Tag: roadtrip

dobranoc, to będzie bardzo dobra noc

hejsan! Dawnom nie pisał, bom jakiś taki pozbawiony weny był. Ale co słonko widziało? Sporo.

Ale zacznijmy od końca. Od kilku wyborów mam zawsze taką naiwną nadzieję, że coś się zmieni, że *** już nie wygra. Słodkokwaśna zawsze mówił – co ty pierdolisz, *** wygra!

(a trzeba wiedzieć, że Słodkokwaśna daleka od popierania *** jest. No kolega po prostu mocno stąpa po ziemi).

Aha, używam 3 gwiazdek, bo jest cisza wyborcza i nie wiem, czy można agitować lub wręcz od-zachęcać.

Tym razem jednak mam realną nadzieję, że coś się zmieni na lepsze. Że jeśli nawet *** wygra, to już rujnować kraju nie będą. Obejrzałem filmik 10 października z udziałem szefa komitetu ds. Bezpieczeństwa. Mały, bezkarny człowiek. Miałem złość i łzy w oczach. Policji rozkazy wydawać może tylko komendant. Nie jakiś szef, czy nawet premier – tak to może podsumuję.

Mam szczerą nadzieję, że to będzie bardzo dobra noc dziś.

Kiedyś byłem fanem koła fortuny. Tak gdzieś na początku lat 90.

A co poza tym? Obwieszczam z dumą, że w lipcu, po bez mała 18 latach, zostałem wolnym człowiekiem. Bez kredytów. Wymediowałem sobie mój kredyt frankowy. Powiem tak. Może i zyskałbym więcej, gdybym się poszedł (c)handryczyć w sądzie. Ale:

– po pierwsze, primo – nie chciało mi się

– po drugie, primo – kredytodawca to w sumie mój pracodawca. A rączki, która karmi nie kąsamy … mocno

– po trzecie, primo – kwota wynegocjowana była akceptowalna

– po czwarte, primo – chciałem mieć jak najszybciej świetny spokój!

Także sast-prast, kilka złociszy od razu przelałem na rachunek mojego kredytu i pognałem do sądu po uroczyste wykreślenie banku z mojej księgi wieczystej i hipoteki.

Tak przez pierwsze dwa miesiące cieszyłem się wolnością, że stwierdziłem, że żadnych już kredytów nie chcę. Ale … bo zawsze jest jakieś ale, zacząłem tej jesieni zaglądać w internet i sprawdzać, co tam się na rynku mieszkań pojawia. No może, może … może się jakaś dodatkowa komnata pojawi w końcu. Bo na razie drugim pokojem w moim gnieździe jest łazienka (bathROOM).

Tak, to będzie bardzo dobra noc!

Z innych ciekawostek, to Szwecja na tapet była brana. Spełniłem swoje kolejne marzenie – odwiedziłem Fjallbackę!!! Jako wielki fan Camilli Lackberg, w końcu mogłem pojechać i zobaczyć, gdzie to się wszystko dzieje. Heh, fajne rozczarowanie. No może nie jakaś tam gorycz czy nieukontentowanie (cholera, trudny wyraz), ale nie tak to sobie wszystko wyobrażałem. Widziałem nawet kilka ekranizacji produkcji szwedzkich i tam Fjallbacka jawiła się dosyć wiejsko, zaściankowo. W książkach z zapartym tchem czytałem o niebezpiecznych jazdach samochodu lub podziwiałem wielki hotel/spa. Hehehe. Fjallbacka jest urokliwa. Wąskie uliczki. Domek przy domku. Jak się oni ścigali po tej mieścinie? Duży hotel, to taki duży domek. A biblioteka, w której główna bohaterka często jeździła dowiadywać się o tym, czy owym, to taki mały budyneczek. Ale klimat, widoki zachwycające. Udało mi się wdrapać na górę, więc podziwiać okazję miałem i Fjallbackę, i archipelag.

Z innych dodatkowych atrakcji, to odwiedziłem pierwszy sklep IKEA w Älmhult. Teraz tam jest muzeum IKEI. Obok jest też hotel IKEA. Miejsce fajne. Nie mam tak długich tradycji kupowania w tym sklepie, ale muzeum bardzo na plus. I muszę szczerze powiedzieć, że w restauracji było bardzo dobre jedzenie. Inne niż w sklepach normalnych i smaczniejsze.

Pod koniec czerwca zapisałem się w Warszawie na kurs szwedzkiego. Intensywny. Stwierdziłem, że jak tak jeżdżę i rozmawiam z tyloma znajomymi, to może po szwedzku dałoby się pogadać? Oczywiście to taka moja fanaberia, bo wszyscy mówimy po angielsku, ale człowiekowi się lubi w głowie poprzewracać. Kurs nie wypalił. Nie zebrało się 4 chętnych. Postanowiłem znaleźć lektora przez stronę italki.com. Pierwszym nauczycielem był taki skrzat Magnus z północy. Zaznaczam, że zapisałem się na lekcje dla początkujących. Ale Magnus do mnie coś napisał po szwedzku na Skajpie i ja mu w języku Wikingów odpowiedziałem. Zaczął do mnie po szwedzku mówić cały czas. Ale wolno. Coś na zasadzie piiiiłkaaaa … do metalu. Dał mi jakiś komiks do przeczytania. Zapytał się, czy coś rozumiem. Powiedziałem, że tylko „jag” (czyli po polsku „ja”). Komiks to niby jakiś czarny humor. Hmmm. Jakoś nie rozbawił moich szwedzkich znajomych. Magnus liczył sobie około 12 dolarsów za lekcję. Nie zachęcił mnie do kontynuacji. On sam nie zabiegał o nowego klienta.

Znalazłem polski portal buki.org.pl. I tam znalazłem jakiegoś Polaka. Przed lekcją wysłał mi kilka stron książki. Zaczęliśmy od piątej strony. Okazało się, że wszystko jasne. I tak skakaliśmy ze stronę na stronę. Coraz dalej. Chłopiec w pewnym momencie kompletnie nie był obecny duchem na lekcji, bo o coś go pytałem i cisza. Fakt, że w między czasie dzieciak w tle płakał. Może poszedł go uspokajać. Za 30 minut kompletów policzył sobie 50 zł, a za normalną lekcję chciał 70 zł. I już się umawiać chciał na kolejne spotkania. Także żyłka handlowa lepsza niż u Szweda. Ale szybko ostudziłem jego zapędy i powiedziałem, że chwilę potrzebuję na decyzję. No jak mam wybrać kogoś, to wolę zapłacić mniej i jeszcze dostać native speakera, a nie jakiegoś farbowanego lisa.

Wróciłem na italki i wybrałem Szwedkę. Od razu powiedziałem jej, że nie umiem po szwedzku i chcę się nauczyć do konwersacji. No miła dziewczynka ze Sztokholmu była, ale kompletnie nie miała pomysłu na naukę języka na poziomie A1 (a tak miała w profilu i ja na taki poziom się zapisałem). I uwaga! Jakaś farbowana Szwedka z niej! Nie wiedziała, kto to Camilla Lackberg, Henning Mankell oraz Stieg Larson!? To tak, jakbym ja nie wiedział, kto to jest JP2, czy RL9! Farbowana Szwedka!

Także kasa w portfelu. Wracam na instagrama i nadal obserwuję profile z nauką języka szwedzkiego. Może faktycznie pobrać jakiś app do nauki języków? Kiedyś coś pobrałem do nauki włoskiego.

Koleżanka z pracy obiecywała mi wysłać książkę do nauki szwedzkiego, bo jak była na studiach to pojechała na Północ w ramach wymiany i się uczyła. Czekam od lipca … 2022. No może lada dzień.

