Tag: netflix

szczepcio i tońcio

zaszczepiłem się koło domciu. Eh, prawie szybka akcja. Gdyby nie …

Pani omdlała, jak ja już miałem zostać dziabnięty. Wyprosili wszystkich i była reanimacja. Co chwilę ktoś otwierał drzwi od salki i widziałem postępy w cuceniu kobiety.

Najpierw „halo halo wszystko dobrze”.

Później widzę jak młoda pomoc medyczna trzyma kroplówkę.

Za trzecim razem nic nie widziałem, bo postawili parawan.

Chłopiec stojący na straży co chwila informował wszystkich, żeby dobrze wypełnić ankiety i że jeszcze chwilkę trzeba zaczekać.

– ale wszystko w porządku z tą panią? – pytam?

– tak, tak. Wszystko dobrze. Akcję serca jej robią – rezolutnie odpowiada młody medyk

 

Hm, nie znam się, ale wydaje mi się, że akcja serca jest daleko od „wszystko dobrze”.

Po 20 minutach pani została dokładnie osłonięta parawanami i zaczęto nas wpuszczać.

Nic nie poczułem.

Po południu spojrzałem na telefon na apkę „health”, czyli zdrowie i się przeraziłem! Niepodobnością było to, co zobaczyłem. Co się ze mną stało tego dnia do tej pory. Taka sytuacja ma bardzo rzadko miejsce! Aplikacja pokazała mi bez mała 4 000 kroków zrobionych! Jeszcze z 6 tysięcy mi brakowało do dziennego wymogu. Trzeba iść – myślę sobie. Ale zauważyłem, że mnie ręka zaczyna dawać się we znaki. Boli jakby. Takie uczucie, jak siostra w podstawówce mnie lała (z pięści w ramię). Zły znak.

Mimo wszystko wychodzę i się przechadzam. Z kroku na krok czuję, jak mnie rozbiera. Oj nie. Weekend w łóżku.

Przeszedłem się koło instytutu, który robi testy na i szczepi przeciw covidowi.

Gazy techniczne spotkałem. Mam tylko nadzieję, że w tej szopie nie szczepią!

Może w końcu dokończę film na Netflix. Mam znowu fazę na horrory. I teraz tak w transzach oglądam „Unforgettable”. No obraz niezbyt wysoko oceniany, ale ja lubię. Taki klasyk.

Stary rozwodzi się z całkiem całkiem blond żoną. Wszystko na miejscu mająca ex. Tylko wredota jej jakoś na ryju wyłazi (tak mówiła na początku obecnego millennium moja koleżanka z pracy Ula o naszej mobberce, tzn. pani kierownik). W sumie ta blondi przez większość filmu jakaś nadymana chodziła, więc troszkę jej to urodzie zaszkodziło. Wydaje mi się, że miała problem z alkoholem (ale niskokalorycznym).

No i tej byłej, (nie)szanownej już małżonce zaczął gul chodzić, jak zobaczyła z kim prowadzi się jej ex-stary. No i do tego mamuśka tej blond piękności dorzucała do pieca i tej swojej biednej córce kołki ciosała, krytykowała na każdym kroku. Damą być chyba miała córka mamusi. No i prawie jej wyszło, bo blond ex-żona tego chłopca nawet bardzo dystyngowana była. Mówiła pełnym zdaniem, umiała sztućców używać przy stole, konno jeździła. Nie wiem tylko, czy znała francuski.

Mamusię chyba gra też blond piękność, bo któraś z oryginalnych Aniołków Charliego. Ale to stare dzieje, więc się mogę mylić. Dla mnie aniołki to Cameron Diaz, Drew Barrymore i Lucy Liu.

Nie muszę pisać chyba co była żona zaczęła wyprawiać. Zaczęło się od „hej, zostańmy dobrymi psiapsiółkami. Zapraszam na lunch”.

Później w ruch poszły niewinne kłamstewka i intryżki (małe intrygi). Była też zabawa w „co innego mówię i zachowuję się przy nowej narzeczonej, a co innego przy byłym mężu”. Także klasyczne gierki wrednej … plaży (beach).

Szlag panią trafił, jak na telefonie swojej następczyni zobaczyła AjMasaż z gratulacjami … ślubu. Jakiś stary AjFołn, bo dzisiejsze modele pokazują tylko, że jest wiadomość od danej osoby. Nie pokazuje się już treść na zablokowanym ekranie. Ale nie o to chodzi. To był punkt zwrotny. Blondi wtedy osiągnęła maksymalny poziom zazdrości i minimalny dystynkcji.

No w sumie się nie dziwię. Bo jakby się okazało, że moja ex-żona przygruchałaby sobie nie byle kogo, tylko Rosario Dawson, to też bym chyba zaczął jakiś horror.

Także film polecam, jakby ktoś nie miał co robić, albo źle się czuł po szczepionce. Jak ktoś nie reflektuje, to zawsze może sięgnąć po niezawodne klasyki klasy B – Ślimaki i Maglownica. Ale tych filmów nie da się oglądać na trzeźwo, a jak wiemy po iniekcji nie można spożywać płynów % przez 3 dni.

https://www.youtube.com/watch?v=40iP9nILXoA

 

niektórych rzeczy nie da się odzobaczyć

ale da się odsłuchać. Ciekawe.

Mózg nasz płata figle. Raz coś zobaczymy, co nas wzdryga i chcemy szybko o tym zapomnieć, i koniec. Widzimy to co jakiś czas przed oczami. I psuje to nam dzień, humor i powoduje, że robimy „brrr”. Dlatego też przestałem oglądać mecze naszej reprezentacji w piłkę kopaną. Tego się po prostu nie da oglądać.

A z tym odsłuchaniem też jest podobnie. Kiedyś podesłałem pani prof. ze Szczecina filmik z piosenką „Gdzie jest słonko, kiedy śpi” i ją trafiło. Napisała mi nawet, żebym szedł w cholerę, bo teraz ta piosenka chodzi za nią cały dzień. Ha!

 

Nie będę sypał przykładami, czego nie należy oglądać, bo nie da się tego odzobaczyć.

Aha, jeszcze małe sprostowanie na temat milicji. Wczoraj kolega, emerytowany policjant przesłał mi filmik. Pan redaktor zagadywał grupkę młodych mężczyzn pod NBP w Warszawie. Okazało się, że to przebrani milicjanci. Kiedy zaczął ich pytać co tu robią, czy są funkcjonariuszami policji, młodzi się szybko usunęli z kadru. Mój kumpel pod filmikiem napisał mi tylko, że jako policjantowi w stanie spoczynku jest mu wstyd. Kiedy się te protesty skończą?

 

No dobra, co słonko widziało? Otóż wczoraj byłem nieposłuszny. Plany weekendowe się zmieniają szybko. Znajomi się przerazili zarazy i lockdown’u i zostałem sam w domu. Postanowiłem nadrobić zaległości filmowe. Barek pełen alkoholu, dobry film, cóż za pyszna sobota. Ale na sam przód stwierdziłem, że może coś na trzeźwo obejrzeć. I to już był poważny błąd. Pamiętam czasy, kiedy ze Słodkowaśną oglądaliśmy świetne filmy z serii „Tego się nie da oglądać na trzeźwo”. Pisaliśmy pijackie SMS-y do Pana z Europy na K., że dobry film widzieliśmy. Nasz przyjaciel próbował oglądać i szybko odpisywał, że nie da się tego oglądać. Albo „czy naprawdę ten film mi się podobał?”. Dziwne, ale wtedy nie wydawało mi się, że żałuję, że oglądałem, że chciałbym coś odzobaczyć. Polecam filmy: Maglownica (1995) i Ślimaki (1988).

