Tag: park

bdsm

I inne takie skrótowce.

Nasz naród jest zdyscyplinowany, uległy, zdominowany i chyba związany. Tylko nie wiem z czym lub kim związany?

Dziś z przyjemnością przeszedłem się do biura. Pan kurier się zapowiedział. Trzeba było wpuścić i przyjąć paczki. A że w domu już człowieka szlag trafia, to chętnie się wypuściłem na miasto.

W witrynach księgarnianych zobaczyłem, że mój ulubiony pisarz Harakiri Murakami wydał nową książkę. Cyk, pstryk i szybki ajMasaż do największej fanki tegoż Japończyka z pytaniem, czy zna. Nie znała. Czy księgarnie są czynne?

książki – Murakami

W biurze oszczędzają na świetle. Korytarz ciemny, że strach iść, żeby się o coś nie zaczepić. Na szczęście jest na końcu korytarza światełko.

 

W Radio Nowy Świat usłyszałem jak Matołusz Morawiecki obwieszczał sukces. Polska daje radę. Nie, wróć! Założenia i strategia walki z pandemią wymyślona przez rząd się sprawdza, jest sukcesem. I tu, po raz pierwszy zgodzę się z Matołuszem! Polacy odnoszą sukces. Od kilku(nastu) dni jesteśmy w czołówce, ŚWIATOWEJ czołówce w liczbie największych nowych, dziennych przypadków zachorowań na covid-19. Wczoraj nawet przez chwilę byliśmy na prowadzeniu, ale USA się porachowało i ze 142 tysiącami nas zdeklasowało. Doszły Indie i finalnie dzień zakończyliśmy na 8 miejscu. Polacy najlepsi na świecie, drudzy w Europie, jak to się mówi.

Teraz też zerkam i widzę, że znowu idzie nam wyśmienicie! Dziękujemy polski rządu, świetnie nas dominujesz, przywiązujesz do domów, dyscyplinujesz, a my ulegamy. BDSM.

covid na świecie 13 listopada 2020

Ale Matołusz nie o tem prawił. Że DDM działa. Dystans, Dezynfekcja, Maseczka! Jasne. Widać to na ulicach.

Z tych skrótowców pamiętam z czasów początków mojej kariery zawodowej DDD+. W Auchan tak menadżery tłukli kasjerkom. Co należy robić, jak klientowi zrobić dobrze, żeby wrócił. Dzień dobry, Dziękuję, Do widzenia, plus własna inicjatywa.

Ja byłem dobry z tych plusów. Raz nas przeszkolili na kasach. Wiadomo, w razie czego. Jakby klientów naszło i trzeba było kasy otworzyć wszystkie. To wtedy i managerowie innych działów mogliby obsługiwać. Nie przeszkadzało mi to, to była fajna nauka. Przy mojej kasie stoi kolejeczka. Gdzieś na piątym miejscu kolega z pracy. Mówię – tego pana nie obsługujemy! – wskazując palcem tam gdzieś przed siebie. Nagle jakiś klient stojący przed moim kolegą łapie się jedną ręką za serce i przerażony pyta – mnie? Czemu?

Szybko wyjaśniłem, że nie o niego chodzi. Także takich własnych inicjatyw miałem sporo. Plusowałem często.

Kolega mój zza biurka, manager AGD, tak się przejął pracą przy taśmie, że jak przekładał tartę owocową ze skanera za siebie, do strefy pakowania zakupów przez klientów (takich rzeczy się nie wkładało do reklamówek. Normalnie kasjer wkładał skarby nabyte przez naszych szanownych klientów do reklamówek z logo Auchan), to ciasto mu wyleciało z tego pudełka. Chyba nie za bardzo skalkulował odległość i siłę należną do użycia w celu zrobienia tej czynności.

Przy kasie było wesoło. Ale tylko nam, managerom, bo kasjerki miały przerąbane. Im, takie własne inicjatywy by nie przeszły. Ale w Auchan było fajnie. Nawet po kilku ładnych latach rozpoznawałem buzie i zagadywałem.