Dobranoc, to będzie bardzo dobra noc!

wystarczy tylko 270

kurczaczki, dziś wybory w USA. Pamiętam, gdzie byłem i co robiłem 4 lata temu! Ależ czas biegnie.

Ule już pogłosowały dawno. Jedna pewnie na Trumpa, a druga pewnie na Bidena.

Rozmawiałem z koleżankami i się dziwiłem, czemu takie stare dziady startują? Panowie po 70. Ula z TX mówi, że jak Joe padnie, to Kamala będzie prezydentem. Fakt, na przyszłą panią wiceprezydent można oko zawiesić. Na Mike’a Pence’a niekoniecznie. Ale to właśnie 4 lata temu starsze państwo z Indiany powiedziało mi o tym senatorze. Że kibicują Trumpowi, bo jak wygra, to zabierze ze sobą w cholerę tego polityka i da spokój ludziom Indiany.

W Polsce prezydenci raczej młodzi. Kwach, jak był wybierany po raz pierwszy, to miał chyba mniej lat niż ja teraz. 41? A Dupa miał 43 w 2015 roku. Czyli my na młodość stawiamy. Ameryka na … doświadczenie.

A wystarczy tylko 270 głosów zdobyć. Z 538. Wtedy Hilary Clinton aka Leżąca Plaża (Lying Bitch), jak ją większość nazywała. Zdobyła ponoć 2 miliony głosów więcej. I cóż z tego. Nie wygrała w tych stanach, co trzeba. Najwięcej głosów ma się z Kalifornii, bo aż 55. Ale sporo stanów daje ci tylko 3. Także Jakby otumanić ludzi z 3 stanów, to już ma się 122 (Texas 38, Floryda 29).

 

W poniedziałek 4 lata temu zaleciałem do Charleston i zacząłem moją przygodę. Fajny to był road trip.

Myrtle Beach było już po sezonie, także hotel kosztował grosze. Coś ponad 50$. Wysokie piętro, widok na ocean. Jakiś przeziębiony byłem, bo pamiętam, że jakieś tabletki jadłem. Pokój ogromny, a łóżko przepastne. Obudziłem się przed 5 i poszedłem oglądać wschód słońca. Wtorek nadszedł.

Ale wieczorem wcześniej podziwiałem kurort. Niestety lekko zdemolowany był. Huragan Matthew odwiedził Karoliny wcześniej.

Po kolacji spotkałem w barze jakichś chłopców i pograliśmy w bilard. Jeden zaproponował mi jointa, ale odpowiedziałem, że nie palę, bo rano muszę być wypoczęty i na chodzie. Prawda była taka, że koleś wyglądał dziwnie, a ja nie palę takich rzeczy z nieznanych źródeł.

Rano po wschodzie słońca ruszyłem. Dzień wyborów. I to była przyjemna podróż. Ameryka prawdziwa. Nie jakieś betonowe autostrady i lasy, tylko architektura, życie, bezdroża, ludzie. W sumie na północnym wschodzie drogi są nudne. Bo na południu, jest krajoznawczo. Tak naprawdę to takie utwardzone drogi, które i tak nazywają się highway. Jechanie po takich szosach to czysta przyjemność i frajda. Przy którymś kościele stała kolejka do wyborów. Szkoda, że nie zatrzymałem się i nie porobiłem zdjęć.

W Savanah, w The Warehouse, oglądaliśmy w TV relację z wyborów. Ludzie się emocjonowali. Ja wszystkim mówiłem, że dylemat to my mamy co 5 lat w Polsce. A ostatnie wybory, to rozterka pomiędzy głupim a głupszym. W knajpie poznałem kolesia (po prawej) co zamówił sobie krewetki i był w delegacji i paniusię (po lewej). Pogadaliśmy troszkę. Na scenie grał chłopiec na gitarze i wtedy poznałem …

 

 

i do dziś jak to słyszę, to widzę ten bar, to miasto. A Savannah przepiękna, urokliwa!

W Charleston w barze już czekaliśmy na efekty głosowania. Jedno małżeństwo z Indiany, jedno emerytowane z MasaUciechs, ja i barman. Dyskusja trwała w najlepsze. W końcu chłopak powiedział, że nie ma bata, po czarnym prezydencie Ameryką nie będzie rządzić kobieta. Ludzie chcą białego faceta. I miał rację.

Charelston

Ciekawe co teraz będzie. Wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią, że Joe Biden. Ale już wczoraj ktośtam, cośtam nie wykluczał triumfu Trumpa. Ale dziś znowu czytałem, że Donald ma 1 szansę na 10. Zobaczymy. Może znowu Putin pomoże?

 

proste rzeczy mnie bardzo cieszą

lubię bardzo usiąść sobie dupskiem na blacie kuchennym. I już. I tyle. Po prostu. Mogę wtedy rozejrzeć się po mieszkaniu, coś na przykład popisać.

I teraz właśnie siedzę na blacie i piszę.

Bo mi ekspres zaświecił 2 dni temu, że domaga się odkamieniania. 

Pół wieczora przetrząsywałem szafki w poszukiwaniu obstrukcji insługi do mojej kawowej maszyny. Wiem, że gdzieś wsadziłem, jak ostatnio robiłem porządki. I to było takie miejsce, że jak będę potrzebował, to to będzie pod ręką. Damn! Skleroza. 

Na szczęście wujek G pomógł. To odkamieniam. Proces długi. Płukanie po oczyszczaniu już nie. Piorunem się przelewa wtedy. Ale jak się odkamienia to czas leci wolno. Czyli młodniejemy!? No bo przecie naukowo udowodnione, że czas biegnie szybciej, gdy się starzejemy.

I się okazało, że butelka Cabernet Sauvignon też się znalazła. Lubię czasem czerwone wino posmakować. Piwo już mniej mnie bawi. No chyba, że idę na piwo. Wódka też już nie pociąga. Albo single malt albo wino czerowne. Fanaberia taka. Choć tańszym Burbonem też nie pogardzę. Wóda na myszach! Kto by pomyślał.

Także siedzę sobie na blacie kuchennym, macham nogami i piszę.

Ten blat to błogosławieństwo i błąd architekta. To już 6 lat będzie jak miałem nieprzyjemność z fatalną ekipą projektującą. Na szczęście wyratował mnie pan od mebli i pan od remontu. Zadecydowali szybko, że zakręcamy blat. I wyszło super. I sobie chwalę.

A pani architekt? Ojej. Powymyślała takie durnoty, że albo ja, albo pan od remontu się za głowę łapaliśmy. Każdy za swoją. Jednak płyta gazowa nie może być tu, bo odległość od licznika to płyty gazowej musi wynieść ze 3 m. Tak mnie oświecał pan od remontu. Pani architekt tego nie wiedziała. To znaczy dowiedziała się, jak jej to powiedziałem. Aha, no tak – rzekła. Szuflad moich wymarzonych i wyczekiwanych tu nie można było zamontować, bo zakryłyby wodomierze. A każdy wie, że liczniki wymagają odczytu co jakiś czas. Pani architekt się nawet nie przejęła tym niuansem. 1 200 zł w piach poszło. Ale z łazienki jestem zadowolony. Także coś tam paniusia umiała. Coś tam, coś tam.

Także teraz sobie mogę siedzieć na blacie i już.

Odkamienianie ma jedną wadę – resetuje mi ustawienia. Na nowo muszę przypominać sobie jak to jest z tym ustawieniem twardości wody i czasem przejścia maszyny w stan „stand-by”.  No cóż. Jest to lekki ból głowy raz na jakiś czas. Raz na rok? Raz na dwa lata? W ciągu 6 lat kupiłem drugi płyn. Czyli 5-6 odkamieniań było. Czyli jednak raz na rok.

