Tag: pizza

mączny na waszeci czar rzucam

Każdy kto mię zna, to wie, że ja taki mały kuchmistrz jestem. Lubię pichcić, lubię w garach zamieszać. Lubię też kuchnię … sprzątać.

Ale nigdy mi nie wychodziły mączne! Nie wiem czemu. Słyszałem mądrości ludowe, że to wymaga czasu, praktyki, że jak się nabędzie wprawy, to żadna to filozofia ciasto ugnieść.

Otóż nie! Uważałem nawet, że „aż ciasto będzie odchodzić od ręki” to jakaś ściema. Nie ma takiego stanu. Ale jak widziałem w telewizorze jak u pani Ewy, czy u pana Makłowicza odchodzi, to robiłem „grrr” i przecierałem oczy ze zdumienia. Imposybilność jak na mój gust to wielka. Ciasto po prostu od ręki nie odchodzi. Od mojej nie odchodzi.

A weź jeszcze dosyp mąkę, jak łap nie możesz odkleić!

Także w moim domu pizzy nigdy nie było. Rok temu pojawiła się jak kometa Halleya chałka (ze zmiennym szczęściem mi wychodziła. Na szczęście Słodkokwaśna dobre proporcje podał). A z ciast od wielkiego dzwonu piekę te, które nie wymagają mąki. Ale tu wyjątkiem był najpyszniejszy na świecie, według dwóch pań, sernik. Ale w tym ciastku to mąka akurat się łatwo ukręca.

Drzewiej piekłem nawet chleb na zakwasie. Ale to też żadne mecyje. Sypiesz, mieszasz, dolewasz i kładziesz w formę.

Także mąka u mnie tylko do panierki szła. Albo rzadko do zagęszczania sosów.

Będąc po raz pierwszy u Wielkiego Pe zobaczyłem, że ten makaron sam robi. Oh, od razu przypomniało mi się jak u babci Klary robiłem te kluchy. Nitki takie dłuuuuugie do rosołu z babcinej kury, co kilka godzin wcześniej bez głowy po podwórku biegała, bo dziadek jej łeb obciął. Pamiętam, że zabawa była przednia i ja chyba tylko kręciłem takim ręcznym mikserem i kroiłem na końcu makaron.

Oh, a pierogi!? Uwielbiałem wycinać kółeczka przykładając szklankę.

Pierogi zrobiłem w swoim życiu trzy razy – pierwszy, ostatni i o jeden raz za dużo. Ale wtedy nie było jeszcze dobrze rozbudowanego internetu i nie było tego beznadziejnego serwisu typu Ania gotuje (szczerze nie polecam). To były moje początki mieszkania w stolicy. Mieszkałem kątem grzecznościowo u Państwa z Europy na K. W podziękowaniu, i jako, że pierwszy z roboty wracałem, gotowałem obiady. I raz, latem, korzystając z wysypu jagód, zrobiłem przepyszne pierogi. Oczywiście moje były pierwsze, bo wjechały na stół jako pierwsze. Nie wiem co mnie podkusiło, ale zostawiłem pierogi w garnku z wodą. Nie chciałem, żeby się posklejały, jakbym wyjął i przełożył na talerz. Państwo wróciło do domu i na obiad mieli taką quasi zupę jagodową z kluchami. Po dwóch miesiącach dostałem wymówienie ze stancji.

No i u Wielkiego Pe mówię, że makaron chętnie zrobię. Że pierożki na kociołek też pomogę skleić. Hmmmm, chyba kolega nie był kontent. Coś się nie kleiło. Moja wina. No coś nie tak ze mną. Mączny czar rzucam, czy co?

Chleb też raz zaoferowałem się zrobić. Na drożdżach. Oj. Drożdże i mąka to już w ogóle czar nad czary. Ni chu chu mię to wychodzi. Wielki Pe łypał spode łba i chyba ciśnienie mu podnosiłem. Wszystko nie tak robiłem. Źle sypałem mąkę, źle mieszałem, woda też pewnie nie taka jak trzeba. I zapewne nie pod tym kaloryferem te drożdże rosły. Chleb nie wyszedł.