No to wczoraj łożę się na sofie, odpalam Netflix i przeglądam. Milion tytułów, ale oczywiście nic ciekawego. Wchodzę w polskie kino i widzę ten ostatni film, tego miliardera, co rok temu na Mazurach podwoził motorówkę kelnerkę. Do żony już nie dopłynął. Tragiczna historia.

Film nagradzany, z pozytywnymi recenzjami, z międzynarodową obsadą (m.in. Bill Pullman, ten od Lost Highway Davida Lyncha). No to myślę sobie – to jest to!

The Coldest Game/Ukryta Gra dzieje się w 1962 roku głównie w Pekinie/PKiN. Kilka ujęć też jest z Brooklynu.

Przypomniało mi się, jak jakiś czas temu Pan z Euorpy na K. dzielił się ze mną informacją, że widział, że zna i że bardzo nie poleca. Że lepiej nie oglądać. Ale jak wiemy, Pan z Europy na K. jest starszym dziadem, więc co on tam może wiedzieć. Nie zna się. Także nie posłuchałem rad kolegi. Nieposłuszny byłem.

Odpalam film i patrzę. Jest Brooklyn, jest Warszawa, jest … nudno. Ten film jest po prostu zły. Niby jest jakaś historia, motyw przewodni, ale kompletnie nie wciąga. Ta gra w szachy też taka jakaś nijaka. Niby grają, ale nie wiadomo jak. Pach, pach i zwycięstwo. Pach, pach i proponuję remis. I chyba też są jakieś duże skróty myślowe w wątku głównym, bo w pewnym momencie cofnąłem się o pół godziny, do pewnej sceny, bo myślałem, że coś przegapiłem, nie załapałem. Ale nie.

Jedyny plus tego filmu, to fakt, że często mówią po rosyjsku.

Niestety filmu nie da się odzobaczyć. Panie z Europy na K. jest pan starszy, więc mądrzejszy. Teraz to już wiem. Powinienem był posłuchać.

 

madonna może sobie śpiewać

Bitch, i’m madonna.

 

Ja niestety ani królową, ani królem popu nie jestem.

Niefortunnie się do selfie ustawiłem i wyszło, co wyszło.

 

 

Dziwka jakaś, bitch! Wyjaśniam, że dziś pojechałem na grzyby. Przejeżdżałem przez ulice i Praw-dziwka, i Muchomora.

Wczoraj pyszności jadłem u Słodkokwaśnej. Pastrami kanapka (mlaaaaaask) oraz karaś smażony (nacięty, żeby się małe ości wysmażyły. Było mniam).

 

Do tego Alcorythm, żeby dziś było cacy (polecam serdecznie ten napój). I do tego pani Słodkokwaśnej narobiła kapusty kiszonej (z octem). Nawet słoik do domu dostałem, ale już dziś zrobiło się pół słoika. Chyba dzieci zjadły.

Polecamy ze Słodkokwaśną film na Netflixie – White Boy Rick. Z Matfiu Makonahy (nie pamiętam jak się on pisze. Matthew McConagh… no nie wiem). Film jest o najmłodszym informatorze FBI. Zwerbowali chłopca jak miał … 14 lat. Detroit w 1985 roku wyglądało koszmarnie. Bałbym się tam mieszkać. Bardzo fajna kreacja młodej, brytyjskiej aktorki, która zagrała ćpunkę, siostrę młodego informatora.

Widziałem też Trailer Park Boys/Chłopaki z Baraków. Nie wierzyłem co ja paczę! Absurdalne, durne, ale … wciągające.

 

W sobotę poszedłem dookoła Jeziorka Czerniakowskiego. Lubię tam spacerować. Za każdym razem coś nowego odkryję. Zauważam, że pandemia spowodowała, że ludzie gromadnie spacerują tam. Nie ma galerii handlowych, to trzeba coś robić. Wcześniej na moich spacerach mijałem z jedną, dwie osoby. Teraz co chwila dzień dobry mówię.

 

Dziś pyszny rower. Pogoda akuratna. Niestety na mojej trasie od groma pieszych. Wcześniej spotykałem jeden rower i jednego człowieka. Teraz za bardzo nie było okazji, żeby się do 20 km/h się rozpędzić. Także drzewa były mijane bezpiecznie.

Muszę się przyznać, że wykorzystałem dziś dzieci Państwa z Europy na K. Wiedziałem, że Pan z Europy na K. pojechał na włości, więc dzwonię do szanownej małżonki. Okazało się, że jednak z nim się włości. To do dzieci dzwonię. Najpierw do mojego BFF-a. Oczywiście nie odbiera, bo pewnie nie słyszy. Na szczęście starsze dziecię odebrało i się umówiłem. W oponki chciałem dmuchnąć, bo Pan z Europy na K. ma taką sprytną pompkę. Podbijam do dzieci i mówię, że trzeba nadmuchać koła do 3,5 atmosfer. I tak żartem mówię do Bąbelka, żeby brał się za robotę. I co ja paczę!? Młody zaczyna mi wentyle odkręcać. Niestety trochę ciężka robota, bo sporo powietrza uszło, zanim mój BFF założył końcówkę pompki. Licznik pokazywał 2 atmosfery (nie wiem w jakiej jednostce pokazuje). Na szczęście siostra Bąbelka włączyła się do akcji i koło nadmuchane. Poprosiłem o kawę i młody zajął się ekspresem. A często bywało tak, że jak Pan z Europy na K. pytał się, czy chcę kawę, to mówił – to se zrób.

Piję sobie i konwersuję ze starszym dzieciem i oczywiście, jak zawsze, kawę wylałem. Pewnie pytacie się, czy zmyłem podłogę? Ha, nie!

Dobre są te dzieci. Takie pomocne. Może trzeba sobie załatwić jakieś? Ponoć w kapuście można znaleźć. Przejeżdżałem dziś koło pola kapusty. Nie było.

 

Nienawidzę prasować, to miałyby co robić. Toaletę bym nauczył sprzątać. Jak kamień z kabiny prysznicowej usunąć. I takie tam inne. Dobrze by było, gdyby miały 18 lat, to po fajki i po bronksa mogłyby same pójść. A jak byłyby młodsze i miało przynajmniej z metr 20, to do lodówki mogłoby sięgać, po piwo. Sama wygoda i korzyść te dzieci. Ooooo, i przecie 500+ dają!

 

wieża radości, wieża …

… strachu

 

Lubię te moje haj-faj. Małe zgrabne, miło życie umila. Pięknie i donośnie gra. Dziękuję szalenie panie z Europy na K. za sugestię. Dobry wybór. Jedyny minusik, to strasznie wolne włączanie się.

Dziś mnie wieża postanowiła wystraszyć.