Monterey. Eh. Mam sentyment. Mój pierwszy road trip w Stanach. 2009 rok z Ulą. Bardzo to był piękny czas. Dziękuję Ci Ulcia! Czysta radość i przyjemność to była. I ten Hyundai Sonata! Pamiętam jak dziś. 

Polecieliśmy do San Francisco. I stamtąd do Yosemite, do Sekwoi, do trasy numer 1. Stany są wielkie. Wtedy tego nie wiedziałem. Mówię do Uli – wiesz, jak jesteśmy w Yosemite to pojedźmy do Vegas.

– to 5 i pół godziny. I z powrotem do San Francisco z jakieś 10

– ooo. A wygląda tak blisko – odpowiedziałem załamany pokazując na palcach jak to blisko na mapie wygląda

Niestety, kraj jest duży. Nauczyłem się szybko, że nie da się zobaczyć wszystkiego. W Utah byłem już dwa razy i jeszcze z jeden raz by się przydał. Niesamowity stan pod kątem parków narodowych. Miasto Salt Lake City takie sobie, jedno ze słabszych.

No i wracaliśmy z Fresno albo Vesalii do San Francisco malowniczą trasą numer 1 . Wybrzeżem. Po lewej stronie ocean, po prawej góry. Oj piękny to widok, piękna przejażdżka. Pamiętam, że w którymś momencie musieliśmy wbić się na autostradę, bo ciemniało, bo zaczynało padać. I prosiliśmy Saszę, który został w New Jersey, o znalezienie nam hotelu w SF. Coś na Kearny Street nam zabukował Pokoik był maciupeńki. Nie dało się wejść razem. Także najpierw Ula z walizką na łóżko, a później ja. I oglądaliśmy wtedy rozdanie nagród MTV. Madonna wychwalała Króla Popu, który zszedł w czerwcu. Ja popijałem Guinnessa z puszki, a Ula padła zmęczona po kilku łykach winka z kartonu (nie wiedziała wtedy o swoim błogosławionym stanie). Po drodze, w jakimś jednym hotelu patrzyłem na mecz Caro Wozniackiej z Sereną Williams. Finał US Open? Czy półfinał? A nie! Już wiem. To był finał ale Caro z Kim Clijsters. Przecie to był ten rok co Serena chciała w półfinale wepchnąć piłkę do gardła sędzi liniowej i ją ponoć zabić. Dostała jakieś punkty karne i to właśnie Belgijka awansowała do finału. Jej powrót po macierzyństwie. Trzeci turniej bodajże i od razu triumf na Flushing Meadows. 

Ale ja o Monterey. Otóż tankowaliśmy tam. Pamiętam, że zaszliśmy do duperela store. Wtedy to taka atrakcja. Teraz już nawet na takie stoiska nie zwracam uwagi. 

I ze 2-3 lata temu Państwo z Europy na K. pojechało z dzieciątkami do Cali na wakacje. Pan z Europy na K. opowiadał mi gdzie będą. I wspomniał Monterey. A ja mu na to – ojej! Byliśmy tam z Ulą w 2009!

I kupili mi tę koszulkę. Nie ważne czy tania, czy droga, czy badziewna, czy nie. Liczy się gest. Doceniam bardzo i uwielbiam ten t-shirt. Bo od przyjaciół, bo zapamiętali. 

Oj, myślałem, że wpis będzie krótki, ze trzyzdaniowy. A tu proszę. Praca maturalna prawie.

Eh, lubię sobie pomachać nóżką na tym blacie.

Znalazłem wpis sprzed tyluuuu lat: kliknijcie tu

już prawie czas

Eh, a tak ścichapęk włączyłem sobie Rolling Stones’ów – Let it Bleed (50th Anniversary Edition).

Nie wiem czemu w sumie ten klasyk? Fanem Stones’ów nie byłem, choć dwa razy ich nażywo widziałem. Mam z nimi fotę i mam ze dwa albumy. Wolałem ich od Bitelsów. Ale kiedyś kolega mi pożyczył całą dyskografię 4 z Liwerpulu i stwierdziełm, że wow, co za świetna muzyka. Faktycznie najlepszy band wszech czasów. Ale później jakoś nie dałem rady ich słuchać. Tkaże za bardzo szalonym fanem nie jestem jednych i drugich. Tylko coś mnie na sentymenty wzięło dziś i słucham tej rocznicowej edycji. Halloween może jaki, czy co?

Teksańska wyprawa się zakończyła. I była super!

Miałem super kompankę na dwa dni.

Ula pokazała mi Austin. Fajne miasto. Podobało mi się. Polecam. Capitol bardzo na plus, do koniecznego zobaczenia. Drugi największy w USA oraz … największy pod względem powierzchni. Eh, ci Amerykamnie. Wszystko musi być naj. A w Teksasie wszystko musi być największe. I jest.

Hotel miałem w ciekawej lokalizacji. Musiałem czekać na pokój prawie 2 godziny, więc wygooglowałem sobie restaurację na lunch. Od razu powiedziałem, że do Wendy’s nie zajdę. Jadłem tam 3 razy – pierwszy, ostatni i o jeden raz za dużo. Koryto żarcia! Znalazłem honduraski lokal z bardzo dobrymi opiniami. To lecę. Heh, to foodtruck! No mnic. Spoko, nie ma problemu. Szkoda tylko, że wieje nieziemsko. Pogoda w Teksasie była bardzo udana, oprócz … Austin. Wiało. I to gorzej niż w kieleckiem. Pani w „restauracji” ni hu hu po angielsku, ale dogadalim się po hiszpańsku i na migi. Smaczne było. I miało nawet wygląd.

Ula mnie zgarnęła z hotelu i pojechaliśmy „gulać się po gorodzie”. Festiwale były akurat – Austin Film Festival oraz Book Festival. Także życie było na ulicach. 6th ulica fajna, pełna knajp. Ponoć ulubione miejsce dla młodych. Ale poszliśmy sobie zjeść po kiełbasce do Banger’s na Rainey St. Ponoć fajne miejsce dla ciut starszych. Bo już nie tak jazgotliwie. I fakt, inaczej ale też bardzo ciekawie. Knajpy zrobione w domach. Jedna za drugą. Mnogo ludzi.

Następnego dnia ruszyliśmy do San Antonio. Miałem nadzieję, że Ula weźmie swoje czerwone Bi-motherf..g-Awesome-red-Em-Dablju. Ale nie. Nie pomyślała koleżanka, że ja mam dosyć kierowania i jeden dzień przerwy byłby zbawienny. Baby są jakieś dziwne. Na koniec podróży Ula powiedziała mi, że super, że ja wziąłem auto, bo jej się nie chciało kierować. Baby SĄ jakieś dziwne 😉

Żarcik oczywisty.

San Antonio rewelacja. River Walk i Alamo zrobiło na mnie wrażenie. I ta pogoda! Cieplutko. Choć myślałem, że Alamo to raczej New Mexico. Jak dobrze się pomylić. Na lunch wziąłem sobie 16 oz steka (t-bone). Pół kilo (prawie)! Jesssu. Ale porcja. Nauczyłem się podczas posiłku, że następnym razem 11-12 oz też da radę.

Stąłsi skończyli grać. Z nowości wybieram … Neila Young’a. O. Dawno pana nie słyszałem.

Wróciliśmy koło 19.00 do Leander. Cmok cmok z Ulą i pojechałem dalej. Ciężko się jeździe w nocy po Stanach, bo nic nie jest oświetlone za bardzo.

Aha, fajna chata koleżanki. Taka w stylu … teksańskim. Podobająca się była mnie.