HGW, kiedy ta pandemia minie.

Dziś wracając do domu przeszedłem przez Łazienki. Bo lubię i nie trzeba maseczki nosić. Ładna ta polska jesień. Najładniejsza na świecie. Nawet w Teksasie takiej nie mają, bo Ula z TX mi pisze, że jesssu jak zimno, że 26 stopni jest. Uleńko, pisałem już – NIE DENERWUJ MIĘ, bo się … zdenerwuję.

Wszystkiego dobrego 13-ego w piątek.

 

 

 

 

west coast part 3 – Vancouver

tak, Kanada od jakiegoś czasu chodziła za mną. Na szczęście wiz już nie trzeba, bo na paszport biometryczny wpuszcząją. W grudniu wielka Trójca na wschodzie – Toronto, Ottawa, Montreal. Teraz, przy okazji odwiedzin stolicy grunge’u – Vancouver, gospodarz zimowych Igrzysk Olimpijskich w 2010 roku.

Zdjęcia/Pictures – Vancouver 30 kwietnia 2018

Na granicy poszło sprawnie. Nie było kolejki. Państwo szybko przepytało – skąd? Po co? Na jak długo? W Jakim celu?

I zacząłem się plątać przy pytaniu skąd.

Z Seattle. Nie. To znaczy, z Nowego Jorku przyleciałem, ale zatrzmałem się w New Jersey. A tak w ogóle to z Polski jestem. Na wakacjach. Zwiedzam. Na dzień przyjechałem.

Chyba głupio to brzmiało, ale zbiła mnie z pantałyku tym pytaniem skądżem ja.

Ooo, Clevland gra w 2. rundzie NBA play offs z Toronto Raptos. Widziałem kanadyjski team kiedyś na żywo, bodajże w 2007 roku. W meczu z New Jersey Nets.

Rozterka z tym kibicowaniem, bo w Cavaliers’ach gra Lebron James – niezłe zwierzę. Fajne się go ogląda. OK, niech wygra lepszy.

 

I kapela się zaczyna rozkładać. W Jalapenos jestem z lapsem, to stukam, to patrzę na tv, na to co się dzieje wokół, to wkładam do pysia oktropne, darmowe nachos, które dają każdym wchodzącym, to popijam Margeritą. No właśnie, przecie Ula z TX miała mieć ksywę Margarita! Chyba.

A nie mówiłem jak genialnie się wybrałem na Zachodnie Wybrzeże? Maciuś bardzo mądrze zabukował bilet na 7.15 rano z JFK. A żeby być po 10 rano w Seattle, a żeby czasu nie marnować. Wszystko niby ok, ale pierwszy autobus ze wsi Fair Lawn odjeżdża o 6 w niedzielę. Na szczęście Oli się zaoferował z noclegiem. 5 pokoi na Kłinsie, to się jeden znalazł. A poza tym chyba się ucieszył, że go ktoś w końcu odwiedził. Taże o 4.39 pobudka, Lyft (konkurencja Uber) i na lotnisku byłem przed 6. Straszny tłok.

Do Vancouver bilet kupiłem na 6.30. “Wstawaj szkoda dnia”. Także następnego dnia pobudka już o 4.40. Na szczęście do dworca miałem 20 minut nogami. Ale też wziąłem Lyfta.

W stanach jeżdżę Uberem lub Lyftem z opcją Pool. Śmiesznie to wygląda jak się ludzie dosiadają. Można poznać tą i tamtą. Ale już nie jeżdżę. Szkoda czasu. Taniej raptem o 1-2$ na krótkiej trasie. Dziś patrzyłem z Hoboken do Fair Lawn. 28$ pool, a normalnie – 33$. Przy pool czas podróży się wydłuża, jeśli ktoś się dosiada, więc taki jest tego koszt.

