Tag: Putin

sunclass

dawno, dawno temu dałem się zaprosić na wycieczkę do miejsca, o którym nie myślałem, do którego nie miałem ochoty i potrzeby jechać. Choć bardzo mnie do Hiszpanii ciągnęło, to jednak do TEGO miejsca mnie jakoś odpychało. Może dlatego, że Pamiętniki z Wakacji były kręcone z TEGO miejsca. Mięsny jeż, mięsny jeż, ty go zjesz.

Wzbraniałem się przed namowami. Ale nie chciałem wyjść na Polaka, który mówi „nie, bo nie”, czyli „nie i chuj”, więc postanowiłem dać się namawiać. Namawianiom nie było końca. Toteż dałem szansę i obiecałem, że solennie wysłucham i obejrzę te zachęty. No i na youtube były filmiki z serii „10 atrakcyjnych miejsc …” na Fuertaventurze, Teneryfie, Gran Canarii. W przypadku Lanzaroty wyliczono tylko … 9 miejsc.

Do gustu jako tako przypadła mi Gran Canaria, o czym szczerze poinformowałem.

No i dziś jest ten dzień.

Trochę niefortunny czas, bo Putler nie skonsultował ze mną swoich planów. W robocie gorąco, pomagamy. Prywatnie też pomagamy. Ale ja jakoś zdalnie. Powiedziałem, że oddam ręczniki, koc i pościel. Jeśli trzeba będzie, to Państwo z Europy na K. ma klucze i może wejść i zabrać wszystko z mojego mieszkania. Dobrze by było wiedzieć, czy pomoc doszła do skutku, żebym na allegro zdążył nowe ręczniki zakupić przed powrotem na Sadybę.

Zobaczę jak wrócę. Jeśli jeszcze Putler nie odpuści, to jadę na granicę pomagać. Albo gdzie tam trzeba. Pracodawca mój nawet 4 dni wolne ofiarował na pomoc.

Ale na razie resetujemy się. Słońce, zen, spokój.

Lecimy ze Szwecji. Linie lotniczne Sunclass. Jak to mówią Szwedzi o stewardessach z tej firmy – stare cioty z SAS. Skarciłem od razu i wyjaśniłem, co znaczy „ciota” po polsku. Ale przecież mówi się ciocia, ciotka? – usłyszałem w tłumaczeniu. Właśnie, po rosyjsku Kasia też często mówiła o jakiejś obcej pani “ciotka”.

Stewardessy faktycznie były jakieś … przechodzone. Wszystko w tempie ślimaczo-żółwim. Ale na plus daje im sposób, w jaki serwują posiłki. Takie fajne plastikowe tacki mają. Jedzenie też było wcale nie takie ostatnie. W gazetce zobaczyliśmy jakieś zestawy do picia i się od razu zaopatrzyliśmy w wodę i inne takie. Aha, gdyby ktoś pytał, wino słabiutkie. i to bardzo! Ale lepsze od produktów z winnicy Połczyn-Zdrój, to znaczy Popłuczyn-Zdrój.

Wyspa mnie na razie nie urzeka. Fakt, Las Palmas to największe miasto Wysp Kanaryjskich. Tak ze 100 000 więcej niż w Białymstoku. I tę wielkomiejskość widać – centra handlowe, ruch na ulicy, miłośnicy siłowni. Wyspa sama w sobie jakaś taka pustynna. Ale dajemy szansę. Południe wyspy ponoć fajniejsze i cieplejsze.

Zawsze mnie zastanawiało, kto w takich miastach korzysta z fitness klubów. Przecie cały rok można się plażować, ruszać na świeżym powietrzu, c’nie? Ale nie, ludzi na siłce pod wieczór było troszkę. W naszym hotelu też jest sala do ćwiczeń. A jak rozglądamy się za noclegiem na południu wyspy, to też można się poruszać troszkę. Strój mam jakby co. Jutro zapisałem się na saunę po siłce.

Hotel trafiliśmy dobry. Na sam przód po zameldowaniu zrzuciłem buty i z bronksem na leżak poszedłem. Słońce troszkę po pysiu posmyrało. Niby 20 stopni, ale jak słoneczko rozchmurzy buzię, to naprawdę cieplutko, a w mojej skali to i gorąco.