Zatrzymałem się po godzinie w hotelu. American Best Value Inn w miejscowości … Świątynia/Temple. Myślałem, że pan recepcjonista Freddy ma niestarty ślad czyichś ust na szyi. Ale nie, to był tatuaż. Freddy dosyć osobliwy ale przyjacielski. Szybko mnie zameldował. Hotel nawet nawet. Nic nie przebije chyba tego syfu za 500 zł gdzieś tam na wschodnim wybrzeżu. Ostatnia noc mojego road trip z Kansas City. Brrrr.

Z samego rana rześki wpadłem do skansenu westernowego w Fort Worth. Faaaaajne! Yeehaw! Kowboje, rodeo, dziki zachód! Zjadłem rib-eye 12 oz. Pyszny! Ale jakieś garniry miał ubogie. Pokręciłem się po dzikim zachodzie i pojechałem do Dallas.

Miasto dziwne! Niby fajne, niby duże, niby takie nowoczesne, a ludzi nie ma. Na ulicach bezdomni albo kilku turystów. Dziwne uczucie. Hotel miałem dwa bloki od Downtown. Super wybór. 98$ za Marriott było dobrym wyborem. Najlepszy nocleg na sam koniec. W mieście obskoczyłem kilka najważniejszych punktów – JFK Memorial, niby jakiś super ekstra park, Downtown i inne. Zechciało mi się jeść i zobaczyłem na mapie, że mają Iron Mexican, czy jakoś tak. Ula zachwalała. To podążam. Ale w międzyczasie zobaczyłem Banh Mi na witrynie. Wietnamski szynk. Zaszedłem. Wziąłem prawie wszystko, bo było jeszcze happy hour. Pyszne, ale kanapek mogli by się uczyć od samego Fat Daddy’ego z Waw! IMHO!

O 4 z minutami wstałem i poleciałem na lotnisko.

Urodziny Uli (tej z NJ) bardzo udane. Ula z Tx ma za chwilę.

Także w New Jersey pocelebrowaliśmy 29 urodziny (ten sam rocznik jesteśmy). Pycha stół – owoce i napoje. I oczywiście tort (green tea with fruits). Jack’s fruit zrobił furorę. Byliśmy w sklepie obuwniczym i obok był koreański sklep. Mój ulubiony. Wszystkomający. Ula poprosiła kupić owoce. I urzekł mnie ten Jack’s fruit – chlebowiec różnolisty. Do picia zaproponowałem gościom Aperol Spritz. Właściwie to żeńska część piła. Lena, Marina, Katia i mama Uli. Co prawda Ruslan buchnął drinka swojej żonie i nie oddał już. Ale rosyjskie koleżanki bardzo sobie chwaliły. Nie znały tegoż napitku. Pocelebrowalim, pośpiewalim i już. Halloween nadeszło. Nie przebrałem się. Padłem jakoś wcześnie. Jutro 1 listopada i wypadałoby powoli się …

Już prawie czas…

 

 

 

 

teksański smok

Howdy Y’all!

Marzenia się spełniają. Trzeba tylko mocno chcieć.

Jak kończyłem studia, to chciałem być … księgowym. Na szczęście się nie udało. Może za słabo chciałem.

Teksas chciałem odwiedzić. Jakoś nie wychodziło. Do teraz.

Zaleciałem nawet sprawnie. Sprint nie miał tak strasznego opóźnienia jak potrafi mieć. Tylko 26 minut obsuwki.

Nie lubię wylatywać z Miasta. Bo to koszmar, bo niespodzianka, bo niewiadoma. Od wyjścia z domu na wsi, do dotarcia na LaGuardię minęło ciut ponad 2 godziny. To tak jakbym z Białegostoku wylatywał. Masakra. Już o JFK nie wspomnę. Miałem takie dwa razy, że z miejsca do samolotu wszedłem. A bałem się, że nie polecę. O ile za pierwszym razem chodziło o Charleston, więc byłby mały ból, jakbym nie poleciał, to za drugim już miałem stan przedzawałowy, bo jechałem na lot powrotny do domu.

Także jestem w Dallas i wybieram się do car rental. Po środku niczego jest to lotnisko, ta wypożyczalnia, to miasto.

Podbiłem w końcu do wypożyczalni Hertza. Już nauczyłem się od Piotrka G., że trzeba od razu na Złotego Członka lecieć, bo i tak nie pogonią, jeśli nim nie jesteś. A prawda jest taka, że oni wszystkim dają taki status, jak się człowiek zaloguje do ich programu. Takiż status i jamże miał. Ale nie robiłem rezerwacji przez apkę, bo ta bardzo ssała ostatnimi czasy. Wyłączała się. Dramat.

No to udaję głupiego, że jestem Złoty Członek ale się nie widzę na tablicy. Pan przygarnął. Czarny taki z akcentem z serii „lekki dramat”. Ale jakoś dogadalim się. Pan miły bardzo. Bardzo się przejmował, że system się wiesza, że wszystko długo trwa. A ja mu mówiem – ok, nie ma sprawy. Za piątym ok-ejem dorzuciłem, że przede mną tylko 9 godzin jazdy. A była prawie 18.00, czyli 6 pi em. W końcu pan mi dał pustą kartkę z numerem rezerwacji i mówi, że mam iść po auto. Zapytałem się go o umowę. Pan się podrapał po głowie, jak Pomysłowy Dobromir i dopisał na kartce magiczne słowo „incomplet”. Chyba to meksykańsku znaczy to samo co po angielsku „incomplete”. Coż, najwyraźniej pan w młodości nie wiedział, że skończy w Najwspanialszym Kraju Na Świecie i się na lekcjach angielskiego nie przykładał. Ależ nie bądźmy złośliwi i małostkowi. Najważniejsze to się dogadać. Zapytałem się na koniec, czy nie powinienem dostać od niego umowy. Pan powiedział, że przy wyjeździe pani mi da „complete”. I prawie wziął mnie za rękę i wyprowadził na parking i powiedział:

take any car you want

Myślałem, że jaja pan robi i dla żartu mówię:

For real? Any car? Even that pick-up?

Pan się zawahał na sekundkę i rzekł:

Yes, my friend. Go, open the door. See?

Pan mnie władował do auta. Drewno, skóra. Dodge RAM. Bestia.

Myślę sobie raz się żyje.

Jak jeździłem w ubiegłym tygodniu do Kansas City w Missouri, to Ula zapytała jak się Hiundaj Sonata sprawowała i ile palił. Powiedziałem jej, że prawie 34 mile na galon. Ponoć respect.

Mój Dodge żłopie jak smok – 16 mpg! Z torbami w tym Teksasie pójdę!

Aaaaa. Przejeżdżałem koło jednej rafinerii. Robi wrażenie.

Siedzę w aucie i nie wiem co mam zrobić. Nie ma drążka do zmiany biegów. Ale domyśliłem się, że pokrętłem się to wszystko robi. Podpiąłem telefon i ruszyłem, bo 9 godzin przede mną. Pokręciłem się po lotnisku przy Dallas jak Grzegorz Filipowski na lodzie i pomyślałem, że wrócę oddać tego smoka! Strach jechać. Wielkie bydle. Ale jakoś nie da się google map obsługiwać jak się samemu jedzie. Siri ogarnia tylko Maps, a te u mnie są wyłączone. No to pojechałem przed siebie.

Super auto! Jedyny minusik, który różni go od Sonaty, to to, że jak w Hjundaju się nastawia car play, to przycisk „mów” uruchamia Siri. A tu niestety jakaś obca baba się wtrąca. Także Siri trzeba uruchamiać z telefonu. A jak wiemy, w USA nie można dotykać telefonu podczas jazdy.

Także to jedyny minusik. Włączasz tempomat, to Dodge sam rozumie, że przed nim jest auto i zwlania. Włączasz długie światła, to Dodge widzi, że coś jedzie i przełącza na krótkie. Wajcha od kierunkowskazu jest też do wycieraczek. Chwile mi to zajęło. Fotel na różne strony się układa, przesuwa.

