Tag: Słodkokwaśna

o kurczaczki!

Pamiętam jak nie dalej, jak ze z miesiąc temu (pisownia oryginalna) schodziłem sobie ulicą Dolną do domu. Nagle, tak ścichapęk, jakiś dużych rozmiarów chłop, w mniej więcej moim wieku, zaczął mnie nagabywać i na swoje ptaszki pokazywać. Nie, dziękuję – rzekłem szorstko, bo nie lubię jak mnie ktoś nagabuje. W myślach mówiłem mu – odejdź zarazo! Nie jem mięsa. Ale na głos tego nie powiedziałem. I zaraz skarciłem się, nadal w myślach, że przecież drób to nie MIĘSO! Ale ty mądry Maciek! Bo każdy Polak wie, że mądry Polak po szkodzie.

Ale pan był ogólnie o miłym wyrazie twarzy, więc nie było w tym nagabywaniu nic nietaktownego, niemiłego czy agresywnego. Poza tym, obok niego jakaś niewiasta też się do mię uśmiechała. Ale zajęta była jechaniem na szmacie. Chyba otwierali swój wyszynk – taka myśl mnie naszła. Cholera, może byłbym ich pierwszym klientem? – taka konstatacja, po której nastał żal, że nie dałem się nagabić (jest w ogóle taki wyraz?)

Na tej Dolnej to nic nie ma, więc zaskok tym nagabywaniem jak najbardziej wysoko posybilny. Jakiś duży koleś ludzi zaczepia. W biały dzień! No weź pan!

Na Dolnej to ja tylko rower do przeglądu ostatnio oddaję, bo fajna obsługa i jeszcze za 100 zł sprzęt umyją.

Także ta buda z kurczakami jakoś nierealnie wyglądała. Fatamorgana wręcz jakaś. Jak tu może coś być, skoro na tej Dolnej nic nie ma?

W ostatni poniedziałek wyskoczyłem na lunch do Foodtown, na kanapkę do Fatdaddy joint. Przy wejściu widzę brudny rower – oho, pewnie GrubyTatuś we własnej osobie jest – wydedukowałem. Zamówiłem nowość – zestaw lunchowy. Sam Słodkokwaśna mi kanapeczkę wyostrzył, bo my razem często na ostro jemy i się znamy, co to znaczy hot and spicy. A tak w języku lengłidż napisałem. Niech i mój blog liźnie tego światowego blichtru.

Jako że w poniedziałki o około 13:33 zamieniam się w głodnego morsa, to od razu zabrałem się za pałaszowanie sałatki z klopsikami i banh mi pate z omletem.

Pogadałem ze Słodkokwaśną (autor fotki powyższej). Wstępnie na spotkanieśmy umówili się (pisownia oryginalna) na następny, pierwszy grudniowy, weekend i that’s it, czyli już. Rozstaliśmy się.

Wieczorkiem dostaję Di-eM’a (przyp. autora: DM – direct message na Instagramie) z pytaniem, czy znam kurczaki Taki Taki na Dolnej. No to prędziutko odpisuję koledze, że to przecie te ptaszki z rożna. Kultowe kurczaki z rożna, co takie halo było parę lat temu o to, że szpetna buda nie komponuje się zacnie z Traktem Królewskim. Ktoś z mądrych czytelników gazeta.pl zapytał w komentarzu, czy te szpetne wieżowce za budką się wpisują. Ostatecznie kurczaki z rożna dostały ultimatum – albo zmiana budy na bardziej wyględną, albo zmiana lokalizacji. Efekt: jest nowy kiosk.

Dodaję jeszcze do Słodkokwaśnej, żeby do Pana od Państwa z Europy na K. napisał, bo on przecie tam mieszkał kilka lat będąc już niemłodym studentem. Pamiętam, że odwiedzając go, kilka razy nabywaliśmy tam ptaszka i pałaszowaliśmy go w domu przy ul. Piaseczyńskiej.