Taką traumę kolega ma teraz, że jak jestem z wizytą, to on się nie odważa sam niczego mącznego robić. Po moim wyjeździe miał jeszcze gości i mówił mi, że chleb nadal kupny ma. Teraz chyba sam jest i też mówi, że nie podjął wyzwania jeszcze. No szkoda.

Oj! Pamiętam jak rok temu piekliśmy ze Słodkokwaśną i jego panią bułki wietnamskie na banh mi. Czar musiałem rzucić, bo kolega klął jak szewc. Oj znowu. Przecie mniej więcej wtedy na działkę jechaliśmy i mieliśmy pałaszować hambuksy. Grill był, mięso było, garniry też. Bułki tylko trzeba było wypiec. No i Maciuś dostał zadanie. Wydaje mi się, że po dwóch dniach można było tymi bułkami gwoździe wbijać.

No nie umiem mącznych i czar rzucam!

Ostatnio pożyczyłem maszynkę do makaronu. Wyprasuje ciasto, potnie. Tylko gotować i jeść.

Stała się rzecz wielka! Ciasto zaczęło mi odchodzić od ręki! Od mojej ręki. Makaron na jajku, makaron bezjajeczny wychodzi mi jak ta lala. To znaczy ciasto wychodzi. To znaczy odchodzi od ręki. To chyba znaczy, że wychodzi mi, c’nie?

Problem mam tylko, że coś się nie chce kroić. Wszystko się później lepi, skleja, ciągnie.

Do dupy jestem z tą mąką. Ale nie tak do końca, bo finalnie coś tam mi zawsze wychodzi. Byle jak, ale wychodzi. I jestem z siebie dumny. Dziś nawet zrobiłem na zaś.

Czaru jedynie nie rzucam w restauracji Segment. Tam o dziwo zawsze pyszna picka!

Już się umówiłem z właścicielem na sobotę. Odmrażają ogródki knajpowe.

 

Dziś poczytałem, że w Białymstoku spada liczba zainteresowanych szczepieniem. Coś w tym jest. Od kilku dni dzwonię do Białego próbując przyśpieszyć zaaplikowanie drugiej dawki. I za każdym razem fiasko, zero, czyli nic. Słyszę tylko – nie mam wolnych terminów na druga dawkę.

I dziś o dziwo sukces. Na 18 maja na godzinę 14.00 udało mi się przełożyć wizytę. Czyli coś jest na rzeczy z tym malejącym zainteresowaniem. Trochę się boję, bo wszyscy mnie straszą tym drugim zastrzykiem. Ula z Teksasu to prawie na tamten świat już się wybrała. Brrr.

Ale za to jaka odporność będzie!

Lektor rosyjskiego nie widzi maili z powiadomieniem o wpisach na moim blogu. Hehehehehehe. To znaczy xe-xe-xe-xe-xe-xe.

Teraz mnie naszło! Bo ja syn młynarza jestem! Nie opalam się! To może temu taki sztukmistrz jestem i czar mączny rzucam?

 

Upały nadeszły. Zdycham już powoli.

 

gdzie jest słonko?

Kiedyś napisałem do pani wtedy-inżynier ze Szczecina kilka słów. A może jej link podesłałem?

Gdzie jest słonko, kiedy śpi? Czy wilk zawsze bywa zły.

I ona mi odpisała coś w stylu:

A idź w cholerę Maciek. Teraz nucę to cały dzień.

Słuchałem ostatnio, bodajże w poniedziałek, audycji Macieja Orłosia w Radio Nowy Świat. I tam wejścia ma pani publicystka, która rozmawia ze znanymi i komentuje życie w Polsce.

I właśnie we wspomniany ostatni poniedziałek pani Beata zapytała swego rozmówcę (chyba pan z Newsweeka) – gdzie jest prezydent Duda?