Po 22.30 stwierdziłem, że czas spać. Zajechałem do jakiejś miejscowości i bałem się jechać po niej. Na chwilę zatrzymałem się, żeby graty rozsypane w aucie pozbierać, bo latały za bardzo po podłodze i też się bardzo bałem. Miasto straszne. Wcześniej zatrzymałem się na małe siku, tankowanko przy okazji i jamu, bo ssało. Pogadałem sobie z obsługą – chłopiec i dziewczynka. Zainteresowani byli moim akcentem. Dziewczynka podjarała się akcją roadtrip. Też ponoć lubi. Ciekawe, czy autostop w Teksasie też jest nielegalny? Byle nie skończyło się to Teksańską Masakrą Piłą Mechaniczną.

Także Teksas mi się podoba! Marzenia się spełniają!

road trip

Jestem. Wróciłem. Przeżyłem.

Przejechałem 2 800 mil (4 500 km) w 5 dni. Za autostrady zapłaciłem … 1$. New Jersey to jednak dziwny stan.

Co przejechałem to moje. Amerykanie jeżdżą słabo.

Muszę wspomnieć o zwierzętach na drogach. Czasem takie całe sarenki leżały, jakby spały, jakby zdrzemnęły się na chwilę. A czasem pół sarenki leżało. Czasem rozmazane zwierzę na szosie było. No prawie co chwilę. Tego się najbardziej bałem – nie walnąć w nic wybiegającego z lasu. A drogi mają nieoświetlone. Najbardziej żal mi było chyba pancernika albo jeżozwierza.

Drinking and driving – very scary

To mój najulubieńszy przekaz z drogi.

Czy pojadę jeszcze kiedyś? Pewnie! Ale przelecę część stanów i zacznę road trip z Alabamy albo z Mississippi. Na pewno z NJ już nie wystartuję. Ale ciągnie mnie też do Monatny i Dakot. Pożyjemy, zobaczymy.

Hotele były od takich sobie, do koszmarów.

Jeśli ktoś pamięta filmy typu Urodzeni Mordercy, albo podobne filmy, w których główni bohaterowie chowają się w pokoju motelowym i kończą zaszlachtowani w wannie, albo cały pokój jest dziurawiony kulami, to właśnie wczoraj w takim byłem. Syf. A rano spotkałem karalucha idącego po ścianie. I pokój dla palących.

– czy ma pan wolne pokoje?

– tak. Dla palących.

– a nie dla palących?

– mam dla zwierząt ale myślę, że doceni pan bardziej pokój dla palących

– ok. Za ile?

– dla Ciebie mogę zrobić 109 plus podatek

– ok, biorę

To był drugi hotel w drodze do domu. W pierwszym też był tylko pokój dla palących. Ale nie wziąłem, bo wiedziałem, że będzie śmierdział. Za drugim razem wziąłem, bo byłem zmęczony i nie chciałem tak jeździć w kółko. Wylądowałbym pewnie i tak w palącym pokoju. No coż, tylko 500 zł za noc (125$).

Memphis i Nashville dziwne. Takie niby duże miasta ale przeciętne. Szału nie ma. Ale te pojedyncze uliczki robią robotę.

W Memphis pokręciłem się troszkę. Zaszedłem do Peabody Hotel. Czuć takie lata 20. ubiegłego wieku. Beale street to miejsce gdzie się dzieje wszystko. Bluegrass muzyka. Na ścianach i w oknach plakaty szalejącej Tiny Turner, Jerry’ego Lee Lewis’a. Fajnie! Czułem klimat tamtych czasów. Main street też ruchliwa i atrakcyjna ale już w nowoczesnym wymiarze. Ładna, zielona i z tramwajem po środku. Widok na Mississippi river fajny. W Sun Studio łza mi się zakręciłą i poczułem, jakbym się cofnął w czasie. Ten stolik, ta sofa skórzana. No duch Króla był odczuwalny!

Graceland! Domek Elvisa imponujący od frontu. Szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę, że Król ukrywa się już od 42 lat. Ciekawostka. Data rzekomej śmierci Elvisa wypada w dniu 19-tych urodzin … Królowej Popu. Patrząc na basen i backyard z ogródka medytacji miałem ciarki na plecach. Ludzie ogólnie mili w okolicy. Ale jak przyjechałem wieczorem, to się przestraszyłem. Kompletna awaria światła. Przeszedłem się po dzielni coś wrzucić na ruszt. Mapy pokazywały coś w odległości 400 metrów w głąb ciemnej ulicy. Poszedłem, doszedłem, zawróciłem się, bo nie wszedłem. Jakieś czarne dzieci się patrzył na mnie dziwnie, plus ta niby „knajpa” to jakaś chamska jadłodalnia. Obok była smażalnia kurczaków. Na szczęście mieli krewetki.

– poproszę małe krewetki

– bejbi ale to tylko 8 sztuk – powiedziała młoda dziewoja z jedną ręką pod koszulką i z siatką na głowie

– Wiem. Nie jestem taki głodny. Czy mogę poprosić o coleslaw na boku?

– nie mamy żadnych dodatków. Frytki są

– nie, nie chcę frytek

– baby, fries go with shrimps

– ok, fine

Oprócz frytek były jeszcze dwie … kromki chleba tostowego. Ziemniak z chlebem. Po rusku!

Także Graceland mega na plus!

Nashville też w podobnym stylu. Podobna populacja. Ale jakoś zaczepiaczy więcej. Może zależy to od pory dnia. Obleciałem Muzeum Sław, Kapitol i poszedłem na Broadway. O mój Boże. Hałas tępy, bolą, bolą zęby – jak śpiewał kiedyś Lombard.

Knajpa na knajpie! Ludzi od groma w każdym lokalu. I na dodatek wszędzie muzyka na żywo. Łomot! Oczywiście country w Nashville rządzi!

Hitem w nawigacji był komunikat jak wyjechałem z Nashville:

Continue on I-81 north for … 850 km.

A najfajnieszą autostradą była droga numer 555. Ciekawe czy jest 666?

Tennessee polecam!

Mój nowy hit:

amerykańskie drogi

 

Slower traffic use right lanes, unless passing

No i tu zaczyna się opowieść rzeka! Ograniczenie do 55 mph i sunie się coś białego. Biorę z prawej i widzę czarne dziewczę z telefonem w łapie. I jedzie sobie 53 mph. I tak co chwilę, jakieś spowalniacze w swoich wehikułach podróżują sobie. A najlepiej jak truck wyprzedza trucka. Litości. Raz się uniosłem i zamigałem światłami w lusterka trucka. To z tyłu, chyba kolega, odzamigotał mi. Dumb truck drivers!

Rozmawiałem z kilkoma ludźmi stąd i każdy kiwa głową. Kolega z NJ, co go poznałem rok temu powiedział … Jak mam nie używać brzydkich słów, to kolega nic nie powiedział. Dramatycznie jeżdżą amerykanie.

I taka jedna amerykańska droga zawiozła mnie z Fair Lawn w New Jersey do Kansas City w Missouri. Droga długa ale fajna. Drugi raz nie pojadę tak daleko. Ale nie żałuję.

Kansas City fajne. Cieszę się, że odwiedziłem. Pochodziłem to tu i tam. Oprowadzał mnie kolega, który chyba z dziada pradziada tu mieszka. To znaczy dziadek jego z Włoch przyjechał w latach 20. ubiegłego wieku. Czyli raptem 2 i pół pokolenia. Pół? Bo jego syn wyjechał i gdzieś pomieszukje sobie kilka godzin drogi od KC.

