kompletnie nie widziało mi się pedałowanie w deszczu. Prawie bym zdążył. Ale na Stegnach wsiadłem już w autobus, bo zaczęło kapać dużymi kroplami. Taka to dziś przygoda była.

A zdjęć sobie przy okazji porobiłem. Widzę, że za każdym razem jak jestem na Starówce, to ludzi coraz więcej. Kiedyś w słoneczną pogodę w czerwcu było pusto. Jakby miasto wymarło. A teraz? Ludzi sporo.

Wczoraj bawiłem się u Arka-Zegarka. Ledwom się dodzwonił. Powiedziałem koledze, że albo zmieni imię, albo ja go muszę przechrzcić w swoim telefonie. Ta durna Siri nie potrafi wybrać numeru.

– hey Siri, call Arek G….

– Irek?

– no. Arek

– Jarek

– no you stupid, call Arek G….

– calling Daniel G…. (brat Arka-Zegarka)

– no. A-R-E-K

– REK?

Cierpliwość się skończyła. Umyłem ręce i zeskanowałem twarz. W kuchni akurat pracowałem i kończyny górne były w użyciu, także sterowanie głosem byłoby wybawieniem. Ale nie było.

Się szczęśliwie umówiliśmy i spotkaliśmy. Kolega zaproponował babkę ziemniaczaną, a ja boczek. Chyba Arkadiusz krokodyle łzy wylewał nad tarkowanymi bramborami, bo się okazało, że dwie blachy w piach! Jedna z cebulką, druga z boczkiem. Przesolone jak cholera. Mam wrażenie, że na kilo ziemniaków poszło kilo soli. Arek się załamał. Mówił, że pierwszy raz coś mu się tak przesoliło. Żona Urszula powiedziała, że z kapustą kiszoną i śmietaną to nawet nawet. Hmmm, kapusta kiszona? Wiadomo w naszym wieku kiszone dobre na jelita. Albo koleżanka … Choć nie słyszałem, żeby o kolejnym dziecku mówili. Czyli jednak konsumuje kapustę dla lepszej perystaltyki jelit i odporności. Jesień nadeszła. Wirusy szaleją. Trzeba się bronić i chronić.

I tak sobie siedzieliśmy. Do picia zaproponowałem rum z kolą, sokiem pomarańczowym i sokiem ananasowym. Zgodnie stwierdziliśmy, że z tym ostatnim smakowało nam najlepiej. Mlask.

A boczuś? No cóż, prosta klasyka. Kilo boczku, łyżeczka soli, pół łyżeczki cukru. Smarujemy skórę i do pieca. Na spód wkładamy blachę z wodą. Nad nią ruszt z boczkiem (skórą do góry). 180 stopni i 60 minut. Góra-dół, bez turboobiegu. Później jeszcze 15 min grzałka z góry i jest! Chrupiący boczek. Dzięki Słodkokwaśna za przepis.

Wybiliśmy z głowy małżonki programy typu Twoja Twarz Brzmi Znajomo i posłuchaliśmy radia Nowy Świat. Dużo JJ w ciągu jednej godziny leciało.

JJ? Oh, pamiętny road trip na West Coast z Państwem z Europy na K. Vegas, Wielki Kanion, Park Joshua Tree, San Diego, LA, zachód słońca w Malibu, Santa Barbara, Mojave, Vegas. Eh! W Las Vegas oczywiście wiadomo co było grane. W naszym hotelowym kasynie MGM Grand troszkę kasy puściliśmy. Ale później się przenieśliśmy do innego domu hazardu. Ja w kieszeni miałem tylko 100$, ale później los się uśmiechnął i zrobiło się 1 000. Black Jack. Przy stole siedziała para i koleś z Serbii albo z jakiegoś innego kraju post-Jugosłowiańskiego. Dziewczyna jak usłyszała, że my Polacy to zaczęła zachwyt.

– ojej. Ja jestem pół-Polką! Mój tato jest Polakiem

– a znasz Polski?

– nie.

– a tato gdzie się urodził?