No właśnie!!! Gdzie jest nasz DługoPiS? Cisza, jak makiem zasiał. Ostatnio pana dupę słyszałem, jak zapraszał po wyborach Czaskowskiego do Pałacu Prezydenckiego na pogratulowanie sobie re-elekcji. Czyli jakiś to sierpień był. A tu już grudzień. No zaszył się.

Część osób mówiła, że El Presidente pokaże teraz jaki ma kręgosłup, bo to druga kadencja i trzeciej nie będzie. Czyli może się zaprezentować, pokazać co on nie może. A w poniedziałek usłyszałem, że mu to lotto, bo to druga kadencja i trzeciej nie będzie. Więc po co się starać?

Gdzie jest Duda?

Chyba Endrju, poczuł się wywołany do tablicy, bo dziś wyczytałem, że Głowa Państwa wraz ze swoją Szanowną Małżonką pokazali jak ślicznie udekorowali domek! Świątecznie udekorowali! No sukces! Nie sprawdzałem efektów pracy Pary Prezydenckiej. Nie wiem, czy to zgrzebnie, czy glamurowo wyszło. Nie mniej gratuluję rękodzieła. Przynajmniej coś zrobił. Prezydenta mamy co się zowie. Konduita pierwsza klasa.

Patrzę na te postępy koronawirusa i się zamyśliłem, zasmuciłem. Ponad pół roku temu rozmawiałem na Instagramie z piekarzem z Iranu. Sprawdziłem wtedy. Iran w TOP10 przypadków na świecie. My, hen hen, daleko, w połowie piątej dziesiątki. Wczoraj sprawdzam i … Iran 15., a my tuż przed nimi – na 14. miejscu na świecie. Smutne to. Od kilkudziesięciu dni jesteśmy w top10 nowych, dziennych przypadków.

Mam dosyć obostrzeń. Niech rząd spier….ala ze swoimi pomysłami. Sklepy mogą mi pozamykać. Nie kupuję, a jeśli już muszę, to mam internet. Ale rozumiem, trzeba kabzę państwową nabić. Otwórzcie kurna knajpy! Ja już mam dosyć gotowania, na wynos nie jem, bo to nie jedzenie. Napoju z pianką w kuflu bym się napił.

Dziś, wracawszy do domu z roboty, poczułem głód. Wydzwaniam właściciela knajpy, żeby coś może zamówić by. Nie odbiera. No to lecę do sklepu i robię zakupy na obiad. Kolega widzę, że próbuje do mnie oddzwonić. Podczas rozmowy mówię mu, że chowam zakupy do lodówki, że jutro sobie upichcę. Posłuchałem propozycji, mlasnąłem językiem i zadzwoniłem do knajpy (pan właściciel już był w domu). Przekomarzam się z kelnerką Justyną. I co się okazuje. Pizza wraz z niespodzianką – butelką coli, trafiła do mnie piorunem. Oj coś czuję, że pan właściciel zmobilizował swoich ludzi. Taką obsługę to lubię. Klient usatysfakcjonowany. Ale pizza z kartonu, to nie pizza, niestety.

Do przepłukania gardła zaproponowałem sobie zarekomendowaną przez ładną buzię ze sklepu z alkoholem. Pani Monika pochwaliła Kilchomana, jak powiedziałem jej, że uwielbiam torfowe whisky. Mówię panu, torf ciągnie się jak smoła – tak mi opowiadała.

Hmmm, czy ja wiem. Jak dla mnie dosyć delikatny torf. Choć pan G., znawca szkockich napitków mówił mi, że Kilchoman to głęboka wiocha i tam tak po swojsku robią. Czy ja wiem? Może już mi się podniebienie wyrobiło? Torf czuć, ale smoła? Nieeee.

Zauważyłem, że mam problemy ze snem. A może to nie problemy? Ostatnio budzę się o 5 rano. Ula z Nju Dżerzej napisała mi, że prawdopodobnie wyspałem się już za wszystkie czasy. Może?