 

Wstawka, reminiscencja z mojego życia:

Często odwiedzałem znajomych z liceum w Warszawie podczas lat studenckich. Kilkukrotnie stałem na tym skrzyżowaniu i patrzyłem hen hen ku południu myśląc „ale tam dalej nic nie ma. Szeroka droga. Pewnie to już koniec Warszawy. Zadupie jakieś”. Hmmm, to musiał być rok 1998? 1997? Hmmm, 7, czy też 8 lat później zacząłem codziennie jeździć Traktem Królewskim na moją Sadybę. Także ul. Dolną i te kurczaki mijam co dzień, śmiejąc się jakie ja miałem wtedy wyobrażenie o stolicy. Albo nie miałem.

Słodkokwaśna odpisuje, że to chyba nie te kurczaki. I wtedy mię olśniło! To przecie ten wielkich gabarytów nagabywacz i ta pani, i ta ich budka! Zgrabnie odpisuję koledze, że znam, że mijałem raz, ale nie jadłem. Kolega prosił, żebym odwiedził, przetestował i dał znaka, czy dobre i czy warto wbijać, bo Dolna trochę nie po drodze jemu.

Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan Maciuś Jegomość kieruje orędzie:

„Niech lub pozdrowiony będzie,

i niech każdy nadstawi ucha,

i niech każdy uważnie słucha.
Maciuś Jegomość, wielce wzruszony,

ogłasza na wszystkie strony,

że jak każe pradawny zwyczaj,

ptaszka w Taki Taki zjadł dzisiaj”

 

A taka parafraza Brzechwy na mym blogu. Mój blog i moje frazy, i parafrazy.

 

Tak, byłem, zjadłem i rekomenduję! Pyszota! Udało mi się zjeść połowę ptaszka na miejscu, bo jak powiedziałem, że chcę tak o wziąć na wynos i sobie jeść idąc (albo iść jedząc), to ten duży pan, co mnie nagabywał ze z miesiąc temu uświadomił mnie, że się nie da i że mogę tu zjeść, jeśli mi nie przeszkadza. Nie przeszkadzało, więc zaczekałem cierpliwie na swoją porcję. Kurczaki ładnie skwierczą w piecyku razem z ziemniaczkami. Takie ściśnięte te ptaszki. Jak dla mnie nowość. Garnirą jest nieśmiertelna, i znana na cały świat, sałatka colesław.

W sumie, to ten duży pan powiedział, że pół ptaszka mi pokroi, a pół zapakuje na wynos. Nie miałem nic naprzeciw.

Czekając na dań pokonwersowałem sobie z Państwem. W związku z tym, że Bolt i Uber miały jakieś fakapy cały dzień, to pan co chwilę wisiał na telefonie, a ja miałem więcej szansy pogwarzyć z panią (domyślam się, że to szanowna małżonka). W międzyczasie usłyszałem, że ten duży pan od nagabywania ma na imię … tak jak ja. Od razu zapytałem się o zniżkę dla Maćków.

Poinformowałem też, że w sumie to Fatdaddy mi powiedział o nich i dlatego się pofatygowałem. Sprawdzałem dziś ich profil na Instagramie i ku memu zdziwieniu zobaczyłem, że mają takie dni, że zamykają wcześnie, bo się wyprzedało wszystko. Poleciałem prędko i zameldowałem się jakoś po 14.00. Czynne!

Przesympatycznie mi się rozmawiało. Bardzo sympatyczni i otwarci ludzie. Pani nie wiem, jak się nazywa. Obstawiam, że Kasia, bo jutro Katarzyny i muszę pamiętać, żeby do ukochanej siostry zadzwonić z okazji urodzin i nie tylko.

Zjadłem tylko pół kurczaka, bom się objadł. Sosik ostry naprawdę zacny. Robi robotę. Ładnie gryzie w języczek. Pisałem już wcześniej, że często jak zamawiam coś na ostro, to dostaję jakieś ple ple. Także jak jest naprawdę ostro, to zauważam i doceniam.

Drugie pół kurczaka wziąłem do domu. Dołożyłem sobie colesława. Ziemniaczki darowałem. Na mojej ukochanej Sadybie dań jeszcze był ciepły. Mlask, mniam!

Polecam Taki Taki. Wrócę! Menu mega proste i krótkie. Słodkokwaśna aka Fatdaddy został zaalarmowany, że jest pysznie i ma wbijać.