Co do porannych wstawań i moich porannych lotów – do Los Angeles mam samolot w niedzielę o 6 rano. Na szczęście z Newark, nie z JFK. Także wystarczy z domu o 4 rano wyjść około 🙂

view

Vancouver spodobało mi się od razu. Na pierwszy plan poszedłem do Chinatown. Ciut ładniejsze od azjatyckiej dzielni w Seattle. Fajny ogród dr Sun Yan Sena mieli. Idąc stamtąd do centrum wszedłem niechcący na ulicę, na którj była awaria światła i klimat się bardzo pogorszył. Ale parę kroków dalej już powrócił wielkomiejski glamour.

dzielnia

Obleciałem miasto z grubsza, kierując się do Visitor Center. Już wcześniej moją uwagę zwrócił największy zawieszony most – Capilano Suspension Bridge.

Pani wyjaśniła, że shuttle bus jeździ co 15 min i wciągu 20 min za darmo dowiozą. Wejście do parku 45 CAD czyli mniej niż 45 USD.

1CAD = 2,78 zł

1USD = 3,45 zł

Ale w knajpach jak masz ochotę, to możesz zapłacić amerykańską walutą. Przelicznik 1 do 1, czyli bardzo niekorzystny.

Po drodze mieliśmy 3 postoje przy hotelach i pozbieraliśmy innych.

Nasz pan kierowca ma kota. Na przedzie autobusu stoi słoiczek na napiwki i zdjęcie z napisem – My boss says thank you for your support.

Kotek zbiera na żwirek i jedzenie.

Pan opowiadał ciekawie o mijanych rzeczach, wplatając wymyślone opowieści z życia jego kota.

Żeby dostać obywatelstwo amerykańskie „wystarczy“ zainwestować tylko pół miliona $. Do Seattle zjechało dużo Azjatów na osiedlenie. To się nie spodobało miejscowym, bo od razu koszty życia szły do góry. Chyba Trump przykręcił kurek. Towarzystwo zawinęło się do Vancouver, bo blisko, ale jednak w normalnym kraju. Tak, w Kanadzie też ciągną łacha z Trumpa.

Pan wspominał o bogatej dzielnicy Vancouver, Western Vancouver i Northern Vancouver.

Miasto też klimatem podobne do Seattle – rozłożyste, z wielkimi górami w tle.

I w tej dzielnicy w samym Vancouver pan kierowca wraz ze swoim szefem kotem chciali kupić mieszkanie. Ponoć za milion dolarów kanadyjskich nie ma w czym przebierać. Można trafić kawalerkę. Szef kot powiedział, że nic z tego, bo on to jeszcze ma łóżko do spania ale dla pana kierowcy nie ma miejsca. „Nie bierzemy“ – odparł szybko mruczek. A kawalerka była tak mała, że“

You have to leave the apartment when you want to change your mind

Pamiętam hotel w San Francisco o takiej kubaturze. Ula musiała z bagażami siedzieć na łóżku, żebym ja mógł wejść.

Z kolei w Zachodnim Vancouver, na wzgórzu, domek sprzedawała sama Oprah. Za 17,5 miliona.Ale kotu też się coś nie spodobało i też nie kupili tego. A na serio – w tej części miasta, według prawa, mogą być tylko domy, bloki, sklepy spożywcze i usługowe. Zakaz jakiegokolwiek przemysłu.

Park z mostem zawieszonym fajny. Straszny, bo jak się idzie poń, to strasznie zaczyna kołysać/bujać. Szedłem jak pijany. W parku też zorganizowali to ciekawie. Można było pomiędzy drzewami chodzić – po mniej ruchliwych mostkach lub sztywnych kładkach. Po drugiej stronie mostu – chodzenie po urwiskach. Rewelacja.

Aha, w Kanadzie mają bardzo dobrą kawę. Mówiłem, że prawie jak w Europie się czuję tam. To i kawa musi być dobra.

Można było w Vancouver zostać na noc i jeszcze jeden dzień. Ale zakładałem Portland, bo głosy mówiły, że fajne, ciekawe miasteczko. Gdyby człowiek wiedział, to czego nie wie! Eh.