Dziś nawet włączyłem sobie po raz pierwszy Radio Nowy Świat, żeby od 6 rano posłuchać Wojciecha Manna. Okazało się, że Mann był, ale junior. Oryginalni prowadzący do radio nie dotarli. Chyba przez ten atak zimy. Słabo.

Dzięki zwiększonej liczbie spraw w pracy w biurze byłem ze trzy razy w tym tygodniu. Jak to fajnie zobaczyć dawno niewidziane miasto. Napstrykałem sobie fotek. I znowu tylko Pałac i Pałac.

Gdzie jest Duda?

… że pękają oczy

Wczoraj mnie zabolały oczy.

Jeździłem sobie popołudniu po południu Warszawy i okolic. Już jakiś czas temu korciło mnie, żeby zahaczyć o Auchan Piaseczno. 10 lipca 2000 roku zaczęła się tam moja (krótka) kariera managerska. Fajny to był czas, dobrze wspominam. Wtedy w Polsce były tylko 4 hale: Piaseczno, Warszawa Modlińska, Gdańsk, Sosnowiec. W grudniu 2000 roku otwierały się kolejne 4, w tym Białystok. Taka to była francuska ekspansja. A chwilę później kolejnych 8 hal. Teraz to tych sklepów jest ze 40 i sam nie wiem, gdzie się to mieści.

Auchan Piaseczno AD 2000 wyglądał jak wielka puszka. Dopiero później architekci postanowili odchudzić te blaszaki, dodając witryny lub przeszklone wejścia. Poznałem nawet kiedyś jednego Architekta, także miałem info z pierwszej ręki. Praca w puszce była fajna, bo pierwsza, bo ja byłem młody i pełen animuszu, werwy i ochoty. Do tej pory doceniam ten czas i to doświadczenie. Kiedyś w pracy w nocy widziałem, jak jakiś kotek szarpał tackę z mięsem. Rano poinformowałem przejęty managera mięsa o tym fakcie. Ten wziął tackę mówiąc – przepakuje się.

Główny miejscem posiłków był Flunch, na którego ja mówiłem Fucking Lunch (F-Lunch). Jedzenie nie lepsze od Syfexo, ale o porcjach tak samo małych. Także lancze były takie, co … kot napłakał.

Stażowaliśmy się do końca września 2000 roku. Część ekipy spędziła w Warszawie około roku. Ja tylko 3 miesiące. To był dobry czas. Hotel Vera przy ul. Bitwy Warszawskiej. Niestety później nastąpiło cięcie kosztów i wylądowaliśmy w Hotelu Feniks przy ul. Grochowskiej (o ile pamięć nie myli. Feliks?). Pamiętam, że jak się wracało z pracy na Grochów, to się przejeżdżało koło Stegien i Sadyby. Ale wtedy nie było jeszcze ani trasy, ani mostu Siekierkowskiego. Jakoś puściej na Dolince Służewieckiej było. Takie to były dobre czasy.

Także wczoraj zajechałem na rekonesans. Myślałem, że spotkam Ewę, która tak naprawdę załatwiła mi tę robotę w Auchan. Po prostu kazała mi wysłać CV i szepnęła dobre słowo temu i owemu. Rozmowę miałem z szefową Ewy – Polką Anią, z moim przyszłym szefem – Jean’em Froncois’em i z dyrektorem sklepu Pawłem. Kręcił nosem, kręcił. Nie dziwię się w sumie. Co ja mogłem mu dać, tydzień po obronie dyplomu? Paweł zapytał mnie – czym jest handel? Coś tam mądrego wydukałem. Oczywiście, książkowo mądrego. Paweł zmarszczył brew i kiwa głową.

– wie pan co. Zatrudni mnie pan na 3 miesiące. I ja panu powiem po okresie próbnym czym jest handel – zaryzykowałem stwierdzenie.

Przyszły pan się zdziwił, lekko uśmiechnął i rzekł:

– ok. Dzięki temu, że Ania i Jean dali panu dobrą rekomendację, to zatrudnię pana. Ale za 3 miesiące odbędziemy tę rozmowę.