Ale zaczęło się to wszystko od naigrywania się z horrorów. Najpierw próbowałem patrzeć na LIVED albo DEVIL (nie pamiętam dokładnie, bo od tyłu było albo DEVIL, albo LIVED). O maryjo! Co za dramat. Wszystkie straszności działy się w windzie podczas gaśnięcia światła. Stoją ludzie, cyk, gaśnie światło, wrzask, pyk, nastaje jasność i leży. Cały we krwi, rozharatany, poźgany. Reszta towarzyszy drze się. Łapka w dół.

Od wczoraj zabrałem się za serial o nazwie „Straszny dwór w Bly” (również nie pamiętam tytułu). Strasznie nudny, strasznie niestraszny, strasznie się wlecze akcja. Na dodatek z akcentem brytyjskim mówią (ale to akurat nie aż takie straszne). Po dwóch odcinkach porzuciłem. Muszę wejść, dać łapkę w dół i odhaczyć z mojej listy. Brrr.

Poszedłem wczoraj spać wcześnie. Pół godziny przed godziną duchów. I śpię. Śpi mi się nawet nie najgorzej. Nagle słyszę coś. Otwieram oczy i nasłuchuję. Ok, wieża się wyłączyła z prądu i lekko hałasuje. Ale do sprzętu jest podpięty telefon i niestety daje sygnały dźwiękowe i świetlne, że przestaje się ładować. Piekarnik sygnalizuje zresetowanie zegarka. Blin!

No dobra, nie ma światła – stwierdzam i próbuję zasnąć.

Po kilku króciutkich chwilach słyszę, że światło wraca.

Światło! Nosisz je w sobie.

Światło! Nie zgaśnie choćbyś chciał

 

Nie wiem czemu przypomniał mi się pierwszy dorosły przebój Kukulii Natalskiej.

Jak się wszystko włącza, to wieża sygnalizuje głośniej swoją inicjalizację, a telefon to już wariuje. Nie kumam tego Samsunga. Jak ktoś mnie o coś prosi, żeby w tym telefonie zrobić (np. wysłać wizytówkę), to jak dziecko we mgle jestem. iPhone jakiś prostszy i bardziej intuicyjny. Ale to tylko moje zdanie.

No dobra, światełka pogasły, dźwięki ustały i …

tak jeszcze z 5 razy w ciągu krótkiego czasu.

Wstałem o 5.14 czasu warszawskiego! Nie powiem w jakim stanie. Bo niewyspany to za mało powiedziane.

Okazało się, że ruter się zresetował i zaczęło się odszukiwanie ustawień, haseł i tak dalej. Na szczęście poradziłem sobie i znowu mam łaj-faj w domu.

Loguję się do pracy. Bateria w telefonie 0%. Skrrrrt

dzień wokół nas, eroll

czyli Jeruzalem płonie w oddali.

 

Miałem pisać o pewnym serialu na N. Ale stwierdziłem, że co ja jestem? Filmweb? I pozwlekałem i zapomniałem już o tym. Ale teraz słyszę w radio jak pan pyta panią, czy wie, co 29 lat temu, w 1991 roku, weszło na Listę Przebojów Programu 3. Pani odfuknęła szybko – miałam wtedy 2 lata.

Uwielbiałem ten utwór, ten zespół, ten album. A jak wypuścili „Son of the Blue Sky”, to już w ogóle w Polsce epidemia Wilków nastała. Mieli swój czas. Pamiętam jak byłem w sklepie muzycznym za debiutem Wilków. To były czasy, kiedy zaczęto tępić piractwo i miało się już alternetywę – piracka kaseta za 10 000 zł, albo oryginał za 38 000 zł. Różnica widoczna, c’nie? Przeważnie piraty miały gorszej jakości wkładkę i książeczka była tylko taką okładką-wkładką. Oryginały miały wsad z obrazkami, tekstami. Także na bogato. Poprosiłem pana sprzedawcę o pokazanie oryginału i pirata. Okazało się, że różnią się tylko odcieniem niebieskiego. Oba produkty miały identyczną … książeczkę. To po co przepłacać. To był chyba ostatni raz, kiedy kupiłem pirackie wydawnictwo polskiego artysty. Kiedyś Michał Wiśniewski mówił mi, że na spotkanie z fanami jakaś laska przyniosła piracką płytę CD do podpisu. Zapytałem, co zrobił. Powiedział, że zniszczył płytę.

W ubiegłym roku poszukałem na iMusic Wilków. I czar wrócił, błysk nadal jest. Cały czas podoba mi się też „Aborygen”.

Ale, motyla noga, 29 lat to już!? Szok, jak czas pędzi. Przecie ja mam … 29 lat (przymrużenie oczka)!

I w tym samy radio, w tym samym programie pan powiedział, że młode pokolenie nie zna ogromnego przeboju, jakim był album Myslovitz „Miłość w Czasach Popkultury”. Ale co się dziwić, skoro to wydano w 1999 roku. Nie było tej młodzieży na świecie jeszcze. Ale niedawno pojawiło się to wydawnictwo na serwisach streamingowych na S i T. Wydaje się, że na iMusic raz te nagrania są, raz nie ma. Bo jak coś sobie ściągnę do biblioteki muzycznej, to za chwilę staje się nieaktywne. Ale wydaje mi się, że tego wydawnictwa nie było nigdy na apple’owym serwisie streamingowym. Muszę teraz zerknąć. Płyta mi się podobała prawie w całości. Oprócz tego koszmarnego – i nawet kiedy jestem cham, nie zmienię się. No radio obrzygało nas tym hitem. A w radio prowadzą audycję o serialach i państwo prowadzące zaprezentowało „Nienawiść” Myslovitz właśnie, bo to przecie z serialu „Ślepnąc od świateł”. Nie wiem, nie widziałem, nie mam HaBeO.

Wartość dodana z tej audycji radiowej, to fakt, że dowiedziałem się, że w marcu 2021, jak nic się nie wydarzy pandemicznego, nastąpi debiut serialu Many Saints of Newark, czyli prequel The Sopranos. To jest jeden z moich najbardziej ulubionych seriali. A dlatego, że lubię mafijne klimaty. A dlatego, że kręcili to w okolicach Jasnego Zieleńca w stanie New Jersey, do którego zajeżdżam regularnie od 13 lat już. I niektóre scenerie rozpoznawałem. Czyli taki swojski serial. A dlatego też jeszcze, że obsada aktorska świetna. Szkoda, że James Gandolfini odszedł od nas w tak młodym wieku. Zagrał Tony’ego Soprano rewelacyjnie. Ten serial z przyszłego roku ma ponoć odpowiedzieć na wiele pytań, gdyż zakończenie serialu było wieloznaczne. Ale przede wszystkim ma pokazać jak się to wszystko zaczęło. Młodego Tony’ego zagra syn – Michael Gandolfini. Nie mogę się doczekać. Może Dexter wróci w końcu z Kanady? Bo serial też świetny, ale zakończenie koszmarnie banalne. Ale byłem i w Kanadzie, i na Florydzie. Ja nie wróciłbym.

Koniec o wątkach pobocznych. Wracam do Wilków i właściwego serialu.