Obok kurczaczków jest Carrefour, także można coś do przepłukania gardła kupić.

 

Jak Ula z Teksasu przyjedzie, to idę z nią na ptaszka. Wielki Pe też się ma zameldować niedługo w stolicy, bo z córką do Łodzi na lepienie pierogów jedzie. No dla mnie się jakoś miejsce nie znalazło. Pewnie się boi, że znowu jakiś mączny czar rzucę. Ale kolega leci później z Waw do Brukseli, więc jakoś ma być w stolicy, więc na ptaszka go wezmę. On wielkim fanem kurczaków z KFC jest. Chociaż wydaje mi się, że to nie są kurczaki. A Ula to pewnikiem dopiero w lipcu zawita. Uleńko, może na Boże Narodzenie spraw rodzicom prezent i wpadaj pod choinkę. To ode mnie ptaszka z rożna dostaniesz!

 

Taki dziś pyszny obiad miałem, że nawet nie przeszkadza mi, że dziś w radio na świecie celebrują 30-lecie odejście Freddiego Mercurego. A o Queen już pisałem kilka razy na blogu – nie grali, nie grają i grać u mnie nie będą.

za-duszki

Chyba mi zapożyczyli hasło na te protesty. Jestem pewien, że pisałem przed wyborami prezydenckimi odezwę do Dupy. Żeby pomykał chyżo.

 

Zagadka dla Jarka od mojego imiennika Stuhra:

  • Zaimek osobowy w drugiej osobie liczby mnogiej
  • Imię męskie Piotr po francusku
  • „tak” po rosyjsku
  • I Twoje ulubione: „kłamstwo” po angielsku

No wyszło mi:

Wy-Pierre-да-laj

“lie” napisałem fonetycznie, jakby co. Bo ludzie pomyślą, że języka lengłidż nie znam.

Niestety PAD nie pomknął chyżo, a Jarek pewnie też zostanie. No szkoda.

 

Szanowna i na wieki milcząca Pierwsza Dama przemówiła! Alleluja! Co się stało? Córka, przepraszam, to znaczy, doradczyni Prezydenta RP też się wypowiedziała. Ale jak Kinia coś powie, to już powie. W szkole pewnie miała najlepsze stopnie.

Najciekawsze jest to, że jak pokazują na gazecie PAD-a, to używają zdjęcia, na którym wygląda jak klasyczny dzban tęskniący za rozumem.

A z kolei Kinga pięknie się fotografuje. Taki inteligentny wyraz twarzy ma zawsze. No malowana lala.

A starej nie cierpię. Uważam, że to jakaś zła kobieta jest. Agata! Przecie to się z Babą Jagą kojarzy.

 

A propos prezydentów i prezydentówien. Dziwię się Oli Kwaśniewskiej. Jakieś bluzki z napisami po nie po polsku przywdziewa i atakuje prezydenta.

Olu, a gdzie byłaś, jak tatuś podpisywał konkordat i konstytucję? Matka też się ponoć uniosła u Moniki Olejnik i zaklęła szpetnie. Ale w ustach Prawdziwej Damy taki wyraz to czysta delicja i miód na uszy.

 

Ku wyjaśnieniu: napis na koszulce jest z serialu „Opowieści Podręcznej” i znaczy „nie daj się zgnębić suk…ynom”.

Ale i tak całą rodzinę Kwaśniewskich uwielbiam. Za poczucie humoru.

 

Dziś się zasmuciłem! James Bond umarł! W pięknym wieku. 90 lat! Lubiłem jak Sean Connery się pojawiał na ekranie. Tak ciut seplenił mam wrażenie. Ale robił to uroczo. Odpoczywaj w pokoju. Takich aktorów już coraz mniej.

Ostatnio zasłuchuję się w muzyce z lat 90-tych. I tak rok po roku sobie odtwarzam. Fajne te playlisty. Wszystko wynajdą. Rok 1990 to jeszcze ciągnie latami 80-tymi. Później już wyraźnie słychać powiew dekady końca milenium. Lubiłem wtedy nurt new jack swing. Teraz nie dam rady tego słuchać. Beat na jedno kopyto, teksty dramatyczne. Na początku lat 90. rządzi muzyka z USA, ale później już Europa dochodzi do głosu i to nieszczęsne euro techno, czy jak to nazywali. Jestem już w 1995 roku, czyli matura.