– tu. Jestem Kate Kabanoski, z Orange County. A to mój chłopak JJ (czytaj: dżej dżej)

– ssup! – przywitał się JJ. Oczywiście stylówkę miał odpowiednią do inicjałów.

 

I gra się jakoś wesoło kręciła. Jak się każdy z nas dorobił, to nam stół zamknęli.

Poszliśmy z Panem z Europy na K. do knajpy/kasyna (tam wszystko ma kasyno. Nawet na lotnisku) Hooters. Eh, to już nie to samo. Z opowieści słyszeliśmy, że kelnerki powinny być inaczej ubrane. Niestety nie były eksponowane hooters.

Później wylądowaliśmy w innym kasynie i z tego 1 000$ zrobiło się dużo mniej. Dużo, dużo mniej. Miałem o 6 rano tyle w kieszeni, że w sumie, to nic nie mogłem za to kupić.

Cóż, raz się żyje. Do Vegas już nie wrócę. A przynajmniej do kasyn w Vegas. Śmierdzi i jest jakoś … smutno. Ludzie żyją nadzieją, że za chwilę wygrają milion. Złudna to nadzieja.

Co do JJ. To właśnie w radio grali pewną panią. Mówię do znajomych, że chyba rocznica śmierci była jej. I że któryś z tych dwóch jakoś niedawno obchodził też rocznicę zejścia. I faktycznie, wiki pokazała, że 4 października mija 50 lat od śmierci Janis Jolin. Parę tygodni wcześniej, 18 września, Jimmy Hendrix się pożegnał. A 3 lipca już 1971 roku – Jim Morrison. Wielka Trójka dołączyła do Klubu 27 w ciągu niecałego roku. Smutny czas.

Oh Lord, won’t you buy me a color TV?

Arek się wczoraj mnie pytał, czy nie chciałbym kupić telewizora. Nie, po co?

tańczę polskie tango

 

Miałem pisać wczoraj. Ale nie udało się bo …

– nie było jakoś czasu

– wpadło mi do głowy „Moje serce to jest muzyk”

 

Przechadzałem się po bazarze i gdzieś usłyszałem Ewę Bem śpiewającą. I przepadłem. Do końca dnia nuciłem sobie

Moje serce to jest muzyk,
Który zwiał z orkiestry,
Bo nie z każdym lubi grać.
Żaden mu maestro nie potrafi rady dać.
Moje serce to jest muzyk improwizujący,
Co ma własny styl i rytm,
Ale gdy gorąco kocha
Wtedy gra jak nikt
.

A mnie się Taco bardzo podoba nowy. Bo tekst ma fajny. Bo dźwięki ma jakieś inne niż normalnie. A rok temu na moim odtwarzaczu często grało „Człowiek z dziurą zamiast krtani”. No płodny artysta.

 

Po tym bazarze tak się przechadzałem szczęśliwy, gdyż z apteki wracałem. Nabyłem opaskę. Koleżanka mnie zainspirowała. Siedzieliśmy ostatnio na dworzu i jej komary nie cięły. Pochwaliła się czerwoną, sprężynkowąopaską wokół kostki. Ale czemu wokół kostki, to szczerze nie wiem. Najważniejsze, że opaska działała! A, w aptece w Best Mall’u kupiłam – poinformowała mnie Ania.

 

I wczoraj byłem w galerii handlowej i zaszedłem do apteki po tran, który się okazał w super cenie promocyjnej. No to skoro taka oszczędność, to pomyślałem, że dam szansę opasce. Pani magister sięga do szafki i widzę, że w ręku ma opaskę, ale … różową. O, nie! – pomyślałem – tylko nie różową. Na szczęście pani miała w garści różne kolory. Padło na niebieską, która będzie podkreślać kolor oczu mych.

Wczoraj był debiut. Siedzę z Agą i z Rafałem u nich na Ursynowie w Coco i mówię, żeby usiąść na zewnątrz. Akurat się stolik zwolnił. O kurczaczki! Latające krwiopijczynie w trymiga nadleciały do nas. Aga na szczęście miała Mugga, a ja założyłem swoje zabezpieczenie. Czy ja wiem? Początek był masakryczny. Nie mogłem się opędzić. Już się wystraszyłem, że jakiś przyciągacz na komary kupiłem, a nie repelent. Ale po chwili się uspokoiło. Także działa.