„W głębi lasu” wchłonąłem szybciutko. I jestem pod wielkim wrażeniem. Świetnie dobrana obsada. Bardzo dobra gra. Brawa dla scenarzysty za przeniesienie miejsca akcji spod Nowego Jorku do Polski. Kilka drobiazgów do zauważenia, to:

– górna warga matki głównego bohatera. W tamtych czasach chyba nie robiono na taką skalę operacji plastycznych. A medycyna estetyczna była bardzo niszowa albo w powijakach. Pani wyglądała dziwnie. A to za młodu ładna kobieta była. Dziwię się, że wzięto ją do obsady. Mogli lepiej się przyłożyć do zachowania realiów 1994 roku

– na początku pomyślałem, że kolejna produkcja cofająca się do lat 80-tych. I zdziwiłem się jak zobaczyłem retrospekcję z 1994 roku. Ale później nie miałem już takiego rozdźwięku i dyskomfortu

– końcówka jak dla mnie była lekko banalna. Wzdrygłem ramionami, jak wytłumaczyli i rozwiązali te zagadki. Ale cliffhanger jest. Ciekawe, czy pan Coben skusi się na kontynuację? Na razie się zarzeka, że nie. Pożyjemy, zobaczymy. Może powstanie druga seria bez książki?

A co mi się bardzo nie podobało? Jak zwykle w polskich produkcjach?

Dosyć szybko musiałem włączyć napisy. Nie rozumiem tego. Czy naprawdę to jest taki wielki koszt dobrze nagłośnić aktorów? Ktoś mi kiedyś powiedział, że w Stanach jak kręcą swoje filmy i seriale, to 15 mikrofonów wisi nad planem. W Polsce ponoć tylko 2. I to niestety słychać. To znaczy nie słychać. Wstyd.

 

A co się bardzo podobało? Muzyka. Słyszałem rozmowę z panią odpowiedzialną za dobór melodii. Mówiła, że najpierw miało być zagranicznie, ale później stwierdzili, ze jak to ma iść w świat, to niech będzie polskie. Że my nie gęsi i też swoje piosenki mamy. I fajnie to zabrzmiało. Ponoć tylko Spin Doctors „Two Princes” się ostało, bo to taki masakryczny hit był. Był, ale czy ja wiem? My raczej doń nie pląsaliśmy. Z naszych osiemnastek, to pamiętam Clawfinger i ich „Tell me the truth motherfucker” oraz „Ni*ger” z debiutu „Deaf Dumb Blind”.

Ale tego akurat zabrakło w tej produkcji.

Czytam zarzuty, że muzyka nie jest dobrana dobrze chronologicznie. Że kto słuchał Janerki/Klausa Mitffocha i jego „Konstytucji” na biwakach? Że słuchanie Maanamu to obciach był. Że „Dzieci” Elektrycznych Gitar, to taki jakiś pijacki przebój dla rodziców, którzy pozbyli się pociech z domu.

Cóż, Wilki z 1991 roku mogły być przecie słuchane w 1994 roku. Gorzej, gdyby akcja działa się w 1990 roku i młodzież śpiewała Eroll’a.

Co do Janerki. To fakt, my też nie słuchaliśmy. Ale w odpowiednich środowiskach? Czemu nie? Nie każdy musiał być mainstreamowy.

Hey’a potwierdzam. Dwie pierwsze płyty katowaliśmy równo na wyjazdach klasowych i prywatkach.

Maanamu nie słuchaliśmy jednak. Ani nowych przebojów, ani starych. Ale nie pamiętam, żeby to był obciach słuchać ich.

„Dzieci” były hitem, który nuciła cała młodzież. Na szczęście przebój to był krótkotrwały. Pojawił się i znikł. Na szczęście. Hitem dla rodziców to był rok 1998 i Kult’owe „Gdy nie ma dzieci”.

 

Serial polecam. Szkoda, że nie można tego odzobaczyć i jeszcze raz popatrzeć. Eh.

 

nadciąga noc komety

Wizje chodźcie do mnie

Blisko najbliżej

Zostańcie w mojej głowie

Najdziksze sny

https://www.youtube.com/watch?v=cjcz3kYlU2U

 

 Cholery można dostać. Ręka do góry, kto ma tak samo?! A może to Noc Kupały, Sobótka, Pierwszy Dzień Lata? Lata mi to. Fakt jest faktem, że raz na jakiś czas jakaś melodia, jakiś utwór zakrada mi się do głowy i tam zostaje! Najgorsze, że to są najgorsze piosenki.

Od samiuśkiego rana nucę „nadciąga noc komety” i nie może mi to się wybić z głowy. Czy wszystko ze mną dobrze, panie doktorze?

Na szczęście ten przebój nie jest taki ostatni. Lubiłem głos Felicjana Andrzejczaka. I ta Urszula wewtle niczego sobie. Lubię jak Ule śpiewają.

Jakoś gorąco się zrobiło. Tak niepostrzeżenie lato nadchodzi. Wczoraj u Słodkokwaśnej nam się rzutnik zagrzał. Musieliśmy dokończyć Ozark na lapsie. Jak dawniej. My przy stole, a komputer na blacie kuchennym, metr od nas. Jezioro fajne. Polecam serial. Nikt się na końcu nie spodziewał, że mordercą jest …

A mnie się dziś coś mój laps nagrzał, bo musiałem go z ud zabrać na stół. Lato idzie jak nic.

Popatrzyłem ja ci dziś na moją wieżę i nie wierzę, ile nań i weń kurzu. Czas chyba odkurzyć. Jak to śpiewał kiedyś germański duet Modern Talking Yamaha, Ja ma sołl. Fajna na moja wieżyczka. Dzięki panie z Europy na K. za pomysł kilka ładnych lat temu. Pianocraft mi się bardzo podoba i służy. Dziś jest Record Store Day w Polsce, czyli #winylowasobota. Nie mam gramofonu, ale myślałem kiedyś o nim. Wybiłem to sobie z głowy jednak szybko. Przecie ja jestem już tak leniwy, że CD mi się już nawet nie chce przełączać. A co dopiero mówić o krótkich stronach płyt winylowych? Więcej chodzenia i przewracania, niż słuchania. Ale, żeby nie było, jako fan muzyki postanowiłem posłuchać dziś muzyki z mojej kolekcji płyt kompaktowych. Streaming dziś niech odpoczywa.

Miało być na wesoło, ale przeglądam ja ci mój zbiór i stwierdzam, że słucham tylko smutnej muzyki. Trafiło na Petera Gabriela i jego Us. Oj nie, sorrki, wymiękam po drugim utworze. Za smutno. Życie jest piękne, a słuchając tego ma się ochotę żyły sobie otworzyć. Może sobie Śmieci włączyć i ich debiut pt. Garbage. Tam pani śpiewa o mnie:

I’m only happy when it rains (…) I only listen to the sad, sad songs

 

Nie, chyba nie. Sobota jest. To może Gwałciciela sobie zaproponuję.

 

Wracając do natręctw. Kiedyś mi do głowy wlazło „gdzie jest słonko, kiedy śpi, czy wilk zawsze bywa zły”. I napisałem o tym do pani prof. ze Szczecina. A ta mi odpisała, żebym szedł w cholerę, bo cały dzień też to nuci. Ha! Zaraźliwe to widać jest. To ręka do góry, kto dziś ponucił to poniżej

 

 

 

 

 

jest taki samotny dom

czy po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój?

 

 

 

Czasem tak, czasem nie.