Ostatnio w radio Trujka pan prowadzący Marek Wiernik ładnie podusmował Johna Lydona aka John Rotten i jego różne formacje muzyczne (na przykład Sex Pistols).

3 akordy, darcie mordy.

Fajnie. W punkt. W sumie czemu nie. Punkowa muzyka nie była jakaś wyszukana. Lepsze to i tak od coco jumbo.

 

Przed 1 listopada się zawsze nastrajam grobowo. Dynie wyciąłem już dawno. Wczoraj wyrzuciłem drugą do śmieci, bo też spleśniała od środka. Filmy sobie patrzę. Dziś Fright Night z 1985 roku. Klasyka! Młody chłopiec odkrywa, że jego nowowprowadzony sąsiad jest wampirem. Łapka w górę poszła. Kupa śmiechu. Pamiętajcie, że jak spotkacie wampira i chcecie się ochronić krucyfiksem, to musicie w to wierzyć. Inaczej nie zadziała.

 

Dziś znalazłem artykuł o zmarłych, którzy dają nam znaki. O to u mnie na 100% dają znaki. Chyba pierwsza właścicielka czegoś chce. Choć artykuł mówi o bliskich, którzy nie są już z nami.

Zmarły pojawia się w naszych snach

Hmm, nie wiem. Nie pamiętam w sumie, czy śnią mi się zmarli. Muszę kiedyś się zastanowić jak będę śnił.

 

Migotanie światła lub przygasanie świec

Nie. Głupota jakaś. Nie!

 

Sprzęty elektryczne same się włączają

Tu już takiego stanowczego NIE nie powiem. Zasłona milczenia.

 

Zapach

Że niby czujemy zapach osoby zmarłej? Nie, naciągane to jest. Skoro ja używam perfum z Abercrombie and Fitch i umrę, to każdy, kto przejdzie się Piątą aleją koło sklepu pomyśli o mnie. Ale to nie będzie znak, że ja jestem gdzieś obok. Ja mam już wybrane osoby, które będę odwiedzał po życiu. Teksas mi się ostatnio bardzo spodobał 🙂

 

Zatrzymujące się zegary

Ponoć nie ma znaczenia jakie zegary. Będą się niby zatrzymywać o godzinie umarcia bliskiej osoby. Uff, całe szczęście, że ja nie wiem, kiedy kto odszedł. 21:37 tylko pamiętam, ale JP2 to żadna moja rodzina.

 

Piosenka

Jeśli nagle wszędzie słyszycie kojarzącą wam się z ukochanym zmarłym piosenkę, gra ją każda stacja radiowa, wydobywa się z głośników przejeżdżających samochodów i w odwiedzanych sklepach, to znak, że próbuje się on z nami skontaktować, przekazać nam, że nie odszedł, że widzi nas i towarzyszy nam w dobrych i złych chwilach. Co za bzdura!

Muszę sobie jakąś piosenkę chyba wybrać.

 

Motyle i ważki

Pośrednikami między światami są anioły, wróżki, elfy, rusałki. Symbolami tych stworków są motyle i ważki. Także jak je widzimy, to możemy mieć pewność, że bliscy są obok. I tu ciekawostką jest, że popularny tatuaż z symbolem motyla czy ważki oznacza, że nasi zmarli nadal są dla nas niezwykle ważni, są przy nas i chronią nas przed złem. Kolejna jakaś bzdura.

Jak śpiewała Kora „szczęśliwe chwile, to motyle”.

 

Pióra

Też jakiś symbol. Czyli kolejna bzdura jak dla mnie.

 

Zmiany temperatury

Aż mnie ciarki przeszły. Często się u mnie mieszkanie wychładza.

 

Brrr. Ale żem się przeląkł. Trzeba uważać na każdym kroku, żeby tylko bliskiego zmarłego nie spotkać.

Jutro 1 listopada. Cmentarze zamknięte. Muszę tylko nie zapomnieć zadzwonić do Taty. Cała rodzina w niedziele rodzona, a szanowny Tatuś w to wyjątkowe święto. Heh, pewnie święty jakiś.