Oczywiście rozmowy z Pawłem toczyły się co dzień. Ale to było dobry czas. Uczyłem się. A jak nie wiedziałem, to pytałem.

No i wczoraj ze łzami w oczach zajeżdżam na parking. Ładną estakadę zrobili. Teraz wjazd i wyjazd o wiele prostszy i szybszy. Kiedyś to była walka. Ale przez to zniknął chyba parking dla pracowników. Oj pilnowali tego w 2000 r. Nie można było parkować aut na parkingu dla klientów. Nie można!

Puszka wygląda tak dalej obskurnie jak wyglądała 20 lat temu. Mojego działu z muzyką i książkami już nie ma tam, gdzie był. W ogóle muzyki już nie ma. Książki przenieśli obok. Jak wyjeżdżaliśmy do Białego, to Piaseczno się właśnie rozrastało i swego czasu była to największa hala w Polsce. Później otworzyli dwupoziomowe Auchan Wola, ale to się chyba nie sprawdziło.

Także wczoraj zabolały mnie oczy od widoku puszki. Ale uśmiechałem się. Dobre wspomnienia wróciły.

 

Wieczorkiem podszedłem do Roberta z restauracji Segment na piwko. A ten mi mówi, że taką pyszną pizzę na lunch zaproponowali. Zamiast sosu pomidorowego – taka pasta z awokado.

– oj, nie. Jadłem o 18.00

– ale mówię ci, pyszna jest. Nie zjesz?

– nie, no weź. Jadłem. Piwo poproszę w szklance

– to co robić?

– no tak. Się jeszcze pytasz

I pizza była ciekawa. Ostra kiełbaska, pomidor i ta maź z awokado. Taki malutki mlask. Mlaszczek.

Na podwórku siedziała panna o mega irytującym głosie. Aż się musiałem schować do środka.

O 20.18 właściciel mówi, że Legia gra. Oczywiście temat ten mnie mało interesuje, ale z braku laku, dobra smoła. Poszliśmy na pięterko i … niestety oglądaliśmy. A jeśli chodzi o polską piłkę klubową, to wszyscy wiemy, że na to nie da się patrzeć. Dałem radę do 60. minuty. Oczy mnie bolały co chwilę. Co za nieporadność. Gra na poziomi chłopców z orlika. Akcje nieskładne. Nikt prawie nie gra z pierwszej piłki. Najciekawiej wyglądał różowy kostium bramkarza Legii Artura Boruca. Na szczęście dwie bramki Legii udało się wcisnąć. Drużyna z Kosowa chyba na naszej połowie była ze dwa razy w pierwszej połowie. W drugiej już śmielej zaczęli atakować. Ale wciąż to był poziom „ojej! Moje oczy! Moje oczy!”.

 

Wczoraj też moje oczy ucieszyły się!

Niech pan je koninę – powiedziała w 2006 roku pani doktór wręczając mi piramidę żywieniową. Wtedy po raz pierwszy zrobiłem sobie badanie poziomu cholesterolu. Wtedy zaczęła się, jak mi się wówczas wydawało, nierówna walka z tym cholerstwem. Później doszły trójglicerydy.

Pamiętam to spotkanie z panią doktór.

– ile pan ma lat? – pyta

– 30 – odpowiadam szybko. Kurwa, 30 – mówię już do siebie w myślach.

Ale to był jedyny raz, kiedy wydało mi się, że już taki stary jestem. A jak wiem, dziś mam 29.

I tak walczyłem z tym cholesterolem. Bitwy przegrywane co pół roku. Doktorstwo proponowało mi tabletki nie raz. Ale ja wzbraniałem się. Nie chciałem żadnych medykamentów.

Półtora roku temu pan doktór zaproponował mi dietę niskotłuszczową. No cóż, coś tam sobie odtłuściłem, ale z pizzy nie dałem rady zrezygnować. Od ponad 2 lat mięso jem raz albo dwa razy w tygodniu.