 

Ekspres mój zionie ducha. Pisałem już o jego marnym końcu. Pogodziłem się już z tym faktem. Będzie mniej gratów na blacie kuchennym. Ale jednak taka strata boli. Wczoraj znowu mi zakaszlał, poburczał i nic. Myślałem, że może kawa znowu źle zmielona w Czibo i się zatkał. Puściłem na pusto i dalej nic. Ze spieniacza do mleka leci. Ale z głównej dziury nie. Eh. Postanowiłem go naprawić … znowu. Czyli wyłączyłem go z zasilania. Ty poczywaj, a daj ać ja pobruszę – tak pomyślałem po staropolsku.

 

Dziś nadszedł dzień! Spokój!

Piję właśnie. Nie! Delektuję się właśnie trzecią kawą. Czyli zdrowa dawka osiągnięta (ponoć od 3 do 5 filiżanek, to zdrowo).

 

Z samego rana poleciałem do sklepu. Oj Noc i burza. Ceny z kosmosu. U pana Rybki śledzie litewskie, które z 2 lata temu kupowałem po 13 złociszy, kosztują 21,90 z! Koniec świata panie Popiołek.

Na szczęście młoda kapusta po 2,99. Także się właśnie dusi w saganie.

 

Z krzątania się w kuchni dorzucam jeszcze robienie ogórków małosolnych samemu. No niby się opłaca o ciut, ale lubię je pakować do słoika (kamionka mi pękła z rok temu i poszła do krainy Wiecznego Szczęścia). Kilogram ogórków kosztuje koło 8 zł, zestaw do kiszenia z 5 zł. A na straganach kilogram gotowych ogóreczków coś z kilkanaście złotych. No nie do końca się opyla. Ale lubię, to sam robię.

A tak w ogóle się żachnąłem, że ceny poszły ścichapęk w górę, a pensje nie (jak nie w dół u niektórych). Jak żyć?

Przeanalizowałem też ceny w pewnej knajpie na dzielni. W ciągu niespełna 15 miesięcy cena lunchu skoczyła z 19 na 24. Pyszne piwo za 9,90 teraz po 12 stoi. A ossobuco z 49 na 52 się zamieniło. Toż to ponad 20% w większości przypadków.

 

Z tydzień temu postanowiłem być super ekstra użytkownik gazu i wypełniłem on line zużycie tegoż produktu. Okazało się, że zużyłem o 50% gazu więcej, a rachunek przyszedł o ponad 100% wyższy. Burza i noc!

 

Nakupiłem sobie więcej logicznych obrazków. Przestrzegam! Nie kupujcież tego. To cholerstwo wciąga! Sobie tak siedzę i se mażę te kratki. Wczoraj przyszły wersje XXL.

A propos Ameryki. Kartki doń posłałem. Jakoś tak nie przemyślałem tematu. No bo skoro nie lata nic, to jak one dolecą? Raz pani w okienku obiecała w 6 dni dostarczenie. Reklamację nawet składałem. Po miesiącu Ula z TX dostała dar. Okazało się, że drogą … morską barany nadały. A teraz? Po wyjściu z urzędu nastawiłem się na najgorsze. Ale w sumie coś tam powinno latać, nie? – tak pomyślałem optymistycznie. Ponoć na pusto się teraz fruwa, żeby nie stracić miejsca na lotnisku. 6 dni – powiedziała znowu panienka z okienka. Po ponad 2 tygodniach Teksas donosi, że jest. Tatar doszedł! Empik ma taką fajną serię kartek o Polsce i tam był między innymi schaboszczak. Wziąłem dla Uleńki. Ale patrzę dalej! Jest Tatar! Przecie wiadomo, że koleżanka uwielbia. To podmieniłem. Po tygodniu Chicago komunikuje, że dziękuje za kartkę (o Warszawie widokówka). Napisałem do kumpla po polsku. A niech się męczy z translacją. Teraz tak sobie myślę, że trzeba było napisać coś w stylu „Żółć włóż żółw szczęście dżdżu” i tak dalej. Ale nie bądźmyż złośliwi. Język polski jest trudny. Teraz czekam, aż Ulcia z NJ napisze coś o jej pocztówce z grzybkami. Napisałem jej, że po jakiego grzyba można chodzić w Stanach do lasu? Przecie u nich to wszystko nazywa się maszrum. Uważam, że Post Office w Polsce powinien się nazywać chyba Lost Office. Mam nadzieję, że jak Czaskoski zostanie prezydentem, to zlikwiduje i TVP i Pocztę Polską przy okazji. Ale wybory dopiero za … ho ho ho ho ho.

 

Wracając jeszcze do Stanów. Mam nadzieję, że i tam nadejdzie spokój. Wspomniany kolega z Chicago pracuje w PółnocTwarz (taki sklep z ciuchami). Zarządza siecią sklepów bodajże. Podesłał mi fotkę, jak ich sklepy są splądrowane. Jeden manekin się jeno ostał. Czyste skurwysyństwo. Ludzie demonstrują domagając się PiS-u (prawa i sprawiedliwości), a sami ja łamią (prawo) i mają w nosie (sprawiedliwość). Także jestem pewien, że nadejdzie spokój. Coś Uleńka z TX nie pisze jak tam w Austin awantury.

Zastanawiam się, jak szybko ubiją tych 4 policjantów w więzieniu (oczywiście, jeśli ich skażą). Temu jednemu grozi ponoć ze 40 lat. Niedawno Netflix przypomniał żywot Jeffreya Epsteina. Niby się powiesił, niby nie. Więzienie niedofinansowane, to nie miał za bardzo kto doglądać skazanych. Akurat ten dokument o nim, pod tytułem „Jeffrey Epstein: Filthy Rich”, jakoś bardziej mną wstrząsnął niż te dwa filmy braci Sekielskich. Polecam.

Szalenie uwielbiam konwersować z moją koleżanką z pracy – z Ewą z Poznania. Opowiadała mi ostatnio o pysznym i, co najważniejsze, tanim daniu (Poznań, wiadomix) – śledź z pyrami.

Rybkę robi się tak:

Cienko pokrojona cebula w plasterki

Na to śledź w oleju pokrojony w kawałki według zachcianki

Na to jabłko obrane i pokrojone w kosteczkę

Śmietana 18% wymieszana z jogurtem naturalnym

Bubki i te listki

Można popieprzyć

Mieszamy i do lodówki

Ta-da!

Dziś robię. Zobaczymy jak posmakuje.

 

Wiem, że niektórzy się mogą dziwić. Że co ja tu robię? Że przecie poddałem się i wróciłem na stare śmieci. Otóż, przyszedł dzień. Nadszedł spokój. Przecie jak ja do łba coś sobie wbije, to nie ma zmiłuj. Przemyślałem wszystko raz jeszcze. Opracowałem krok po kroku i zacząłem działać. I słońce wyszło! I wszystko się okazało proste. Jeszcze kilka szczególików zostało do opanowania i wgrania. Najważniejsze, że działa. Stary blog jest wyłączony. Moich followersów zmigrowałem na nową stronę. Także powinno być ok. Mam teraz nadzieję, że trafię do milionów, że w końcu świat mnie zauważy. Tylko pytanie, czy chcę tego.

 

Dorzucam drew, bo ogień zgasł, ciągle burza trwa

Nagle feria barw i mnóstwo świec, ktoś na skrzypcach gra

kraina miodem i mlekiem

… cieknąca. To oczywiście Polska, moi kochani.