W drodze powrotnej pan kierowca się obudził dopiero na granicy, że musimy wypałenić formularze celne. Pan się pokajał, przeprosił, a służby amerykańskie powiedziały, że zrobią to z nami ustnie. Fajnie! Bo tak, to by jeszcze parę chwil się zeszło. Dziękuję Ameryko.

I w Seattle i tu bardzo urzekały mnie boczne ulice. Margerita z TX mówi, że takie same są w Austin. To chyba następnym razem należey na rodeo zajechać. Iiiii-haaaaa. Trzeba będzie się Margericie podlizać, jak będzie w lipcu w Wawie.

W Vancouver też mieli łudząco podobną wieżę widokową ale jakoś nie miałem ochoty wjeżdżać.

Ze szczegółów, którymi pan przewodnik się chwalił:

– jeden z największych portów w Ameryce Północnej

– najprzyjemniejszy zimowy klimat w Kanadzie

 

Vancouver fajne. Podobało mi się. Wycieczka dosyć intensywna, nie było czasu na pierdoły.

utah saints

Pictures/Zdjęcia

W latach 90. A dokładnie na ich samym początku dostaliśmy do domu TV kablową. Stałem się fanem MTV. Oglądałem wszystko jak leci.

Były to szalone czasy rave i techno music. I taka piosenka się pojawiła. Chamski beat, ambient. Ale pan krzyczał „Utah saints. Utah Saints“. Podobało mi się.

2002 rok Igrzyska Olimpijskie w Salt Lake City.

2015 rok wybrałem się na najdłuższe (wtedy) wakacje. I między innymi namówiłem Państwo na pojezdkę. Padło na Arches National Park. Można się tam dostać albo z Salt Lake City albo z Las Vegas. Jeden pies, ważna cena biletów. To padło na mormonów. Na JFK już na dzień dobry 3 godzinne opóźnienie. Coś nie dobrze było z wlewem do paliwa na skrzydle. Także późno dolecieliśmy. Nie ważne. Wycieczka niesamowita.

I teraz też padło na SLC. Vegas dużo droższe, także mormony znowu.

Zabukowaliśmy auto na Thrifty. Według planu lądujemy o 23.59. Tak się Ula zapytała mnie w międzyczasie „A do której czynna nasza wypożyczalnia?“.

– według google do 1 rano

Ale w mailu potwierdzającym wypożyczenie wychodziło, że od 00.00 do 23.59, czyli prawie całą dobę. Zadzwoniłem do wypożyczalni i pani beznamiętnym głosem oświadczyła

– zamykamy o 1, otwieramy o 7

– a co jeśli mój samolot się spóźni? Mamy przechlapane?

– wypożyczalnia jest czynna do 1, otwieramy o 7

 

Lekka panika. Stwierdziłem, że zobaczymy co będzie na lotnisku.

I się okazało, że pani pilot doleciała o prawie godzinę wcześniej!

Ale bagaże nam kazali nadać, niestety! Także czekanie przy taśmie nas czekało. Szybko poszło. Delta jakoś szybko wypluwa.

Wpadamy na Car Rental sekcję i oczywiście kolejka tylko do naszej firmy! BLIN!

Ula zaproponowała, żebym obszedł inne, puste firmy. Jako, że Ula jest stąd, to nie musimy płacić za ubezpieczenie, więc wypożyczenie nie jest aż takie drogie. Zapłaciliśmy już w sumie 79 dolarów za 3 dni.

Dochodzę do Enterprise i rozmawiam z panem ile kosztuje niemałe auto. „129$ bez podatku“. Poprosiłem o zwłokę i pobiegłem do Uli. Okazało się, że Dolar Car cośtam też ogarnia Thrifty klientów. To ja do Dolara, Ula w Thrifty. Ale ni *uja kolejka się posuwa. Powiedziałem, że pal licho te 79$, i idźmy, i weźmy nowe auto. Te 129$ plus podatek to było za SUV, pogadaliśmy z panem, żeby coś mniejszego dał. Jak to w Ameryce – let me see what i can do for you. Nissan Rogue w cenie mniejszego auta, czyli 94$. Od ręki. W Thrifty nadal nic się nie ruszyło. Wzielim!