Kansas City w Missouri graniczy z Kansas City w … Kansas (KCK). To w Missouri lepsze ponoć jest. Muszę chyba skoczyć za granicę i zaliczyć kolejny stan.

Miasto bardzo zadbane, czyste i … ciche! Budynki odnowione i są albo hotelami albo apartamentowacami. Lunch zjedliśmy w pysznym Jack Stack BBQ. Coż, moja dieta poszła się … w momencie kiedy wsiadłem do Dreamlinera na Okęciu. Oj detox będzie w Waw! Ponoć Kansas City słynie z BBQ i steków. Nowy Jork ponoć „ukradł” im te steki.

Wieczorem poszedłem sobie do włoskiej restauracji Anthony’s. Ponoć jakaś dobra knajpa z serii „oh i ah”. Skubnąłem i poprosiłem o rachunek mówiąc, że bez smaku i nie podobało mi się. Pan i tak wbił na rachunek. Napiwek? Zero procent. A i tak durny byłem, że to zamówiłem. Bo pan mi przyniósł ogromny talerz żarcia. A myślałem wcześniej, żeby zamówić przystawkę z krewetek na makaronie. Klient obok to zamówił i była to spora porcja. Bym się najadł. Cóż są wakacje, a podróże przecie kształcą!

Give yourself a hug and buckle up!

west coast part 4, czyli death valley

Zdjęcia/Pictures

Mój organizm powiedział NIE. O 3 rano czasu wsochdniowybrzeżowego, po mniej niż 3 godzinach snu (?), obudzonym został przez budzik. O 6 wylecieliśmy nad pacyficzny brzeg. O 9 rano czasu zachodniowybrzeżowego podziwiałem LAX. Zawsze wydawało mi się, że to takie nieprzyjemne lotnisko. Duże, tłoczne, niemiłe. A tymczasem okazało się odwrotnie. Może terminal był domowy, to tak właśnie tam jest.

W Miescie Aniołów byliśmy na początku lutego 2010 roku. Było jakoś nieprzyjemnie, miasto nie zrobiło na nas wrażenia – Kodak Theatre, napis Hollywood, Beverly Hills, Universal Studios, Santa Monica Blvd, Venice Beach, Mullholand Drive, zachód słońca w Malibu. Ale jakoś bez szału.

A teraz? Miasto oblane słońcem. Jakieś radośniejsze, zachęcające.

Podzielone autostradą. 7 pasów w jedną, 7 pasów w drugą stronę. Czuć wielkomiejskość. Ale to największa aglomeracja USA.

W wypożyczalni pyta się chłopiec dokąd jadę.

– do Doliny Śmierci

– aha, przepraszam, a mogę się zapytać po co?

– zawsze chciałem jąodwiedzić

– ale tam nic nie ma. Pustania i droga pośrodku. Byłem tam raz

– właśnie po to. Przejechać się po pustyni, pochodzić po kanionach. Też mam nadzieję, że będzie to jedyny raz

– [bardzo dziwnym głosem] aha

Na dojechanie do miejscowości Beatty (czytaj: bidy) miałem wg map 4 i pół godziny.

Po godzinie doszedłem do wniosku, że albo się zdrzemnę na poboczu w aucie na 2-3 godziny, albo poszukam jakiegoś motelu 6 i się wykąpie i prześpię. Ale nie, dojechałem. Nawiem zimny dmuchał po pysku.

Co chwilę w Dolinie Śmierci wysiadałem na zdjęcia. Przy punkcie opłat wisiał termometr – ponad 100F. Do tego wiał mocny wiatr, czyli czułem się jak w piekarniku z termoobiegiem.

Mój organizm się zagrzał. Czułem się jak w Moab, kiedy dostałem udaru. Dowlokłem się do hotelu, zameldowałem się. Kurczę, ludzie tu są tak przemili, jak w Utah. Młody chłopiec ze spokojem, uśmiechem i cierpliwością opowiadał i udzielał odpowiedzi na moje pytania. W pokoju okazało się, że nie ma mydła, ani szamponu. Na szczęście sklep Family Dollar obok. O 16 wykąpanym legł w łożu. Na 2 godziny. O 18 wstałem i poszedłem coś zjeść. Cały czas mną trzęsło. No pięknie, udar słoneczny pierwszego dnia. Umrę w tej wiosce.

Beatty, to największa dziura jaką widziałem w Stanach … na razie. No może poza Patterson, bo tam same złodzieje mieszkajo, więc mamy z nimi kosę.

O ile Tropic w Utah było małe, to było zadbane, tursytcznie ogarnięte. Tu, jest syf. Trailery bardzo popularne, dużo zniszczonych budynków użytkowych i mieszkalnych. Zaniedbane miasto. I można w restauracji palić.

Zaszedłem do restauracji polecanej przez recepcjonistę. Ponoć jakiś lokalny wow lokal.

Wchodzę i pytam, czy mam usiąść, czy zaczekać, aż ktoś mnie usadzi.

– wpisz się do książki

– ok

Po wpisaniu się pytam, czy mogę wybrać stolik. Pani rzuca na ladę menu i coś tam burczy. Przeglądam menu, nic nie rzuca się w oczy. Ale widzę kątem oka babkę z fajką w buzi!

– to tu można palić?!

– tak

W lokalu obok pytam:

– do you have hot soups?

– we have hot chilli

Zbiła mnie z pantałyku.

– but it’s not a soup, right?

Pani kelnerka skonsternowana.

Klientka przy barze poleciła lokal obok, który z kolei był nierekomendowany przez chłopca z hotelu.

Wniosek: korupcja i łapówkarstwo na tej wsi!

Często jak się pytasz, czy mają „hot tea“, to się dziwią i trzeba 2 razy powtarzać. A jak pytasz o „hot soup“, to już w ogóle nie rozumieją o co pytasz.

No nic. Dotelepałem się do pokoju. Cały w drgawkach. Już miałem szukać sklepu z termometrem i pigułakmi. Już widziałem, jak odnajdują moje zwłoki po 2 dniach (przy takim upale, po 2 dniach będzie śmierdzieć). Ale jak to zwykle wtedy mówię sobie:

– ale ty durny Maciek. Organizm powiedział NIE, prześpij się najpierw i jutro rano panikuj.

Tak też uczyniłem. Obudziłem się rześki o 6 rano.

Aha, nasz hotel nazywa się Attomic i ma ufoludki, które strzegą naszych pokoi. Fajnie.

Wyruszyłem w park. Zabrałem ze sobą 5 butelek wody.

I tu powiem tak, słońce, upał, ekspozycja na słońce to nie żarty. Nigdy w życiu nie wypiłem tyle wody. Dolewałem do butelek kiedy się tylko dało. Żar niemiłosierny. Choć nie, to jeszcze nie był niemiłosierny. Tylko 113 F (ok. 42C).

Na Zabriskie Point poszedłem na szlak. Tylko 5,7 mili pętelka. Radosny, w podskokach lecę sobie i dopiero później mnie olśniło, że to ponad 9 km. Widoki piękne. Szło się między takimi górkami, po chyba wyschniętym strumyku. Słoneczko świeci. Jest fajnie.

Doszedłem do kolejnego punktu, połowy pętli. I widzę, że godzina z powrotem. Porozmawiałem z panią ranger’ką, która powiedziała, że ta trasa na prawo jest krótsza ale odsłonięta na słońce. Na początku płasko, później lekko pod górkę.

Wybrałem ją, skoro przyszedłem jedną trasą, to nie chciałem wracać też nią. I tu dramat, kryzys. Płaskie, jak płaskie. Szybko się skończyło. Pod górkę było mniej zabawnie. Ledwo człapałem. A pani ranger’ka się jeszcze na odchodne pyta, czy chcę wody, bo ona zawsze ma zapas. Nie, po co, mam w plecaku jeszcze. Dwie butelki miałem.