Najbogatszy kraj na świecie.

Zarazy czas? Tarcza 1.0! Tarcza 2.0! 3.0! 4.0! Kurna, dajcie nieskończoność.0!

Ktoś zauważył, że nie ma wersji 2.1, czy też 3.2. Nie, nie. Są zera. Bo każda wersja następna jest lepsza, cudowniejsza, bardziej „ozdrowiona” (nie, nie zdałbym teraz matury z polaka). 2.1, czy też 3.2 oznaczałoby, że w wersjach „matkach”/wyjściowych/bazowych są jakieś niedoskonałości, błędy wręcz. A przecie te programy są niepokalanie poczęte. Ja z tych tarcz widzę tylko ZERO.

Pomożemy tu i tam. 500+ zostawiamy, 13 dla emerytów będzie. Nie ma kasy? Jak to nie ma? Dodrukujemy.

Mnie już na pierwszym roku ekonomii mówili, że drukowanie kasy to niezbyt dobry pomysł dla gospodarki. Ale cóż, Pinokio wie lepiej. A ta, wiecznie wyglądająca na zmęczoną, strzyga z worami pod oczami, profesor kardiochirurgii mnie wręcz przeraża. Właśnie! Netflix powinien go zaangażować do czegoś.

Oglądałem ostatnio „The Eddy”, serial od roku reklamowany i owiany tajemnicą w polskim internecie. Bo Joanna Kulig gra. Moje uwielbienie dla niej okazywałem już kilka razy. Fajna babka, fajnie gra, fajnie śpiewa. I tu … niestety jest wszystko niefajnie. Gra taka sobie, śpiew cienki. I pokazali ją jak typową Polkę. Jak już mówi po naszemu, to oczywiście „kurwa” musi być. Serial jest nudny, bez pomysłu, nijaki. Kompletnie nie wiem o co chodzi.

Przerzuciłem się na serial o oponach, co mi Słodkokwaśna zachwalał. Izraelski. Fulda chyba się nazywa. Obejrzałem kawałek pierwszego epizodu i stwierdzam, że o oponach mało tam jest, ale serial wciągnął. Fauda?

Lubię horrory, lubię się bać. Zawsze się śmieję na horrorach. Z takich najstraszniejszych wymienić mogę Lśnienie i Blair Witch Project. Jak o tym drugim mi Pan z Europy na K. opowiadał w 1999 roku, to ciarki mnie przechodziły. Do dziś przechodzą! Strasznie straszny. 

I tak zerkam na Netflix i ich horrory. I nic nie ma. Nie lubię filmu, w którym nic się nie dzieje. Wczoraj zacząłem „I’m that Pretty Thing That Lives In the House”. Nie dałem rady. Pani się snuje po domu ostrzegając na początku, że 3 dni wcześniej skończyła 28 lat i 29 nie dożyje. Ja chyba też nie. Z nudów można umrzeć. Strasznie kiepski.

I takich filmów jest na pęczki. Unikam już „slow burn” albo „psychological”, bo wiem, że to będzie STRASZNA chała.

Aha, ja też mam ładną rzecz, która żyje w moim domu. Sami zobaczcie na to odbicie na zdjęciu (zakreślone).

Lubię slashery, odmianę horrorów. Nie ma kiepskich filmów w tym gatunku. Scenariusz może być fatalny. Tam zawsze się rżną, piłują, tną, dziabią. Fajnie. Lubię. Dobra rozrywka przy obiedzie.

No i ten nasz wytrzeszcz oczu, co dowodzi zarazą w Polsce mógłby z powodzeniam zagrać coś. Myślę, że bym się porządnie wystrachał patrząc na niego. Panie Szumowski, rzuć pan politykę. Hollywood czeka.

Dziś mogli byliśmy byli wybrać nową lub starą (nie sugerujmy niczego) Głowę Państwa. I komu to przeszkadzało? Postalibyśmy w kolejce do urny i oddali głos i byłoby z głowy. Ale nie. Polskę stać na to, by odwołać wybory, unieważnić je i zaproponować nową datę. W nosie to mam. Czy to będzie płaczka, czy to będzie budyń, czy kto tam jeszcze. Mielibyśmy to już (prawie) z głowy. A tak, to szopka nadal będzie trwać.

Dziś jadę sobie rowerem wzdłuż Wisełki. Bydła od groma na rowerach. Tak, uważam, że policja powinna zrobić porządek z niedzielnymi rowerzystami. Dziś miałem 3 potencjalne kraksy. Ale ja nie o rowerze.

Jadę i widzę plakacik. Na płocie na wysokości Konstancina. Na posterku portret naszej Marionetki, nienajważniejszego człowieka w kraju i hasełko takie:

Mój Prezydent 

Andrzej Duda

Kochani, zaklnę, bo muszę. Bo tak mi się wyrwało na sam przód, jak zobaczyłem tę agitkę. A najważniejsze, to zawsze być sobą, nieprawdaż? I chyba tą złotą myślą, tym bon motem takim zakończę mój dzisiejszy wpis. 

Chuj, nie mój!

to jest mój sen

Ale ten sen ani nie zawstydza, ani nie przeraża mnie … często. 

Edyta Bartosiewicz ścichapęk wydała płytę. Kiedyś lubiłem. Szalałem. Kolekcjonowałem płyty. Chodziłem na koncerty. Raz nawet byłem na jednym występie z Monią.  

Pani artystka zamilkła na przełomie wieków. Co tam wieków!? To brzmi małomiasteczkowo. Artystka zamilkła na przełomie MILENIUM. Brzmi czarodziejsko, złowrogo. Ostatni regularny album w 1998. Później jakieś “The best of”. I jak makiem zasiał cisza. Cichosza! 

Kiedyś w pracy miałem lektoraty – biznes angielski/Businness English. I był tam taki koleś z USA, który miał coś wspólnego z muzyką. Chyba teksty pisał. Nie pamiętam już. Pamiętam jednak, jak opowiadał o kolacji w domu Edyty Bartosiewicz. Powiedział, że pani miała poważne problemy z głową. Jak się okazało po latach, miała. I sama się do tego przyznawała. 

Na szczęście artystka wróciła jakiś czas temu. Nie wiem. Czy ja się rozwinąłem. Zacząłem sie znać na dobrej muzyce? Czy po prostu Edyta nie nagrała swoich piosenek dla mnie. Strasznie beczała. Okazało się, że to były jakieś stare nagrania. Już miała wydać płytę na początku wieku, ale zmarł jej przyjaciel. I bęc! Znowu cisza na lata. I ten jej powrotny album z 2013 “Renovatio” odrzucił mnie na tyle, że już nawet nie mogę słuchać starszych płyt. Oczywiście między 1998 a 2013 były fajne utwory. Ale to pojedyncze i sporadyczne przypadki. No cóż. Wszystko ma swój czas. Zapomniałem o tej pani, aż do 2018 roku. Październik. Lovesong super! Ni to The Cure, ni to Depeche Mode (tak część ludzi to słyszała). Ja już wcześniej “dosłyszywałem” się (dosłuchiwałem się? Jak to się po polsku pisze?) The Cure’ów w jej melodiach. Minęło półtorej roku i jest nowe dzieło. Kompletnie z partyzanta wydane. 2 czy 3 dni temu ktoś w radiu przebąknął, że już za chwilę nowa płyta Edyty. Patrzę na iMusic i faktycznie! Jest! To znaczy będzie. To znaczy dziś już jest. Posłuchałem parę razy i stwierdzam, że nie taka ostatnia ta jej płyta. Fajnie, że wróciła, że jest i że, miejmyż nadzieję, wszystko OK pod kopułą. 