 

 

 

Wracawszy do domu zauważywszy manifest z administracji. Z pieczątką i podpisem jakiegoś pewnie magistra. Czyli należy się ustosunkować i przestrzegać. Eh. Same „uprzejmie prośby” ze strony tej instytucji.

Dziś nadszedł dzień w kuchni. Pan od mięsa miał w końcu kaczkę. Rozebrał mi ją ładnie. To się teraz maceruje. Jutro pieczenie.

W sklepie zauważyłem ośmiornicę w cenie promocyjnej. To wziąłem. W piątki zazwyczaj jem mięso. Zrobiłem wszystko-co-mam-w-lodówce risotto. Z ośmiornicą w roli głównej. Nawet pyszne. Mięso nie było gumowe. Nieźle.

Ale najważniejszym daniem była premiera w moim wykonaniu – cytrynówka. Kolega mi zdradził przepis. Sprawdzony. Postanowiliśmy zrobić cytrynówka challenge. Zobaczymy. Na razie kumpel z żoną zakończył 10-dniowy detoks i pojechał na wczasy. Ale jak wrócą? To kto wie. Mój napitek będzie na pewno inny, bo użyłem brązowego cukru. I chyba też mniej słodki będzie, bo ten cukier jakiś mniej słodki jest. No zobaczymy. Ciekawskim jest szalenie.

Kto ty jesteś? Polak mały (Polak mały)
Jaki znak twój? Torba z białym (torba z białym)
Gdzie ty mieszkasz? Na strzeżonym (na strzeżonym)
W jakim kraju? W tym popierdolonym (uh)
Czym ta ziemia? To mój zamek z piachu (zamek z piachu)
Czym zdobyta? Propagandą strachu
Czy ją kochasz? Bardzo, mówię szczerze
A w co wierzysz? W nic nie wierzę!

 

podaruj mi trochę słońca

https://www.youtube.com/watch?v=4rn42R63Xts

 

wczoraj żem się ostrzygł i ogolił. Samodzielne dzieło numer 3. Hmm, za drugim razem jednak poszło mi znakomicie. Wczoraj tylko dobrze. Nastawiam ja ci lustereczka w pokoju kąpielowym, żeby się zobaczyć dookoła. Żeby sprawdzić czy do ludzi można wyjść, czy kapelusza szukać. Kręcę sobie główką we wszystkie strony i co ja paczę! Biały pasek na karku! Ale wioska. O dziwoto, nie przejąłem się tym zbytnio. Opali się – pomyślałem. Podbijam do okna zobaczyć jak świat wygląda. Okazało się, że słońce zaszło. Ooo. A do sklepu miałem iść.

Poszedłem więc, rozglądając się wokół, czy nikt mnie palcami nie pokazuje i się nie śmieje. Ale nie. Wszystko w porządku. Także fryzura krótka jest i jest mi z tym dobrze.

4 lipca pożyczyłem kilku amerykańskim znajomym wszystkiego dobrego, pojeździłem z Panem z Europy na K. na rowerze (każdy na swoim) i pojechaliśmy do Państwa G. Na labę, na picie, na jedzenie, na popatrzenie na siebie z bliska. Ostatni raz się widzieliśmy w większym gronie 7 marca u mnie. Także po prawie 4 miesiącach nadszedł czas na rewizytę.

Spotkanie udane. Troszkę marketingu i PR sobie porobiłem. Pozyskałem 2 followersów mojego bloga! Także sobota owocna.

Sernik ponoć palce lizać. Delikatny, smaczny, puszysty. No mi też smakował, ale ja zawsze krytyczny wobec siebie jestem. Mam jednak nadzieję, że ludzie prawdę mówili i chwalili szczerze.