Pierwszą wypiłem w 20 minut. Nastała panika, nie było strzałek na trasie. Horror. Ale szedłem takim korytem rzeki, więc twierdziłem, że strzałki niepotrzebne, bo nie ma gdzie zboczyć. Żar, słońce świeci prosto z góry (a było po 10 dopiero). Idę i już widzę, jak mam omamy, jak siadam przy ścianie w cieniu i już nigdy nie wstaję. Zobaczyłem znak „Zabriskie Point Trailhead 2,1 km“. Tyle, to ja w 20 minut oblecę! Już miałem wszystko skalkulowane. Żadnych przystanków, nie marnujemy energii i czasu na zatrzymywanie się. Wody wystarczy. Idę!

I znowu, jak w Utah. Fajnie się schodziło na początku, ale koszmarnie się wraca pod górę na koniec. Widziałem ludzi na wzgórzu, już widziałem koniec. To utrzymywało mnie przy życiu. Resztkami sił wszedłem. A już byłem bliski legnięcia na ziemię i mieniawszystkiego w dupie. A niech mnie rozdziobią … no właśnie, co? Jaszczurki chyba tylko.

Wszedłwszy na górę powiedziałem sobie, że dosyć chodzenia na dziś. Czacha dymi. Teraz tylko zwiedzanie punktów widokowych.

Ta, jasne.

Na jednym wzgórku, przy Artist Drive spotkałem kolesia co wyprowadził się z Miami i jechał gdzieś na granicę Oregon/Cali się osiąść. Dobra gadka z panem była. Zawodowy fotograf. Twierdzi, że w ciągu roku, jak się zmieni układ sił w Kongresie i Senacie, to Trumpa odwołają.

Samo Artist Drive przecudne! Wąska, jednokierunkowa droga. Widok, za widokiem. Sama radość. Country muzyka w tle. I o to chodzi.

Ze dwa lub trzy razy zatrzymałem się na parkingu koło Polaków. Bardzo młodzi ludzie. Potrafiący się zachować. Nie to co kiedyś – wstyd się przyznać, że ja też Polak. Fajnie. Brawo nasi!

A tak, to – niemiecki, francuski, włoski czasem.

Pod Natural Bridge porozmawiałem z ludźmi z Missouri.

– my grandmother was from Poland

– You know what, everybody has somebody from Poland

– yeah, you’re right

 

Duże wrażenie zrobiło na mnie wyschnięte morze. Była to wielka biała połać. Wyschnięta sól. A gdzienieniegdzie nawet jeszcze wilgotna. Można było też natrafić na kałuże z wodą.

Ruiny młynu, to były prawdziwe ruiny. Trzy ściany bez dachu.

Podróż przez park rewelacja. Czasem miało się uczucie, że się płynęło po tej drodze.

Ludzi na szczęście nie za dużo. Uwielbiam to w Dolinie Śmierci, że jest różnorodna. Masz pustynię, masz górki, masz kaniony, masz doliny, masz wydmy, masz wyschnięte morze, masz bezdroże. Tylko to słońce. Oj trzeba uważać. Połowa nas to woda.

Utrata 2% wody jest poważna. 15% – śmierć!

Rodzice powinni dać mi na chrzcie Hipochondriusz, czy coś.

Aha, i podoba mi się płyta Taconafide pt. Soma 0,5 mg, czy jak to tam. Trudno. Podoba mi się i już.

Spać, jeść, pić, jak tamagotchi! (…) Kiedy zamykam oczy, widzę łąkę z windowsa

 

potwór z utah

to znaczy powrót. Literówka taka.

Zdjęcia/Pics

Musi trzeba raz jeszcze przyjechać do Utah. Podczas dwóch wizyt nie udało mi/nam się odwiedzić Kanionu Antylopy i Końskiej Podkowy. Prawie 3 godziny z Zion, z Bryce „tylko“ 2 i pół. Gdybyśmy chcieli w drodze na lotnisko zajechać, to sama podróż, niestety, trwałaby 10 godzin. No szkoda. Ale zawsze jest powód, żeby powrócić na ziemie mormońskie. Bo fajne to ziemie, fajni ludzie. Tacy spokojni, niegwałtowni, przyjacielscy. Nasz recepcjonista miał na ladzie wielki ekran. Ze 32 cale. Mówię do niego – wow, ale masz wielki ekran komputerowy!

– w sklepie wyglądał na mniejszy – odparł taki jakiś skonfundowany.

Nie przyszło mu do głowy wymienić. Chwalę zakup mówiąc, że pewnie się filmy fajnie na tym ogląda. Pan nie potwierdził. Dopiero kilka sekund później, rozglądając się po pomieszczeniu, zauważyłem podobnej wielkości tv wiszący na ścianie.

Motel przyjemny. Czysty, duży, z dużą liczbą różnych potrzebnych rzeczy. Najlepszy hotel z 3, w których podczas tej wycieczki mieszkaliśmy. Najważniejsze, że nogi mi nie wystawały. Czyli łóżko długie w sam raz. Motel 9-10 pokojowy, z fajnym ogródkiem obok. Miejscowość Tropic taka mała dziura. Do wszystkiego można było dojść nogami. I lampy uliczne mieli, więc nie ma obawy, że ciemno w nocy. W Springdale nie było lamp i nie było też nam do śmiechu wracając kilkaset metrów do hotelu, idąc poboczem. Na szczęście latarka w telefonie robiła za sygnał świetlny.

Mieliśmy odwiedzić Great Salt Lake w Salt Lake City przed wylotem. Ale padło na Red Canyon kilka mil od Bryce Canyon. Zrobiliśmy pętelkę, spotkaliśmy Niemców i ruszyliśmy w drogę. Sam Park bardzo urokliwy. Mogłoby się wydawać, że ile można czerwonych skał oglądać? Można! Jesteśmy pod wrażeniem kolorów! Bardzo wyraziste, soczyste kolory. Niesamowite.

W Visitors Center kupiłem sobie książkę na pamiątkę. Ni to biografie, ni to przygodowa, ni to o finansach – Wanted Posters of the Wild West. Stories Behind the Crimes. Poczytamy, zobaczymy.

Całkiem przypadkiem trafiliśmy na ulicę z westernów w miejscowości Panguitch. Szkoda, że nie było saloon’u z tymi fajnymi drzwiami. I jeszcze jedna ciekawostka z podróży do Utah. W naszej Tropice odbywają się rodea. Niestety od środy do soboty! No szkoda. Ale następnym razem pojadę do Teksasu i może tam? Zobaczymy. Urokliwy był też napis na płocie gdzieś po drodze – Bulls for sale.

W motelu w Tropice można było wziąć biblię mormońską. Mieli w różnych językach. Pech chciał, że akurat wczoraj były tylko po niemiecku. Dużo zachodnich naszych sąsiadów ponoć odwiedza to miejsce.

W drodze do lotniska zajechaliśmy do urokliwego baru Arshel’s w miejscowości Beaver, w stanie Utah. Bardzo przyjacielska i pomocna pani kelnerka. Lokal taki w starym stylu.

Najważniejsze, że było czysto i dobre jedzenie. Zostawiliśmy pani prawie 44% napiwku. A taki gest mieliśmy. Rachunek nam przypadł do gustu. Widać, że dbają o takie szczegóły. A pani kelnerka, to chyba z Warszawy była, bo do wszystkich mówiła – darling i hon, honey. Tak jak w moim Mokpolu jedna taka pani Krysia – Coś jeszcze kochanieńki? Szynkę babuni dziś polecam. Już chyba kiedyś o tym pisałem, w Białymstoku nie mówi się do ludzi „kochany“, „kochana“, a tym bardziej „kochanieńki“.