Sen – to była moja ulubiona płyta i utwór. Ale później wydała “Dziecko”. 

“(…) jak się odkaszłuje” 

Byłem dziś na straganie za starymi gazetami. Szukałem moich logicznych obrazków, bo pan miewa za pół ceny. I taki “razgawor” z serii “Dwóch panów i jedna pani pod namiotem”: 

te maseczki to samo zło. Bakterie się zbierają w płucach

Pan zaczął opowiadać, że słyszał jak mówili, że za chwile czeka nas epidemia chorób płuc. I wszystko to przez ten idiotyczny nakaz noszenia maseczek.   

Pani z drugiego końca przytaknęła klasycznym „tak, tak”.

Bo jak człowiek odka… odka… odkaszłuje, to się to wszystko zbiera w płucach

Dobrze pan gada, dać mu wódki. Moich rozrywek nie było, więc se … „poszłem”.

Ad rem. Co mi się śni ostatnio? To jest mój sen.

Sen numer 1 – z wtorku na środę

Takie strzępy snów pamiętam. Także pardon za takie opisy bez kontekstu i … sensu.

Witam się z Ulą z Nowego Dżersej w USA. Chciałem dać buziaka, jak to normalnie daję. Ula robi dziubek, ja też się już nachylam składając usta me (hmm, czyli Ula musiała siedzieć, a ja stać. Ooo, nowe fakty mi się przypominają ze snu). W pewnym momencie zabieram głowę zostawiając Ulę skonsternowaną. 

Zaraza! Nie możemy się już tak witać! – szybko wytłumaczyłem.

Ale po szybkiej chwili. Po tak zwanym „okamgnieniu”, po niemej, bezsłownej akceptacji postanowiliśmy mieć w nosie zakazy, zarazy i inne przeciwności losu. I tak jakoś niezgrabnie się nachyliłem, że cmoknąłem Ulę w czubek nosa. A na dodatek mój nos dziabnął Ulę w oko. Czyli kruk krukowi oka nie wykole. Ale człowiek człowiekowi już tak! Ależ mam edukacyjne sny! Nie, przepraszam – ależ mam parenetyczne sny.

Sen numer 2 – z dziś

Wczoraj naoglądałem się serialu o Michaelu Jordanie. Tam był fragment o współpracy z Nike i o Igrzyskach Olimpijskich w Barcelonie. 

Aha, wstawka i gorąca prośba – Olimpiada to okres 4 lat pomiędzy Igrzyskami. Także nie mówmy „Olimpiada w Barcelonie”, tylko „Igrzyska Olimpijskie w Barcelonie”. Mieliśmy kiedyś na spotkaniu olimpijczyka z … Barcelony i on to podkreślał na każdym kroku. Zapamiętałem.

W ostatnim zwycięskim sezonie Jordan grał w Masdison Square Garden przeciwko New York Knicks w swoich air’ach z 1984 roku. Jego pierwsze buty. 

Podczas dekoracji w Barcelonie mieli takie białe stroje. Na kurtce było logo Reeboka. Michael, żeby zakryć niewłaściwy znak, opatulił się flagą amerykańską. Stroje mieli takie WOW, Ameryka. Szyku zadali. Takie szerokie kurtki/bluzy. No widać, że z bogatego kraju przyjechali, i że są najlepsi we wszechświecie w kosza. Rozklepali wszystkich na tych zawodach równo. Najmniejszą przewagę mieli z Chorwacją – 33 punkty w meczu grupowym i 32 punkty w meczu o złoty medal. A tak, to klepali równo. Różnica punktów w meczu z Angolą +68, z Litwą +51, i tak dalej. No najlepsi we wszechświecie. Nad czym tu się rozwodzić.

I sen mam taki. Idę sobie po Białymstoku. Róg Sienkiewicza i Jurowieckiej. Szarość dookoła. I patrzę! A tam stoi moja serdeczna koleżanka z liceum Monika. Ale ale. To, że stała, to nic jeszcze strasznego. Monika była ubrana w buty Air Jordan z 1984 roku. Miała białe spodnie i białą kurtkę, taką co miał Dream Team i cała ekipa Stanów podczas IO w Barcelonie! Ale to to jeszcze nic. Włosy miała też Monia zrobione nieziemsko. Cięcie i długość jak u tej pani w piosence “Take my Breath Away” z zespołu Berlin. Z filmu “Top Gun”. Hmm, czy to znaczy, że mam nie iść na remake “topagana”?

Koleżanka miała takie pasemka – czerwone, nie czarne. Raz były wzdłuż, raz w poprzek. Zależało jak się patrzyło. Taka sama czerwień jak na fladze USA. Koleżanka wyglądała jak nie z tej ziemi. Teraz można by powiedzieć, że (straszny) kicz i tandeta. Kto tak się nosi w 2020!? Ale w moim śnie Monika wyglądała jak milion dolarów! Jak człowiek z przyszłości.

Monika przyznaj się. Jak byłaś młoda, to byłaś Jordanem? 

To jest moj sen. Ten sen … zawstydza mnie 

hej hej, tu en bi jej

jej! Pamiętam ten zakrzyk. Szalone lata 90.

Łamiąca wiadomość – SERNIK MI PĘKŁ!

Właśnie teraz. Za szybko drzwiczki otwarto. Szkoda. Będzie bez polewy.

I ten bon mot, vivat, czy też nazwany przeze mnie zakrzyk wykrzykiwał pan Włodzimierz Szaranowicz. Poznałem pana redaktora w, bodajże, 2007 roku na imprezie korporacyjnej. Eh ten głos! Bardzo sympatyczny pan ze szklanego ekranu. Nawet w kibelku (w tej części, gdzie się ponoć ręce myje, nie w sekcji „PiSuar”) udało mi się osobiście z nim zamienić kilka słów.

A właśnie, ciekawe czy ten mały kmiot dyktaturę wprowadzi? Cesarstwo Polskie ze stolicą przy ulicy Nowogrodzkiej.

Liceum mi się ostatnio wspomina. Nie wiem czemu. A może, że w czasach tej zarazy kontakt mam z ludźmi z klasy C? Może.

A ostatnio Netflix wypuścił serial „Ostatni Taniec” o Michaelu Jordanie. I my, klasa C w liceum numer 1 w Białym, tak jak nieziemski/kosmiczny* (niepotrzebne skreślić) Air Jordan zdobyliśmy 6 tytułów w czasach naszego liceum.