 

Czas odpalić kolejnego horrora!

 

dylema

Mam straszny delemat. Jaki dać tytuł wpisu. Początek wpisu też może być trudny. Ale jak popłynie pierwsze zdanie, to flow już jest. Przynajmniej u mnie. A z tytułem, wiecie, jak jest. Trudno. Choć pewnie tylko słodkokwaśna wie z moich fanów jak to naprawdę jest. Bo on też widzę co chwilę jakieś smakowite kąski wrzuca na swój blog. Ciekawe czy wie, że ja już nie zaglądam na jego strony, bom się głodny od razu robię. Już i tak parę razy zwracałem uwagę, żeby te swoje pyszne kanapki wrzucał na Instagram wcześniej, a nie po 23, bo telefon mam ochotę zjeść.

Także tytuł wpisu ważny jest. Przyciąga. Odrzuca. Po prostu reprezentuje treść.

Miało być mądrze, bo lubię cytować znanych i mądrych ludzi. Miało być w tytule – Truskawków se narobię. Bo chciałem opowiedzieć, że relaks u mnie i czas odwyku.

Ale z kolei lubię też od razu do rzeczy przejść (mało brakowało, a napisałbym „od rzeczy pleść“. Takie przejęzyczenie. Przejęzyczenie?) – Ale mnie dupsko boli. Ale wolałem bez takich kontrowersji. Bo później będzie o tym, że blondyn bardzo nocną porą mnie odwiedził. To ktoś może sobie o jakichś bezeceństwach pomyśleć.

Po kolei.

Nie wiem, może zaklnę szpetnie dziś, bo tak mine dupsko boli i nie tylko? Wczoraj miałem kraksę rowerową. Jak leżałem na ziemi to usłyszałem „dobrze, że kask ma“. Tak, od niedawna w ka-ka-kasku jeżdżę. Jej! Dziś w pracy ktoś płyty Ka-ka-kai [ka-ka-kayah] rozdawał. Taki skecz mi się przypomniał o Stadionie Narodowym. Bo chyba nie ma co płakać i rąk załamywać, tylko trzeba iść do przodu. Co cię nie zabije, to cię wzmocni! Wódkę z redbullem też ponad 10 lat piliśmy i co? I się żyje się.

Jakaś głupia niunia wjechała we mnie. Jedzie pinda na rowerze miejskim i ładnie wygląda. Wiart we włosach, chłopiec obok, to se jedzie. Się wymijaliśmy i w ostaniej chwili głupia pinda zechciała podziwić okolicę, a dokładnie bulwar nadwiślany. Zerknęła na lewo tak, że lekko zjechała na lewo i się kierownicami zderzyliśmy. Głupia ma zawsze szczęście – pipa tylko się zatrzymała. Ja fiknąłem przez ramę. Technika padania opanaowana dawno. W dzieciństwie nie takie dzwony się zaliczało. Na nartach też na razie nie było połamania. Także amortyzowałem dłońmi.

Muszę zapisać – kupić rękawiczki!

No i dupsko se obiłem. Poprosiłem spokojnie lalkę (aż sam się dziwię, że nie obtańcowałem od stóp do głów), żeby patrzyła przed siebie i trzymała się prawej strony. Dziewczę się nawet nie odezwało. Tylko jej chłopiec, zignorowany w trymiga, coś przebąkiwał, że ja też nie trzymałem się prawej. Jacyś mili panowie w kaskach na rowerach zaczęli się mną przejmować. A może usiądzie, czy wszystko w porządku, może odpocznie, bo w szoku, rany przemyje wodą. Podziękowałem i poleciałem dalej. Dopiero w lesie zacząłem lizać rany, bo ta krew coś się sączyła z kilku miejsc. Ale nie dramatyzujmy. W lesie zobaczyłem, że telefonu ekran w drobny mak poszedł. Na szczęście folia na szybce była, więc ekran się trzymał. Ale gorzej było z wykonaniem czegokolwiek na telefonie. Cudem udało mi się wykonać FaceTime do Pana z Europy na K. ale ten myślał, że to prank call i tylko mi „?“ odesłał. W Amsterdamie ponoć był. To pewnie zasłuchany płytami winylowymi był. Wybaczyć? Wybaczam, bo postanowienie noworoczne było – być miłym dla ludzi. Palić, nie palę. Wódki też jakoś w tym roku mało piję. O! Jakiś perfekcyjny jestem.