 

Po chillax’ie nadszedł czas na rekonesans. Promenada wzdłuż oceanu przyjemna, tak jak widok na wodę. Boczne uliczki takie sobie.

 

Postanowiliśmy zrobić kilka kroków, przetrącić jakiś tapasik, pójść na shopping i po odświeżeniu się w hotelu, pójść na ucztę. Ale nie wyszło. Plany wzięły w łeb. Zmęczenie wzięło górę.

Jedzeniowo to na razie szału nie ma, ale trzeba się bardziej rozejrzeć. Lokalsi są mili, ale kompletnie mają w nosie, że ty nie kumasz po hiszpańsku. Dwa razy nas odesłali do QR kodu, żebyśmy sobie menu zobaczyli po angielsku. Ale jakoś nie wyszło. Hiszpański nie chciał się cudownie zamienić w angielski. W meksykańskim przybytku pani była nawet miła i wyjaśniła, gdzie szukać przystawek, dań głównych, deserów i tak dalej. Ale żeby wyjaśnić co to za dań? No senor! Radź sobie sam. Trochę męczące było kopiowanie do translatora.

W końcu siedliśmy gdzieś przy nabrzeżu i dostaliśmy dobre rzeczy. Jak to mówił mój sąsiad z wycieczki do Grecji, Stefan – zawsze oktopusa bierz. To wziąłem. W towarzystwie krewetek. Pochwaliłem nawet dań u chłopca za ladą. Okazało się, że to wymysł tego przybytku, w którym siedliśmy, a nie jakiś lokalny przysmak. Octopus-King Prawn cośtam – tak się nazywał. Brioszka z fish and chips też była spoczko, ale gabarytowo mogłaby być większa.

Później nastąpiło szaleństwo zakupów. Primark, Carrefour i takie tam. Pandemia w Hiszpanii jeszcze jest i podchodzą do tego sumiennie. Obostrzenia takie jak u nas – maseczka w miejscach zamkniętych i tłumnych na zewnątrz. Zwracają uwagę, nie tak jak u nas. Mnie najbardziej spodobał się jeden regał w Carrefourze.

Niestety nie mamy lodówki w pokoju, więc taki udziec zmarnowałby się szybko (smutna mina).

I tak na koniec dnia sobie siedzę na 5 piętrze i piszę, i popijam, i patrzę, i gadam z ludzikami. Fajny hotel. Na naszym poziomie jest: sala TV, bar z takim lounge’m, patio, siłka, sauna, sala z grami stołowymi. A po schodkach parę kroków jak zrobimy, to i się popluskać można. Basen wąski ale rączkami parę razy trzeba pomachać, żeby dotrzeć do drugiego brzegu.

jestem przerażony

“Son, it’s not how many Germans you kill that counts
it’s how many people you set free”

A miał to być tłusty czwartek. Miałem się cieszyć zerem pączków. Ale nie. Dzień to jeden z najstraszniejszych w moim życiu.

Wczoraj się przekomarzałem z Wielkim Pe o pączkach. Dodatkowo winny/winowy (?) kolega donosił na boku, że z córcią faworki smażą. Ślina nam poleciała, bo my pączków nie mieliśmy mieć. Nie mówiąc o innych chrustach. Ale za to poczytaliśmy sobie o tym zwyczaju tłustego obżerania się.

Wcześniej bułeczki nadziewano (Oooo, Vlad Palovnik by się ucieszył) mięsem, słoniną, boczkiem. I popijano wódką. Obficie! Dopiero od XVI wieku zaczęto robić pączki na słodko. Wyglądały one nadal nieco inaczej niż obecnie – w środku miały bowiem ukryty mały orzeszek lub migdał. Ten, kto trafił na taki szczęśliwy pączek, miał cieszyć się dostatkiem, szczęściem i powodzeniem. No ja nigdy nie trafiłem! To już wszystko jasne.

 

Staropolskie przysłowie mówi: Powiedział Bartek, że dziś tłusty czwartek, a Bartkowa uwierzyła, dobrych pączków nasmażyła.

 

W innych krajach, a właściwie w większości obchodzi się we wtorek ten tłusty dzień. Anglicy chyba naleśniki jedzą, bo u nich to Pancake Tuesday. Amerykanie mają Mardi Gras. Ale co ja tu będę Empik robił i w, i o językach prawił.