Po drodze zaproponowałem, że zadzwonię do Thrifty i anuluję rezerwację.

No bo jeśli w mailu piszą, że całodobowa, a w życiu, że do 1 rano, to niestety nie zdążyliśmy i pech. Anulacja. Udało się.

Co mam mówić o Utah i ich parkach?

Przepraszam za mój francuski/pardon my french – prze-kurwa-pięknie!

Zion, Bryce, Antilope – te parki chodziły za mną od dawna. Myślałem, że Zion będzie bardziej jak Arches – górzyste, pustynne. Ale nie, okazało się miksem Yosemite i Arches. Czyli skały czerowne i jednak wspinaczki, drzewa, małe lasy.

Springdale – miasteczko piękne, zielone, tętniące życiem. Moab przy Arches większe było, bo miało skrzyżowania. Springdale nie. Ale bogata gmina, bo autobusy za darmo po mieście. I park dziś też za darmo, bo cośtam.

Wg mapy przeszliśmy większość łatwych tras, średnich w ogóle, a z trudnych też z kilka.

Przy Visitor Center zgodnie stwierdziliśmy, że wybieramy Hidden Canyon. 3 godziny w dwie strony.

Oj było pod górkę! Zadyszani doszliśmy. Pięknie na każdym kroku. Różnorodność. Po lewej masz ściany czerwone od żelaza, a po lewej zielone, zamszone. Tu skałka taka, tam piasek. Tu się musisz wspinać po drzewie, tam po skałkach. A po przysypanych piaskach skałkach ślisko. Dużo ludzi spotkaliśmy. Para z North Carolina była najfajniesza, bo zrobili nam zdjęcia, a my im.

Tak teraz sobie myślę. Miasta mi się podobają. Dają energię do działania, do aktywności. Ale natura? Ładuje baterie. Poznajesz swoje miejsce na Ziemi. Jesteśmy mali. W drodze powrotnej, zszedłem ze szlaku i odkryłem dużą skałę, na której się mogliśmy położyć, poczuć się jak w niebie (przynajmniej ja).

W drodze powrotnej oblecieliśmy jeszcze małe szlaczki i wróciliśmy do wsi.

W knajpie zamówiliśmy sałatki, bo nadal po pysznym burgerze na lancz byliśmy pełni.

Mormońska ciekawostka. Już w 2015 roku nauczyliśmy się, że do sklepu monopolowego lepiej zdążyć. Bo jak zamkną, to szukaj wiatru w polu. Ale dziś nowinka – pytam się pani jakie ma piwo. A ta, że nie może rozmawiać z nami o alkoholu. Ale była tak miła, że podała nam kartkę z listą win i piw. Pytam się, które piwo rekomenduje.

– nie mogę rozmawiać o tym

– ? To poproszę Amber Ale

– bardzo popularny wybór

Hm, siki. Woda, a nie piwo. Ale cóż, podróże kształcą.

Przyznaję uczciwie, sałatka z krewetkami była dobra.

Co do Zion. Przepiękna, soczysta zieleń. Co chwilę byłem pod dużym wrażeniem. A biorąc pod uwagę brąz gór? Niesamowite zestawienie. 22 000 kroków zrobione. Prawie na WTC w Nowym Jorku się wdrapałem, bo mówi apka na telefonie, że ponad 105 pięter.

Zion polecam. Arches też. Ciekawe co jutro w Bryce!

Pogoda świetna! Na dwa dni przed Ula komunikuje:

– sprawdzałeś pogodę na nasz wyjazd?

– nie. Jeszcze nie

– minus 2 stopnie!

– ooo

Ale na szczęście dziś było ponad 20. Tylko nie wiem po co te kurtki brałem!

© 2026

Theme by Anders Noren — Up ↑