Wczoraj zrobiłem lipidogram i na własne oczy nie uwierzyłem! Cholesterol spadł! Jest w normie. Dobry cholesterol jest wyższy niż minimum. No mógłbym jeszcze nad złym popracować, ale jest też ok. No i trójglicerydy mi spadły. Oczy się cieszyły, jak patrzyły na wyniki. Dlatego też poszedłem na piwo i skusiłem się na tę pizzę. Życie jest piękne!

 

Jadę do Białego dziś. Muszę zobaczyć ten dworzec. Bo ponoć znowu w remoncie. 20 lat remontu, 10 lat użytkowania i znowu remont?

Czy byłeś kiedyś w Kutnie na dworcu w nocy
Jest tak brudno i brzydko, że pękają oczy, oczy, oczy

czerwony m

Nie, ja nie o tym, że jakiś komuch jestem. Wczoraj Maciuś zrobił bardzo durną rzecz. Jak zwykle z resztą. Znowu mi się na opalanie wzięło. Zajechałem na plażę nadwiślańską i się kąpałem w słońcu. Cały czas patrzyłem na się i twierdziłem, że nic mnie nie bierze. No do czasu. W domu zaczęło piec. Patrzę w lustro i widzę Red Devil’a.

Na szczęście po ubiegłorocznych smażeniach kupiłem sobie spray na oparzenia. To się posmarowałem. Dziś coś tak lekko poszczypuje. Boczek mnie najbardziej boli. Nauczyłem się, że lepiej się nie opalać w okularach przeciwsłonecznych.

Wczoraj poleciałem do Segmentu na mecz. Byłem pewien, że Bayern rozjedzie Barcę 7-1. No pomyliłem się. Nie jestem fanem germańskiego sportu, ale Messiego i Barcy organicznie nie znoszę. Przed meczem przeszła po chodniku demonstracja. Ciut za restauracją jest ambasada Białorusi. Już w czwartek widziałem, że policja pilnuje. Brama i płot była pomazana na czerwono. Wczoraj strasznie dużo ludzi szło. Z kilka dobrych minut. Kierowcy przejeżdżający obok dodatkowo trąbili. Także wyglądało to tak, jakby Legia wygrała czy coś (wygrała. Zdemolowała Bełchatów w 1/32 Pucharu Polski).

Po proteście część ludzi siadła na pizzę i piwo. Z jakąś panią zagadałem, какая ситуация в Беларуси? Лукашенко еще президент или нет? No pani zaczęła lamentować, że rodzina tam, że internet i telefony wyłączyli, że nie wie co z nimi, że pałkami milicja gwałci. Pochwaliła społeczeństwo białoruskie. Że nie wandalizują, że nie niszczą mienia. Nic z tych rzeczy, są pokojowi. Nie to co Ukraina. No pani być może nie zna pokojowych protestów w USA po zabójstwie pana Floyda. Tam szabrownictwo i demolka szła pełną para.

Pani zrozpaczona prosiła o pomoc Polaków i Unii Europejskiej, bo sami nie dadzą rady. No ma rację. Wydaje mi się, że tym razem nastąpi koniec rządów Łukaszenki. Nie zdziwię się, jak jego lud go przepędzi, albo zgotuje mu ten sam los co Rumuni pewnej rodzinie. No i pani dodała, że Putin to taki sam … jak Łukaszenka. Ja wtrąciłem jej w zdanie brakujący wyraz na C (ten od skrótu HWDP). My nie chcemy do Putina – zakończyła pani.

No ciekawym jest jak to się jednak potoczy. Ciekawym.

Żar jest w Wawie. Człowiek się gotuje. Odpaliłem rower i sobie kręcę przy rzece. Tu widoczek, tam widoczek. I świat się chyba przekręcił ciut, bo kiedyś zachody słońca na moście Siekierkowskim obserwowałem o 20.30. Teraz biegnę po moście i bęc! 20.13 jest i już po balu. Następnego dnia przyjechałem rowerem. Wpadłem w ostatniej chwili.