Jestem pod ogromnym wrażeniem ogrodnika Państwa G.! Pięknie wszystko wygląda. Trawa jak na murawie boiska piłkarskiego. Kołysząca się ławka wygodna, ognisko ładnie ukamieniowane, tzn. otoczone kostką. Szklarenka niczego sobie. Tu porzeczka, tam porzeczka. Tylko zrywać i zjadać. Ciekawym jest pomidorów. Te sklepowe są kompletnie bez smaku. Kiedyś znajomi dali mi kilka domowych pomidorów i smak dzieciństwa wrócił. Mam nadzieje, że Państwo G. coś mi sprezentują.

Wczoraj to ja zachowałem się jak Pan z Europy na K. u mnie w marcu. Już na rowerach prosiłem go, że gdzieś zajechać i coś przetrącić, bom głodny był. Ale nie. Kazał się powstrzymać.

– wieczorem zjesz – mówił

– Ale to wieczorem dopiero za 5 godzin. Z głodu zdechnę

– arbuza zjedz

– mam arbuza!

 

W tym sklepie, com był były takie mini arbuzy. Kupiłem jednego i wsadziłem do lodówki. Po rowerze był jak zbawienie. Ni to jedzenie, ni to picie. Albo to i to zarazem.

 

No i pojechaliśmy do Państwa G., i tak jak pan z Europy na K. u mnie, komunikuję na wstępie, żem głodny jest. I się rzuciłem na talerze. Najpyszniejsze ze stołu były liście cykorii z wkładką mięsno-zielono-śmietanową. Muszę zapytać Olimpii jak to zrobiła. Zeżarłem połowę na dzień dobry. Oliwki z czosnkiem też szybko schodziły. Na szczęście Piotruś nastawił grilla i się zajadaliśmy warzywami, serem, mięskiem i pyszną kaszaneczką. A ta kaszanka chodziła za mną od jakiegoś czasu. Nawet jak jechałem do Państwa G. to się zastanawiałem, czy będzie ta czarna kiełbaska. Ale żem się głodny zrobił, jak tom pisał.

Bobu sobie chyba zaraz zadam. W końcu potaniał i można było kupić. Chore są ceny w tym roku.

 

I na rower! Ku słońcu. Pasek na karku dopalić!

loki nakręcone

a z oczu pada deszcz.

nie uwierzycie co za mną chodzi! Swego czasu (maj?) najlepiej sprzedająca się płyta w Polsce. Sanah i jej „Królowa Dram”. Naprawdę niezły pop. Troszkę proponuję poprawić wymowę/dykcję. To znaczy proponuję troszkę poprawić. Ale brzmi to fajnie. Proszę pana! Po co mi ta spina?

 

Buteleczki nagazowane to można pić bąbelki. Butelek ci u mnie niedostatek, ale te przyjmuję chętnie. Jakiś taki Władek II Jagiełło się zrobiłem. A co?

W ostatnich dwóch dniach deszcz mnie zlał … pod domem. Pech!

Byłem dziś na sushi. A mam takiego japońskiego żarłoka Piotra. Wiadomo. W poniedziałek Piotra i Pawła. Imieniny tego sklepu. To podbiegłem do kumpla, bo mieszka 10 km ode mnie. Przekąponowałem się i polecieliśmy na japońskie. Ohi Tashi (smażony szpinaczek. Po co mi ta ta szpina?) wziąłem sobie na przekąskę. Mniam i mlask. Polecam Sakaba sushi. Kolega to taki żarłoczek i jak widzi jedzenie, to cieszy się jak dziecko. Ale sam skubany gotuje lepiej niż Magda Gesller albo Gessler. Zawsze bierzemy łódkę, podajemy kwotę i prosimy, żeby spoza karty nam coś do tej łódki zapakowali. No mniam i mlask!

Jeszcze później u przyszłego solenizanta popróbowaliśmy balentyny 12-letniej i Bolt po mnie przyjechał. Ciekawy kierowca. Ukrainiec. Po rosyjsku nie można było mówić, bo w jego rejonie mówią po ukraińsku albo po ichniemu (gdzieś pomiędzy Kijowem a czymś tam mieszkał). Zapytałem go o Czarnbobyl. Atrakcja turystyczna. Nie dziwota. Kiedyś mnie Piotr od sushi namawiał, żeby tam pojechać. Ale ja mówię „nie”. Bo później w formularzu o darmową czekoladę mam pytania różne i mogą mnie zdyskwalifikować. A podatki same się nie zapłacą.