Próbowałem do kolegi z pracy WhatsAppem się skomunikować. Ale też jakieś głupoty kolega dostał. Ale odebrał nie-wiem-jak-wykonane połączenie FaceTime. Muszę chyba zweryfikować listę najlepszych przyjaciół. Później telefon zaczął wydzwaniać do ludzi. Na szczęście trafiło na marszulla aka słodkokwaśna. No to musiałem mu opowiedzieć jak mi mijał dzień, bo jak do kogoś dzwonię to już chyba po coś, a nie żeby powiedzieć, że to głuchy telefon. No i szczęście w nieszczęściu, może uda nam się spotkać na weekend. Mówiłem, że kupiłem wódkę, której butelka zmienia kolor w zależności od temperatury. A skoro my po mat-fizie, to fizyka nam nie straszna i lubimy czasem łapać fazę. Toć możem się spotkać i popatrzeć jak się zmienia kolor szkła. Zobaczymy.

Dzięki moim uprzejmym przyjaciołom, kolegom, ludziom dobrej woli, udało mi się szybko zorientować co i jak w sprawie napraw ekranów. Pan pojawił się ekspresowo po 23 w nocy i zabrał telefon. Coś czuję, że to tyle w sprawie sprawnej obsługi. Pan się chwalił, że może w sobotę, jak nie w piątek!!!, telefon będzie jak nowy. A teraz się okazuje, że to w sumie nie wiadomo, czy mają na stanie ekran do iPhone 6S.

Chyba oleję temat nowego iPhone 8 i się przerzucę na 5SE. I na pewno daruję sobie te ochronki i kondomy na telefon. Od tej pory mój telefon będzie ładniewyglądający!

Pan powiedział, że i szkło hartowane nie dałoby rady.

Także nie mam telefonu. Mam za to służbowego Samsunga. Ale na szczęściem uzależniony od iPhone’a jest, to daję sobie czas relaksu.

Narabiam se truskawków z jogurtem albo bez. Siadam przed kompem i nic. Jakoś nie ciągnie mnie do seriali. Na 13 Rizonów Dlaczego tylko patrzę. Ale to tylko dlatego, że już przy końcu jestem i wypadałoby zakończyć to, co się zaczęło. Żadne bohatyry w tym serialu na smokach nie latają.

Truskawków dodaję również, wraz z miętą i sokiem z cytryny, do wody. Mniam i mlask na te ciepłe dni.

Kończę, gdyż jutro do roboty. Do roboty!

Aha, wpisy się kończy trudniej niż zaczyna.

18% baterii na lapsie poszło podczas tworzenia wpisu. Taka nowinka statystyczna.

Aha, kto umie mój służbowy numer, to proszę nań dzwonić.

Instagram hula na Samsungu, także odbieram (hasło zmienione, więc pan naprawiający nie będzie widział).

A tak to maile proszę słać (hasła również zmienione).

bb BB

strasznie mnie SłodkoKwaśna dopinguje, żebym te posty pisał.

bb BB czyli bye bye BlackBerry, czyli żegaj Czarna Jagódko.

5 lat temu firma sprawiła mi pierwsze BlackBerry. Fajny był to telefon. Maile się pisało, komunikator też prędko łączył i donosił. Z biegiem lat wymieniłem model, zabrałem go ze sobą, jak się rozstawałem z firmą. Po latach rozłąki ze służbową smyczą, jakiś czas temu otrzymałem nowego Czarnego Berry. Dwa identycne aparaty. Obłęd. Ale nic nie mówiłem, nosiłem oba. Ale od kilku miesięcy zacząłem kląć na telefon, szczególnie prywatny. Żadna aplikacja nie chodziła prawidłowo, nawet głupia latarka. Internet też beznadziejnie funkcjonował. Tylko te maile to była praktyczna sprawa.