Knajpka oraz Bybee Cośtam Motel w Tropica dostały od nas 5 gwiazdek oraz recenzję-laurkę na google’u.

Wbiliśmy się na lotnisko, porzuciliśmy auto i lecimy do Miasta. Samolot pełny ludzi. Wszyscy chyba cały swój bagaż wzięli ze sobą. Nikt nie sprawdza już rozmiarów podręcznych bagaży? Koleś z dużą walizką, a drugi z wielkim plecakiem. Ledwo się pomieściliśmy. W drodze do Salt Lake City wchodziliśmy ostatni, to nam kazali już bagaż podręczny nadać. Teraz na szczęście nie musieliśmy. Czyli szybki wypad z lotniska JFK będzie. Hura. I tak przed nami pewnie 90 minut podróży do domu. Zawsze się z JFK do Jasnego Zielńca tyle jedzie. Eh!

utah saints

Pictures/Zdjęcia

W latach 90. A dokładnie na ich samym początku dostaliśmy do domu TV kablową. Stałem się fanem MTV. Oglądałem wszystko jak leci.

Były to szalone czasy rave i techno music. I taka piosenka się pojawiła. Chamski beat, ambient. Ale pan krzyczał „Utah saints. Utah Saints“. Podobało mi się.

2002 rok Igrzyska Olimpijskie w Salt Lake City.

2015 rok wybrałem się na najdłuższe (wtedy) wakacje. I między innymi namówiłem Państwo na pojezdkę. Padło na Arches National Park. Można się tam dostać albo z Salt Lake City albo z Las Vegas. Jeden pies, ważna cena biletów. To padło na mormonów. Na JFK już na dzień dobry 3 godzinne opóźnienie. Coś nie dobrze było z wlewem do paliwa na skrzydle. Także późno dolecieliśmy. Nie ważne. Wycieczka niesamowita.

I teraz też padło na SLC. Vegas dużo droższe, także mormony znowu.

Zabukowaliśmy auto na Thrifty. Według planu lądujemy o 23.59. Tak się Ula zapytała mnie w międzyczasie „A do której czynna nasza wypożyczalnia?“.

– według google do 1 rano

Ale w mailu potwierdzającym wypożyczenie wychodziło, że od 00.00 do 23.59, czyli prawie całą dobę. Zadzwoniłem do wypożyczalni i pani beznamiętnym głosem oświadczyła

– zamykamy o 1, otwieramy o 7

– a co jeśli mój samolot się spóźni? Mamy przechlapane?

– wypożyczalnia jest czynna do 1, otwieramy o 7

 

Lekka panika. Stwierdziłem, że zobaczymy co będzie na lotnisku.

I się okazało, że pani pilot doleciała o prawie godzinę wcześniej!

Ale bagaże nam kazali nadać, niestety! Także czekanie przy taśmie nas czekało. Szybko poszło. Delta jakoś szybko wypluwa.

Wpadamy na Car Rental sekcję i oczywiście kolejka tylko do naszej firmy! BLIN!

Ula zaproponowała, żebym obszedł inne, puste firmy. Jako, że Ula jest stąd, to nie musimy płacić za ubezpieczenie, więc wypożyczenie nie jest aż takie drogie. Zapłaciliśmy już w sumie 79 dolarów za 3 dni.

Dochodzę do Enterprise i rozmawiam z panem ile kosztuje niemałe auto. „129$ bez podatku“. Poprosiłem o zwłokę i pobiegłem do Uli. Okazało się, że Dolar Car cośtam też ogarnia Thrifty klientów. To ja do Dolara, Ula w Thrifty. Ale ni *uja kolejka się posuwa. Powiedziałem, że pal licho te 79$, i idźmy, i weźmy nowe auto. Te 129$ plus podatek to było za SUV, pogadaliśmy z panem, żeby coś mniejszego dał. Jak to w Ameryce – let me see what i can do for you. Nissan Rogue w cenie mniejszego auta, czyli 94$. Od ręki. W Thrifty nadal nic się nie ruszyło. Wzielim!

Po drodze zaproponowałem, że zadzwonię do Thrifty i anuluję rezerwację.

No bo jeśli w mailu piszą, że całodobowa, a w życiu, że do 1 rano, to niestety nie zdążyliśmy i pech. Anulacja. Udało się.

Co mam mówić o Utah i ich parkach?

Przepraszam za mój francuski/pardon my french – prze-kurwa-pięknie!

Zion, Bryce, Antilope – te parki chodziły za mną od dawna. Myślałem, że Zion będzie bardziej jak Arches – górzyste, pustynne. Ale nie, okazało się miksem Yosemite i Arches. Czyli skały czerowne i jednak wspinaczki, drzewa, małe lasy.

Springdale – miasteczko piękne, zielone, tętniące życiem. Moab przy Arches większe było, bo miało skrzyżowania. Springdale nie. Ale bogata gmina, bo autobusy za darmo po mieście. I park dziś też za darmo, bo cośtam.

Wg mapy przeszliśmy większość łatwych tras, średnich w ogóle, a z trudnych też z kilka.

Przy Visitor Center zgodnie stwierdziliśmy, że wybieramy Hidden Canyon. 3 godziny w dwie strony.

Oj było pod górkę! Zadyszani doszliśmy. Pięknie na każdym kroku. Różnorodność. Po lewej masz ściany czerwone od żelaza, a po lewej zielone, zamszone. Tu skałka taka, tam piasek. Tu się musisz wspinać po drzewie, tam po skałkach. A po przysypanych piaskach skałkach ślisko. Dużo ludzi spotkaliśmy. Para z North Carolina była najfajniesza, bo zrobili nam zdjęcia, a my im.

Tak teraz sobie myślę. Miasta mi się podobają. Dają energię do działania, do aktywności. Ale natura? Ładuje baterie. Poznajesz swoje miejsce na Ziemi. Jesteśmy mali. W drodze powrotnej, zszedłem ze szlaku i odkryłem dużą skałę, na której się mogliśmy położyć, poczuć się jak w niebie (przynajmniej ja).

W drodze powrotnej oblecieliśmy jeszcze małe szlaczki i wróciliśmy do wsi.

W knajpie zamówiliśmy sałatki, bo nadal po pysznym burgerze na lancz byliśmy pełni.

Mormońska ciekawostka. Już w 2015 roku nauczyliśmy się, że do sklepu monopolowego lepiej zdążyć. Bo jak zamkną, to szukaj wiatru w polu. Ale dziś nowinka – pytam się pani jakie ma piwo. A ta, że nie może rozmawiać z nami o alkoholu. Ale była tak miła, że podała nam kartkę z listą win i piw. Pytam się, które piwo rekomenduje.

– nie mogę rozmawiać o tym

– ? To poproszę Amber Ale

– bardzo popularny wybór

Hm, siki. Woda, a nie piwo. Ale cóż, podróże kształcą.

Przyznaję uczciwie, sałatka z krewetkami była dobra.

Co do Zion. Przepiękna, soczysta zieleń. Co chwilę byłem pod dużym wrażeniem. A biorąc pod uwagę brąz gór? Niesamowite zestawienie. 22 000 kroków zrobione. Prawie na WTC w Nowym Jorku się wdrapałem, bo mówi apka na telefonie, że ponad 105 pięter.

Zion polecam. Arches też. Ciekawe co jutro w Bryce!

Pogoda świetna! Na dwa dni przed Ula komunikuje:

– sprawdzałeś pogodę na nasz wyjazd?

– nie. Jeszcze nie

– minus 2 stopnie!

– ooo

Ale na szczęście dziś było ponad 20. Tylko nie wiem po co te kurtki brałem!

© 2026

Theme by Anders Noren — Up ↑