Ha, jak to? Ktoś może zapytać. Takie tumany byliśmy? Nie. Nikt na świecie nie wie, że rządy pani Złockiej wydłużały czas dwukrotnie. Co za baba to była. Pedagog z powołania. Tylko jej te dzieci przeszkadzały w karierze i osobistym rozw(b)oju. Nie lubiła ekstrawagancji. Nasz kolega Łysy miał u pani na pieńku. Mojej siostrze wetknęła pałąk od klucza w wielkie koła kolczyki, ciągnąc pytając co to. No pani dyrektor jak ta lala. Ponoć z klerem trzymała. Pamiętam jej syna. Z rok lub dwa starszy. Jakiś taki duży koleś. Pamiętam, że można było na jakąś wymianę do USA pojechać. Dwa warunki należało spełnić – jakaś zajebista średnia ocen oraz angielski lepszy od Szekspira. I właśnie jej syn pojechał. Więcej go nie widziałem w szkole. Mnie się nie udało z dwóch powodów. 

Dopiero w 2007 poprawiłem sobie średnią i poziom znajomości języka na tyle, że wpuścili bez gadania.

Liceum było fajne z jednego tylko powodu – spotkałem cudownych ludzi, z którym się przyjaźnię, lubię, jestem w kontakcie do dziś. Fajna to była klasa.

Nauka jak nauka. Nauczyli pewnie by wszędzie. Ciało pedagogiczne też było osobliwe – Historyczka Zakrzewska, Gejograf, Polonistka Anka, Parchata (matma), Maria (fizyka), Jergieniew (biologia), Viriginia (angielski – everything by heart u niej było). W pierwszej klasie mieliśmy native speaker’kę – Catherine Peebles. Ponoć znała kogoś, kto znał Dave’a Grohl’a z Nirvany. Helo! W 1991 roku Nirvana to jak Zenek Martyniuk dziś (taka paralela). Ze dwa lata temu zagadałem na Instagramie naszą lektorkę z USA. Gdzieś na Wschodnim wybrzeżu (New Hampshire) się udziela. W jakieś academic poszła. Ale nie odezwała się, bo jakieś mało ruchliwe konto miała. Chyba założyła i zapomniała o nim. Trudno.

Oooo i te trzy czarownice od chemii – Adamczyk, Dobrzyńska i Zubrycka (chyba). Dobrzyńska przez 45 minut (pardon) napierdalała jakieś dyktando i trzeba było non stop notować. Ta Zubrycka to w sumie coś pokazywała – jakieś czary mary, czy też alchemię. Adamczyk też w sumie dobrze uczyła, tylko osobowość pedagogiczna wątpliwa. A z tej fizyki, to ja nic nie pamiętam. To znaczy pamiętam, ale nie było to związane z fizyką. Może bardziej ze … ślusarstwem. A klasa mat-fiz byliśmy. No i miszcz prof Han od wu-efu. Kiedyś biegaliśmy dokoła Magdalenki (tak się nazywała ta górka?) i na śmietniku był napis – Han huj. Chyba Paweł F. powiedział – o jest błąd. A Bartek W. – Han przez Ce Ha się pisze?

No i ten wu-ef. Nie wiem kto wpadł na pomysł, że wystawiliśmy drużynę w kosza. W drugiej klasie mieliśmy szczęście, że to był maj, pachniała Saska Kępa i klasy czwarte już były wolne po maturach. Także nie tacy straszni ci przeciwnicy. W trzeciej klasie – to wiadomix – rządziliśmy. W czwartej klasie było najtrudniej, bo młodzi atakowali. Ale za każdym razem nam się udawało. Wydaje mi się, że z dwóch powodów – zajebisty fan base oraz skład drużyny.

Co do naszego dream teamu, to chyba tylko Pieta miał pojęcie co się z piłką robi. No i może jeszcze pan z Europy na K. Skład uzupełniali – ja i Tomek. Czasem Kraszan chyba grał z nami. Tego nie pamiętam. Ale pamietam, że olbrzymim wsparciem była Monia. Mieliśmy krótką ławkę. Hmmm, właściwie, to nie mieliśmy w ogóle rezerwowych. Także Monia siłą rzeczy musiała z nami grać. A grała jak Jordan w spódnicy! Bo trenowała coś amatorsko. W Instalu, czy też we Włókniarzu. I Pieta też trenował. Także mieliśmy w składzie dwa Jordany. Jeśli jeden może wygrać ligę NBA, to dwa Jordany mogą wygrać w liceum w Białym. I tak też było. Nie wiem czy mogę pisać co robiliśmy podczas przerw między połowami. Hm, naradzaliśmy się strategicznie w kiblu, jarając szlugi.  

Eh te lata 90. Szał był na NBA. Można polemizować, kto jest GOAT (Greatest Of All Time), ale bezsprzecznie, to Air Mike wyniósł koszykówkę na kosmiczny poziom. Magic Johnson? Hmmm, Jordan miał lepszy czas. Lepszy PR, lepszy marketing. Nikt nie wiedział co to NIKE wcześniej. Firemka od butów i ciuchów. To MJ ich wypromował.

No i te mecze koszykówki się oglądało po nocach. Magia, świat, kosmos – tak to wyglądało w polskiej TV. Później dane mi było oglądać na żywo mecze NBA. Dwa razy. Czar prysł. Jak byłem w Stanach to jak byłem akurat w knajpie, to patrzyłem na ekran TV. No ok. Szoł nadal jest. Ale to już nie to samo.

Aaaa, nasz kolega z liceum Kraszan, który po ukończeniu 2 fakultetów na Uniwerku Warszawskim wyjechał do rodziców do Chicago, powiedział mi, że zajmował się remontem domu Jordana. Jakiś basement mu robili.

Ostatnio widziałem na insta jak młody bąbelek podczas konferencji prasowej z okazji US Open 2017 zapytał Szwajcara Rogera Federera, dlaczego nazywają go GOAT’em, bo w Szwajcarii nie ma za dużo zwierzątek. 

Tu wtrącić muszę, że wg mnie pan Roger jest najwspanialszym sportowcem wszech czasów. Nie tylko w tenisie, tylko w ogóle – zjawisko, klasa, skromność, osiągnięcia, talent, inteligencja. To on wyniósł tenis na wyżyny popularności. Mistrz wybrnął z gracją z odpowiedzią na to pytanie. Ale rezolutny bąbelek zadał drugie pytanie. Tym razem, jak sam podkreślił, NA SERIO. 

Czy mógłbyś jeszcze pograć przez 8-9 lat i jak zostanę pro to będę mógł zagrać z Tobą?

Jak tylko pojawisz się w tourze ATP, to wrócę dla Ciebie na kort.

Wracając do NBA i tego serialu na Netflixie. Pamiętam te wszystkie finały Chicago Bulls. Pamiętam wkład Steve’a Kerr’a, Paxsona, Pippena, Rodmana i Kukoca. Tam się chyba też przewinął jakiś starszy, czarnoskóry zawodnik – Robert Parish? Eh, hej hej tu en bi jej.

1991 finał z LA Lakers i starcie z Magic Johnsonem.

1993 finał z Phoenix Suns i starcie z Charlesem Barkleyem

1997 i 1998 z Utah Jazz i starcie z Karlem Malonem i Johnem Stocktonem

1992 (z Detroit Pistons) i 1996 (z Seattle Supersonic) chyba nikt nie pamięta. Żarcik.

Nie mam za bardzo czasu w czasie tej zarazy. Udało mi się odpalić raptem 10 minut pierwszego odcinka „Ostatniego tańca”. Jej, łzy w oczach miałem. Tak dokładnie ja pamiętam te lata! 

© 2026

Theme by Anders Noren — Up ↑