Od tygodnia mam iPhone’a. Naturalna kolej rzeczy, zdawałoby się. Skoro od kwietnia mam makbuczka powietrznego, to iPhone był konsekwencją.

Wszystko pięknie się instaluje i hula. W końcu mogę znowu biegać. Bieganie nabrało na nowo sensu, bo endomondo już tak desperacyjnie nie szuka GPS-u, żeby podsumować moje rundy do Mostu Siekierkowskiego i z powrotem.

Nawet Spotify Premium chodzi mi po głowie. Już nie muszę się mordować z iTunes’em, żeby zgrać muzykę. Co prawda synchronizacja łatwa ale to trzeba zrzucić muzę z zewnętrznego dysku na maczka i podpiąć telePhone. A tak, z opcją Premium wszystko staje się proste.

Jedyny minus, to pisanie. Dotykowość nie jest taka straszna, jak mówią inni. Ale pisze się wolniej. No i ta autokorekta! Muszę poszperać i to jakoś wyłączyć.

Drugi, jedyny minus, to żywotność baterii. Jak na razie muszę go ładować co półtora dnia.

Podsumowując, na 100% zakupię we wrześniu iPhone’a dla ubogich, czyli wersję 5C. Kolor się jeszcze nie wybrał. Może zielony?

Muszę przejść do kwestii muzycznej, która zbulwersowała panią inżynier ze Szczecina, a mnie jeszcze bardziej! Domowe Melodie i ich super przebój „Grażka“. Ponoć to Trójka wylansowała. Nie słyszałem tego od samego początku lansu, dopiero po tygodniu do mnie dotarło.

Wracam sobie, jak co piątek, do domu z sesji kulinarnej u SłodkoKwaśnej i czytam sobie maile. Mamy taki zwyczaj, że z panią inżynier wysyłamy informację na temat tego co się dzieje na piątkowej Liście Przebojów Trójki. Najczęściej to ona donosi, boj a prawie co piątek na Osowskiej przebywam.I czytam sobie, ze cztery tygodnie temu – na drugim Grażka.

Myślę sobię, że pani inżynier ze Szczecina albo zwariowała albo napaliła się za dużo wesołych papierosków. Odpisuję jej – że co? Że kto? Myślałem, że się może przejęzyczyła. Może chodziło jej o Edzię? Ale każdy wie, że Edzia ma na imię Bartosiewicz. Ale nie, stanowczo mail mówił o Grażce.

Odsłuchałem tego cuda w kolejnym tygodniu. Koszmar i dramat.

Piosenka niby walcząca, z przesłaniem, taki protest song.

Grażyna zrobiła dziecko,

a teraz chce je wywalić

ze swojego ciała

oddać komuś za nic.

Grażyna pochodzi z domu

gdzie młode się topiło.

Jej ojciec też utonął,

jak z matką w tango płynął.

 

Grażka, Grażka

Weź przestań, bo do nieba nie pójdziesz.

Grażka, Grażka

Korzystaj, daj siebie unieść.

No może i protest song, może i ważne tematy ale styl, w jakim to jest nagrane woła o pomstę do nieba.

Tak żeśmy się zbulwersowali, że już miałem maila do Trójki pisać, że co do jest do jasnej ciasnej?! Napjpierw koszmarny Czech, później T’Love, a teraz to. No weź!

Poczytałem komentarze na Youtube. Śnię! Wszyscy w zachwytach. Że jakie to cudeńko, jaka słodka dziewczynka! Nie wierzę. W 2009 roku jak czytałem opinie o koncercie Madonny w Warszawie, to też byłem zszkowany.

To się zdarza drugi raz już. Czyli może ja się nie znam? Może i koncert Madge, i Domowe Melodie to cuda nad cudami? Tylko ja tego nie widzę?

Kilka przykładów opinii:

Słyszę to sobie w trójeczce, brwi się unoszą razem z kącikami ust i myślę sobie – Marysia Peszek coś nowego wysmażyła. To moje zaskoczenie roku! – no idiota!

110 Grazyn zajebalo focha. Albo 110 mocherow nie ma pojecia o czym jest ta piosenka.

Ciekawa melodia, ładna pani z pięknym głosem i mądra treść. Czego chcieć więcej? – jak to czego? Anihilacji takich artystów!