Dla jeżdżących po prawej stronie rzeki. Przy tej kładce przy porcie praskim jest leciutka masakra. Jakieś remonty, ale jest już lepiej niż było. Ciekawe co zbudują? Przy Gdańskim też jakieś wykopki.

Dobra, lecę się przesmarować sprayem, bo jak kładę rękę na klatę, to lawa!

Czerwony jak cegła – to już teraz wiem, czemu nie znoszę tej piosenki.

 

a na plaży …

…mi się marzy taniec w słońcu i bez końca.

 

Koronawakcje nadeszły. Pandemiczne lato się zaczęło. Jakby mniej pada już.

Przeszedłem się po dzielni. Ot tak bez celu. Żeby spalić … kalorie po pizzy.

A propos palenia. Czy dziś nie jest przypadkiem 3 i pół roku jak przestałem palić? Chyba dziś, tzn. jutro, z wtorku na środę. 1 lipca o 1.40 naszego czasu dokładnie. Eh. 1277/1278 dni. Nie tęsknię i nie wyobrażam sobie, żebym wrócił do nałogu. Nie ciągnie mnie już nawet. Współczuję palącym. Rzućcie to w diabły.

A propos włoskiej kuchni. Wczoraj dałem się zaprosić na lancz na Saską Kępę. Knajpa się nazywa Pinsa. O kurczaczki jaka pycha! Na Wilanowie też ponoć jest. Mlask!

Na przystawkę Arancini Verdura (ser mozzarella, kozi ser, cukinia, szpinak, czerwona cebula, papryka, ryż) i Arancini Bolognese (ser mozzarella, sos Bolognese, ryż). Na główne – Pinsa Bianca La Regina wypiekana na mące sojowej, ryżowej i pszennej oraz Pinsa Panini Polipo.

Mlask ale wracajmy do spaceru dzisiejszego. Jako że Sadybę mam „obeszniętą” (od wyrazu obejść lub obchodzić), tzn. że obszedłem już Sadybę tyle razy, to nigdy nie wiem dokąd pójdę, jak idę na spacer. Codziennie muszę zrobić 10 000 kroków. Przynajmniej. Do łba wbite dawno. Także byłem już wszędzie. I dziś chciałem przejść obok muzeum z czołgami, ale zorientowałem się, że kilka godzin wcześniej do sklepu szedłem tamtędy. To skręciłem w lewo nad jeziorko Czerniakowskie.

Dopiero teraz spostrzegłem, że w takim tuneliku, wejściu na podwórko starej kamienicy wiszą obrazki. Chyba jednak niedawno powiesili, bo jestem pewien, że byłyby spostrzeżone wcześniej, bo ja spostrzegam takie rzeczy. Spostrzegawczym raczej jest.

I tak się przeszedłem kawałeczek po plaży nad jeziorkiem. Urzekła mnie tablica informująca jak należy spędzać czas nad wodą w dobie pandemii. Dziwne to będą wakacje. Dziwny to będzie plażing.

Barak, w którym było Nabo i koszmarny Wietnamczyk wyremontowali na glanc i otworzyli coś, co się nazywa Owoce & Warzywa oraz NaboKu, czyli nowe-stare Nabo. No wygląda to jak gwiazdki Miszelina albo coś takiego. Dużo ludzi. Trzeba będzie podejść w niedzielę i zobaczyć. I obfotografować.

 

A propos przedrostków „ob-”. Jak poznać, czy ktoś jest pijany? Należy poprosić taką osobę, żeby powiedziała króciutkie zdanie:

Na stole znajdują się butelki obetykietykowane i butelki nieobetykietykowane.

wieczny odpoczynek racz im dać panie

na mojej ulicy

 

pan fasola

Nigdy nie byłem fanem tegoż komedianta. Na nerwy mi działał. Ale mam jego obrazek w głowie.