Najważniejsze jest, że przetrąciłem tylko JEDNEGO pączka. A dostałem ich aż pięć. Załatwiałem służbową sprawę w Starym Domu i mnie poczęstowali przysmakami z cukierni. Oczywiście, jako że dziś, to dziś, to dali mi pączki. Zawiozłem do biura, otworzyłem pudło, wyjąłem jednego pączka i … wsunąłem. Pyszny, ciepły przysmak. Powiedziałem koleżance, żeby zaniosła do domu resztę, dla chłopaków. I kazałem oczywiście z pola widzenia mego zabrać, co by koleżanka jednak miała co zabrać.

W Danii ponoć w poniedziałek świętują. No może pocelebruję? Zobaczymy. Będę obok, to czemu nie. Może poproszę koleżankę co w Kopenhadze pracuje, żeby coś przywiozła po robocie.

A we wtorek Szwedzi mają swoje semla. Wygląda jak nasz ptyś, ale to bułeczka pszenna. A do tego masa migdałowa i zbita śmietana.

Niektóre regiony dodają kardamon. Oj, mam nadzieję, że Skania nie! Ale zdecydowanie zjem we wtorek. Trzeba poznawać inne kultury, otrzaskiwać się, c’nie.

I nawet słońce dziś ładnie świeciło. Tylko co z tego. Jeden chory człowiek chce bezmyślnie zapisać się w historii. Słuchałem radia do 10.00 i wyłączyłem. Nie dałem rady już słuchać.

Po 16.00 wracałem do domu i autobus łaskawie nas wypuścił przy Łazienkach, bo chyba byśmy z godzinę siedzieli zamknięci. Przeszedłem się w dół do Belwederskiej mijając biuro jakiejś marionetki, ponoć prezydenta Wolski i zaraz za nim ujrzałem rząd radiowozów i tłum około 100 ludzi. Posłuchałem co pan mówił przez megafon. Głos mu się łamał, a mnie ściskało serce.

Na Instagramie dziewczyna z St Petersburga, co ją obserwuję i uczę się z jej postów języka wrzuciła story informujące o tym, że Rosjanie nie chcą wojny z Ukrainą, nie chcą Krymu, nie chcą Donbasu. Rosjanie chcą pokoju i sprawiedliwości w swoim kraju. Ale nie wiedzą kto ich teraz wysłucha.

Wojna jednego człowieka, nie Rosji, ze światem. Smutne. Później zadzwonię do mojego korepetytora z Biełgorodu i zapytam co on sądzi o tym wszystkim. Kontakt nam się urwał jakiś czas temu, ale odnalzałem hasło do Skajpa i na nowo rozmawiamy od kilku dni. Aleksjej obronił doktorat, „trochę schudnąłem się” [sic!], dziecko mu rośnie, wietnamska „żona też wszystko normalnie”. Twierdzi, że już zapomniał język polski, za dużo „się” daje, ale uważam, że świetnie mówi po naszemu.

Update. Właśnie rozmawiam z nim. 40 km od granicy z Ukrainą mieszka (najbliższe miasto Charków). O 6.00 rano obudził go hałas, szyby w oknach jego mieszkania drżały, dźwięk był straszny. Rakiety były czerwono-żółte. O północy mieli prąd w jego mieście wyłączyć. Na szczęście nie wyłączyli. Ukraińcy kilka rakiet wystrzelili w ich stronę. Mógłby w sumie wyjechać do Wietnamu, do kraju rodzinnego żony. I tam żyć w spokoju. Ale boi się, że nie będzie mógł zarabiać za granicą (uczy historii, rosyjskiego i polskiego przez Skype). Albo będzie mógł, tylko, że rubel nie będzie nic warty. W sumie, to wyjazd z kraju nie wchodzi w rachubę, bo … z kraju nie może wyjechać.

Mam nadzieję, że nikt nas na tym Skype nie podsłuchiwał. Kolega przyznał wprost na kogo NIE głosował w wyborach prezydenckich. Mam nadzieję, że go nie zamkną. A jeśli coś się ze mną stanie, to idźcie tym tropem. Ruska inwigilacja.

Wieczorem słucham radia, audycji muzycznych, przeplatanych wiadomościami. Amerykanie twierdzą, że w ciągu 72 godzin Kijów zostanie zdobyty … Łzy mam w oczach. Myślałem, że nigdy nie dożyję wojny …

© 2026

Theme by Anders Noren — Up ↑