Na szczęście są też mądrzy na tym świecie:

Dziś TO “spadło” na drugie miejsce, Black Sabbath na pierwszym !! :)) Ja też nie pojmuję, dlaczego Trójka TO promuje :((

 

Wg mnie – głupi, prosta(cki) tekst. Dziwią mnie niektóre komentarze o lekkości tej piosenki i o tym, że poprawia humor…W zestawieniu słów (przekazu?) i lekkiej melodyjki widzę wręcz coś niemoralnego niż wartościowego. Naprawdę dziwi mnie ten zbiorowy zachwyt nad tą tanią biesiadą – zaraz, zaraz, ja tą autorkę komentrarza skądś znam! Ah, ten akcent Szczeciński! To pani inżynier!

I na koniec perełka:

Czy “artyści” mogliby przed upublicznieniem swoich “dzieł” posłuchać tego co nagrali? Dla mnie jest to kolejna kupa, która zalewa niepotrzebnie eter. Infantylność, prostactwo rzuca się w uszy. Głos dziewczynki harcerki. Takie plumkanie przy ognisku i niech przy tym ognisku to zostanie. Czyżby napisał to Łysiak – jedzmy gówno, miliony much nie może się mylić. Ale nie, ja omijam ten zespół szerokim łukiem.

 

Porzucam myśli o Grażce. Wczoraj pani inżynier nie doniosła, na którym to. Powiedziała tylko, że na pewno  nie na pierwszym. To ja już jej doniosłem, że na trzecie spadło. Uff, oby tak dalej.

Wczoraj mi chyba profil na Fejsie założyli. Znowu biesiada u Słodkokwaśnej. Ja jak zbawienie czekałem na pyszny deser, czyli tartę! No umie te placki Słodkwaśna robić. Choć wczoraj goście pojechali leciutko po mistrzu patelni – kurczak za słony, coś tam innego za słodkie. No nie znają się. Ja soli nie używam i stwierdzam, że kurczak był bardzo ok.

Kolega siedzący obok mnie zaszokował i dostał przez to ksywę Szpikulec. Kolega powysysał szpik ze wszystkich kostek kurczęcia. Od wszystkich pozabierał!!! No, Szpikulec!

No i tak się zabiesiadowaliśmy się, że znowu mnie ścięło z nóg. No tak w piątek mam, że zmęczenie dogania szybciej niż koniec biesiad. No i podczas nabierania sił na otomanie, czy też klasycznej sofie, zrobili mi fotę i powiedzieli, że profil na Fejsie założyli. Fejsbukowym fejsbukowiczom mówię stanowcze NIE.

Aaaa, słodkie focie też robiliśmy. Lula obleciała wszystkich z aparatem.

Na koniec sąsiad z naprzeciwka nam zwrócił uwagę. Dziwnie to wyglądało, bo koleś stał na balkonie i było ciemno. Koleżanka mówi – słyszę głos, ale nie wiem skąd to mówi.

Pan postraszył Strażą Miejską. Idiota.

Jak nasz balkon odrzekł mu – to niech pan doniesie, to koleś się chyba zreflektował i postanowił jednak nie być donosicielem. Nikt nie przyjechał. Poza tym ciekawe jakby wszedł strażnik, skoro domofon nie działa, a budzić ludzi po 2 rano, to nie wypada. Ale czemu po Straż Miejską? To nie do Policji się dzwoni? Dziwna ta Warszawa. Oj, trzeba tom paniom Prezydent odwołać chyba.

Zapomniałbym! Muszę zakonczyć wątek Debry, który pojawił się w komentarzach poprzedniego wpisu. Pani inżynier ze Szczecina jest niedobra, bo spojleruje! Ja nie powiem, czy Debrę zabili, czy nie. Ciekawostką jest jednak to, że Debra w kolejnym odcinku w swoich pierwszych 100 słowach powiedziała „fak“ we wszystkich odmianach tego wyrazu ze 150 razy chyba. Ale czy żyje, czy nie, to trzeba samemu sprawdzić.

Kurcze, jutro trzeba wstać o 5, co by do roboty zdążyć.

 

 

© 2026

Theme by Anders Noren — Up ↑