Śmieszna rozmowa z Victorem:

  • no chujowo było – mówi. Nie wiem jak powiedzieć
  • to po rosyjsku powiedz – mówię mu
  • хуёво
  • aaa, chujowo
  • tak

Się dogadaliśmy.

Pamiętajcie, za ponad 7 godzin zaczyna się akcja. Długopisy w dłoń, maski na twarz. Wypad!

 

nadciąga noc komety

Wizje chodźcie do mnie

Blisko najbliżej

Zostańcie w mojej głowie

Najdziksze sny

https://www.youtube.com/watch?v=cjcz3kYlU2U

 

 Cholery można dostać. Ręka do góry, kto ma tak samo?! A może to Noc Kupały, Sobótka, Pierwszy Dzień Lata? Lata mi to. Fakt jest faktem, że raz na jakiś czas jakaś melodia, jakiś utwór zakrada mi się do głowy i tam zostaje! Najgorsze, że to są najgorsze piosenki.

Od samiuśkiego rana nucę „nadciąga noc komety” i nie może mi to się wybić z głowy. Czy wszystko ze mną dobrze, panie doktorze?

Na szczęście ten przebój nie jest taki ostatni. Lubiłem głos Felicjana Andrzejczaka. I ta Urszula wewtle niczego sobie. Lubię jak Ule śpiewają.

Jakoś gorąco się zrobiło. Tak niepostrzeżenie lato nadchodzi. Wczoraj u Słodkokwaśnej nam się rzutnik zagrzał. Musieliśmy dokończyć Ozark na lapsie. Jak dawniej. My przy stole, a komputer na blacie kuchennym, metr od nas. Jezioro fajne. Polecam serial. Nikt się na końcu nie spodziewał, że mordercą jest …

A mnie się dziś coś mój laps nagrzał, bo musiałem go z ud zabrać na stół. Lato idzie jak nic.

Popatrzyłem ja ci dziś na moją wieżę i nie wierzę, ile nań i weń kurzu. Czas chyba odkurzyć. Jak to śpiewał kiedyś germański duet Modern Talking Yamaha, Ja ma sołl. Fajna na moja wieżyczka. Dzięki panie z Europy na K. za pomysł kilka ładnych lat temu. Pianocraft mi się bardzo podoba i służy. Dziś jest Record Store Day w Polsce, czyli #winylowasobota. Nie mam gramofonu, ale myślałem kiedyś o nim. Wybiłem to sobie z głowy jednak szybko. Przecie ja jestem już tak leniwy, że CD mi się już nawet nie chce przełączać. A co dopiero mówić o krótkich stronach płyt winylowych? Więcej chodzenia i przewracania, niż słuchania. Ale, żeby nie było, jako fan muzyki postanowiłem posłuchać dziś muzyki z mojej kolekcji płyt kompaktowych. Streaming dziś niech odpoczywa.

Miało być na wesoło, ale przeglądam ja ci mój zbiór i stwierdzam, że słucham tylko smutnej muzyki. Trafiło na Petera Gabriela i jego Us. Oj nie, sorrki, wymiękam po drugim utworze. Za smutno. Życie jest piękne, a słuchając tego ma się ochotę żyły sobie otworzyć. Może sobie Śmieci włączyć i ich debiut pt. Garbage. Tam pani śpiewa o mnie:

I’m only happy when it rains (…) I only listen to the sad, sad songs

 

Nie, chyba nie. Sobota jest. To może Gwałciciela sobie zaproponuję.

 

Wracając do natręctw. Kiedyś mi do głowy wlazło „gdzie jest słonko, kiedy śpi, czy wilk zawsze bywa zły”. I napisałem o tym do pani prof. ze Szczecina. A ta mi odpisała, żebym szedł w cholerę, bo cały dzień też to nuci. Ha! Zaraźliwe to widać jest. To ręka do góry, kto dziś ponucił to poniżej

 

 

 

 

 

« Older posts

© 2026

Theme by Anders Noren — Up ↑