Zawsze chciałem mieć dywan na klacie. Niestety, jedyny dywan, to pod łóżkiem. Kawior taki (po rosyjsku ковёр – dywan. Диван – łóżko, sofa. Zdałbym chyba ten rosyjski na maturze jednak). Także dziś zrobiłem sobie dywan na klacie. Sam się ostrzygłem, ogoliłem i … niechcący zrobiłem na pana Fasolę.

 

Dziś już wiem, że dywanu na klacie bardzo nie chciałbym mieć. Kiedyś na studiach mieliśmy kumpla. Bardzo owłosiony i grubawy. Grając w kosza jedna drużyna była bez koszulek (żeby się jakoś rozeznać kto jest kto, z której drużyny). I raz przypadło mi w udziale krycie kolegi. Akurat to ja byłem w koszulce. Kolega dostał ksywę Oślizgły. Fuj, co za, kurczaczki, nieprzyjemność przy starciu w zbiórce piłki. Oślizgłość!

Wczoraj po kometce zaszedłem jeszcze do kumpla do knajpy włoskiej. Nieopodal przemknął nasz Albercik – turecki Barber. I się nauczyłem, że niestety nasz przyjaciel nie ma ruchu za bardzo. Ludzie się nie chcą ciąć i golić. Ale ja się nie dziwię. Mam opory przed usługami tego typu. Robert i jego pizzer też sami się od marca strzygą. I ja zacząłem. 130 zł zaoszczędzone. I nawet ten drugi raz poszedł mi o niebo lepiej niż pierwszy. Radość!

 

Dziś się napedałowałem ze Słodkokwaśnymi. 42 kilometrów w sumie. Ból niestety dupy. Nieradość. Zajechaliśmy na pizzę z Radości. Arturka nie było niestety. Zamówiliśmy prawie wszystko, zjedliśmy, przepłukaliśmy gardło. Pizza dobra, nietypowa taka.

Ja wziąłem tasmańską i ojca chrzestnego. Słodkokwaśna – zimowa i rosyjska, a jego pani – słoneczna i caprese.

 

 

Zimowa na propsach! Na deser poszedł … murzynek, to znaczy ciasteczko o kolorze niebiałym, ciemne takie (ponoć nie można murzyn mówić) oraz tarta z czekoladom. Ja uważam, że brownie Słodkokwaśnej lepsze niż moja tarta, a pani Słodkowaśnej, że tarta lepsza. Słodkokwaśna nie powiedział nic, tylko kamerował nas cały czas. Także film będzie. Pizzę z Radości polecam. Właściciel Arturek mega zakręcony i pozytywny człowiek. No szkoda, że nie było okazji się pośmiać razem.

 

Przed strawą przejechaliśmy się po Szynce Grochowskiej. Ktoś „OL” wydrapał z przodu. Na Dudziarską zajechaliśmy. Mam nadzieję, że Duda tam zamieszka po wyborach. Żarcik. Nie życzę nikomu tego adresu. To jest miejsce, do którego miasto zsyłało wszystkich niespłacających kredytów, czynszów. Wyeksmitowani tacy. Zgodnie we trójkę stwierdziliśmy, że jak jakiś Czarnobyl to wygląda. Ponoć ich już stamtąd przenieśli, to temu tak to wygląda jeszcze straszniej. Jakby ktoś był zainteresowany, to polecam to miejsce. 225 tam staje. Kawęczyn-Wygoda, o ile dobrzem zapamiętał. Koszmar!

 

Aha, skoro żyję, to piszę lub skoro piszę, to żyję. Rzodkiewki małosolnej popróbowałem. Otworzyłem ja ci słoiczek i bach jak gazy poszły! Biało-czerwona kuleczka bardzosolna. Wniosek – mniej soli do wody niźli do ogórków. Ale pomysł z tym warzywkiem dobry. Będzie kontynuacja.

 

Przed zajechaniem do domu, na 42-im kilometrze zajechałem na bronksa do baru osiedlowego! Och co za ulga te leżaczki. Istny ass rest!

 

© 2026

Theme by Anders Noren — Up ↑